Triduum Paschalne. Przewodnik
Najgorsza rzecz to autocenzura, uległość i strach. W końcu czym jest terroryzm? Jak sama nazwa wskazuje, to próba zastraszenia.
Dominik Jarczewski OP: Dlaczego atak terrorystyczny na redakcję „Charlie Hebdo” 7 stycznia tego roku tak wstrząsnął całym zachodnim światem?
Agnieszka Kołakowska: Atak 7 stycznia jest kontynuacją całego ciągu zamachów w Europie, m.in. w Anglii w lipcu 2005 roku, a potem w Belgii, Holandii, Hiszpanii. Nie była to jednak bomba podłożona przez anonimowych zamachowców, tak jak w metrze w Paryżu lub w autobusie w Londynie, nie było to nawet strzelanie do przypadkowych ludzi (w mniemaniu zamachowców przypuszczalnie Żydów) jak w Belgii w muzeum żydowskim. Mordercy wdarli się do redakcji „Charlie Hebdo”, wiedząc dokładnie, kogo chcą namierzyć, i osobiście urządzili krwawą jatkę. Osoby, które zginęły – na przykład Georges Wolinski – były bardzo znane i przez wielu Francuzów kochane. „Charlie Hebdo” to w pewnym sensie francuska instytucja ceniona nawet przez tych, którzy nigdy tego pisma nie czytali i uważali je za głupie i wulgarne. To był szok. Dlatego też reakcja społeczeństwa tym razem była tak silna.
Szok? Ale chyba nie zaskoczenie. W końcu do redakcji docierały ostrzeżenia, a w 2011 roku próbowano podpalić jej siedzibę.
Co nie przeszkodziło dziennikarzom z wielką odwagą nadal publikować karykatury Mahometa. Oni – oprócz tego, że byli wojującymi ateistami i nienawidzili wszelkich religii – naprawdę wierzyli w konieczność zdecydowanej obrony wolnego słowa. Dostali wprawdzie policyjną ochronę, ta jednak, jak wiemy, nie okazała się wystarczająca. Prezydent Hollande, widząc reakcję społeczeństwa, zwołał manifestację. Moim zdaniem, było to cyniczne i zgorszyło mnie, bo w końcu rząd i prezydent nie są od tego, by zwoływać manifestacje, ale żeby działać – chronić obywateli.
Rzeczywiście, jest tu pewien paradoks, bo bogata historia francuskich manifestacji pokazuje, że były one z zasady antyrządowe.
Tak. Z drugiej strony było w tym też coś budującego, że nagle zebrały się miliony ludzi, którzy skandowali: Vive la République! i śpiewały Marsyliankę.
Co w tym niezwykłego?
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miało miejsce coś podobnego. Wskutek działania ideologii multikulturalistów, która jest niesłychanie silna w rządzie, mediach, szkołach i na uniwersytetach, w oficjalnym dyskursie od dawna odstąpiono od wartości republikańskich. Społeczeństwo dzieli się na tak zwane wspólnoty, które są w rzeczywistości skonfliktowanymi grupami interesów. Nie ma już czegoś takiego jak republika. Tymczasem ludzie zaczęli spontanicznie śpiewać Marsyliankę. A w parlamencie można ją było usłyszeć bodaj pierwszy raz od 1918 roku!
Dlaczego teraz? Bo ludzie zrozumieli, że sprawy zaszły za daleko. Premier Manuel Valls jako pierwsza osoba publiczna ośmielił się powiedzieć: Tak, to jest wojna – oczywiście nie z islamem, ale z jego radykalną odmianą, islamistami. Powiedział też, po raz pierwszy, że nie do przyjęcia jest, żeby na ulicach Paryża skandowano: „Śmierć Żydom”.
Złośliwi mówią, że urzędującemu prezydentowi François Hollande’owi, notującemu od kilku miesięcy rekordowo niskie poparcie, nie mogło się przytrafić nic lepszego niż zamach, wokół którego można było zbudować narrację jedności narodowej w obliczu zagrożenia.
Rzeczywiście, rzucał się w oczy sposób, w jaki to zostało politycznie wykorzystane. Co rusz któryś z polityków, łącznie z Donaldem Tuskiem i Nicolasem Sarkozym, przepychał się, żeby dobrze wypaść na zdjęciach w pierwszym rzędzie. Trzeba jednak przyznać, że w pewnej mierze Hollande potrafił się znaleźć, bo następnego dnia, o czym już nie było tak głośno w mediach, poszedł z głównym rabinem i z premierem Izraela Benjaminem Netanjahu do głównej synagogi Paryża. Ale czy coś z tym wszystkim zrobi? To już inne pytanie.
