Wyprostować krzywą Gaussa?
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Jan Grzegorczyk: Kiedy powiadomiłem Jacka Urbańca, naszego wspólnego przyjaciela, że wybieramy się do Księdza Arcybiskupa na wywiad, za bardzo nie wierzył w powodzenie naszej misji, bo podobno jest Ksiądz tak zapracowany, że spóźniłby się na własny pogrzeb i wychodzi w połowie swoich referatów. Jednak spróbujemy.

Paweł Kozacki OP: Kiedy pojawiła się idea Kongresu Kultury Chrześcijańskiej?

abp Józef Życiński: Rozmawialiśmy wielokrotnie z Krzysztofem Zanussim o tym, że Kościół powinien podejmować funkcje inspirujące i w pewnym sensie być mecenasem dzisiejszej kultury, ponieważ wielość głosów tworząca dodekafoniczny akompaniament, znamienny dla społeczeństwa pluralistycznego, sprawia, że wielu twórców czuje się zagubionych, a wielu odbiorców nie widzi wielkich idei przewodnich we współczesnej kulturze. Myślałem o tym od dawna, a gdy otrzymałem nominację do Lublina, stwierdziłem, że — z zapleczem intelektualnym w postaci KUL–u — to miasto, symbol pojednania Wschodu z Zachodem, nadaje się doskonale do tego, by w roku Jubileuszu Zbawienia zorganizować w nim Kongres.

Kongresowi, który był wielką ucztą duchową, towarzyszyły polemiki dotyczące doboru prelegentów. Ksiądz Arcybiskup, wyjaśniając, dlaczego pominięto zasłużonych, mówił, że nie jest to kongres obrońców chrześcijaństwa i że celowo zaproszono ludzi, którzy troszczą się o godność człowieka, pochodzących z różnych środowisk, także tych, którzy na co dzień nie mówią językiem chrześcijaństwa. Czy zatem nie można było nazwać tego kongresu Kongresem Godności Człowieka, przez co uniknęłoby się tych polemik?

Spór o nazwy i tytuły uważam za średnio pasjonujący. Unikanie merytorycznych polemik za wszelką cenę nigdy nie jest moim celem. Chodziło mi natomiast o pokazanie, że chrześcijaństwo odgrywa nadal ważną rolę kulturotwórczą. W koszty własne wliczyłem to, że zawsze będzie pewne grono obrażonych. Zresztą prasa ukazała tylko wierzchołek góry lodowej. Tych obrażonych było więcej. Niektórzy czuli się dotknięci, że nie zaprosiłem ich z głównym referatem, tylko do dyskusji panelowej, i nawet nie odpowiedzieli na list zapraszający, tylko dawali wyraz swej goryczy w podkomisjach, wśród swoich bliskich.

Sądzę, że merytorycznie można by uznać za uzasadnione pytanie, dlaczego nie było Księdza Rektora Alberta Krąpca. Odpowiedź brzmi: dlatego, że nie podejmowaliśmy zagadnień ontologii kultury. Gdybyśmy o nich dyskutowali, na pewno Rektor Krąpiec byłby jednym z głównych prelegentów. Zaprosiliśmy go jako uczestnika, a sprawy ontologii zostawiliśmy na boku, ponieważ nie są to zagadnienia najbardziej pasjonujące współczesnych twórców i odbiorców kultury. Zaprosić twórców kultury do dyskusji czysto akademickich to średnio inteligentny pomysł organizacyjny.

4 listopada w Galerii Porczyńskich odbył się zorganizowany przez Instytut Edukacji Narodowej kongres kultury zatytułowany „Nowość chrześcijaństwa”, w którym udział wzięli prof. Krąpiec, prof. Jaroszyński, Nellson Fragelli. Poruszano podobne zagadnienia, jak na spotkaniu lubelskim.

Można się z tego tylko cieszyć, bo naszym zadaniem było inspirowanie zainteresowania kulturą w różnych ośrodkach katolickich. Niestety, często nie widać w nich reakcji na ważne przemiany kulturowe. Chcę wskazać konkretny przypadek. Ksiądz Jan Twardowski otrzymuje doktorat honorowy na KUL–u. Wygłasza znakomite przemówienie, które może służyć jako program pewnej wizji kultury. W każdym kraju jego przesłanie do ran (kulturowych) by przykładano, troszcząc się o przybliżenie tej wielkiej wizji, która owocuje tak piękną poezją. W Polsce natomiast żadne czasopismo katolickie nie wydrukowało przemówienia księdza Jana. Zrobiła to ostatecznie „Rzeczpospolita” w dodatku „Plus–minus”. Tego rodzaju obojętność na ważne sprawy kulturowe jest czymś, co mnie bardzo niepokoi.

