Taksówka od Ducha Świętego

Taksówka od Ducha Świętego

Biskup patrzył z wyrozumiałością na proboszcza ze św. Mikołaja. Kiwał z troską głową, ale nie potrafił ukryć lekkiego uśmiechu.

— Widzi ksiądz, chciałbym powiedzieć, że doceniam księdza troskę, ale będę szczery. To zdjęcie księdza Wacława w gazecie…
— Z kobietą, a raczej podlotkiem — wtrącił proboszcz, jakby chciał sobie zagwarantować, że wywód biskupa pójdzie właściwym torem.
— Z kobietą… naprawdę mnie nie smuci. Część ludzi w ogóle nie wie, że zdjęcie przedstawia księdza, a ci, co go znają, pewnie się ucieszą. Czy ksiądz słyszał coś o nowej ewangelizacji?

Proboszcz przytaknął ze zrozumieniem.

— Czasy, kiedy ksiądz, idąc ulicą z kobietą, szedł parę metrów za nią… a już nie daj Boże, wsiadać z nią samemu do samochodu… To już minęło. Ksiądz nie ucieknie przed światem. Albo nauczy się żyć obok… nawet kobiety, albo to wszystko i tak go dopadnie i wtedy ulegnie… Dzisiaj czasy trochę się zmieniły. Ksiądz albo będzie otwarty, albo nie będzie się miał nawet przed kim zamykać. Ja wiem, że ksiądz Wacław jest niekonwencjonalny. Jednak czy takich księży Kościół nie potrzebuje? To jest nowe oblicze Kościoła. Trzeba umieć ich wykorzystać. Młodzież musi widzieć, że Kościół to nie tylko zasuszeni staruszkowie albo opasłe kałduny. Oremus Gesicht, jak powiadają Niemcy. Brewiarskie gęby. Tak, tak…To im daje do myślenia, że przystojny, młody człowiek, obdarzony talentami, idzie na księdza. Śpiewał w markecie. Tylko pozazdrościć. Co ja bym dał, żeby śpiewać! Tylko dlatego, że słoń nadepnął mi na ucho, nigdy nie zostanę kardynałem.

Biskup zaśmiał się ze swego dowcipu. Proboszcz zupełnie nie potrafił się odnaleźć w tej sytuacji, zrobił więc dwie przeczące sobie miny, jedną pełną odrazy, a drugą uradowaną, żeby biskup mógł wybrać właściwą.

— Tak, musimy na takich chuchać i dmuchać, a nie ich tępić. Ze zrozumieniem przyjęliśmy poprzednie zarzuty i dezyderaty księdza. Nadarzyła się okazja, zmieniliśmy wikarego w trakcie roku. Ewenement. Jednak teraz już bym nie przesadzał. Ksiądz Wacław, z tego, co wiem, ma się zająć w parafii Braci Męczenników młodzieżą. U was, jak twierdził ksiądz proboszcz — biskup wyraźnie zaakcentował ostatnie słowa — nie wychodziło. I bardzo bym prosił dać sobie spokój.
— Ekscelencjo, uważałem, że lepiej ostrzec w porę. Już chyba dość mamy skandali…

Biskup nagle stracił chęć do grzecznego przekonywania swego rozmówcy.

— Księże Henryku, naprawdę mamy poważniejsze problemy. Kościół to nie oddziały szybkiego reagowania ani policja obyczajowa. Kapłan ma swoje sumienie, które pozwala mu osądzić, czy postępuje właściwie, albo go nie ma. Biorąc pod uwagę kontakty i styl życia księdza Wacława, gdyby był jednostką słabą, dawno już by się potknął.

Biskup wstał i podał rękę proboszczowi św. Mikołaja.

— Niech ksiądz raczej pomyśli, jak ściągnąć więcej młodzieży do parafii. Duszpasterstwa co prawda u was działają, ale coś mi się wydawało, że we wszystkich te same twarze… W liście powizytacyjnym ten szczegół oczywiście pominąłem.

Proboszcz skłonił głowę, kierując na biskupa swą łysą czaszkę, tak iż grymas bólu na jego twarzy zarejestrował tylko blat biskupiego biurka.

— Jeszcze raz za wszystko chciałem podziękować.

* * *

Magdalena wystawiła twarz do słońca i zamknęła oczy. Miała wrażenie, że jasność przenika całą jej głowę, jej każdą komórkę.

— Może siądziemy na tamtej ławce, w półcieniu — usłyszała głos księdza Wacława, ale wciąż nie otwierała oczu.
— Tu jest cudownie — odparła.
— Ale trudno będzie tu nam rozmawiać.
— OK.

Przeszli pod rozłożysty kwitnący kasztan. Usiedli. Ksiądz Wacław postawił na stoliku litrowy kartonik z sokiem winogronowym, który kupił w kawiarence. Magdalena patrzyła na stado flamingów i pelikanów. Od pewnego czasu chciała z nim porozmawiać o swoim „popieprzonym”, jak wyznała, życiu. W szpitalu na oddziale toksykologii Wacław zaproponował jej to miejsce. Z kilku powodów. Po pierwsze lubił tu przychodzić. To były te dwie godziny w miesiącu, kiedy wyrywał się z młyna. Miał jeszcze trochę luzu na nowej parafii. Poza tym wolał spotkać się z Magdą na otwartej przestrzeni. Ostatnio miał pecha, gdy zamykał się z kobietami w pokoju.

— Pięknie tu, ale nieprawdziwie — odezwała się Magda. — ZOO, świetne miejsce na rozmowę. Ostatni raz byłam tu chyba z dziesięć lat temu.
— Spokój, mało ludzi. Lubię tu przychodzić. Zwierzęta mają przestrzeń. Wiesz, że to jedyne miejsce w Europie, gdzie się rozmnażają pelikany? Rozmnażanie się jakiegoś gatunku jest dowodem, że znalazł odpowiednie warunki dla siebie. Widzisz, pelikany różowe, baba, i szare, ale z jaką piękną czuprynką. Czuję się trochę jak w Afryce.

