Triduum Paschalne. Przewodnik
To że kanonizujemy świętych i chlubimy się nimi, nie zmienia faktu, że wstydzimy się grzechu. Jest w tym coś dobrego i naturalnego. Kościół powinien się wstydzić, bo wstyd jest początkiem poprawy.
Dominik Jurczak OP: Dobrze się pracuje w Watykanie?
Zdzisław Kijas OFMConv: Nie narzekam (śmiech).
Czym się ojciec zajmuje?
Popularnie nazywa się nas fabryką świętych. A mówiąc fachowo, nasza Kongregacja do spraw Świętych rozpatruje wnioski o beatyfikacje i kanonizacje, które przychodzą z różnych stron świata. Zbieramy materiały dotyczące przebiegu życia danego kandydata. Sprawdzamy cuda, które miały się wydarzyć za jego przyczyną. Na końcu zaś zabezpieczamy relikwie i przesłuchujemy świadków.
Czy ta „święta codzienność” w pracy nie kłóci się ojcu z rzymskim doświadczeniem Kościoła – problemami banku watykańskiego, przepychankami kardynałów na synodzie, skandalami seksualnymi?
Nic nie jest idealne. Świętość w życiu idzie w parze z upadkami. Nasza praca polega na pokazywaniu życiorysów takich ludzi, którzy podnosili się z grzechów i upadków i swoim życiem udowadniali, że na co dzień można żyć Ewangelią. Gdyby takich ludzi nie było, to życie stałoby się dramatyczne – wszyscy leżelibyśmy w błocie, nie mając świadomości, że gdzieś jest słoneczna plaża.
Ale w codziennych relacjach prasowych nie słyszymy o heroizmie wierzących, tylko raczej o grzechu człowieka.
Nie wiem, skąd się to bierze, że Kościół jest pokazywany jako monolit. A przecież jest to wspólnota osób, które świadomie i dobrowolnie przyznają, że pragną iść drogą prowadzącą do doskonałości. Kościół jest taki, jacy są ludzie. I ma tyle samo problemów, jak każda inna społeczność. Próba opisania go jako rzeczywistości pozaziemskiej jest prawdziwa i nieprawdziwa zarazem. Wierzymy, że działa w nim Duch Święty i że Chrystus jest obecny wśród nas, ale to nie znaczy, że Kościół jest wspólnotą ludzi świętych, ile raczej dążących do świętości.
I gdybyśmy mieli zaryzykować stwierdzenie, gdzie jest prawdziwy wróg Kościoła…
…to powiedziałbym, że w człowieku. Oczywiście nikt nie nosi grzechu w sobie, ale to nie zmienia faktu, że mamy do niego skłonność. Dlatego Kościół jest obciążony grzechem ze względu na ludzi, którzy do niego należą. Przypomniał to Sobór Watykański II, podkreślając, że jesteśmy wspólnotą stale się reformującą. To stąd się bierze wezwanie do ciągłego nawrócenia, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i instytucjonalnym.
To wszystko dobrze brzmi, tyle tylko, że to nawrócenie instytucjonalne nie przebiega szybko, bo kościelne reakcje na problemy są w powszechnej opinii mocno spóźnione. Może my wcale nie chcemy konfrontować się ze swoją przeszłością?
To prawda, wcale tego nie chcemy, bo tak naprawdę nikt tego nie chce. Grzech to jest wstyd, który każdy nosi w sobie. I jako ludzie wstydzimy się zwyczajnie swojej słabej i grzesznej przeszłości. Po części z tego powodu konfesjonały są tak skonstruowane, że zakrywają grzesznika, ale ujawniają grzech.
Ktoś może zapytać: A co ze zgorszeniem publicznym?
Tego grzechu nie da się zakryć sakramentem i trzeba się wobec wszystkich uderzyć w piersi, przyznać do swojego zachowania i prosić o wybaczenie. Grzeszność jest dla Kościoła nieustannym wyrzutem niedorastania do wielkości swojego powołania. To, że kanonizujemy świętych i chlubimy się nimi, nie zmienia faktu, że wstydzimy się grzechu. I myślę, że jest w tym coś dobrego i naturalnego. Kościół powinien się wstydzić, bo wstyd jest początkiem poprawy.