Szkoda, że tak się stało, ale ogólnie ksiądz Twardowski jest w Polsce do ran przykładany, hołubiony i kochany…

Jest lubiany przez czytelników wierszy, którym można byłoby przybliżyć i pogłębić tę piękną ewangeliczną wizję wywołującą tyle fascynacji. Martwi mnie to, że w społeczeństwie, które się zaczytuje Pożegnaniem wiejskiej parafii i wierszami typu O uśmiechu w kościele, nie znajdujemy popularyzujących opracowań, które pomogłyby nam wszystkim przyswoić pełen pogody i optymizmu styl księdza Jana. Gdy patrzę, jak ignorowane bywają jego teksty równie głębokie jak tamto wystąpienie na KUL–u, rodzi się gorzkie skojarzenie, że jest to cena samotności, jaką płaci duszpasterz otwarty ewangelicznie na wszystkich, taki, który nie stworzył prywatnej kapliczki ani salonu towarzysko–adoracyjnego.

Kardynał Poupard powiedział, że jedną z definicji kultury jest dla niego pojednanie. Człowieka z człowiekiem, człowieka z Bogiem. Jak w perspektywie takiej definicji widzi Ksiądz Arcybiskup Kongres? Na sali i w kuluarach można było wyczuć może nie podział, ale pewne pęknięcia. Ksiądz Arcybiskup powiedział, że obrazuje je krzywa Gaussa. Wyrazem tych pęknięć była „wojna na oklaski”. W czasie konferencji prasowej Andrzej Wajda wyraził nawet zadowolenie, że w tej wojnie wygrali zwolennicy Leszka Kołakowskiego, a nie pana Kowalczyka, tego, który w sposób dramatyczny protestował przeciw mówieniu o problemach Kościoła w kategoriach jego win i kryzysu. Dla mnie, jako dziennikarza i obserwatora Kongresu, ta „wojna na oklaski” stanowiła pewien urok i atrakcję w obradach, natomiast jako chrześcijanina smuciło mnie, że dialog między różnymi opcjami w polskim Kościele przenoszony jest na poziom emocji.

Odpowiedziałbym pytaniem: Czy po chrześcijańsku mamy wyprostować krzywą Gaussa? Byłbym przeciwko prostowaniu tej krzywej. Uważam, iż żywy oddźwięk sali świadczy o tym, że wywołaliśmy sytuacje, w których uczestnicy Kongresu mogli się utożsamić z wypowiadanymi ocenami. Dobrze, że nie było drętwej atmosfery, gdzie wszyscy cytowaliby przedmówcę, który mówił, że prawda jest skomplikowana. Widziałem tu wyzwolenie ze stereotypów. Większość słuchaczy reagowała w sposób, który wydaje się i chrześcijański, i głęboko humanistyczny.

Mieliśmy także przejawy patologicznych zachowań, kiedy grupa wyrostków rozrzuciła, jeszcze przed rozpoczęciem obrad, ulotki informujące, kto jest Żydem w obecnej Polsce oraz wrzuciła świecę dymną. Byli to czterej piętnastolatkowie, którzy zaraz uciekli. I to jest też przyczynek do polskiego pejzażu. Z różnymi krzywymi, które przecinają się wzajemnie w codziennym życiu.

Czterech wielkich nieobecnych Kongresu: Herling–Grudziński, Herbert, Tischner i Giedroyc…

Było obecnych w modlitwie i w sprawowanych za nich Mszach świętych.

Pozostawili po sobie dziedzictwo ran i sporów. Pokazali, że w imię dochodzenia do prawdy trzeba się niekiedy także ranić. Grudziński rozszedł się z „Kulturą”, bo nie mógł się zgodzić się na flirt Giedroycia z Kwaśniewskim. Kiedy ten ostatni oświadczył, że jest uczniem „Kultury”, Grudzińskiemu nie postało nic innego, jak się z niej wyprowadzić. Byłoby ciekawe, gdyby obecność tych ludzi na Kongresie była nie tylko symboliczna i pośmiertna…