Wacław patrzył z zachwytem na rozlewisko położone w rozległej dolinie otoczonej lasem. Majowe słońce opalizowało na tafli wody rozpryskiwanej przez ptactwo. Tak wyglądałby raj namalowany przez impresjonistów.

— Ksiądz był w Afryce? — spytała Magda.
— Nie, ale coś mnie tam ciągnie. Jak nie chcesz tu rozmawiać, możemy pojechać gdzie indziej — zaproponował.
— Nie, OK. Jest tylko piasek, słońce i woda.
— Co? — spytał ksiądz Wacław, nie będąc pewny, czy dobrze usłyszał.
— A nic, chodziłam na takie kursy wschodniej medytacji. Zamykaliśmy oczy, facet puszczał nam muzykę i kazał w myślach przez godzinę powtarzać to zdanie. Jest tylko piasek, słońce i woda.

Przez dłuższą chwilę milczeli. Wacław wiedział, że Magda próbuje przejść do sedna sprawy.

— Nie wiem, czy jestem w porządku. Zawracam księdzu głowę… niewierząca… Ksiądz pewnie zarywa swój czas, bo myśli, że mnie nawróci.
— Mam potrzebę co jakiś czas tu przyjechać. Poza tym nikogo nie nawracam. Czasami wolę przebywać wśród niewierzących. Są nieraz bardziej autentyczni.
— Ale po co ze mną? — spytała Magda, chcąc pewnie usłyszeć coś interesującego o sobie.
— Może chcę ci dać odrobinę nadziei?
— Na co? — spytała.
— Na życie.
— Z tym będzie ciężko. Moim marzeniem jest uniezależnić się od życia, od nadziei. Nic nie czuć. Nie mieć złudzeń. Złapać tylko parę chwil…

Magda znowu przerwała, jakby zwątpiła, czy ksiądz Wacław jest odpowiednią osobą do jej wyznań. Poczuła bezsens sytuacji. Zwierzać się komuś, czyj zawód napawał ją na przemian obrzydzeniem, śmiechem i lękiem. Po co ten cały teatr z księdzem?

— Nikomu nie jest łatwo mówić o sobie, ale najgorzej zacząć… — zachęcił ją po dłuższej chwili Wacław.
— To wcale nie jest trudne. Wiem, co chcę powiedzieć, bo powtarzałam to sobie tysiące razy. Nienawidzę Boga… więc już chyba lepiej w Niego nie wierzyć — Magda spojrzała odruchowo na Wacława, oczekując jakiejś reakcji. — Przez Niego straciłam chłopaka.
— W jaki sposób? — zapytał rzeczowo, jakby był lekarzem, który pyta o przyczynę bólu brzucha.
— Wszyscy mówili na niego „Kacper”. Był dwa lata starszy ode mnie. Był punkiem. Chodził do naszej szkoły… właściwie częściej do niej nie chodził. Ciągle miał konflikty z belframi. Papierosy, alkohol, potem dragi. Zawsze nagrzany. Jego ojciec rozpił się i skończył w rynsztoku, matka wyszła za potwornego gnojka, który ich tresował jak psy. Jego braciszek się poddał i kupił sobie tatusia. Kacper uciekł z domu i zamieszkał u babki. Nie uznawał żadnej władzy. Mówił, że jest anarchistą. Podziwiałam go za ten bunt, ale sama nie miałam ochoty ani żyć, ani ubierać się tak jak on. Nosił żółte spodnie podarte na tyłku, spięte agrafką. Nigdy się na to nie odważyłam. Byłam z porządnego, zakłamanego domu — Magda spojrzała na księdza, chcąc sprawdzić, czy słucha. — Kacper był super zdolny. Książki dosłownie połykał. Materiał był w stanie nadrobić w parę wieczorów. Nauczyciele tym bardziej go za to nienawidzili. Dla nich był kolorową szmatą w czarnej skórze nabitej ćwiekami. Poznałam go w drugiej klasie. Szybko nauczył mnie życia. Pić, palić, no i wszystkich innych przyjemności. Moi starzy zabronili mi się z nim zadawać. Matka mi stale truła, że skończę na ulicy. Wpadłam na pomysł, że da nam spokój, jak jej powiem, że Kacper zaczął chodzić do kościoła. Oboje mieliśmy to gdzieś, ale postanowiliśmy się zabawić. Miałam kumpelę, która chodziła do duszpasterstwa i mówiła, że jest tam taki równy gość, ksiądz Paweł. O dziwo, Kacper jakoś z nim zaskoczył. Czasami nawet spał u niego na plebanii. Słuchali razem muzyki. Paweł mu puszczał jazz i klasykę rocka, a Kacper punkowy szajs. Szczęście nie trwało długo. Nie dopuścili go do matury. Zresztą on sam nie chciał zdawać. Mówił, że sra na ich papiery. Spędziliśmy jeszcze superwakacje, a potem wzięli go do wojska.

Przed Magdą i Wacławem powoli zaczęła się przesuwać para staruszków. Mężczyzna w prawej ręce miał laskę, a lewą podtrzymywał żonę. Magda patrzyła na nich tępym wzrokiem. Tak samo patrzyłaby na parę sunących ślimaków. Nie wiadomo tylko, dlaczego zamilkła. Staruszkowie, znalazłszy się przed nimi, skłonili ku nim głowy, jakby mieli je na sprężynkach. Posyłając ciepły uśmiech, równocześnie powiedzieli: „Szczęść Boże”. „Szczęść Boże”, odpowiedział ksiądz Wacław, i ludzie poszli dalej, odsłaniając widok na rozlewisko.