No właśnie: Czy cokolwiek w praktyce się zmieniło w ciągu minionych dwóch miesięcy?
Na razie nic. Natomiast już kilka dni po tym niezwykłym zrywie narodowym w dyskursie publicznym powróciły stare hasła o szacunku dla muzułmańskich uczuć religijnych. Przecież bardzo wielu dziennikarzy, którzy od razu, pierwszego dnia poszli manifestować na Place de la République w obronie wolności słowa, jeszcze nie tak dawno potępiało „Charlie Hebdo” za rasizm, prowokację, ksenofobię i islamofobię. Teraz do tego wrócili. Nie wiem zatem, czy coś się zmieni w społeczeństwie. Zobaczymy, jakie kroki podejmie rząd. Hollande nadal uparcie powtarza, jak politycznie poprawna papuga, że te zamachy nie mają nic wspólnego z islamem. To raczej źle rokuje.
A co jest złego w szacunku na przykład dla uczuć religijnych?
Na szacunek trzeba sobie zasłużyć.
Przecież każdy człowiek ma swoją godność. Na tym bazuje chociażby Powszechna Deklaracja Praw Człowieka z 1948 roku.
Tutaj trzeba poczynić pewne rozróżnienia, bo kilka rzeczy bywa mylonych ze sobą, co łatwo wykorzystują różnej maści ideolodzy. Czym innym jest godność ludzka, czym innym szacunek, który okazujemy np. osobom starszym, a czym innym szacunek w sensie prawnym i o nim właśnie chciałabym coś powiedzieć. Nikt nie ma prawa do szacunku w tym sensie, że nie wolno obrażać jego uczuć; że jego uczucia są pod ochroną prawa. Takie prawo, które od kilku dziesięcioleci próbuje się narzucić w Europie, jest niezwykle szkodliwą bronią w ręku różnych grup interesów. Przecież tak naprawdę wszystko może obrażać moje uczucia. I co? Każdy ma mi się podporządkować? Być zakładnikiem moich interesów? To absurd, który jednak w wielu społeczeństwach ma się całkiem dobrze. Podam przykład z Anglii, gdzie władze niektórych miast, czasem pod wpływem nacisku muzułmanów, a nieraz z własnej woli, każą usuwać nie tylko wieprzowinę ze stołówek, ale i rysunki świń z ogłoszeń czy plakatów, żeby przypadkiem kogoś nie urazić. Ostatnio jeden z rabinów zabrał w tej sprawie głos i powiedział, że przecież Żydzi również nie jedzą wieprzowiny, ale nikt im nie zabrania oglądać rysunków świń. Jeden z imamów odpowiedział na to, że islam również tego nie zabrania.
Po co więc to zamieszanie?
Tu dochodzimy do bardzo ważnej sprawy. Ataki radykalnych islamistów nie mają nic wspólnego z brakiem szacunku dla islamu. To jedynie pretekst, który na okrągło wałkują „użyteczni idioci” z lewicy. W rzeczywistości chodzi o pokazanie, kto tak naprawdę rządzi, czyli kto ma prawo dyktować warunki. Często będą to drobiazgi, ale nie wolno temu ulegać. Dlatego trzeba bronić wolności słowa. I w gruncie rzeczy o to chodziło w powtarzanym przez wszystkich Je suis Charlie. Wolność prasy jest jednym ze szczególnych punktów we francuskim republikanizmie.
Ale czy rzeczywiście „Charlie Hebdo” wart jest mojej obrony?
Tak. Choć całkowicie zgadzam się z tym, że jest to pismo skończenie głupie, wulgarne, które oprócz islamu w sposób niewybredny atakuje chrześcijaństwo, a w szczególności katolicyzm; pismo skrajnie antyreligijne, prowadzone przez półhipisów z ’68 roku. Ale nawet czegoś takiego powinniśmy bronić, jeśli wolność prasy nie ma być zakładniczką interesów grup nacisku. Jeszcze raz powtórzę: to nie jest problem szacunku. Przecież islamiści wcale nie ukrywają, o co im chodzi, i otwarcie mówią o wchłonięciu Zachodu do nowej ummy islamskiej. Nie wolno temu ulegać.