Gustawa Grudzińskiego zamierzałem zaprosić jeszcze w 1996 roku. Odpowiedział mi, że jemu się zawsze lepiej pisze, niż mówi. Dlatego później, wiedząc, że ma kłopoty z sercem, nie męczyłem go już moimi zaproszeniami. Wracając do owych ran, sądzę, że trzeba odróżnić przynajmniej dwa typy zranień. Gdyby ktoś z niefrasobliwością Tarzana patrzył, kogo by tu poranić, i mówił, że uprawia działalność kulturotwórczą i że jest do tego dobrym chrześcijaninem, byłaby to farsa i groteska. Istnieją natomiast pewne wartości, z którymi się identyfikujemy tak bardzo, że kiedy widzimy odmienne identyfikacje u naszych bliskich, wywołuje to u nas bolesne rozdarcie prowadzące do ran. Wydaje mi się, że zjawisko to występowało właśnie w przypadku sporu Herlinga i Giedroycia.

Mój Boże, ileż wycierpiał za życia ks. Tischner, kiedy go krytykowano za jego sympatie dla Unii Wolności czy za konkretne wypowiedzi o podłożu społecznym. Na terenie kultury pewne rany są nieuniknione. Niekiedy powstawały one w wyniku szybkich, nerwowych zachowań i ocen. Podobnie u Giedroycia. Weźmy na przykład to zdanie, kiedy stwierdził, że do Polski nie pojedzie, bo przestała wprawdzie być wasalem Moskwy, ale uzależniła się od Watykanu. Jest to przecież tak niepoważne, że nawet u przeciętnego licealisty wywołuje poczucie konsternacji. Okazuje się, że można być wielkim człowiekiem i mieć wzorcowo nieodpowiedzialne wypowiedzi. Nie traktujmy więc bliskich nam osób na wzór generalissimusa Józefa Stalina, który był absolutnym słońcem. Te zaćmienia, niedoskonałości i skazy, które będą występować, są nieuniknione. Ich przejawem bywają rany, także u osób twórczych i pięknych dusz.

W swej najnowszej książce „Pożegnanie z Nazaretem” pokazuje Ksiądz Arcybiskup, że Pan Jezus wychodził poza ramy narodu wybranego, przekraczając mentalność plemienną, prowincjonalną. Kultura też jest wychodzeniem do Samarytan. Kto dziś jest Samarytaninem dla kultury chrześcijańskiej?

W różnych kręgach społecznych są różne odmiany Samarytan. W polskich warunkach są to na przykład ludzie, którzy odnaleźli drogę do Chrystusa, którzy uczciwie rozliczyli się ze swoją przeszłością. Od dawnych członków Partii, którzy nazywają swoją przeszłość po imieniu, po różnego rodzaju dziennikarzy, którzy przeżyli głęboką duchową metanoię od tamtych czasów, kiedy występowali w roli piewców PRL–u. Dziś piszą do mnie listy zaprawione cierpką melancholią i uczciwie poszukują swego miejsca w nowym świecie.

Trzeba umieć tych ludzi dostrzec i pamiętać, że cuda Damaszku zdarzają się także w naszej polskiej rzeczywistości. Nie należy patrzeć na Pawłów z perspektywy Szawła. Potrzebny jest nam polski przyczynek do chrześcijańskiego spojrzenia na transformacje kulturowe, które u nas zachodzą.

Dostrzeżmy także inne grupy spychane na społeczny margines. Patrzę z bólem na to, ile jest uprzedzeń w stosunku do narkomanów, nosicieli wirusa HIV. Boleję, że bardzo często rzucanie w nich kamieniem i izolacja bywają przedstawiane jako dojrzała, patriotyczna czy wręcz chrześcijańska postawa i reakcja. Niedawno w jednym z miast na terenie mej archidiecezji upadł projekt stworzenia jadłodajni dla bezdomnych, bo okoliczni mieszkańcy nie życzyli sobie kontaktu z przedstawicielami lumpenproletariatu…

Pan Jezus rozmawiał z Samarytanką przy studni, ucztował z celnikami i jawnogrzesznicami. Jednak i zagubiona owieczka nie zawsze jest wolna od cynizmu i nihilizmu współczesnych Longobardów, czyli barbarzyńców. Jak odnaleźć się w takim napięciu, gdy granica między Samarytaninem a Longobardem przebiega przez serce człowieka?

