Naśladowanie Mistrza

Naśladowanie Mistrza

Na ile wierzymy, że to, co mówi czy czyni Stolica Apostolska, a co jest podpisane przez urzędującego Papieża, pojawia się w takim kształcie, w jakim jest potrzebne, i wtedy, kiedy jest potrzebne?

Dotychczas spotkałem się z wieloma opiniami na temat dokumentu Dominus Iesus. Słyszałem i czytałem wypowiedzi osób związanych i niezwiązanych z Kościołem katolickim, mniej lub bardziej uczonych, wcale nieznanych i powszechnie znanych oraz szanowanych. Jeśli chodzi o treść tych wypowiedzi, to można było zaobserwować niemal całe spektrum: od głosów pełnych oburzenia odbierających Dominus Iesus jako pyszne wywyższanie się katolicyzmu nad pozostałe wyznania chrześcijańskie, nie mówiąc już o innych religiach, przez głosy ludzi uważających się za katolików, którzy poczuli się źle z tego powodu, że za pontyfikatu „takiego” Ojca Świętego ukazuje się „coś” tak niezręcznego (pojawiały się nawet spekulacje w rodzaju: „Jan Paweł II czegoś takiego by nie podpisał, a uległ wpływom Kurii Rzymskiej”, mające usprawiedliwić podpis Papieża pod rzeczonym dokumentem), po głosy pełne zrozumienia, aż wreszcie po tryumfalne wypowiedzi w stylu: „no, teraz to my im pokażemy”.

Skrajnych opinii było najmniej. Znalazło się jednak wiele takich, które wypowiadali ludzie zaangażowani w życie Kościoła, zmartwieni tym, że Watykan wydaje tak trudny dokument: „Owszem, to wszystko prawda, nic nowego, ale po co zaraz o tym pisać? Skoro wiemy swoje, to lepiej nie przypominać pewnych treści, bo można zerwać tak przecież ciągle napiętą i od wielu lat pielęgnowaną nić porozumienia z innymi wyznaniami. Wierzymy we wszystko, co jest w tym dokumencie, ale źle się stało, że ujrzał on światło dzienne”.

Moja radość

Chciałem podzielić się tym, co ja poczułem, gdy po raz pierwszy przeczytałem deklarację Dominus Iesus. Otóż, gdy zapoznałem się z tekstem, ogarnęła mnie… ogromna radość i wdzięczność Bogu za fakt, że właśnie taki dokument został opublikowany przez Stolicę Apostolską. Moje odczucia pogłębiały się w miarę pojawiania się katolickich, lekko sfrustrowanych czy skonfundowanych opinii. Ich obecność można traktować jako dowód na to, że właśnie teraz taki dokument powinien był się ukazać. Uczucie radości, które zagościło w moim sercu po przeczytaniu tekstu, odnosi się bezpośrednio do tego, czym jest obecność Kościoła pośród narodów na ziemi. Jest ona stałą obecnością Jezusa Chrystusa nauczającego, umierającego w swych członkach i jaśniejącego w chwale zmartwychwstania.

Kamieniem w Jezusa

Jeśli przyjrzymy się życiu Jezusa, Boga — Człowieka, to zobaczymy, iż biorąc pod uwagę kim był i co miał do przekazania, nieproporcjonalnie mało czasu poświęcił na działalność publiczną. Dalej, przypatrując się tejże krótkiej działalności, ujrzymy, że przez większość czasu, w którym działał, Jezus ukrywał przed ogółem, za kogo się uważa. Nie mówił o tym wprost. Czynił znaki, mówił w przypowieściach i surowo nakazywał tym, którzy rozpoznali w Nim Mesjasza, by nie przekazywali tego dalej (por. Mt 12,16; 16,20). Jezus nie objawiał publicznie swej boskości. Nawet spośród apostołów wybrał zaledwie trzech, aby na górze objawić wobec nich swoją chwałę. Jezus wiedział, że bez zesłania Ducha Świętego nie wszyscy uczniowie byliby w stanie przyjąć całą prawdę o Nim. Jakże charakterystyczne są słowa wypowiedziane przez Pana do uczniów tuż przed Jego męką:

Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz [jeszcze] znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi

J 16,12–15

Stąd niezwykłe i fascynujące są momenty, kiedy Jezus mówi wprost, kim jest lub za kogo siebie uważa. Fragmenty te są bardzo ciekawe również ze względu na reakcje słuchaczy. W jednym z nich widzimy Jezusa, który otwarcie mówi do Żydów: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: zanim Abraham stał się, JA JESTEM” (J 8,58). Chwytają oni wtedy kamienie, aby zabić tego, który Imię Boga odnosi do samego siebie. Jezus musi potajemnie wyjść ze świątyni. Podobnie, kiedy stwierdza swoje bezgraniczne zjednoczenie z Ojcem i znów bezpośrednio wskazuje na swą boskość, słuchacze chwytają za kamienie (por. J 10,31). Gdy zaś odnosi do siebie tekst z Księgi Izajasza mówiący o Mesjaszu, chcą Go strącić z wysokiej skały (por. Łk 4,16–30).