7 stycznia miała też miejsce premiera najnowszej książki Michela Houellebecqa, Soumission (Poddanie), w której partia islamska zwycięża we Francji nie dzięki karabinom i zamachom, ale przez obojętność i marazm społeczeństwa, które samo ją wybiera.
Do tego prowadzi postawa autocenzury i uległości. Przecież w tej powieści najbardziej atakowany nie jest wcale islam, ale francuscy intelektualiści, ludzie uniwersytetu. Jest tam na przykład przedstawiony profesor literatury, który zgadza się wykładać o Rimbaudzie pod warunkiem, że opowie, jak ten nawrócił się na islam! Najgorsza rzecz to autocenzura, uległość i strach. W końcu czym jest terroryzm? Jak sama nazwa wskazuje, to próba zastraszenia.
W życiu codziennym w Paryżu czuje się pani zagrożona islamem?
W pewnym sensie tak, ale staram się to ignorować. Przecież przed 7 stycznia było we Francji sporo zamachów, w różnych miejscach, w których ludzie prowadzili spokojne życie. Ktoś idzie robić zakupy i nagle rzuca się na niego jakiś Arab z nożem, krzycząc: „Allahu Akbar”. Potem takie miejsce ludzie omijają szerokim łukiem, ale z czasem to przechodzi. Po ostatnim zamachu na ulicach Paryża było również zdecydowanie mniej osób. Teraz już wszystko wróciło do normy. Mieszkam w dzielnicy żydowskiej, w okolicach synagogi i widzę, że w ostatnim czasie patroluje ją sporo uzbrojonych żołnierzy. I dobrze! Nie można czuć się zagrożonym. Trzeba żyć normalnie.
Wspomniała już pani o ideologii multikulturalizmu. Na czym ona polega? Bo nie chodzi tu tylko o zwyczajną mieszaninę kulturową?
Nie. Wielokulturowość jest rzeczą dobrą. Słowo to opisuje pewną rzeczywistość, w której różne grupy etniczne i religijne harmonijnie ze sobą żyją. Jednym z przykładów może być, z pewnymi przerwami oczywiście i z pewnymi zastrzeżeniami, imperium otomańskie czy Pierwsza Rzeczpospolita. Natomiast multikulturalizm nie opisuje żadnej rzeczywistości: jest pustym hasłem, czystą ideologią, którą od dziesięcioleci lewicowcy chcą nam narzucić, za którą kryje się niebezpieczna inżynieria dusz i która wyrasta z przeciwnych założeń. Społeczeństwo jest według ideologii multikulturalizmu podzielone na różne grupy interesu, które walczą ze sobą i domagają się dla siebie różnych przywilejów. To strasznie szkodliwa ideologia, która niszczy od środka demokrację. Niszczy równość wobec prawa, a ta jest wszak podstawą normalnej demokracji. Wbrew temu, co może sugerować nazwa, multikulturalizm jest największym wrogiem zdrowej wielokulturowości.
Bo zamiast pokoju zwiastuje wojnę każdego z każdym?
Tak. Do tego multikulturalizm jest ważnym składnikiem ideologii politycznej poprawności i każdy, kto będzie mówił o szkodliwości multikulturalizmu, zostanie zaraz oskarżony o rasizm, islamofobię i wszelkie inne formy tak zwanej nietolerancji albo mowy nienawiści.
Kiedy się narodził multikulturalizm?
Nie potrafię powiedzieć dokładnie, ale myślę, że w latach 60., razem z resztą politycznej poprawności. Wiąże się to też z postkolonializmem, a wszystko razem opiera się na kulcie ofiary, resentymencie i zawiści. Każdy chce być ofiarą, bo wie, ile może na tym zyskać.
Pamiętam, że gdy wyjechałam z Polski w ’68 roku i jako ośmiolatka trafiłam do kanadyjskiej szkoły, nie potrafiłam powiedzieć słowa po angielsku. Nikt mi nie pomagał zaaklimatyzować się w klasie. Była tylko jedna Czeszka i to mnie ocaliło. Ona mówiła po czesku, ja po polsku i dzięki niej nauczyłam się angielskiego. Nikt mi niczego nie tłumaczył – musiałam wejść w ten język. Ze swojego doświadczenia mogę śmiało powiedzieć, że to najlepszy dla dzieci sposób nauki języka i asymilacji. Niedługo później ideologia multikulturalizmu przeniosła się do Anglii, gdzie każde dziecko w szkole pochodzące z rodziny nieanglojęzycznej miało prawo do zajęć w swoim języku i rozmaitych przywilejów. To skutecznie zablokowało asymilację i zrodziło getta.