Żyć między Samarytanami a Longobardami niewątpliwie nie jest łatwym zadaniem. Najpierw trzeba nauczyć się dostrzegać godność człowieczą zarówno w jednych, jak i w drugich. Nie wolno uśredniać, by nie stworzyć sobie wyidealizowanego człowieka, który reprezentuje całą społeczność. Trzeba ciągle się uczyć Chrystusowej postawy otwarcia. On rozumiał, że w Samarytance spotkanej przy studni są pokłady dobra i wydobywał je w rozmowie. Jednocześnie reagował ze spokojem, gdy nie przyjęto Jego i uczniów na nocleg w Samarii, gdyż szli do Jerozolimy. Trzeba tutaj naśladować Chrystusa, unikając prostych reguł i uogólniających sloganów. Różnica między chrześcijaństwem i ideologią jest taka, że chrześcijanin widzi przede wszystkim człowieka — jego dramat, komplikacje, poszukiwania. Ideolog widzi gładkie uogólniające formułki i im podporządkowuje człowieka.

Tuż przed Kongresem ukazała się deklaracja „Dominus Iesus”. Odbiór tego dokumentu na Kongresie był bardzo złożony. Bardzo negatywna ocena deklaracji przez Leszka Kołakowskiego spotkała się z wątłą reakcją merytoryczną i obroną, nawet ze strony obecnych na sali hierarchów kościelnych.

Nie należy oczekiwać, że ten problem zostanie rozwiązany natychmiast, dosadnie, ze stoperem w ręce. Potem jednak temat deklaracji często przewijał się w dyskusjach.

Tak, ale nie mówiono o tym na sali głównej po wystąpieniu Kołakowskiego. Ksiądz Arcybiskup zaproponował wtedy, żeby raczej dyskutować o niezmiennikach kulturowych.

Bo tego dotyczył wykład nadesłany przez Kołakowskiego. Kiedy Autor zamówionego przez nas tekstu zobaczył, że jego referat jest już wydrukowany, powiedział, że nie ma sensu mówić tego, co każdy może przeczytać. W dodatku po męczącej podróży z Oksfordu był niewyspany i zmęczony wypełnionym po brzegi programem dnia. Ulał więc sobie trochę żółci, mówiąc o wielu bolesnych sprawach. Było to jednak ważne świadectwo bólu kogoś, kto uczciwie poszukuje prawdy i chciałby zasypywać dzielące nas przepaści.

W trakcie Kongresu pokazaliśmy, że zasypywanie nie polega na tym, żeby ukazywać, iż wszystko jest idealnie gładkie. Na drugą część obrad zaprosiliśmy prawosławnego patriarchę Teoktysta i naczelnego rabina Rzymu Toaffa. W sytuacji, kiedy zarówno prawosławni, jak i żydzi, mieli zastrzeżenia co do Dominus Iesus, okazało się, że jednak możemy się porozumieć i — mimo dzielących nas przepaści — wędrować wspólnie w tym samym kierunku, nie zacierając różnic.

Powiedział Ksiądz Arcybiskup, że przechodzimy ponad podziałami, nie zacierając jednak różnic. I bardzo mnie ciekawiło, jak to hasło można zrealizować w praktyce. Oto przyjeżdża Elio Toaff, który — jak doniosła KAI — zawiesił jedno ze spotkań dialogu chrześcijańsko–żydowskiego w Rzymie, gdyż stwierdził, że jest on niemożliwy w kontekście „Dominus Iesus”. Czy poruszono ten drażliwy temat, czy też miejsce i uroczystość nadania mu doktoratu nie pozwalały na dotykanie tej drażliwej sprawy?

W przemówieniu głównym Elio Toaff do niej nie nawiązał, ale na konferencjach prasowych temat ten poruszano. Kiedy dziennikarze go o to pytali, prof. Toaff czynił wyraźne rozróżnienia między treścią dokumentu, jego formą i pontyfikatem Jana Pawła II. Jeśli mogłem dobrze wyczuć jego przekonania, to zastrzeżenia profesora kierowały się głównie w stronę formy Dominus Iesus. Gdyby w niej wzięto poprawkę na aspekt dialogowy, można by treści, które tam sformułowano, wyrazić w sposób mniej kontrowersyjny. W moim poczuciu my, katolicy, nie możemy prowadzić działań ekumenicznych, rezygnując z treści Dominus Iesus, natomiast poszukiwanie formy jest czymś, czego uczymy się wszyscy krok po kroku.