— Oni księdza znają?
— Nie, chyba nie. Często ich w tym miejscu spotykam — rzekł uspokajająco Wacław. Magda nie mogła zrozumieć.
— Przecież ksiądz nie wygląda na księdza?
— Możliwe, ale kiedyś ludzie się tak witali.
— Chcesz jeszcze słuchać? — spytała.
— Pewnie.
— Po trzech miesiącach Kacper wylądował w szpitalu na oddziale dla świrów. Znaleźli u niego jakieś prochy. Zadzwonił po mnie. Widziałam, że jeszcze chwila i stracimy siebie. Powiedział, że siebie ma gdzieś, że woli się zmienić, niż mnie stracić. Chciał, żebym sprowadziła mu księdza Pawła. Przyszedł do niego. W oknach wszędzie kraty, ale żadnej kontroli. Długo gadali. Siedziałam na korytarzu chyba godzinę. Cały czas przechodziły jakieś obślinione wariaty. Trzęśli głowami. Dymówa straszna, bo wszyscy jarali. To była chyba spowiedź, bo Kacper dostał rozgrzeszenie. Paweł był przejęty. Po trzech dniach przyjechała do mnie policja. Kacper się powiesił. Lekarze mówili, że to depresja. Nie wierzyłam im. Musieli go czymś nastraszyć. Widziałam, jak chciał się zmienić. Nie mógł tego zrobić bez powodu. Ktoś powiedział, że to przeze mnie, bo zmusiłam go do obietnicy, a on nie mógł żyć bez narkotyków. Zaczęłam świrować. Nie łaziłam do szkoły. No i zawaliłam rok. Wylądowałam w klasie, gdzie są prawie same spady. Najgorsza w całej budzie. Ksiądz Paweł próbował mnie ratować, ale powiedziałam, żeby się odpieprzył, że już jednemu skutecznie pomógł z tym swoim Panem Bogiem. Zaczęłam prowadzić życie na całego, nie istniała już żadna granica. Byłam na tyle mądra, że kryłam się przed starymi. Chodziłam nawet grzecznie na religię. Zaczął nas uczyć ksiądz Waldek, który wyglądał na wyjątkową sierotę. Bawiłam się nim na całego. Widziałam, jak się pocił, jak czerwieniał… Chciał być taki kumpel, ale wszyscy się z niego nabijali. Podpuściliśmy go z tym onanizmem. Powiedzieliśmy, że prawie wszyscy się masturbujemy, bo to nas wyluzowuje, a Kościół podobno to uważa za grzech, no więc może pogadamy…

Wacław ani razu nie przerwał opowieści. Magda mówiła, on słuchał. Oboje byli wpatrzeni w przesuwające się w oddali pelikany, jakby ta historia ich właśnie dotyczyła.

— O wszystkim dowiedziałam się od koleżanki, która pracuje na toksykologii. Nie mogłam uwierzyć, że ksiądz może… Myślałam, że Pan Bóg was chroni…
— W czasie wspinaczki nieraz lina pęknie — odezwał się po raz pierwszy ksiądz Wacław i znowu zamilkł. Widać było, że poszybował gdzieś myślami.
— Dobra, starczy na dzisiaj, bo ksiądz się wyrzyga — powiedziała Magda, sądząc, że już zadręczyła księdza.

Wacław się uśmiechnął.

— Możesz słuchać o złu? — spytała dziewczyna zbita z tropu.
— Nie, ja słucham o dobru, które to zło próbuje zamaskować.
— Ksiądz jeszcze chyba nie widział prawdziwego zła.
— Może.

Wstali.

— Nie wypiliśmy ani kropli. Weź to z sobą — rzekł Wacław i chciał podać dziewczynie kartonik z sokiem winogronowym.

Magda, nie zwracając uwagi na to, co do niej mówi, spytała:

— Jak myślisz, czy Rysiek, kiedy się uśmiecha, chce coś powiedzieć?
— Rysiek? — powtórzył Wacław, jakby musiał się upewnić, o kim mówi Magda. Po wizycie u Fołtynów, nie zamienili ani słowa o chorobie Ryśka, jakby karmienie powyginanego na wózku chłopca było rzeczą najnormalniejszą pod słońcem. A może dlatego, że każde słowo było dziwnie małe wobec tego, co tam przeżyli.
— Tak, Rysiek… — potwierdziła Magda. — Czy w tym poskręcanym ciele, może coś być poza cierpieniem?

* * *

Marek Mackiewicz miał dziś za co dziękować Panu Bogu. Siedem kursów w czasie dwóch godzin. Taki urobek czasem nie trafia się przez tydzień. Zacierał ręce po każdej jeździe i bał się tylko, że śni. Podjechał na parking koło placu Mickiewicza. Był trzeci „na słupku”. Niebiosa mu sprzyjają, nie ma co. Przedwczoraj dostał telefon od Jana Góry. „Panie Marku, prośba. Na Obornickiej 317 jest do odebrania pięćdziesiąt Matek Boskich na Lednicę. Wejdzie panu do samochodu. To ma wymiary metr na siedemdziesiąt centymetrów”. „Nie ma sprawy, ojcze. Załatwione”. Po godzinie nadarzyła się okazja, miał bardzo bliski kurs. Zajeżdża, patrzy, a na bramie wjazdowej na podwórze szyldy jakichś sześciu firm i hurtowni. Myślał, że dojdzie po nazwie, ale żadna nie była bardziej pobożna od innych. Komórka ojca Góry oczywiście poza zasięgiem. Co robić? Zaszedł do pierwszej hurtowni. Nachylił głowę do okienka portierni i próbował przekrzyczeć hałas ciężarówek: „Proszę pana, szukam… tu gdzieś miało przyjść pięćdziesiąt Matek Boskich!”. „Panie, my tu sprzedajemy kafelki, a nie święte obrazki” — burknął portier. „Nie chodzi o święte obrazki — tłumaczył Mackiewicz. — Duże Matki Boskie, metr na siedemdziesiąt”. Portier spojrzał na niego, jakby miał do czynienia z niezrównoważonym psychicznie i zamknął okienko. „Taksiarz i nawiedzony” — rzucił pod nosem. Pan Marek miał jednak szczęście — już w trzeciej portierni spotkał go wyrozumiały uśmiech kobiety, która wskazała na potężny pakunek… Kiedyś opowiadał przez parę tygodni w Radiu Maryja o tym, jak można nawracać ludzi, jeżdżąc taksówką. Potem jakiś człowiek podszedł do niego na Lednicy i spytał się: „Panie, czy to jest ta taksówka od Ducha Świętego?”.