A czy nie powinien ujawnić raz na zawsze wszystkiego, co było złe w przeszłości?
Problem polega na tym, że nigdy nie uda nam się zrobić tego we właściwy sposób.
Dlaczego?
Bo trudno odtworzyć okoliczności wydarzeń sprzed wieków czy lat. Inne były warunki życia, mentalność, kultura, a to wszystko wpływało na ludzkie zachowania. Dlatego ujawniając czyjąś przeszłość, trzeba być uważnym i zachować się niczym chirurgiczny skalpel, który usuwa wyłącznie chore części ciała, bez naruszania zdrowych.
Czyli jednak czekać.
To skaza naszych czasów. Jesteśmy opętani szybkością, nie zawsze wiedząc, dlaczego i po co. Tak samo myślimy o grzechach z przeszłości Kościoła. Chcąc je ujawnić, trzeba to zrobić mądrze, tworząc jednocześnie mechanizmy kontroli i prewencji na przyszłość, tak by konkretne zło więcej się nie powtórzyło.
A co z naszą wspólnotową odpowiedzialnością za przeszłość?
Nie można winy za to, co wydarzyło się kiedyś, zrzucić na obecnie żyjących. To byłoby zbyt proste. To trochę jak w rodzinie: trudno wymagać, by dzieci ponosiły odpowiedzialność za to, czego dopuścili się pradziadkowie. Ponoszą poniekąd konsekwencje ich błędnych działań czy decyzji, ale nie są obciążone ich winą.
Tyle że to osłabia wiarygodność Kościoła.
Tego, co się wydarzyło, nie wymażemy z pamięci.
Czy dziś pod względem instytucjonalnego oczyszczenia jest lepiej niż kiedyś? Nie ma, dajmy na to, inkwizycji, ale jest dramat pedofilii.
Nie można stawiać na równi tych dwóch tragicznych spraw. Inkwizycja była instytucją, w której władza świecka odgrywała również bardzo ważną rolę. Pedofilia natomiast jest dramatem konkretnych osób, także duchownych. Trudno jednak w tym przypadku mówić o instytucji.
Ale przyzna ojciec, że myślimy o pedofilii w kontekście instytucji. Że to ona chroni, że to ona nie rozlicza, że ona jest machiną, której ofiary tego dramatu mogą się przestraszyć.
To prawda, choć pewnie nie wszyscy i nie w równym stopniu.
Bo?
Na ogół boimy się instytucji, która wydaje nam się bezduszna i nieludzka, abstrakcyjna i zamknięta w sobie. Trudność z Kościołem jest taka, że z jednej strony nie może on obejść się bez tej instytucjonalności, ale z drugiej strony nie może też funkcjonować wyłącznie jako struktura zimna i nieczuła. Co więcej, to właśnie instytucja może być schronieniem dla kogoś, kto sam nie może się obronić, odeprzeć zarzutów czy dowieść swojej niewinności. Tak przecież było w okresie nazizmu czy komunizmu. Bliski jest mi obraz Kościoła jako matki, która staje w obronie swoich dzieci. To jest piękne i zarazem niezmiernie ważne w czasach, gdy tak łatwo można kogoś zranić, nie dopuścić do głosu i zaszczuć, oskarżając o sprawy, których wiarygodność należy skrupulatnie sprawdzić i poddać wnikliwej ocenie. Jeżeli zatracimy tę zdolność, to Kościół przestanie być naszym domem, a stanie się hotelem, w którym mieszkają anonimowi goście.
To wszystko dalej jest nieco teoretyczne. Jak można odczarować tę, jak się wydaje, nieczułą strukturę?
To zależy od wielu aspektów. Ludzkie lęki są bardzo indywidualne, związane z przebytym doświadczeniem, spotkanymi osobami, indywidualnymi zranieniami czy z noszonymi oczekiwaniami. Dlatego przede wszystkim każdy osobiście musi podjąć proces uzdrawiania. Bo instytucja to nie wszystko. Każdy, kto na poważnie traktuje swoją wiarę i chce świadomie uczestniczyć w życiu wspólnoty, jest twarzą Kościoła.
