Mamo, czy ja jestem z kimś spokrewniona?
fot. jonathan cooper / UNSPLASH.COM

Mamo, czy ja jestem z kimś spokrewniona?

Daję moim dzieciom dom, rodzinę, stałość relacji, czułość i bliskość, lecz nie uchronię ich przed poczuciem wyobcowania, osamotnienia, nie uratuję ich przed porzuceniem, które się dokonało. Będą się zmagać ze swoim lękiem, gniewem, smutkiem.

Najpierw były moje marzenia o dużej, szczęśliwej rodzinie. Piękne marzenia. Potem przyszła wielka, romantyczna miłość i małżeństwo. Nadszedł czas realizacji marzeń, tak po bożemu, naturalnie, żeby dziecko się u nas pojawiło. I nic.

Lata mijały, napięcie rosło. Niby normalnie żyłam, pracowałam, odwiedzałam rodziców, miałam przyjaciół i znajomych. Najsilniejszym nurtem było jednak pragnienie dziecka, ono zabarwiało napięciem i niepewnością każdy mój dzień. Żyłam jak w rytmie cyklu nie-płodności. Choć wtedy miałam jeszcze nadzieję, że to jednak cykl płodności. Zaburzony, rozchwiany, ale przecież płodności. Trzeba cierpliwie czekać. Wszystko będzie dobrze. Tak mówili moi bliscy. Powtarzałam to za nimi. Lekarz jeden, drugi, trzeci, życie na huśtawce rozbujanej od nadziei do rozpaczy, w górę i w dół, ciągle i ciągle na nowo, od nadziei do rozpaczy aż po mdłości, lecz nie te upragnione, ciążowe. Nie, te nie nadeszły nigdy.

Przyszedł czas zmęczenia. Jak długo można karmić się złudzeniami. Po kilku latach leczenia zamknęliśmy czas biologicznych starań, mieliśmy już tego dość. Rozpoczęliśmy starania o dziecko na drodze adopcji. Ta decyzja była jak wyzwolenie, jak otwarcie nowych drzwi, wybór nowej, obiecującej spełnienie drogi. Miałam wrażenie, że przechytrzyłam los, że znalazłam sposób, by spełnić marzenie o normalnej, szczęśliwej rodzinie w sytuacji, gdy biologia i Bóg zdawali się mi mówić: „Nie. Nie będziesz matką”. Biologicznie nie będę, lecz dzięki adopcji tak.

Ktoś odrzucił, ktoś pokochał

Po kolejnych dwóch latach zostaliśmy rodzicami dzięki adopcji. Pawełek, gdy trafił do naszej rodziny, miał dwa miesiące. Był duży, blady i napięty. Mój syn. Uczynił mnie matką. Tak to wtedy przeżywałam. Byłam dumna i szczęśliwa. Na trzy lata wpadłam w rytm macierzyństwa idealnie realizowanego. Stały rytm posiłków, drzemek i spacerów. Bliskość, dotyk, noszenie na rękach, kontakt wzrokowy, przemawianie do maluszka. Bardzo się starałam. Miałam poczucie, że dostałam skarb, o który muszę się teraz troszczyć i go chronić. Po dwóch latach ponownie poszliśmy do ośrodka ad

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się