Mackiewicz wyciągnął komórkę i zadzwonił do Kasi. „Moje serduszko, jak tam nasz skarbuś? Powiedz jej, że tatuś za godzinkę będzie w domu. Jak nie rozumie? Marysia wszystko rozumie. Powiedz jej, że pójdziemy na spacerek i pobawimy się w piaskownicy. Tak… Nie, no idealnie. Jak w bajce. Ostatni kurs i przyjeżdżam”. Pan Marek wraz z żoną adoptowali miesiąc temu ośmiomiesięczną Marysię. Jeszcze godzina i będzie znowu udawał przed nią pieska, kotka, misia, a ona będzie śmiała się do rozpuku, pokazując swoje cudowne dwa ząbki. Zaczął obracać na palcu pierścionek z różańcem. Na końcu pierwszej zdrowaśki zobaczył, jak do postoju zaczęła się zbliżać młoda kobieta. „O Jezu — westchnął Mackiewicz — gdzieś ty się tak ululała?”. Dziewczyna, zataczając się, podeszła do pierwszej taksówki. Szarpnęła drzwiczki, ale bezskutecznie. Przy drugim samochodzie to samo. „Chamy!” — krzyknęła. Podeszła do Mackiewicza. Pociągnęła bez nadziei za drzwiczki. Otworzyły się.

— Błagam pana, ja obiad muszę ugotować mężowi… Ja panu dobrze zapłacę.
— Więc proszę wsiadać — rzekł Mackiewicz, wznosząc oczy do nieba. — Dokąd jedziemy?
— Turkusowa 8.

Ruszyli. Skręcając w Tarnopolską, zauważył, że kobieta chwyta się za usta.

— Czy pani chce wysiąść?
— Yhm… — odpowiedziała wymownie kobieta.

Ledwo zdążyła dojść do krzaków przy chodniku. Potem dwukrotnie jeszcze Mackiewicz przystawał i wysadzał kobietę. Za trzecim razem zaczął szukać w bagażniku jakiejś szmaty.

— Cholera — rzekł, gdy kobieta siadła w samochodzie — nie mam nic czystego. Niech pani zdejmie to wdzianko i zakryje sobie twarz na wszelki wypadek. Ubranie się wypierze, a jak mi pani wyhaftuje tapicerkę, to jestem skończony.

Kobieta posłusznie wykonała polecenie. Mackiewicz nie przewidział jednak, że kobieta ma pod spodem jedynie biustonosz widmo. Czy zresztą miał wybór?

Spłonął rumieńcem, gdy na skrzyżowaniu oczy przechodniów zaczęły się kierować do wnętrza jego taksówki, jakby wiózł najcenniejszego VIP–a. Ryba lednicka na szybie, pod nią hasło „Kochajmy dzieci”, święte obrazki na konsolecie, a w środku… „Boże, niech to się skończy!” — pojękiwał w duchu.

— Dwadzieścia osiem złotych — rzekł, stanąwszy u celu. Kobieta zaczęła przetrząsać torebkę. Po chwili już wiedział, że zgodnie ze scenariuszem tego koszmarnego filmu nie ma przy sobie pieniędzy.

— Zaraz panu przyniosę — zapewniła kobieta.

Pan Marek wolał jednak sprawy dopilnować osobiście.

— Nie, pójdę z panią, niech pani tylko założy górę.

Wchodząc do domu, nadziali się na sąsiadkę wyprowadzającą pieska. Na dzień dobry posłała jego klientce pełne obrzydzenia spojrzenie. Wsiedli do windy, kobieta mieszkała na piątym piętrze. Otworzył mężczyzna w podkoszulku. Spojrzał ze zdumieniem najpierw na Mackiewicza, potem na kobietę. Pana Marka oblał zimny pot.

— Przywiozłem panią… Chciałbym uregulować rachunek. Dwadzieścia osiem złotych.

Mężczyzna poszedł do pokoju, po chwili wrócił z pieniędzmi. Wręczył je bez słowa i zamknął drzwi. Pan Marek odwrócił się w kierunku windy i w tym samym momencie usłyszał huk za drzwiami, jakby przewróciła się szafa.

Wszedł do windy. Zamknął oczy i chwycił za różaniec. Uczynek miłosierdzia spełniony. Musiał jeszcze tylko omodlić jego owoce.

* * *

Ksiądz Bronisław siedział smętny przy kolacji. Nie przypuszczał, że jego wikary jest tak słaby. Widział, że nie daje sobie rady, ale nie zdawał sobie sprawy z grozy sytuacji. Liczył, że teraz, gdy dostali na parafię Wacława, będzie mógł trochę Waldka odciążyć, a tu…

— To jest niewyobrażalne. Ksiądz i samobójstwo — odezwał się po dłuższej chwili wystukiwania widelcem w blat stołu.
— Wszystko jest możliwe. Kapłaństwo nie zabezpiecza przed żadnym upadkiem — odparł Wacław.
— Ale samobójstwo? Boże, przez wieki chowaliśmy samobójców na niepoświęconej ziemi…
— Nie wiem, czy Pan Bóg nas za to pochwali — Wacław umilkł i ważył odpowiedź. — Ksiądz… Ksiądz może nawet zabić.
— Ale żeby z powodu takiej głupoty?
— Każdy ma swoją miarę. Niektórzy potrafią się targnąć na swe życie z powodu pryszcza na nosie. Za tydzień, za rok może by się z tego śmiali. Ale w tej jednej chwili… całkowita ciemność. Nie ma nikogo, by się zwrócić o pomoc… — Wacek nałożył sobie śledzia w śmietanie. Rozmowa znowu zamarła na jakiś czas. Odłożył sztućce. — Nikt nie wyprowadzi drugiego z pustyni, jeśli sam na niej nie był — wypowiedział nagle widać zapożyczoną sentencję.
— A ty byłeś na pustyni? — spytał ksiądz Bronisław.
— Może nie w samej głębi, ale otarłem się…
— I co?
— Mam nadzieję, że ta lekcja wystarczy mi na całe życie. Widziałem, że można w Kościele robić wszystko najlepiej i tak, czy owak dostać w dupę. I że można z tego wyjść.