Uciekamy od pytania o instytucję…
Nasz problem polega na tym, że nie stworzyliśmy struktury języka, którym moglibyśmy mówić o Kościele. O ile jeszcze jako tako potrafimy definiować, dajmy na to, społeczeństwo i państwowość, to w przypadku tego, czym jest Kościół, operujemy prostymi socjologicznymi opisami. W naszych rozmowach, zarówno osób wierzących, jak i tych, którzy duchowo są daleko od Kościoła, jawi się on niczym społeczność zamknięta, jednorodna, mocno obciążona złą przeszłością.
A jak powinien się kojarzyć?
Korzystajmy z języka biblijnych obrazów. Odwołuje się do nich często papież Franciszek. W jego tekstach dostrzec można trzy dominujące porównania.
Pierwszy to obraz kobiety pochylonej, o której pisze św. Łukasz, że „od osiemnastu lat miała ducha niemocy” (Łk 13,11). W żaden sposób nie mogła się wyprostować. Papież posługuje się tym odwołaniem, mówiąc, że Kościół nie powinien być pochylony nad sobą, ale nad innymi. Powinien zajmować się tymi, którzy są w potrzebie – samotnymi, cierpiącymi lub zagubionymi.
Drugi obraz reprezentują uczniowie idący do Emaus. To opis utraty nadziei. Papież mówi, że jest to brak, który można dostrzec również dziś w sercach wielu wierzących. Wydaje się, że są zmęczeni, rozczarowani, upadli na duchu w obliczu tego, co widzą i słyszą. Jakby nie dowierzali w obietnicę Boga, że pozostanie z nimi aż do skończenia świata.
I wreszcie trzeci obraz to przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. To Kościół, który nie tyle jest instytucją, ile raczej osobą, która zatrzymuje się przy człowieku wyrzuconym na margines życia społecznego.
Inspiracje papieża są bardzo interesujące. Warto się nad nimi zastanowić. One zwracają uwagę na to, że o Kościele, podobnie jak o Bogu, nie da się mówić „na siedząco”. Nie można rozmawiać o nim tak samo jak o meczu piłki nożnej. Kiedy ktoś wierzący mówi o Kościele, to słowo Kościół nie zamyka się w instytucji i strukturze, ale przemawia poprzez codzienne doświadczenie każdego człowieka.
Papież Franciszek powiedział ostatnio, że Europa jest jak starsza kobieta – bezpłodna i nietętniąca życiem. Może to jest dobry opis Kościoła?
Wszystko zależy od tego, z jakiej perspektywy patrzymy.
A z jakiej ojciec patrzy?
Mam różnorodne doświadczenia. W sierpniu byłem w Korei Południowej i zobaczyłem tam Kościół aktywny w życiu społecznym, politycznym i kulturalnym. A wszystko to w kraju, w którym ponad połowa mieszkańców jest bezwyznaniowa, a katolicy stanowią tylko 10 procent z 50-milionowej populacji. Byłem także w Kazachstanie. Miałem okazję spotkać się z katolikami, potomkami dawnych zesłańców z krajów europejskich, jak również z przedstawicielami tamtejszych władz, którzy nie są chrześcijanami. W rozmowie z premierem kraju, Karymem Masymowem, odniosłem wrażenie, że odbiera Kościół katolicki jako rzeczywistość dynamiczną, która wnosi twórczy wkład w rozwój duchowy, i nie tylko, jego kraju.
A Kościół w Europie?
Ta ocena jest zróżnicowana i zależy od tego, gdzie się ucho przyłoży. W wielu miejscach – kiedyś ważnych historycznie, jest on w głębokim kryzysie, a wielu wierzących przeżywa okres duchowej emerytury i z nostalgią spogląda na to, co było. Stąd próby zamykania się i ochrony spuścizny lub dopasowania się do współczesności. Oba rozwiązania są podszyte lękiem.
