Nie mam ochoty na wojaczkę

Nie mam ochoty na wojaczkę

Pan Fenrych oskarża mnie o to, że mam zamiar muzułmanów nawracać ogniem i mieczem. Otóż takiego zamiaru nie mam. Uważam tylko, że świat muzułmański, a arabski w szczególności, znajduje się w stanie prawie beznadziejnym.

Istnieją dwa typy publicystów piszących na temat percepcji islamu w świecie Zachodu.

Typ pierwszy to tacy, którzy uważają, że wszystkie problemy we wzajemnym dialogu biorą się z ignorancji Zachodu mającego całkowicie groteskowe, nieodpowiadające rzeczywistości wyobrażenie o islamie. Trzeba walczyć z zachodnią islamofobią, propagować prawdziwy obraz tej religii, aby doprowadzić do odrzucenia stereotypów.

Szkoła druga mówi: problemy nie biorą się stąd, że Zachód uważa świat islamu za bastion ciemnoty i zacofania. Istnieją one dlatego, że według wszelkich obiektywnych kryteriów świat islamu (poza paroma wyjątkami) jest bastionem ciemnoty i zacofania. To, że dawno temu muzułmanie stworzyli wielką kulturę, przechowali dzieła Arystotelesa i wymyślili algebrę nie ma nic do rzeczy. Mówimy o tym, co jest teraz.

Ludzie szkoły pierwszej mają na ogół bardzo dobre chęci. Można wręcz trafić na księży katolickich tak bardzo przejętych dialogiem ekumenicznym, że stali się faktycznymi misjonarzami islamu. Zapominają przy tym o dość ponurej rzeczywistości realnego świata islamu lub myślą, że jeżeli o problemie się nie mówi, to on znika.

Ot, weźmy polemikę Włodzimierza Fenrycha. Polityczna poprawność nakazuje o zwyczajach innych kultur pisać na kolanach i broń Boże, nie krytykować (chyba, że piszemy o chrześcijaństwie). Tymczasem pozwoliłem sobie na szyderstwa z niektórych zwyczajów muzułmańskich, które ośmielam się uważać za obskurantyzm. Fenrych zakipiał oburzony i zaczął mnie pouczać, że w Iranie odbywają się wybory, a w Pakistanie parę lat temu premierem była kobieta. Wszystko więc jest w porządku. Są to kraje jak najbardziej normalne, tylko ten Włodek o tym nie wie i nie ma pojęcia o realiach.

Czy rzeczywiście normalne? Weźmy na przykład wymieniony przez Pana Pakistan. Jak sam Pan powiedział, jakiś czas temu premierem była tam kobieta. Wiedzę najlepiej czerpać u źródeł, posłuchajmy więc, co pani Benazir Bhutto, była premier Pakistanu, ma do powiedzenia na temat realiów swojego kraju. Po rytualnych zapewnieniach, że zamachowcy z 11 września 2001 roku nie byli prawdziwymi muzułmanami, opowiada:

Jako premier Pakistanu walczyłam z tymi samymi ludźmi, w tym z Osamą bin Ladenem. Zamykałam ich uniwersytety, które uczyły przemocy, i rozbrajałam madrasy, ich szkoły religijne, które zamieniały dzieci w fanatyków i kryminalistów. Próbowałam przywrócić prawo i porządek w naszych miastach przy nieustannych atakach ze strony terrorystów. Mój rząd wydawał terrorystów, jak Ramzi Youssefa, który przyniósł zniszczenia do Nowego Jorku w latach 90. Uderzali we mnie i moich sojuszników. Zniszczyli ambasadę Egiptu w Islamabadzie. Spalili Zgromadzenie Narodowe, porwali autobus z dziećmi ze szkoły, zabijali dyplomatów i biznesmenów na ulicach („Wall Street Journal”, 25 września 2001 roku).