Czy zatem forma — niedopracowana — nie stała się dominantą w odbiorze tego dokumentu? W końcówce Roku Jubileuszowego doszło do zerwania kilku spotkań ekumenicznych z tego powodu, nawet tutaj, na KUL, w dniach 17–18 października nie przyjechała część zaproszonych gości.

Niewątpliwie pojawiło się wiele mocnych reakcji. Zaczynanie świętej wojny z powodu formy nie wydaje mi się jednak ani chrześcijańskie, ani mądre. Jeśli ktoś ma zastrzeżenia do formy, to niech powie jasno: „wyraźcie to inaczej”; i mówmy o treści. Treść Dominus Iesus wydaje mi się natomiast niekwestionowalna.

Ksiądz Arcybiskup bardzo często odróżnia mentalność plemienną od uniwersalnej. Czy z perspektywy całego świata chrześcijaństwo i Europa mogą być postrzegane przez ludzi z zewnątrz, ludzi innych kultur i religii jako prowincja, a „Dominus Iesus” jako przejaw mentalności etnicznej?

Nie tylko mogą, ale i są. Mieszkańcy Nowej Gwinei np. patrzą na naszą fizykę jako na przejaw mentalności prowincji, a nie prawdziwą wiedzę. Sądzą, że z autentyczną fizyką mają do czynienia wówczas, gdy formułują instrukcje, jak tchnąć ducha w obiekty fizyczne, aby te mogły wznieść się w powietrze na przekór Newtonowskiej zasadzie grawitacji. Jednak dla mnie ostatecznym sprawdzianem wartości fizyki Newtona czy Einsteina nie są deklaracje uzależnione od przynależności kulturowej, lecz funkcjonowanie zasad naszej fizyki w komputerach czy w samolotach. Tak samo potwierdzeniem prawdziwości Dominus Iesus jest dla mnie tajemnica Kościoła, której doświadczam codziennie. Dlatego też, identyfikując się z treścią Dominus Iesus, przyjmuję ze spokojem, że przedstawiciele innych wyznań czy innych „kultur” intelektualnych nie akceptują jej treści.

Czy dla Księdza Arcybiskupa przesłanie „Dominus Iesus” jest najbardziej uniwersalnym przesłaniem, na jakie mógł zdobyć się człowiek?

Może nie użyłbym słowa uniwersalny, ale fundamentalny, zasadniczy. W tym sensie, że gdybyśmy zrezygnowali z tej prawdy, byłoby to formą przekształcenia Kościoła w zbiór sympatycznych kapliczek, gdzie każdy może czuć się przytulnie, sympatycznie, ciepło, ale gdzie brakuje właśnie tego uniwersalizmu.

Jest Ksiądz Arcybiskup postrzegany jako jeden z największych orędowników integrowania Polski z Europą. Z jednej strony Ksiądz pięknie mówi, że gdyby apostołowie woleli łowić ryby w dobrze sobie znanej Galilei, a nie poszli do Rzymu Nerona, nie wiedzielibyśmy do dziś, co to chrześcijaństwo. Idźmy zatem do Europy, nie możemy wyznawać zasady: niech sobie Europa tonie w grzechu, a nam tu w Polsce będzie dobrze. Z drugiej strony bardzo często mówi Ksiądz Arcybiskup o patologiach dręczących świat zachodni.

Tak, po prostu mówię o tym, jak rozwiązywać europejską kwadraturę koła. Są pewne imponderabilia. Sprostanie im zawsze będzie trudnym zadaniem dla kolejnych pokoleń. Należy unikać ideologicznego zacietrzewienia, które prowadzi do upraszczających opinii, że tylko Europa może nas zbawić albo że tylko my, zamknięci w sarmackim dobrym samopoczuciu, możemy uratować Europę. Posłani przez Chrystusa, idźmy na ten wielki szlak, ale bądźmy świadomi, że tam potrzeba męczenników, a nie samych euroentuzjastów.

Skąd wynika optymizm Księdza Arcybiskupa, że my, będąc „misjonarzami” Europy, odniesiemy sukces? Ta Europa daje dowody, że nie chce ratować się przez powrót do chrześcijańskiej tradycji. Jest silna niechęć, by włączać do Karty Europy zapis o tradycji chrześcijańskiej. W Gnieźnie w tysiąclecie Zjazdu prezydent Niemiec powiedział, że nie widzi powodu, żeby jednoczyć Europę na tradycji i wartościach chrześcijańskich, bo ta dzisiejsza Europa jest mieszanką równoprawnych kultur.

