Smuga światła
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Co jest najbardziej niezwykłe w Biblii? Nieprzewidywalność i niespodzianki. Zdarza się, że Pismo Święte znienacka ożywa podczas lektury, jakby od dawna na to czekało.

Prezydent Niemiec Johannes Rau, ewangelik, syn wędrownego kaznodziei z chrześcijańskiej organizacji „Błękitny Krzyż” niosącej pomoc ludziom uzależnionym od alkoholu, w książce Immer wieder: die Bibel (Biblia wciąż od nowa) przytoczył swą ulubioną opowieść:

Pastor i rabin, uczestnicy pewnej konferencji, zostali zakwaterowani w jednym pokoju.
— Mam nadzieję, że światło, które długo paliłem wczoraj wieczorem, nie przeszkadzało panu zasnąć — sumitował się pastor przy śniadaniu.
— Ależ skąd. Nie było w tym nic, co by mi mogło przeszkadzać — odparł uprzejmie rabin.
— Wie pan — kontynuował protestancki duchowny — nie mógłbym spokojnie zasnąć, gdybym wieczorem chociaż przez pół godziny nie poczytał sobie Biblii.
— To ciekawe, ze mną jest akurat na odwrót — odrzekł rabin. — Gdybym wieczorem choć przez pół godziny czytał słowo Boże, już nie zdołałbym zasnąć…

Zasmakować w Biblii

W czasach Nowego Testamentu, gdy kilkuletni żydowski chłopiec szedł po raz pierwszy do szkoły, dostawał od nauczyciela ciastka w kształcie liter i posmarowaną miodem tabliczkę, na której wyryte były fragmenty Tory. Ucząc się czytać, wodził rylcem po zatopionych w miodzie literach i oczywiście go oblizywał. W świadomości pochłoniętego nauką dziecka słodycz miodu przekładała się na święty tekst — słowo Boga. Ta mądra i przyjazna metoda nauczania miała wpoić mu przekonanie, że celem nauki jest wchłonięcie i przyswojenie sobie Pisma Świętego. Ten zwyczaj ma na myśli psalmista (może sam Dawid), gdy mówi: „Wyroki Pana są (…) słodsze niż miód, nawet najwyborniejszy”, i prorok Ezechiel, który spożywszy na Boże polecenie święty zwój, poczuł, że był on słodki jak miód. (Informację tę zaczerpnęłam z książki Ralpha Gowena The New Manners and Customs of Bible Times, Chicago 1987).

Wiemy doskonale, jak i oni wiedzieli i na własnej skórze doświadczyli, że słowo Boże ma do powiedzenia nie tylko miłe rzeczy. Jego lektura nie jest nam w smak zwłaszcza wtedy, gdy odsłania gorzką nieraz prawdę — o nas samych. Czasem nie rozumiemy i dlatego nie akceptujemy tego, co czytamy. Wprawdzie Biblia nieodmiennie pozostaje bestsellerem, ale owa pokupność już nie tak pięknie przekłada się na poczytność. Z kolei w Afryce, Azji i Ameryce Południowej nieprzerwanie trwają prace nad przekładem Pisma Świętego na języki, na które nie zostało ono jeszcze przetłumaczone (często przedtem trzeba opracować ich formę piśmienną); trwa też szmugiel Biblii do krajów, w których za jej posiadanie grozi więzienie. Spragnieni słowa Bożego chrześcijanie ukrywają ją, przepisują ręcznie lub spisują dzięki audycjom radiowym i uczą się jej na pamięć.

Tymczasem wielu z nas, mając Biblię w zasięgu ręki, myśli: „Na co komu ta ramota? Archaiczny język i stare historie, zupełnie nieprzystające do spraw, którymi żyje współczesny świat?”. Biblia może najwyżej ozdobić bibliotekę człowieka kulturalnego jako zabytek tradycji judeochrześcijańskiej obok Mitologii greckiej albo świętych ksiąg innych religii.

Historia uczy, że Pismo Święte może znajdować również osobliwe zastosowanie praktyczne. Jeśli cytuje się je selektywnie, lecz umiejętnie i z wyrachowaniem — przed czym ostrzega ewangeliczna scena kuszenia Jezusa przez diabła (Łk 4,9–13) — może służyć między innymi do uzasadniania słuszności krucjat, wojen i podbojów, zabijania i prześladowania heretyków i Żydów, niewolnictwa i apartheidu. To oczywiście religijny kamuflaż; w istocie gra toczyła się, jak zawsze, o władzę i pieniądze.

Pomoc w stosownej porze

Choć protestanci szczycą się tym, że powszechny dostęp do Biblii jest jedną ze zdobyczy reformacji, nie daje to przecież nikomu monopolu na jej interpretację ani nadzwyczajnych umiejętności w tej dziedzinie. Każdy bowiem czyta Biblię nie tylko przez pryzmat własnej tradycji wyznaniowej, ale przede wszystkim przez pryzmat indywidualnej wrażliwości i potrzeb, osobistych doświadczeń, kompleksów i wątpliwości oraz zmagań między obawą i wiarą.

Tymczasem naprawdę ważne jest nie to, ile razy ktoś przeczytał Pismo Święte, czy błyszczy w biblijnych konkursach i potrafi sypać cytatami jak z rękawa. Rzecz w tym, czy kiedykolwiek pozwoliliśmy, aby to Biblia przeczytała nas! „Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić zamiary i myśli serca; i nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim (…). Przystąpmy tedy z ufną odwagą do tronu łaski, abyśmy dostąpili miłosierdzia i znaleźli łaskę ku pomocy w stosownej porze” (Hbr 4,12–16; tu i dalej Biblia Warszawska).

Rację miał Roman Brandstaetter, pisząc w Kręgu biblijnym, że „Niechęć człowieka do codziennego czytania Pisma Świętego jest najczęściej owocem lenistwa biorącego swój początek w uczuciu trwogi przed konfrontacją z prawdą Boga”.

Czy zanurzając się w lekturę, pozwolimy, żeby słowo Boże wciąż od nowa skanowało nas, przenikało w głąb niczym laser i obnażało przed nami samymi prawdę o nas, oddzielając ją od wszelkich fałszywych wyobrażeń? Wejście w tę smugę światła przynosi Bożą łaskę przebaczenia, uzdrowienia i przemiany.

Szukajcie, a znajdziecie

Najłatwiej wyłowić z Biblii nakazy i zakazy. W kazaniach i wykładach katechizmu dominuje tryb oznajmujący i rozkazujący, co u odbiorcy może wywołać wizję chrześcijaństwa surowego jak kodeks karny. Tymczasem w Biblii roi się jeszcze od pytań, nad którymi prześlizgujemy się nieuważnym spojrzeniem, mimo że są intrygujące, choćby nawet brzmiały zwyczajnie. Ta biblijna zasada dialogiczności zachęca do odwagi i dociekliwości. Bóg obiecuje: przed pukającym drzwi się otworzą. Choćby przyszło mu długo do nich kołatać. Zresztą czeka nie tylko człowiek.

Pierwsze Boże pytanie brzmi z pozoru banalnie: „Gdzie jesteś?”. Bóg kieruje je w Edenie do Adama, który chowa się przed Nim, zdjęty lękiem z powodu nieposłuszeństwa. Odpowiedź, którą Bóg pragnie usłyszeć, pada dopiero w finale Objawienia wg św. Jana. Na ostatniej karcie Biblii następuje iście filmowy happy end: „Duch i oblubienica mówią: Przyjdź! (…) Tak, przyjdę wkrótce. Amen, przyjdź, Panie Jezu!” (Obj 22,17.20). To w telegraficznym skrócie ujęty dialog miłości, której w Edenie Bóg wyglądał na próżno: świadomej i odwzajemnionej, będącej owocem duchowej bliskości. Wyrażająca obopólną tęsknotę scena zapowiada rychłe spotkanie głęboko sobie oddanych, choć rozdzielonych jeszcze stron. Obraz ten kojarzy mi się nieodparcie z klasycznym motywem kina — z pełnym emocji momentem rozstania dwojga zakochanych, kiedy to kluczowe słowa padają na ostatku, w biegu, gdy pociąg już rusza. Może doznania towarzyszące ostatnim chwilom spędzonym z Jezusem przed Jego odejściem do Ojca odcisnęły się tak silnie w duszy apostoła Jana?

Cała Biblia świadczy o Bożym pragnieniu nawiązania więzi z człowiekiem i o łasce, która to spotkanie umożliwia. Kolejnym pokoleniom oznajmia nieodmienną Bożą ofertę dla człowieka, którego On stworzył na swe podobieństwo, by dać mu się poznać, darzyć go swą bliskością, zawrzeć z nim Przymierze. Na wieczność, bo taka jest miara Bożej pełni.

Traktuję losy biblijnych postaci jak rozpisany na mnóstwo wariantów (wciąż otwarty!) apel: Bóg szuka człowieka. Wypatruje kogoś, kto podzieli Jego tęsknotę, zachwyci się Nim, zapragnie Go poznawać i odwzajemni Jego miłość. Chce objawiać mu siebie i nawiązać więź tak bliską, by nie tylko olśnić go swymi błogosławieństwami, ale też dzielić z nim swe pragnienia i zamiary, otworzyć przed nim serce. Tak jak przed Abrahamem, Mojżeszem, Anną, Dawidem, Marią, Janem, Samarytanką, Pawłem, Piotrem…

Są też inni, mniej znani. Czasem mało wyrazistą albo naszym zdaniem drugorzędną wzmiankę biblijną rozświetla przełożenie jej na opowiadanie dla dzieci. Oto w pewnej szkole niedzielnej odbywała się lekcja o Henochu (czytamy o nim, że „chodził z Bogiem przez trzysta lat”, miał synów i córki, „a potem nie było go, gdyż zabrał go Bóg”; Rdz 5,21–24 i Hbr 11,5).