Czy więc fakt wybrania kobiety na premiera w kraju muzułmańskim wystarczy, aby uznać ten kraj za normalny? Nawet jeżeli ekstremiści nie są w nim liczni, to są na tyle bezwzględni i zdecydowani, że potrafią władze trzymać w szachu.

Dodajmy ciekawostkę: Pakistan jest krajem, w którym za bluźnierstwo wymierzana jest kara śmierci. W chrześcijańskiej Europie też się dawniej wyrzynano za filoque i podobne sprawy, ale to było dawno. Dno zostało osiągnięte podczas wojny trzydziestoletniej, a potem zaczęło się powolne trzeźwienie. Sporadyczne procesy o czary lub o kwestie religijne zdarzały się jeszcze w wieku XVIII, ale już wtedy budziły oburzenie.

W Pakistanie wyroki śmierci za bluźnierstwo zapadają do dziś. Ostatni miał miejsce w zeszłym roku. Dotyczył człowieka, który wypowiedział opinię, że skoro Abraham i Adam urodzili się przed Mahometem, to nie byli muzułmanami. To rzeczywiście straszne, nic więc dziwnego, że wyrok brzmiał: kara śmierci. Tak nawiasem mówiąc, uświadomiłem sobie, że nie wiem, do której szkoły prawa koranicznego należeli sędziowie. Może mnie Pan w tej kwestii oświeci?

Bądźmy jednak uczciwi w stosunku do władz Pakistanu: wyroki śmierci zapadają, lecz nie są wykonywane. Bluźniercy po skazaniu albo siedzą latami w więzieniu, oczekując na wykonanie kary, albo są, gdy sprawa przycichnie, ułaskawiani i wypuszczani na wolność — tyle, że wtedy bywa, iż są zaraz potem zabijani przez nieznanych sprawców biorących sprawiedliwość we własne ręce. Nawet demokratycznie wybrana pani Bhutto prawa o bluźnierstwie nie zniosła. Nie chciała? Nie potrafiła? Obawiała się buntu?

Tak wygląda — dość przerażająca — rzeczywistość jednego z większych krajów muzułmańskich świata: około 150 milionów ludzi, w tym połowa analfabetów, bez sensownej gospodarki, ale za to z bronią atomową, z systemem prawnym, który byłby pośmiewiskiem w osiemnastowiecznej Europie, i z agresywną ekstremistyczną mniejszością religijną. Co w tym kraju będzie za 20 lat?

Włodzimierz Fenrych uważa, że jeżeli tylko wytłumaczymy ciemniakom, że w Pakistanie wybrali raz na premiera kobietę, to już możemy uważać, że islam nie jest taki straszny, jak go malują, nic nam z jego strony nie grozi i możemy opowiadać o dobrych sufich, co to nawracają łagodnością.

Pan wybaczy, ale uważam to za bujanie w obłokach oderwane od rzeczywistości. Bardzo cenię Pańskie zapewnienia, że islam jest religią pokoju, ale myślę, że nie powinien ich Pan kierować do mnie, bo z tego niewielki pożytek, lecz ruszyć do slumsów Pakistanu i tam nawracać na tę prawdziwą, pokojową religię.

Podobnie nie musi mnie Pan przekonywać, że wahabici to sekta heretycka. Niech Pan powie muzułmanom stawiającym za saudyjskie pieniądze meczety w Europie, że nie wypada brać pieniędzy od heretyków.

Nie rozumiem, dlaczego tak trudno Panu przyjąć do wiadomości, że Europa jest traktowana przez muzułmanów jako teren misyjny. Gdy Kościół katolicki posyła misjonarzy w świat, to uważamy za oczywistość, że jadą po to, aby głosić Ewangelię, czyli zdobywać nowych wyznawców. Gdy kraje muzułmańskie pompują ogromne pieniądze w budowę meczetu — na przykład w Gdańsku — to udajemy, że wierzymy, iż wcale nie chodzi im o to, aby nasz kraj zamienić na swój wzór i podobieństwo. Gdy ktoś to powie wprost, to Pan Fenrych jest oburzony.