Wacek poprzestał na tym metaforycznym uogólnieniu. To nie był moment, żeby się dzielić swoimi biograficznymi szczegółami.

— Zastanawiam się, czy to moja wina… z Waldkiem.

Ksiądz Bronisław powrócił do myśli, która go dręczyła od początku. Wacław tylko pokręcił głową na znak, że ma sobie dać spokój.

— Teraz sobie uświadamiam pewną rzecz — ciągnął proboszcz. — Waldek ma jedną ciężką przypadłość. Strasznie realnie przeżywa sny. Kiedyś usłyszałem jakieś krzyki w nocy, więc pobiegłem do jego pokoju. Wchodzę i widzę, jak Waldek podpiera ścianę. Przebudziłem go. Dyszał, był cały spocony. Powiedział mi potem, że śniło mu się, że wali się na niego jakiś budynek. Przyznał, że miewa od czasu do czasu takie sny. Chciałem go początkowo wysłać do lekarza, ale już się to nie powtórzyło i zapomniałem o wszystkim. Może trzeba było go… — ksiądz Bronisław pokręcił głową.

Wacław próbował sobie przypomnieć nazwę tego schorzenia. Jakiś rodzaj lunatyzmu, ale wyleciało mu z głowy.

— Wacku, jedno jest pewne. Nikt w szkole nie powinien się dowiedzieć o całej sprawie. O wszystkim wie tylko ta Magda. Na nieszczęście ktoś z jej znajomych pracuje na oddziale, na którym leży Waldek. Przyszła wtedy do mnie całkowicie załamana.

Wacław pomyślał, że akurat dobrze, iż tak się złożyło. Bardzo dobrze. Magdzie zdążył powiedzieć, żeby całą sprawę zatrzymała dla siebie.

— Ktoś mi dzisiaj mówił, że widział cię z nią w gazecie — rzekł proboszcz z filuterną miną.

Wacław bezradnie rozłożył ręce.

— Uważaj, masz szczęście albo nieszczęście do kobiet. Jeszcze wypadniesz za burtę. Na razie musimy ratować Waldka. Nie mamy drugiego koła ratunkowego.
— Potrafię dopłynąć. Waldka chyba jutro puszczą ze szpitala — rzekł Wacek. — Myślę, że o jego powrocie do szkoły, przynajmniej w tym roku, trzeba zapomnieć. Dobrze by było, żeby też choć na jakiś czas wyjechał z parafii. Mam propozycję. Mój kolega, Piotrek Cybulski, ma wspaniałe probostwo w Świerczynie.
— Znam Piotrka.
— No, to nie muszę chyba nic mówić. Waldek zapomni tam o koszmarach. Poza tym, rzecz najważniejsza, Piotrek potrafi sobie doskonale radzić z uzależnionymi…
— Chcesz powiedzieć, że Waldek jest alkoholikiem?
— Nie wiem, ale nie można tego wykluczyć. Piotrek potrafi rozpoznać, kiedy ktoś szuka alkoholu.

Proboszcz nie wiedział jednak, co począć z katechezą. Znów zwracać się do biskupa. Najpierw sprawa Pawła, teraz Waldka. Uspokoił go Wacław, mówiąc, że katechezy weźmie na siebie.

— Tylko już nie ruszaj tych tematów, co Waldek — ostrzegł ksiądz Bronisław. — Nie wiem, co go podkusiło z tym onanizmem.
— Młodzież go podpuściła. Powiedzieli, że bardzo ich interesuje nauka Kościoła w tym względzie. Złapał się w sidła.

* * *

Ksiądz Wacław szedł do szkoły bez większych obaw. Miał już ośmioletnią praktykę. Początki były ciężkie. Okres szarpania, kłótni, czy to dobrze, że katecheza wróciła do szkoły. Kiedyś nawet został opluty, gdy szedł w sutannie. Myślał, że grupka wyrostków chce go pozdrowić po chrześcijańsku. Przeżył to bardzo. Innym razem ktoś rzucił w niego serkiem i krzyknął: „Serek biały z księdza pały”. Ten epizod nawet go ubawił i często go wspominał przed kolegami. Pierwsza umiejętność polegała na uciszeniu sali. Pamięta, jak ryknął: „Ostatnia ławka wyjść!”. I dwóch dryblasów, chwyciwszy ławeczkę, posłusznie wyszło z nią z klasy. Ale zahartował się, kredyt zaufania dla księży był tak duży, że szkolne boje wynagradzał sobie na inny sposób. Spodziewał się z góry, że klasa Magdy będzie pytała o ich występ w markecie. Wiedział, że musi się najpierw uporać z tym problemem. Sprawa szybko sama się rozwiązała. Magda poinformowała go, że spreparowała drobne kłamstewko. Po tekście w gazecie koleżanki z klasy pytały ją, skąd zna księdza Wacka. Była dziewczyną inteligentną, bez zająknięcia wyjaśniła, że po incydencie w szkole, kiedy koledzy w chamski sposób zabawili się z księdzem Waldkiem na korytarzu, poszła przeprosić go na parafię. Tam poznała księdza Wacława, który akurat jechał do chorego chłopca i potrzebował kogoś do pomocy. Wszystko się zgadzało, pominęła jedynie informację o samobójczej próbie Waldka.

Pchnął drzwi klasy 3f. Większość z zainteresowaniem skierowała na niego spojrzenia. Tylko parę osób demonstrowało swoje lekceważenie. Nie szukał wzrokiem Magdy, by nie zdradzić się przed klasą swą znajomością.