Można powiedzieć, że tak reagowali tylko obcy, nieznający Jezusa. Jednak kiedy Jezus objawiał tajemnicę Eucharystii i określił siebie jako „chleb zstępujący z nieba”, także wielu uczniów nie mogło tego znieść, a kiedy „dorzucił” do tego swoją preegzystencję, a więc i pośrednio — boskość, wielu uczniów się wycofało i już za Nim nie chodziło (por. J 6,60–66).

Popularność zamiast prawdy

Jeśli się zastanowić, to nasz Pan mógł uniknąć tych trudnych wypowiedzi. Wielu słuchaczy stracił, ba, nawet zgorszył. Zyskał wielu wrogów i stracił popularność. Ci, którzy chodzili za Nim, mogli dużo znieść, ale uznanie, że jest On Bogiem, przekroczyło ich siły. Może jednak mógł wypełnić swoją misję, pomijając ten drażliwy temat? Może Jego filozofia równości, sprawiedliwości byłaby bardziej nośna, gdyby „oszczędził” tych rewelacji? Mógłby dalej uzdrawiać, a może nawet zostałby okrzyknięty Mesjaszem!

Jednak Jezus narodził się właśnie po to, aby dać świadectwo PRAWDZIE (por. J 18,37). Misja Jezusa sprowadza się do wskazania Tego, który jest Prawdą. Jezus daje świadectwo o tym, kim jest On sam i kim jest człowiek. Wskazuje drogę wyjścia z pułapki grzechu, który niszczy życie człowieka. Prawda podawana przez Jezusa jest całkowita i absolutna. Podaje On ją swym słuchaczom w pewnych bardzo szczególnych momentach, nawet jeśli wie, że pozostanie przy Nim garstka. Ta garstka wystarczy, aby ponieść Prawdę następnym pokoleniom. Zrobi to ona w sposób szczególny: poprzez to, co będzie głosić o Jezusie, ale przede wszystkim przez to, jaka będzie i poniekąd kim będzie, i co będzie mówić sama o sobie.

Ja jestem

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy świadkami bardzo szczególnego momentu w historii Kościoła. Stąd moja radość i wdzięczność. Rzadko bowiem się zdarza, że Kościół tak zdecydowanie mówi o sobie, czym — a raczej kim — jest. Niby wszyscy wiedzą, co mówi nauka katolicka: że Kościół jest jeden i to katolicki, że tylko w nim jest pełnia prawdy, że poza Kościołem nie ma zbawienia, że inni chrześcijanie, owszem, doświadczają łaski bożej, ale w wielu wypadkach nie mówimy o Kościołach, ale tylko o wspólnotach kościelnych, że inne religie, owszem, niosą odblask prawdy, ale jest to tylko odblask tej prawdy, którą jest sam Chrystus.

Deklaracja Dominus Iesus jest tak piękna właśnie dlatego, że Kościół z miłości do braci odłączonych, innych religii i całego świata wyznaje „Ja jestem”. Kościół musi to uczynić, aby stworzyć przestrzeń dla prawdy. Możemy i chcemy ze sobą dyskutować, pragniemy się razem modlić — „kto nie jest przeciwko nam, ten jest z nami” (por. Mk 9,40) — ale nie możemy z miłości i szacunku do innych (a nie z powodu naszej pychy!) nie mówić o tym, co w końcu jest najważniejsze, kim jesteśmy dla wszystkich ludzi. Kościół katolicki nie może zdezerterować i ze względu na tzw. „święty spokój” nie mówić, za kogo się uważa.

Choć Jezusa i Kościoła nie można utożsamiać ze sobą, to jednak nie można oddzielić Głowy i członków żywego ciała, które stanowią całego Chrystusa. Kościół katolicki zatem w łączności ze swoją Głową jest Chrystusem dla świata. A Chrystus jest jeden! Znak obecności Boga pośród dziejów musi pozostać czytelny. Kościół głosi to za wszelką cenę, za wielką bowiem cenę uzyskał tę wyjątkową godność.