Metodycznie można by to pytanie przenieść dwa tysiące lat w przeszłość, gdy Pan Jezus posyłał uczniów, i zapytać: „Panie Jezu, skąd Ty wiesz, że jak oni pójdą, to ochrzczą w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego i przybliżą świat do Ewangelii?”. Po ludzku rzecz biorąc, wyglądało to beznadziejnie. Dwunastu prostych mieszkańców galilejskiej prowincji, a tam potęga Imperium Romanum.

Mój optymizm płynie głównie z tego, że Duch Święty działa w Kościele. Nie tylko my ze swoimi planami i aktywnością szarych komórek, ale Jego dynamika jest czymś podstawowym. Za bardzo bym się nie zamartwiał przejawami cynizmu czy patologii, które widać na kontynencie europejskim. One były w każdych warunkach.

Natomiast ważne, żeby znać nauczanie Ojca Świętego, realizować je w jedności z całym Kościołem, czuć się odpowiedzialnym za naszą Europę, która wyrasta z korzeni chrześcijańskich i nie zamartwiać się, kiedy niektórzy z naszych polityków najpierw straszą Europą, a potem otrzymują 0,79% głosów w wyborach prezydenckich.

Patrząc na procenty, można zapytać, czy chrześcijanie skazani są na bycie wiecznym zaczynem, któremu do końca świata nie uda się zakwasić całego ciasta?

Dzieciom naszej cywilizacji zapewne marzyłby się sukces, w którym 100% mąki zostaje zakwaszone przez niewielki objętościowo zaczyn. Chrystus nie formował jednak swych uczniów na ludzi sukcesu, którzy wskaźniki statystyczne mają lepsze niż socjalistyczni przodownicy pracy. Naszym zadaniem jest dawać świadectwo wiary posunięte do heroizmu i zostawić Bogu wybór ostatecznych proporcji między kąkolem i pszenicą na eschatologicznym żniwie.

Gdy Pan Jezus został odrzucony przez współziomków w Nazarecie, poszedł do Kafarnaum, potem do Jerozolimy. My żyjemy w globalnej wiosce, gdzie mentalność bulwarowej popołudniówki jest bardzo powszechna — stała się mentalnością świata. Dokąd ma się udać uczeń Mistrza z Nazaretu, gdy zostaje odrzucony przez świat?

Istnieje dla nas jedna droga, na której, niosąc Chrystusowy krzyż, musimy starać się realizować ewangeliczną hierarchię wartości, bez względu na to, czy jesteśmy w Nazarecie, czy w Nowym Jorku, czy na przedmieściach Buenos Aires. To jest ta wizja wielkiej duchowej przygody w głąb. Na jej ścieżkach poszukujemy sensu i niesiemy świadectwo prawdy. Nasza cywilizacja uświadamia nam w sposób szczególny, że zmieniają się parametry, reklamy, hasła, natomiast pozostaje niezmienny człowiek ze swoją tęsknotą za fundamentalnymi ludzkimi wartościami. Dla mnie podstawowe zadanie to ratować świat ludzkich wartości. Dlaczego?

W wieku XX technologia rozwinęła się bardziej, niż marzyli dziewiętnastowieczni pozytywiści, ale ten sam wiek przyniósł też ludobójstwo w niespotykanej wcześniej skali. Ludobójstwo plus wysoką technologię. Symbolem są piece krematoryjne, gdzie drugą zasadę termodynamiki wykorzystuje się po to, by efektywniej usuwać ludzkie trupy. Ten dramat świadczy o tym, że na drodze fascynacji technicznych nie znajdziemy harmonii ludzkiego losu. Trzeba udać się na wycieczkę w głąb, odkrywać ludzkie wartości, bogaty świat ducha. Już na poziomie popołudniówki niektórzy sobie to uświadamiają, fascynując się ideologią New Age. Z tym, że New Age do religii ma się tak, jak kicz do arcydzieła. Kochajmy Mozarta, uczmy ludzi szacunku do Rembrandta. Nie wprowadzajmy jeleni na rykowisko, w czym celują popołudniówki i prasa bulwarowa.

Posługa Księdza Arcybiskupa była naznaczona dwoma znamiennymi wydarzeniami. Najpierw otrzymał Ksiądz w Pradze cios nożem w plecy, a potem w Tarnowie został uderzony kamieniem w głowę.

Trochę głupio się czuję, bo już od paru lat nic podobnego mnie nie spotkało.