Henoch przyjaźnił się z Bogiem — mówiła nauczycielka. — Dużo razem spacerowali i rozmawiali. Kiedy robiło się późno, Henoch wracał do domu, do rodziny. W ten sposób mijały lata, jego dzieci dorosły, a on sam się zestarzał.

Pewnego razu Pan Bóg i Henoch tak byli zajęci rozmową, że zanim się spostrzegli, uszli kawał drogi od domu Henocha. Wtedy Bóg powiedział: — Henochu, mój przyjacielu, jesteś bardzo zmęczony. Poza tym bliżej stąd do Mnie niż do ciebie. Proszę, przyjmij Moje zaproszenie i zamieszkaj już u Mnie na zawsze.

Wszyscy oni zostali opisani zdumiewająco oszczędnie, sugestywnie i celnie. Przy tym są niebywale autentyczni w swych pragnieniach, ambicjach, wyborach i odruchach.

Oto Jakub, w gorącej wodzie kąpany wnuk Abrahama. Dawniej nie budził mojej sympatii. Gotów był oszustwem wziąć los we własne ręce, bo ani myślał czekać, aż Bóg spełni swą obietnicę (zapewne wiedział, ile lat czekał na to jego dziadek). Wywołał lawinę, która przewaliła się z hukiem przez życie jego i jego rodziny, aż po tajemniczą noc nad potokiem Jabbok, tuż przed spotkaniem z okpionym przed laty, a pamiętliwym Ezawem. Z walki z Nieznajomym Jakub wyszedł z przetrąconym biodrem, pasowany na Bożego księcia, Izraela. Tym razem bez podszywania się pod kogoś innego zabiegał o błogosławieństwo: „Nie puszczę Cię, dopóki mi nie pobłogosławisz”. Przejmująca jest jego żarliwość i desperacja.

Bóg lubi gwałtowników, zapaleńców, którzy się doń dobijają. I gorący, i zimni, twardo mówiący Mu „nie”, są dobrym surowcem w Jego ręku. Głosić Jego łaskę będzie nawet zgorszony i wijący się pod Jego ręką Jonasz, który wolałby, żeby poganie, których Bóg pragnie ocalić, sczeźli.

A oto Eliasz, który z nieustraszoności popada w skrajną depresję. Z powodu bezkompromisowej żarliwości dla Boga musiał uciec na pustynię i jeden dzień wystarczył, by zbrzydło mu życie. Właśnie tam, gdzie panuje śmierć i brak nadziei, spotkał Boga żywego. Pan objawił mu się nie w huraganie, trzęsieniu ziemi ani w ogniu, ale w łagodnym powiewie. Choć Bóg czasem musi zesłać przysłowiowy grom z jasnego nieba, by człowiek się opamiętał, to pragnie być dla nas Bogiem kojącego pokoju. „Uczcie się ode Mnie — mówił Jezus — że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych” (Mt 11,29).

Co jest najbardziej niezwykłe w Biblii? Nieprzewidywalność i niespodzianki. Zdarza się, że Pismo Święte znienacka ożywa przy lekturze, jakby od dawna na to czekało. Spomiędzy wydeptanych szlaków nagle wyłania się nowa ścieżka! Idziemy nią, ciekawi, dokąd prowadzi. Teksty biblijne tłoczą się, napierają jedne przez drugie, wzajemnie do siebie odsyłają (przyda się konkordancja i słownik biblijny). Gąszcz gęstnieje coraz bardziej, więc ścieżka prowadzi czytelnika prosto do modlitwy. Nieodzowne jest okiełznanie rozbieganych myśli, oczekiwanie, by Boże światło wskazało dalszy trop. Ten wysiłek zostanie nagrodzony, choć nieraz inaczej, niż sobie początkowo wyobrażaliśmy. To tajemnicza cecha obcowania ze Świętym Słowem.

Niejednokrotnie podkreśla się, że codzienna lektura Pisma Świętego jest tak samo niezbędna, jak konieczne było zbieranie co dzień świeżej porcji życiodajnej manny podczas wędrówki Izraelitów przez pustynię. Podobnie nawet najbardziej porywające niedzielne kazanie nie zastąpi codziennego obcowania ze słowem Bożym. Czy wystarczy odżywiać się raz na tydzień? To niegłupie pytanie. Wiem, że muszę je zadać przede wszystkim sobie.

Smuga światła
Monika Kwiecień

polska dziennikarka, pochodzi z rodziny protestanckiej, polonistka, tłumaczka, redaktor naczelna ewangelicko-reformowanego miesięcznika „Jednota” (1998-2001) i miesięcznika „Chrześcijanin” (2002-2009). Należy do jednego ze...