Dalej oburza się Pan na moje twierdzenie, iż istnieje wśród muzułmanów przybywających do Europy mniejszość mająca zamiar dzieła nawracania dokonać siłą, i ma pretensje, że nie podaję stosownych przykładów.

W pierwszym odruchu miałem zamiar zarzucić Pana cytatami z wypowiedzi duchownych muzułmańskich lub z prasy. Mam swoje archiwum podobnych ciekawostek. Skontaktowałem się z Anti Defamation League, czyli żydowską organizacją zajmującą się zwalczaniem antysemityzmu. Bardzo mi się nie podoba ich działalność polityczna w USA, ale to osobny temat. Ważne, że z maniackim uporem zajmują się kolekcjonowaniem przykładów antysemityzmu w prasie, książkach czy mediach, a z rozpędu kolekcjonują także przykłady propagowania innych form nienawiści na tle religijnym czy rasowym. Mógłbym więc przytoczyć próbki tekstów ilustrujących poziom niektórych przywódców muzułmańskich. Po namyśle postanowiłem tego nie robić. Biorąc pod uwagę temperaturę dyskusji, byłoby to tylko zbyteczne dolewanie oliwy do ognia. Odpowiem inaczej.

W ostatnich 50 latach do Europy i USA ruszyła wielka fala imigracji z krajów muzułmańskich. Ich integracja przebiega rozmaicie, na ogół opornie. Z ich przybyciem w — dawniej czysto chrześcijańskiej Europie — zaczęły się pojawiać meczety.

Zdecydowana większość przybyszy to ludzie pragnący w spokoju zarabiać na życie. Jednak wraz z nimi przybyli goście mający plany stricte polityczne — chcący poobalać w Europie istniejący porządek i zaprowadzić rządy islamskie.

Panujące kanony politycznej poprawności sprawiały, że o istnieniu agresywnych grup muzułmańskich do niedawna nie wolno było mówić, a kto się ośmielał o nich wspominać, ryzykował etykietę rasisty. Dobrą ilustracją może być historia sprzed trzech lat, gdy grupa młodych brytyjskich muzułmanów z bardzo agresywnego londyńskiego meczetu, otwarcie stawiającego sobie za cel wprowadzenie w Zjednoczonym Królestwa szariatu, udała się do Jemenu, aby tam wysadzić w powietrze brytyjską ambasadę. Spisek się nie udał, terroryści zostali aresztowani przez jemeńską policję, po czym wyciągnęli brytyjskie paszporty i zażądali — z racji bycia obywatelami brytyjskimi — roztoczenia nad nimi ochrony konsularnej. Doszło do groteskowej sytuacji. Brytyjski konsul został poinstruowany przez MSZ, że ma się starać o wydobycie ich z jemeńskiego aresztu, w którym siedzieli oskarżeni między innymi o to, że chcieli go zabić.

Wystawia to bardzo dobrą opinię brytyjskiemu poszanowaniu prawa (konsul stara się pomóc obywatelowi brytyjskiemu za granicą, nawet jeżeli obywatel ten chyba na pomoc nie zasługuje), ale najbardziej interesująca była reakcja mediów. Otóż ludzi, którzy uważali, że muzułmanom z brytyjskim obywatelstwem próbującym dokonywać zamachów przeciwko ambasadom brytyjskim należy, po powrocie do kraju, wytoczyć proces o zdradę — zakrzyczano jako rasistów. Imigrant może zostać naturalizowany, dostać obywatelstwo, zacząć walczyć przeciwko przybranemu krajowi — równocześnie domagając się od niego opieki konsularnej! — ale gdy ktoś zacznie przebąkiwać o sądzeniu go za zdradę i wyciąganiu jakichś konsekwencji, to jest to przejaw religijnej nietolerancji.