Podobnie jak Chrystus, Kościół istnieje po to, aby dać świadectwo Prawdzie. Głosi jednak niezmiennie, że cząstki prawdy istnieją łącznie i w całej pełni jedynie w nim — Kościele katolickim. Mówi o tym odważnie, choć może wielu zechce się wycofać, a niektórzy nawet chwycą kamienie. Głosi to, wiedząc, że takie postrzeganie samego siebie może osłabić dialog ekumeniczny. Do czego jednak doprowadziłby dialog, który osłabia prawda?

Za dużo cenzorów

Jeśli w łonie samego Kościoła odzywają się głosy przeciwko takiemu ujęciu, to wynikają z fałszywie pojmowanej tolerancji, wreszcie może i z niezrozumienia misji, a nawet istoty Kościoła. Wszyscy uważający się za katolików, którzy oburzyli się po przeczytaniu Dominus Iesus, powinni być może przemedytować zdanie brzmiące podobnie do zacytowanego w poprzednim akapicie, o jakże jednak innym wydźwięku: „Kto nie zbiera ze Mną, rozprasza” (Mt 12,30). To zdanie (w przeciwieństwie do Mk 9,40) odnoszę zawsze do dzieci Kościoła, a więc także i do siebie.

Na ile wierzymy, że to, co mówi czy czyni Stolica Apostolska, a co jest podpisane przez urzędującego Papieża, pojawia się w takim kształcie, w jakim jest potrzebne, i wtedy, kiedy jest potrzebne? Czy nie wybieramy sobie tego, co chcemy usłyszeć, a tego, co stoi wbrew naszym przekonaniom, nie odrzucamy? Czy cnota wiary w naszym życiu ma także odniesienie do Urzędu Nauczycielskiego Kościoła? I wreszcie, na ile nasza postawa czyni przestrzeń dla Ducha Świętego? Czy nie jesteśmy tylko cenzorami dokumentów przychodzących z Rzymu? Czy modlimy się za tych, którzy je piszą, i czy wierzymy, że działa przez nich Opatrzność?

Przekonać miłością

Do tych rozważań chciałbym na koniec dodać jeszcze jedną myśl. Wszystkie słowa dotyczące swojej osoby Jezus potwierdził w jeden sposób, który sam w sobie był i dowodem — znakiem Jonasza (por. Mt 12,39), i Objawieniem — wywyższeniem nad ziemię, które przyciągnie wszystkich (por. J 12,32). Jezus mianowicie oddał z miłości swoje życie na Krzyżu. Oddał życie za tych, którzy Go nie rozumieli i nienawidzili, i w ten sposób dał ostateczne świadectwo prawdzie. Można powiedzieć, że prawo do tego, by głosić, za kogo się uważa, dała Mu Miłość, która w Nim tętniła, aby wreszcie wytrysnąć na Krzyżu, ta również Miłość podniosła Go ze śmierci do chwały zmartwychwstania. To właśnie Miłość, którą okazał, oddając swe życie, przekonuje świat i porywa tysiące.

Podobnie i dzieci Kościoła nie mogą krzyżować tych, którzy się z nimi nie zgadzają, ale raczej muszą pójść drogą Krzyża i wydać swe życie w ofierze. To nie słowa i debaty teologiczne (choć przecież potrzebne) przekonają naszych braci odłączonych czy wyznawców innych religii. Tylko miłość przejawiająca się w naszym życiu może przekonać świat i to miłość najwyższej miary: miłość po utratę dóbr, godności, a może nawet i życia. Taka miłość to niewątpliwie dzieło Ducha Świętego, tylko On bowiem może „przyprowadzić wszystkich do całej prawdy”. Jeśli takiej miłości w nas, „szeregowcach katolickich”, nie będzie, daremne okaże się wydawanie dokumentów.

Nie przez przypadek Bóg sprawił, że Kościół właśnie teraz, tak wprost i bez wahania, mówi „Ja, i tylko Ja jestem”, dzieje się to bowiem w Roku Jubileuszowym, za pontyfikatu Papieża–męczennika, najpokorniejszego z pokornych.

Naśladowanie Mistrza
Marcin Gajda

urodzony w 1968 r. – absolwent medycyny oraz teologii, założyciel i odpowiedzialny Wspólnoty Miłości Ukrzyżowanej, autor pieśni znanych w Polsce jako „Pieśni WMU” oraz współautor książek Paschalny deszcz i Pustynia jest łaską....