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — w odpowiedzi dobiegło go kilka dziewczęcych głosów. — Chciałem się wam przedstawić. Nazywam się Wacław Olbrycht. Przez jakiś czas będę zastępował mojego kolegę. Do końca roku pozostało nam kilka lekcji, chcę, abyśmy nie odebrali sobie chęci do życia.

Wacław natychmiast zreflektował się, że jego ulubiony zwrot katechetyczny w obecnym kontekście mógł zabrzmieć fatalnie. Spokojna reakcja klasy nie wskazywała na szczęście, że ktoś coś wiedział o Waldku.

— Ludzie rozwijają się poprzez pytania. Chciałbym, abyście powiedzieli mi albo, jeśli wolicie, napisali na kartkach, jakie problemy was interesują. Nie jestem zbyt elokwentny, więc dzięki temu mógłbym się trochę przygotować.
— Może nam ksiądz zaśpiewać z Magdą?
— Widzę, że już wszyscy wiedzą.
— A ja słyszałam, że ksiądz się nazywa Groser — krzyknęła Ola, wybawiając Wacława z kłopotu.
— To mój pseudonim literacki… — wypowiedziawszy te słowa, zawstydził się ich napuszenia.
— Czy ksiądz pisze tylko książki religijne? — spytała ruda dziewczyna siedząca obok Magdy.

Wacław nie zdążył odpowiedzieć. Nagle w tyle klasy powstało jakieś zamieszanie. Spojrzenia wszystkich powędrowały do ostatniej ławki, gdzie siedział chłopak z naciągniętą na głowę prezerwatywą. W Wacławie wezbrały emocje. Pomyślał, że ktoś chce wywołać sprawę Waldka. Może już jednak wszystko wiedzą? To pewnie ten sam chłopak, który go sprowokował. Odczekał aż głupawe śmiechy przycichną i z uśmiechem zwrócił się do dowcipnisia.

— Ładnie, ale mamusia cię nie nauczyła, na co się to zakłada?

Salwa śmiechu, równie infantylna jak przedtem, uderzyła teraz w chłopaka z prezerwatywą na głowie. Stał wygłupiony, ściągnął prezerwatywę i cisnął nią w śmiejącego się najgłośniej kolegę. Wacław zdał sobie natychmiast sprawę, że tym jednym zdaniem przegrał sprawę. Poniosło go. Wszelkie próby ratowania sytuacji w tej chwili mogły ją tylko pogorszyć.

Ktoś krzyknął, że „na tamto może sobie jedynie wentyl nałożyć”. Klasa znowu zaczęła się śmiać.

— Spadaj na drzewo — warknął chłopak. Zgarnął plecaczek i demonstracyjnie wyszedł z klasy.

Wacław wiedział, że wygrywając z klasą, popełnił błąd.

* * *

Wieczorem wpisał do swojego notatnika zdanie Henry’ego Nouwena. „Kapłaństwo to zawód błaznów i klaunów mówiących wszystkim, którzy mają uszy do słuchania i oczy do patrzenia, że życie nie jest problemem do rozwiązania, ale tajemnicą, w którą trzeba wkroczyć”. Zamknął notatnik i sięgnął po kartki pozostawione przez uczniów. Zawsze stosował tę metodę. Wiedział, że niektórym uczniom nie starcza odwagi, by zadać pytanie przy całej klasie. „Czy dużo księży jest homoseksualistami?”, „Po co się modlić, skoro Bóg i tak nas nie wysłuchuje? Czy ksiądz się modli?”, „Czy nie żal księdzu, że nie może mieć żony?”, „Skąd mamy wiedzieć, że Bóg stoi za katolikami?”, „Dlaczego papież jest tak konserwatywny?”. Lekturę ostatniego pytania przerwało pukanie do drzwi.

— Proszę!

W drzwiach ukazał się Waldek. Wczoraj wrócił ze szpitala. Wiedział, że do końca roku nie ma zajęć w szkole. Podobno nie skomentował tego, ale widać było, że kamień spadł mu z serca.

— Jak ci poszło w szkole?
— Nieźle, to znaczy tak sobie… — poprawił się Wacław.
— Może nie każdy ksiądz powinien uczyć — powiedział jakby do siebie Waldek.
— Niektórym idzie lepiej, niektórym gorzej. Myślę, że każdy ksiądz powinien stanąć przed klasą. To niesamowicie ważny egzamin dla kapłana. Z człowieczeństwa.
— Czyli ja jestem kaleką, nie kapłanem — Waldek nie próbował ukrywać swego stanu. — Nigdy nie zdam tego egzaminu. Boję się tych ludzi. Mówiłem ci. To jest coś więcej. Ja się zawsze w życiu bałem. Ojca, nauczyciela, kolegów, koleżanek. Tylko lata w seminarium… tylko wtedy się nie bałem. Trochę dziwactw, ale wszystko było na moją miarę.

Waldek zamilkł. Podparł czoło dłońmi i siedział jak potępiony. — Nie wiem, z czym do nich iść — odezwał się po chwili. — Co ja wiem więcej od nich? Do niczego nie mogę ich przekonać. Kiedy cokolwiek im mówię, sam przestaję w to wierzyć. Wchodzę do klasy i myślę tylko o jednym, ile jeszcze mam do dzwonka.