Może to świadczy, że nastroje antyklerykalne w Polsce zmalały?

Raczej nie, bo Praga nie była w Polsce, kamień zaś w Tarnowie, z tego, co udało się potem ustalić, nie był antyklerykalny, lecz stanowił raczej zapłatę za próbę rozrachunków moralnych z Peerelem.

Jest w Księdzu Arcybiskupie dusza zapalczywego polemisty, człowieka pióra, który często z gorącą głową wchodzi w tematy z pogranicza etyki, polityki i historii najnowszej. Zdaje się, że pewna kąśliwość i artystyczna złośliwość w wypowiedziach i książkach Księdza czasem kłócą z kapłańską troskliwością i wyważeniem. Weźmy na przykład potyczki z Adamem Michnikiem w „Bruderszafcie z Kainem”. Sytuacje salonowego bratania się i przechodzenia na „ty” niedawnych działaczy niepodległościowych z tymi, którzy budowali i uosabiali reżim, przyrównuje Ksiądz Arcybiskup do „Folwarku zwierzęcego”.

Przyznam się, że nie patrzyłem nigdy na swoją posługę prawdy przez pryzmat jednego środowiska, jednej redakcji czy jednego dziennikarza…

Przytoczyłem to nazwisko tylko jako wyrazisty symbol.

Rozumiem symbolikę, ale równocześnie widzę całą złożoność moralnych ocen towarzyszących polskim transformacjom. Czy oceny te zawsze należy wyrażać w beznamiętnym stylu? Pasja jest cnotą chrześcijańską. Kiedy patrzę na bogactwo dziedzictwa Kościoła, to wśród świętych widzę osoby, które oddziaływały w milczeniu i ciszy, ale widzę także tych, którzy oddziaływali krzykiem, przekorą, pasją.

Weźmy na przykład księdza Bronka Bozowskiego, kandydata na ołtarze. Potrafił człowiekowi nagadać, ale potem przyciskał go do piersi i obejmował miłością ojca. Jestem przeciwny temu, byśmy rozwadniali chrześcijaństwo i utrzymywali się na poziomie niekontrowersyjnych ogólników. Naszym zadaniem jest powiedzieć gorzką prawdę, nawet, jak to pan powiedział, z odcieniem złośliwości, jeśli ta ostatnia może poruszyć wyciszone sumienia…

Mój mistrz duchowy, Roman Brandstaetter, powiedział mi kiedyś, że złośliwość to jest ta szczypta soli, która czyni życie smaczniejszym.

Niektórzy pocieszają się także, że złośliwość jest oznaką inteligencji. Nie pocieszałbym się jednak tym zbyt łatwo, gdyż małpy też są złośliwe.

Napisał Ksiądz Arcybiskup, że prorok winien być twardszy od kamieni, którymi w niego rzucają. Jak połączyć twardość z wrażliwością na prawdziwą krytykę?

Dla mnie akceptacja krytyki jest czymś bardzo podstawowym. Autor szczególnie mi bliski to Karl Popper, który podkreśla rolę krytycyzmu metodologicznego. Drugi krok to wzór Jezusa Chrystusa. Potrafi On patrzeć na lilie polne, zachwycać się urodą ptaków niebieskich, a równocześnie stawiać twarde wymagania, metaforycznie postulując ucięcie ręki, wyłupanie oka. Potrafi nieść krzyż, nie roztkliwiając się nad sobą, a równocześnie uśmiecha się do dziecka i błogosławi. Natomiast my się specjalizujemy albo w twardości, albo w ckliwym sentymentalizmie.

Umieć integrować to, co wrażliwe, poetyckie, piękne, z tym, co twarde, konsekwentne, oparte na wysiłku woli, to wielkie zadanie nie tylko dla twórców kultury, ale dla nas wszystkich, którzy nadajemy kształt kulturze początku XXI wieku.

Tę twardość i konsekwencję Ksiądz Arcybiskup przejawia w swoich komentarzach politycznych. Przywołany już Adam Michnik powiedział, że uprawia Ksiądz teologię wyzwolenia od Aleksandra Kwaśniewskiego. Żądanie wyjaśnień stawiane przez Arcybiskupa prezydentowi w sprawie zachowania na lotnisku podkaliskim skończyło się tym, że naczelny „Wyborczej” nazwał Jego Ekscelencję małym człowiekiem. Czy to nie jest jedna z tych przygód, kiedy w drodze do prawdy traci się człowieka?