W takim getcie wychowali się między innymi bracia Kouachi, sprawcy styczniowego zamachu. Co ciekawe, praktycznie do 2001 roku nie mieli za wiele wspólnego z islamem. Owszem uczestniczyli w różnych gangach młodzieżowych, ale dopiero później pojawili się samozwańczy imamowie – ich rówieśnicy, którzy nawrócili ich na islam, tylko że już w wersji wojującej. Skąd ta radykalizacja?
Po pierwsze, trzeba powiedzieć, że to nie są ludzie ze szczególnie biednych rodzin. Często, zwłaszcza w przypadku terrorystów z Arabii Saudyjskiej, pochodzą z bardzo bogatych środowisk. Podobnie było w przypadku naszych europejskich rewolucjonistów: czerwonych brygad czy grupy Baader-Meinhof. To były rozpieszczone dzieci z zamożnych rodzin, które się buntowały.
Wystarczy przeczytać Nędzników Wiktora Hugo. Przecież ci rewolucjoniści nie mieli nic wspólnego z proletariatem. I ów proletariat dość wyraźnie dał im to do zrozumienia, nie popierając walki prowadzonej rzekomo we własnym interesie.
Oczywiście. Tak jak wytłumaczeniem terroryzmu nie jest brak szacunku, tak też jego źródłem nie jest ubóstwo czy prześladowanie, jak próbują nam wmawiać multikulturaliści. Jeśli gdzieś szukać jego przyczyn, to właśnie w multikulturalizmie, który tworzył getta. To oczywiście oskarżenie pod adresem kolejnych rządów, które nie tylko stworzyły taką sytuację, ale też pozwalały, aby na niesławnych przedmieściach kwitły narkomania i rozboje, a w powszechnym użyciu była nielegalna broń. Do wielu z tych dzielnic policja boi się jeździć. Oczywiście w dyskursie publicznym mówi się, że to są młodzi, bezrobotni ludzie, dla których główną weekendową rozrywką jest podpalanie samochodów. Ale przecież to nie jest przypadkowa zbieranina młodych ludzi. To są głównie Arabowie – dzieci imigrantów.
Na razie jednak pozostajemy na poziomie społecznym. Z religią nie ma to jeszcze za wiele wspólnego.
Zupełnie nic. Po prostu nie było żadnej próby asymilacji, bo asymilacja jest dziś na cenzurowanym. Może właśnie dlatego, że ci młodzi ludzie zostali w swoich gettach odizolowani od reszty świata, a może też ze zwyczajnej nudy zaciekawili się tym, co mieli im do powiedzenia imamowie, i zaczęli się radykalizować. Tutaj już pojawia się motyw religijny. Trudno natomiast ostatecznie powiedzieć, jakie są tak naprawdę motywacje tych młodych ludzi, a często dzieci. Co ich składnia do sięgnięcia po broń przeciw cywilizacji, w której żyją? A ojciec ma na ten temat jakąś swoją teorię?
Może jestem pesymistą, ale wydaje mi się, że warto spojrzeć na to z szerszego punktu widzenia. Myślę, że generalnie mamy dzisiaj w społeczeństwie poważny kryzys, z jednej strony związany z brakiem atrakcyjnych, pozytywnych wzorców, a z drugiej z ogromną agresją wyrażaną w taki czy w inny sposób. Zestawienie ze sobą internetowego hejterstwa i mordowania z zimną krwią może się wydawać retoryczną przesadą, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że ostatecznie chodzi o tę samą agresję, tylko inaczej skanalizowaną. Można powiedzieć, że tak było zawsze. Młodzi buntowali się przeciw systemowi. Tylko że z taką falą irracjonalizmu chyba dawno się nie spotkaliśmy. Dlatego zawsze starałem się uczyć młodzież w duszpasterstwie opisu, który poprzedza ocenę. Chcę wierzyć, że coś to dało, a nie była to tylko syzyfowa praca…
To bardzo ciekawe, bo również, gdy myślimy o młodocianych terrorystach, warto zwrócić uwagę na edukację, która tutaj zawiodła. Generalnie młodzi ludzie, choć nie tylko oni, nie potrafią odróżnić opisu od opinii, nie umieją myśleć racjonalnie. Możliwe, że próbuje się ich tego uczyć, ale bez skutku. Jeśli ktoś nie ma podstawowych narzędzi logicznych w głowie, to będzie podatny na każdy bełkot. We Francji dochodzi jeszcze dodatkowy wymiar: uczniom wpaja się wartości republikańskie, takie jak wolność słowa. A tymczasem w wielu szkołach, do których uczęszczają dzieci z rodzin muzułmańskich, uczniowie odmówili zachowania minuty ciszy, aby uczcić pamięć ofiar zamachów. Pewna dziewczynka powiedziała nawet do nauczycielki: Mówiliśmy im, żeby przestali z tymi karykaturami. A nadal to robią i takie są skutki. To była ośmiolatka. Przecież sama tego nie wymyśliła, usłyszała to od dorosłych. I tu pojawia się kolejne bardzo niewygodne pytanie: Czego te dzieci uczą się w domu, od swoich spokojnych, tak zwanych umiarkowanych rodzin? Bo przecież to jest umiarkowany islam. Istnieje coś takiego?