— Nie ty jeden — próbował pocieszyć go Wacław. — Kiedyś Prymas zapytał Tadzia Polaka, tego księdza z telewizji, jaką ma strategię katechetyczną, a ten mu odpowiedział, że dotrwać do dzwonka… Musisz zrozumieć, że oni też się boją, chociaż niektórzy nie zdają sobie z tego sprawy.
— Chyba żartujesz — odparł z niewiarą Waldek.
— Nie mówię, że boją się ciebie. Boją się życia, przyszłości, śmieszności, boją się siebie nawzajem, patrzą tylko na boki, jak zareaguje kolega, koleżanka. Boją się pokazać, co ich naprawdę boli. Oni nie wiedzą, co zrobić z życiem. Musisz najpierw złapać z nimi nić porozumienia.
— Żeby ją złapać, trzeba być kimś. Mają gdzieś porozumienie ze mną.
— Tak, myślę, że mi było trochę łatwiej zaczynać. Na początku nie było katechezy. Był stan wojenny. Kiedy zostałem księdzem, zabili Popiełuszkę. Niby byliśmy zagrożeni, ale było nam łatwiej. Patrzono na nas jak na bohaterów. Wtedy nikt nie wołał: „Księża na księżyc”. Tak, na pewno prościej nam było okrzepnąć.

Ksiądz Wacław zamilkł i widać, że nie mógł się zdecydować, aby coś powiedzieć.

Po chwili odezwał się Waldek.

— Wiesz, Wacek, kiedy mnie wyśmiali w szkole, chciałem przyjść do ciebie, ale poczułem się taki mały przy tobie. Kiedy ksiądz traci Boga, nie wie, komu o tym powiedzieć.
— Wiem, dlatego gdy się z tego otrząśniesz, będziesz miał ludziom wiele do powiedzenia. Czy ty nie wiesz, że ci których się boisz… któryś z nich prędzej czy później będzie chciał to samo zrobić? Ty możesz im pomóc. To wszystko, co się z tobą dzieje, to jakby Pan Bóg zwiózł materiał na plac budowy. Możesz teraz zbudować coś wspaniałego albo to spieprzyć.

Przerwał na chwilę i patrzył na Waldka, który utkwił wzrok tępo w stojących pod ścianą butach.

— Ludzie rzadko dojrzewają do decyzji, które podejmują. Najważniejsze jest to potem… Jak zareagujesz, kiedy widzisz, że może nie dasz rady… Dwa lata temu błogosławiłem małżeństwo, które nie przetrwało miodowego miesiąca. Mąż zdradził i żona powiedziała, że nigdy mu tego nie wybaczy. Może rzeczywiście nic by z tego małżeństwa nie było, a może byłoby cudowne. Nigdy się już o tym nie dowiemy. Tak samo ty się nigdy nie przekonasz, jakim mógłbyś być księdzem, jeśli nie zawalczysz. Pamiętaj, że największe zwycięstwo możesz odnieść tylko w walce z własnym zwątpieniem. Myślisz, że twoje bagno jest gorsze niż to na Golgocie? Że Pan Bóg nie może z tego wyprowadzić dobra?

Zapadło milczenie.

— Wacek, miałem dzisiaj straszny sen. Śniło mi się, że zadzwoniła mi komórka w czasie rozdawania komunii, wysypałem komunikanty. Kiedy zacząłem je zbierać, zmieniały się w monety. Jak sądzisz, co to znaczy?
— Że musisz odpocząć. Wiesz, Waldek, rozmawiałem z proboszczem. Chciałbym, żebyś pojechał na wieś do mojego kolegi. On jest jak balsam dla duszy. Co roku przynajmniej tydzień u niego spędzam, żeby patrzeć na świat w odpowiednich proporcjach. To jest mój guru, za przeproszeniem. Pamiętaj, wszystko możesz powiedzieć, tylko zawsze trzeba dodać: za przeproszeniem. Piotrek to kapłan gigant.
— To dlaczego wylądował na zadupiu?
— Właśnie dlatego.

Milczenie.

— Wacek.
— Tak?
— Czuję, że Pan Bóg postawił ciebie na mojej drodze. Proboszcz to też cudowny człowiek, ale nigdy nie mógłbym się przed nim tak otworzyć. Przyniosę flaszkę i napijemy się po małym kieliszku.
— Nie. Nie, Waldku. Proszę cię. Jeśli czujesz się wdzięczny, to przez trzy miesiące nie bierz kropli do ust.
— Wacek, spokojna głowa, ja wtedy… to nie przez alkohol. Po prostu byłem w ciemnym tunelu, potem jeszcze te prochy… to z czystej głupoty, uwierz mi. Wydawało mi się, że cały płonę, jestem w piekle, ale to było dziwne, bo czułem ogień, a było ciemno i potem nagle zobaczyłem maleńkie światełko i zacząłem wrzeszczeć. „Jezu, ratuj!”.

* * *

Była sobota. Postanowili, że do Świerczyny zawiezie ich Mackiewicz. Jakieś 60 kilometrów od miasta. Samochód Waldka nie był jeszcze gotowy. To znaczy lakiernik twierdził, że jest już zrobiony, ale musi go jeszcze spolerować. No i dobrze, Mackiewiczowi trochę grosza wpadnie. Za tydzień ma chrzciny Marysi. Wacek zapewnił Waldka, że pan Marek nic nie wie o całej sprawie. Nikt nic nie wie, poza proboszczem i Magdą.

Rozmowa od początku zeszła na Marysię. Mackiewiczowie mają ją dzięki pogotowiu rodzicielskiemu. Od roku działają w pogotowiu dziecięcym. O trzeciej nad ranem policja przywozi dziecko i trzeba się nim zająć. Trzy miesiące temu przywieźli im Marysię. Jej mamusia, piętnastoletnia dziewczyna, nie chciała jej. Dla Mackiewicza dzieci były w życiu najważniejsze, choć miał tylko jedno swoje. Wyglądał trochę jak święty Józef, ale nosił przydymione okulary i miał brzuszek, którego tamten prawdopodobnie nie posiadał. Cały rok uganiał się po sponsorach, żeby zorganizować w maju imprezę pod hasłem „Kochajmy dzieci”.