Przyznam się, że nie traktuję tego w kategoriach przygody, ponieważ nie mam psychicznej potrzeby ripostowania osobom, które zajmują się klasyfikacją epitetów czy określaniem współczynnika czyjejś wielkości. Jak ktoś ma dużo wolnego czasu, może inwestować go w klasyfikowanie. Ironia przy klasyfikowaniu typów teologii wyzwolenia niewiele mnie interesuje. Natomiast uważam, iż wyzwolenie należy do istoty chrześcijaństwa. Sądzę, że w dziedzinie kultury i posługi w naszych realiach biskup winien być znakiem wyzwolenia od przesądów, kompleksów, obsesji.

Jednak dla mnie uprawia Ksiądz Arcybiskup teologię wyzwolenia od chorej pamięci czy raczej braku pamięci…

Jest to wyzwolenie ewangeliczne, które należy do istoty Kościoła.

Przypomina Ksiądz Arcybiskup często zbieżności między PZPR– –em a NSDAP, nawet w listach pasterskich. U niektórych wywołało to wstrząs.

Okaleczyć naszą pamięć to tak, jakby podpisać umowę o niewspominaniu o II wojnie światowej. U nas jest wielu zwolenników milczenia na temat najnowszej historii i sądzę, że w przyszłości taki eksperyment może nas drogo kosztować. Kiedy w Austrii średnia generacja protestuje dziś przeciwko Haiderowi, młode pokolenie Austriaków mówi jej: „Jest to następstwo tego, co wy robiliście w czasie Anschlussu. Hitlerowcy wchodzili, a wy witaliście ich kwiatami i okrzykami i do dziś z tego powodu nikt nie uderzył się w pierś”. Polskie Anschlussy i polskie kolaboracje miały również swój bardzo dramatyczny kształt. O tym nie wolno nie mówić, bo schowana w piasku głowa wyjdzie nam kiedyś jako przerażająca trupia czaszka — symbol uśmiercenia wrażliwych sumień przy akompaniamencie salonowych szczebiotów.

Zgadzam się, że niedomówienia szkodzą prawdzie i pojednaniu. Niestety, w życiu społecznym, rodzinnym często człowiek musi godzić się na pewne nieścisłości, bo inaczej życie zamieniłoby się w piekło. Dążąc do prawdy za wszelką cenę, każdego dnia musielibyśmy wywoływać wojny.

Tak, oczywiście, w życiu codziennym wśród bliskich nie sposób występować ciągle w roli moralisty, sędziego, historyka, ale na poziomie społecznym nie wolno nam unikać niewygodnych tematów.

Na koniec chciałbym zapytać, jak najbardziej zapracowany człowiek Rzeczpospolitej znajduje czas na osobiste bycie z Panem Jezusem. Czytając Księdza teksty, nawet te najbardziej polemiczne, znajduję inspirację ewangeliczną. Kiedy Ksiądz Arcybiskup, który kojarzy się z postacią medialną i skomputeryzowaną, znajduje czas na wyciszenie?

Czas spędzany przed tabernakulum jest czasem wielu natchnień, które niosą nowe pomysły, także pisarskie czy perspektywy koncepcyjne. Skojarzenia przychodzą mi bardzo często właśnie w kaplicy. Trzeba także nauczyć się wykorzystywać skrawki wolnego czasu. Na przykład: siedzę na lotnisku, czekając na opóźniony samolot. Zamiast nerwowo wzdychać, patrząc na zegarek, kieruję wtedy myśl ku Bogu, zastanawiam się nad sprawami, o których mam pisać w najbliższym czasie, skupiam się. Potem wsiadam do samolotu i nieraz stenografuję te teksty, które przyszły mi na myśl w takich momentach. Wtedy czas wypełniony Bogiem staje się ekspresją wielkiej integracji.

Tyle musi Wam dziś wystarczyć, bo kolejka interesantów rośnie wykładniczo…

Dziękujemy serdecznie.

Wyprostować krzywą Gaussa?
abp Józef Życiński

(ur. 1 września 1948 w Piotrkowie Trybunalskim – zm. 10 lutego 2011 w Rzymie) – polski duchowny rzymskokatolicki, profesor filozofii, doktor teologii, biskup diecezjalny tarnowski w latach 1990–1997, arcybiskup metropolita lubelski w latach 1997–2011....

Wyprostować krzywą Gaussa?
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...

Wyprostować krzywą Gaussa?
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, w latach 2014-2022 prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego....