Największa udręka świata

Ilekroć w historii Kościoła dochodzi do wielkiego kryzysu, jak schizma w jedenastym wieku, reformacja w szesnastym czy potężna sekularyzacja w wieku dwudziestym, zawsze możemy obserwować, że główną przyczyną rozłamu jest władza nadużywana przez tych, którzy uważali się za uczniów ubogiego i bezbronnego Jezusa.

Nie ma obecnie większej udręki zadawanej ludzkości w cywilizowanych i wolnych krajach niż konieczność wysłuchiwania kazań.

Anthony Trollope, Barchester Towers, 1857 rok

Czym jest nowina

Mówimy, że kazanie to głoszenie dobrej nowiny, czyli czegoś nowego. Niestety, trzeba sobie uświadomić, że dla wielu ludzi w homilii nie ma absolutnie niczego nowego. Praktycznie nikt nie słucha kazania z nastawieniem, że usłyszy coś, czego by już nie wiedział. Wszyscy słyszeli o Jezusie — Jego uczniach, Jego przypowieściach, Jego cudach, Jego śmierci i zmartwychwstaniu. Mówiono im o tym w domu, w przedszkolu, w szkole, na studiach, tak często i na tak wiele różnych sposobów, że ostatnią rzeczą, którą się spodziewają usłyszeć z kazalnicy, jest jakaś nowina.

A rdzeń ewangelii — „Będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca, z całej duszy i całym swym umysłem, a bliźniego swego jak siebie samego” — był powtarzany tak często i z takim uporem, że w przypadku większości ludzi prawdopodobieństwo wywołania nawet najmniejszej reakcji jest znikome. Słuchali tego od wczesnego dzieciństwa i będą słuchać aż do samej śmierci — chyba że tak się tym znudzą po drodze, że zaczną unikać sytuacji, w której będą narażeni na tę natarczywie powtarzaną informację.

Fascynująca jest obserwacja ludzi, kiedy kaznodzieja zaczyna swoje kazanie jakąś małą świecką historyjką na zakąskę. Siedzą wyprostowani, z otwartymi oczami. Jednak kiedy pada słynna formułka: „To właśnie, bracia i siostry, miał na myśli Jezus, kiedy powiedział…”, natychmiast ogarnia ich senność i szukają wygodniejszej pozycji. Od tej chwili większość kapłanów zostaje samych i chcąc podtrzymać kontakt, musi polegać tylko na sile własnego głosu czy oryginalności gestów.

To smutne, że dla większości ludzi imię Jezusa straciło swą moc mobilizującą. Jakże często sytuacja przypomina tę z pewnej katolickiej szkoły. Nauczyciel pyta: „Dzieci, a kto wymyślił silnik parowy?”. Wszyscy siedzą cicho, aż w końcu mały chłopiec z ostatniej ławki mówi znudzonym głosem: „Przypuszczam, że to znowu Pan Jezus”.

Kiedy nowina staje się tak oczywista, że traci zdolność wywoływania jakiejkolwiek twórczej reakcji, łatwo może przestać być uznawana za nowinę. Czujemy, że musimy być fizycznie obecni podczas głoszenia, ale zamykamy oczy, umysł i odpływamy.

Trzeba się zaangażować

Postawą, która często przeszkadza w dotarciu do cierpiącego człowieka, jest z pewnością powściągliwość. Tragedia chrześcijańskiej posługi tkwi w tym, że wielu, którzy są w potrzebie i szukają chętnego ucha, słowa wsparcia, wybaczającego uścisku, pewnej ręki, czułego uśmiechu czy nawet jąkającego się wyznania o niemożliwości zrobienia niczego więcej, często znajduje swych kapłanów jako ludzi oddalonych, którzy nie chcą sobie poparzyć palców. Są niezdolni albo nie chcą wyrazić przyjaźni, gniewu, wrogości czy sympatii. Paradoksem jest to, że ci, którzy pragną być „dla wszystkich”, stwierdzają, że nie potrafią być blisko z nikim. Kiedy wszyscy stają się moimi bliźnimi, warto zastanowić się, czy istnieje ktokolwiek, kto mógłby być moim proximus, to znaczy tym, który jest mi najbliższy.

(…) Nikt nie jest w stanie pomóc drugiemu bez zaangażowania się, bez wkroczenia całą swoją osobą w bolesną sytuację, bez podjęcia ryzyka, że zostanie zraniony, skrzywdzony czy nawet zniszczony w trakcie tego procesu…

Czy można uratować dziecko z płonącego domu, nie podejmując ryzyka, że zostanie się poparzonym przez płomienie? Czy można słuchać wyznań o samotności i rozpaczy bez narażania się na ryzyko doświadczenia podobnych bólów, a nawet straty cennego spokoju umysłu? Krótko mówiąc: czy można oddalić cierpienie bez wkraczania w nie?

Wielkim złudzeniem kierowników duchowych jest myśl, że ktoś, kto nigdy nie był na pustyni, wyprowadzi z niej innych.

Władza zamiast miłości

Jednym z większych paradoksów historii chrześcijaństwa jest to, że przywódcy stale ulegają pokusie władzy — władzy politycznej, wojskowej, ekonomicznej bądź moralnej i duchowej — nie przestając przemawiać w imię Jezusa Chrystusa, który nigdy nie uciekał się do swojej boskiej władzy, ale ogołocił się i stał podobny do nas. Pokusa, by uznawać władzę za pożyteczny instrument w głoszeniu ewangelii, jest największa z wszystkich. Ileż to razy słyszymy od innych — i mówimy sami sobie — że władza wykorzystana w służbie Bogu i bliźnim jest czymś dobrym. Właśnie dzięki podobnemu usprawiedliwianiu dochodziło do krucjat, organizowano inkwizycje, zniewalano Indian, pożądano wpływowych stanowisk, budowano biskupie pałace, wspaniałe katedry i seminaria oraz manipulowano sumieniem. Ilekroć w historii Kościoła dochodzi do wielkiego kryzysu, jak schizma w jedenastym wieku, reformacja w szesnastym czy potężna sekularyzacja w wieku dwudziestym, zawsze możemy obserwować, że główną przyczyną rozłamu jest władza nadużywana przez tych, którzy uważali się za uczniów ubogiego, bezbronnego Jezusa.

Co sprawia, że pokusa władzy jest tak nieodparta? Może to, że władza stanowi łatwy substytut trudnego zadania miłości? Wydaje się, że łatwiej być Bogiem, niż kochać Boga, łatwiej panować nad ludźmi, niż ich kochać, łatwiej chwycić swoje życie w ręce, niż je pokochać. Jezus pyta: „Kochasz mnie?”. A my: „Czy możemy zasiadać po Twojej prawicy i lewicy w Królestwie niebieskim?” (por. Mt 20,21). Odkąd wąż powiedział: „Gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło” (Rdz 3,5), jesteśmy kuszeni, by zastąpić miłość władzą. Jezus przeżył tę pokusę w najbardziej dręczący sposób na pustyni Krzyża. Długa bolesna historia Kościoła jest historią ludzi, którzy wybrali władzę zamiast miłości, panowanie zamiast krzyża, przywództwo zamiast zgody na bycie prowadzonym.

Jedno wiem na pewno: pokusa władzy jest największa, gdy zagraża nam bliska relacja z drugim. Większość chrześcijańskiej władzy znajduje się w rękach ludzi, którzy nie wiedzą, jak rozwinąć zdrowy, zażyły kontakt i zamiast niego wybierają władzę i panowanie. Wielu budowniczych chrześcijańskich imperiów było ludźmi niezdolnymi do dawania i przyjmowania miłości.

O własnym doświadczeniu

Duszpasterska troska nie oznacza nerwowego biegania w kółko w celu zbawienia ludzi i ocalenia ich w ostatniej chwili. Aby ich skierować na właściwe tory, nie wystarczy dobry pomysł, inteligentna uwaga czy praktyczna rada. Jeśli kaznodzieja pragnie być przewodnikiem, musi nauczyć się ukazywać ludziom swoje doświadczenia życiowe — modlitwę, rozmowy i samotne godziny — kiedy go o to proszą. Tak, jak śpiewa Paul Simon: połóż się niczym most nad wzburzonymi wodami.

Słuchając kaznodziejów, którzy nie boją się dzielić własnymi doświadczeniami jako źródłem poznania, my także nie lękamy się stawić czoła własnemu losowi i losom świata. Ten bowiem, kto stoi przed nami, jest żywym świadkiem, że poznanie nas wyzwala i nie budzi nowych niepokojów. Tylko w ten sposób można usunąć obojętność i rozdrażnienie. Tylko wtedy słowo Boga, które tak często powtarzano, ale tak rzadko rozumiano, znajdzie żyzną glebę i zakorzeni się w ludzkim sercu.

Ilekroć mamy do czynienia z prawdziwym kaznodziejstwem, przeżywamy na nowo Ukrzyżowanie. Kaznodzieja bowiem nie może wyprowadzić innych na światło, nie wkroczywszy najpierw samemu w ciemności. Prawdopodobnie miał rację Anthony Trollope, kiedy mówił, że konieczność słuchania kazań jest największą udręką zadawaną ludzkości w cywilizowanych i wolnych krajach. Jednak jeśli chcemy, aby nasze kraje stały się naprawdę wolne i cywilizowane, musimy mieć nadzieję, że zawsze znajdą się ludzie gotowi przyjąć trudne wyzwanie głoszenia nauki i prowadzenia innych przez własne ciemności ku Światłu Boga.

tłum. Justyna Grzegorczyk

Fragment z antologii tekstów H. Nouwena, Ziarna nadziei, opracowanej przez trapistę Roberta Durbacka, Doubleday 1997, która ukaże się nakładem wydawnictwa „Zysk i S–ka”. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Największa udręka świata
Henri J. M. Nouwen

(ur. 24 stycznia 1932 r. w Nijkerk, Holandia – zm. 21 września 1996 r. w Hilversum, Holandia) – holenderski ksiądz katolicki, autor ponad 40 książek z zakresu duchowości, wysoko cenionych przez katolików i protestantów. O...