Skąd się to wzięło? Może posoborowe otwarcie wcale nie wyszło Kościołowi na dobre?
Myślę, że to nie tyle jest problem Kościoła, co przede wszystkim samej Europy i Europejczyków. Przestaliśmy być pępkiem świata. Kiedyś dyktowaliśmy rytm życia, narzucając swoje wzorce postępowania innym, a teraz się okazało, że ci inni nas wyprzedzili i mają swoją wizję życia. Będąc w Korei, rozmawiałem z biskupem diecezji Cheongju, która liczy sobie około 150 tysięcy wiernych. Powiedział mi tak: W 1984 roku był u nas Jan Paweł II i mówił, że pierwsze tysiąclecie to była ewangelizacja Europy, drugie to ewangelizacja Ameryki, a trzecie tysiąclecie będzie należeć do Azji. I my w to głęboko wierzymy.
A to jest wiara czy fakt?
Są o tym głęboko przekonani nie tylko biskupi, ale także świeccy. To jest ich odpowiedź na kryzys Kościoła – wierzą, że otrzymali taką misję i starają się ją realizować.
A może zmiany w Europie są na tyle szybkie, że lepiej przyjąć postawę obserwatora?
Ale jeśli Europa stanie się skansenem, w którym zostaniemy na poziomie remontowania naszych kościołów czy innych zabytków powstałych z inspiracji chrześcijańskiej, to sprowadzimy Kościół do roli muzeum, które się chętnie zwiedza, ale w którym się nie mieszka i w którym brak normalnego życia.
W takim razie jaką strategię przyjąć?
Trzeba przestać wsłuchiwać się w swoje lęki i zacząć słuchać Boga. Święty Franciszek z Asyżu leżąc na łożu śmierci, mówił do braci: „Dotychczas nic nie uczyniliśmy. Póki mamy czas, czyńmy dobrze”. Nie można pławić się w sukcesach, raczej należy patrzeć, ile jest jeszcze do zrobienia. Nie można też trwać tylko w lękach, nie czerpiąc siły z nadzei, jaką daje wiara.
W podobnym tonie wypowiada się papież Franciszek?
Tylko on za nas niczego nie zrobi. Traktujemy go trochę jak kogoś, kto rozwiąże nasze problemy, znajdzie na nie lekarstwo, przywróci dobre samopoczucie i przekonanie, że panujemy nad swoim życiem. Tak się nie stanie.
Może my się zwyczajnie boimy?
To jest fascynujące, że przy tylu doświadczeniach, które zdobyliśmy przez lata, wciąż dotyka nas brak dojrzałości. Poszerzamy zakres posiadanej wiedzy, ale nie wzrastamy w roztropności. Długa historia wiary w Polsce czy w Europie dała nam właściwe narzędzia, aby postępować mądrze, ale – o dziwo – nie chcemy z nich korzystać. Odrzuciliśmy je, uważając je za niewłaściwe, i zaczęliśmy szukać nowych. Jesteśmy niczym małe dzieci, które są ciekawe wszystkiego, co się rusza, ale zarazem pełne obaw. Różnica jest jednak taka, że dziecko wie, że może zwrócić się do rodziców o pomoc lub szukać u nich schronienia, my natomiast wyrzekliśmy się wiary naszych rodziców i nie mamy u kogo szukać pomocy. Jesteśmy sierotami. Kwestionujemy to, co było kiedyś, ale jednocześnie nasza wiara nie stała się jeszcze nasza.Nie przyjęliśmy w pełni jej treści, nie weszliśmy w jej środek, nie odkryliśmy wystarczająco mocno Boga. Być może w przeszłości była nam potrzebna, by stawiać opór, by z kimś walczyć, by zamanifestować swoja odrębność, ale to wcale nie znaczy, że żyliśmy głęboko jej treścią. Manifestowaliśmy ją w grupie, ale nie rozmawialiśmy z Bogiem na osobności, sam na sam. Dlatego dla sporej części z nas odkrycie wiary jest wyzwaniem.
Oceń