— Kiedy ksiądz pyta małżonków, czy zamierzacie przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, Pan Bóg nie mówi, jakie to ma być potomstwo, czy to mają być własne dzieci — Mackiewicz prowadził wykład o teologii rodziny dla swoich pasażerów. — Trzeba przyjąć każde dziecko. Jeśli małżeństwo nie ma dzieci albo ma ich niewiele, trzeba zapytać, jaki masz plan, Boże, w stosunku do nas. Kiedy Marysia do nas trafiła, od razu poczułem, że ta dziecinka u nas zostanie. Co ja wam będę mówił. Po prostu zwariowałem na jej punkcie. Znajomi mnie ostrzegali, żebym nie przesadzał z tą miłością, bo wywołam jakiś uraz psychiczny u Jędrka. Wiadomo, że jedynak będzie zazdrosny. „Zrozum, w jego życiu pojawił się konkurent”. Ale gdzie tam. Jędrek oszalał na punkcie Marysi jeszcze bardziej niż ja. Kasia musi nam wyznaczać kolejki, kiedy kto przewija i karmi Marysię, bo dochodziło do kłótni. Sobie wyobrażacie? Mycie pupci na zapisy. Ha, ha… Czy ja mogłem się spodziewać, że Pan Bóg na stare lata pobłogosławi mi dzieckiem?

Potem zamilkli. Księża zatopili wzrok w majowych krajobrazach. Pan Marek nie był jednak nawykły do ciszy i za swój obowiązek, większy nawet od prowadzenia samochodu, uważał prowadzenie rozmowy.

— Nie wiem, czy słyszeliście to, jak pijak mówi do alkoholika. „Słuchaj no, jak często pijesz? No, jaki musi być powód, żebyś się napił?”. „Bo ja wiem — odpowiada — imieniny, urodziny, rocznica, święto 3 maja, 15 sierpnia, jakiś mecz w telewizji…”. „Ee — mówi alkoholik — ja to piję tylko z dwóch powodów. Jak pada deszcz i jak nie pada”.

I pan Marek, nie czekając na reakcje pasażerów, zaczął się śmiać niczym indor.

Ksiądz Wacław, bojąc się, że to pierwszy dowcip z całej serii o pijakach, zmienił temat.

— Marek, a ile ty na tej taksówce zarobisz miesięcznie?
— Z łapy do papy… Wszystko zawsze oddaję Kasi, a ona mi jeszcze nie powiedziała, że za mało. Musi starczyć.
— No, ale tak na dzień? — naciskał nie wiadomo dlaczego Wacław, bo sprawy materialne, nigdy go nie zajmowały.
— Oj różnie. Są dni, że dosłownie przywiozę dziesięć złotych do domu… Wszystko zależy od kursów. No niestety, najbardziej intratne kursy są do agencji towarzyskich. Klient nie liczy co do grosza, poza tym zwykle czeka się na niego, więc taksa leci dodatkowo. W zeszłym tygodniu kumpel mówi do mnie: „Pan Bóg mi pobłogosławił i dał mi kilku boyków na basen”.
— Co? — spytał Wacław.
— Klientów do agencji. Kumpel miał akurat komunię dziecka. Cieszył się jak cholera. To są trudne sprawy. Co zrobić? To są takie zawody. Jak gość zamówi golonkę w Popielec, kelner też musi przynieść i jeszcze życzy smacznego. Ja przynajmniej już nie mówię: „No to powodzenia”.

Mackiewicz zreflektował się, że być może poszedł w swych zwierzeniach za daleko.

— A ty, Wacek, co, bryki sobie nie kupisz? — spytał, zmieniając temat.
— Ee, ja nawet nie mam prawa jazdy.
— Co za problem? Udzielę ci paru lekcji. Mam znajomości w dobrym ośrodku… No?
— Nie, nie będę kupował samochodu, muszę kryć się ze swoim bogactwem, żeby mi się parafianie do kieszeni nie doczepili — próbował żartem uciąć temat Wacław.
— Są sposoby. Znałem proboszcza, który kupował samochody tylko tej samej marki i w tym samym kolorze.
— Zabawne, a ja znam proboszcza, który cały czas miał taki sam samochód, ale mu skradli tablice. No i musiał sobie sprawić nowe. Momentalnie się rozeszło, że kupił sobie nowy samochód, tylko dla niepoznaki nie zmienił marki i koloru. Nie wiadomo, która historia jest prawdziwa… Teraz skręcisz za wiaduktem, potem kilometr wiejską dróżką i jesteśmy na miejscu.

Wjechali na wąską asfaltówkę ciągnącą się między cudownymi łąkami. Połowa maja. Pogoda cudowna. Ptaki śpiewały. Zajechali pod drewnianą plebanię z kamiennym cokołem. Marek zatrąbił trzykrotnie.

Po chwili wyszedł wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna. Wygląd drwala. Towarzyszyła mu wiejska kobiecina. Kończyli jakąś rozmowę.

— …I nie martwić się, pani Pawlakowa. Pan Bóg widział, że wszystko, co stworzył, było dobre.

Kobieta machnęła ręką. Pokręciła głową i obrzuciwszy przybyszów wzrokiem, wyszła z podwórka.

— Powiedziałbym, że raczej wyglądała na oburzoną. Mackiewicz… — wszedł aktywnie w sytuację pan Marek, podając rękę gospodarzowi.
— Co prawda, to prawda. Ksiądz Piotr jestem. Trzy światy mam z tymi kobietami. Pewno się namówiły, bo już któraś tu przychodzi protestować przeciwko szafarzom. No właśnie ta Pawlakowa przyszła i mówi: „Księże proboszczu, to nie może tak być, żeby chłop komunię rozdawał”. „Dlaczego?”, pytam. „Ano, on tymi łapami w gnoju grzebie, a i — ksiądz Piotr zaczął naśladować Pawlakową pokazującą kształty biustu — do baby się dobiera… Nie wiadomo, co robi”. „Pani Pawlakowa — mówię — przecież ja też chodzę do ubikacji”. „O Boże” — jęknęła, ale ten argument ją chyba usadził. „No, może trochę rzadziej”… — powiedziałem, żeby ją pocieszyć. No i wtedy wy zatrąbiliście, tak, że nauki o wcieleniu będę jej musiał udzielić następnym razem.

Taksówka od Ducha Świętego
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...