W efekcie istnienie w Europie agresywnych grup muzułmańskich stanowiło publiczną tajemnicę, coś, o czym wszyscy wiedzieli, ale mało kto (oprócz Le Pena i jemu podobnych) miał odwagę mówić.

Wszystko się nagle zmieniło po zamachu z 11 września. Istnienie wojowniczego muzułmańskiego podziemia przestało być tematem tabu, a w prasie pojawiły się teksty o muzułmańskiej V kolumnie. To jest duży postęp: pierwszym krokiem do rozwiązania problemu jest przyjęcie do wiadomości, że on istnieje. Trzeba mieć nadzieję, że w najbliższych latach amerykański i europejski wymiar sprawiedliwości sobie z ekstremizmem poradzi. Choć obawiam się, że prawdziwa fala muzułmańskiego terroryzmu jest jeszcze przed nami.

Pan Fenrych zarzuca mi, że widzę w muzułmanach krwiożerczych rzeźników. Nieprawda. Widzę ich pełno dookoła i są to najzupełniej normalni ludzie. Jedni ubierają się po europejsku, inni w cudaczne portki, inni noszą brody. Nie noszą noży w zębach i na ogół nie gryzą. Są też tacy, których strój i zachowanie potwierdza najbardziej nawet groteskowe stereotypy. Mam w okolicy sporo rodzin muzułmańskich, w których żony nigdy, przenigdy nie wychodzą z domów same, a gdy wyjdą, to zawsze pozasłaniane chustami od stóp do głów, niczym w Afganistanie talibów, mimo że to Ameryka. Cóż — wolny człowiek w wolnym kraju, widać im tak dobrze. Są tacy, którzy na zderzakach samochodów przyklejają nalepki Read Quran, the final revelation zaraz obok Proud to be American i flagi USA.

Jest druga strona medalu stanowiąca niemiły zgrzyt w tym sielankowym obrazku: jakiś czas temu (na długo przed 11 września 2001 roku) okazało się, że imam miejscowego meczetu był na liście osób obserwowanych przez FBI w związku z atakami terrorystycznymi z poprzedniej dekady. Udowodniono mu, że kontaktował się z organizacjami, które te zamachy organizowały. Samo kontaktowanie się nie było karalne, więc nie został aresztowany i nie postawiono mu formalnych zarzutów, ale ludziom z jego bezpośredniego otoczenia wykazano współudział w zamachach i powędrowali za kratki. Był to mały odprysk większej sprawy przeciwko siatce islamistów, która dokonała pierwszego zamachu na WTC. Po tym wszystkim miejscowa gmina muzułmańska podziękowała imamowi za pracę i nie przedłużyła z nim kontraktu, uzasadniając to tym, że jego interpretacja religii jest za surowa jak na gusty lokalnych wiernych.

To też jest rzeczywistość islamu w USA w początku XXI wieku i nie ma co udawać, że jej nie ma. Tak jak przez długie lata istniały w USA muzułmańskie organizacje charytatywne stanowiące półjawne ekspozytury organizacji terrorystycznych, na których działalność patrzono przez palce i dopiero po 11 września zaczęto je delegalizować.

Na koniec Pan Fenrych oskarża mnie o to, że mam zamiar muzułmanów nawracać ogniem i mieczem. Otóż takiego zamiaru nie mam. W ogóle nie mam ochoty na wojaczkę. Uważam, że — z nielicznymi wyjątkami — świat muzułmański, a arabski w szczególności, znajduje się w stanie prawie beznadziejnym i że ani Europa, ani Ameryka nic tu pomóc nie są w stanie. Te kraje muszą się zreformować same. Jak? Nie wiem. Nie sądzę, aby ktokolwiek wiedział.

Nie mam ochoty na wojaczkę
Tomasz Włodek

urodzony w 1965 r. – pracownik naukowy, przebywa w USA, publikował w miesięczniku „W drodze” oraz w polskiej prasie wydawanej poza granicami kraju. Autor cyklu felietonów pt....