No właśnie: istnieje?
Na pewno. Ale nie wiem, gdzie. Gdy ktoś mnie pyta, mówię zawsze, że na pewno ogromna większość muzułmanów na świecie to są normalni ludzie. I równocześnie zauważam, że przecież nie mówimy o umiarkowanych katolikach, protestantach, żydach, ale przy muzułmanach musimy to dopowiedzieć. To też nam coś mówi o islamie.
Jest jeszcze inny aspekt tej sprawy. W ostatnim czasie również etniczni Europejczycy przechodzą na islam i walczą po stronie państwa islamskiego. A przecież i w domu, i w szkole wychowali się w spójnym systemie kulturowym, w zupełnie innych wartościach.
Myślę, że można to wpisać w tradycyjny bunt przeciw własnej kulturze. W pewnym stopniu taki prąd kontrkulturowy jest naturalną siłą działającą w ramach społeczeństwa. W ostatnich dziesięcioleciach ma on charakter antykapitalistyczny, antyglobalistyczny; zawsze był lewicowy. Następnie w taki świat totalnej anarchii, obalonych wartości, niespełnionych nadziei wchodzi islam, który proponuje łatwe rozwiązania trudnych problemów. Obiecuje sprawiedliwy świat. Inna kwestia, jakimi środkami. Może tak to właśnie się odbywa.
Czy mamy jakiekolwiek realne wyjście z impasu, w którym się obecnie znaleźliśmy? Czy sprawy nie zaszły za daleko? Przecież nikt nie wydali teraz muzułmanów z Europy. Asymilacja też nie wydaje się możliwa, nawet jeśli pominiemy kwestię politycznej poprawności.
Nie wiem. Muszę przyznać, że sama mam spore wątpliwości, czy istnieje jakieś wyjście. Raczej jestem pesymistką i myślę, że nasza cywilizacja powoli dobiega końca i może rzeczywiście przy tej okazji islamiści wygrają. Jedyne, co w dzisiejszych warunkach możemy i powinniśmy robić, to przestrzegać równości wszystkich wobec prawa, nie pozwalać na panoszenie się uprzywilejowanych grup, nie pozwalać się szantażować, natomiast bronić wolności słowa i bezwzględnie karać wszystkich związanych z terroryzmem. Pytanie tylko, czy mamy dostateczną siłę i wolę, żeby móc się obronić.
No właśnie. Wracając do Houellebecqa, to pojawia się pytanie, czy jest jeszcze jakaś wola Zachodu?
Wydaje mi się, że jest jej bardzo mało. W konfrontacji kulturowej z islamem szansę miałoby z pewnością jakieś państwo wyznaniowe, na przykład katolickie. Tylko czy chcemy w takim państwie żyć? Ja jako Żydówka i ateistka nie chciałabym. Pytanie zatem, w jaki sposób demokracja liberalna, pozostając sobą i zachowując wszystkie swobody i instytucje demokratyczne, może się obronić.
Szczególnie jeśli druga strona jest skrajnie antydemokratyczna.
No właśnie. Przecież islamiści, którzy tu przyjeżdżają, wykorzystują demokratyczny porządek i ład w krajach zachodnich przeciwko niemu, manipulują nim i posługują się nim. Właśnie w tym leży słabość demokracji, że na to pozwala. Nie może jednak się bronić niedemokratycznymi środkami. W przeciwnym wypadku przestanie być demokracją.
Oceń