Drogi Ojcze
Oferta specjalna -25%

Pierwszy i Drugi List do Tesaloniczan

0 opinie
Najniższa cena w ostatnich 30 dniach: 52,90 PLN
Wyczyść

List ten został napisany sześć miesięcy po śmierci mojej matki. Napisałem go do ojca, aby go pocieszyć. Nie myślałem, że kiedykolwiek go opublikuję. Teraz jednak, po trzech latach, czuję potrzebę, żeby to uczynić. Chciałbym przekazać te słowa wszystkim odczuwającym ból, który przynosi ze sobą śmierć, i szukającym nowego życia.

Ona umarła dla nas

Ze wszystkich dotychczasowych rozważań, drogi Ojcze, przebija myśl, która — gdy zaczynałem pisać — dość mgliście rysowała się w mojej głowie. Sens śmierci to nie tyle sens, jaki nasza śmierć ma dla nas samych, ile jaki ma ona dla innych. Wyjaśnia to, dlaczego sens śmierci matki i sens naszej śmierci są tak blisko ze sobą związane. Mam wrażenie, że im silniej przeżyjemy fakt, że matka zmarła za Ciebie, za dzieci i za wielu innych, tym większy sens będzie miała dla nas nasza własna śmierć. Spróbuję to wyjaśnić tak, żebyś mógł pojąć oczywistość tej myśli.

Pozwól, że zacznę od Twojej własnej obserwacji, którą często czyniłeś po śmierci matki, a mianowicie, że ona swoje życie przeżyła dla innych. Im dłużej zastanawiasz się nad jej życiem, patrzysz na jej portrety, czytasz jej listy i słuchasz, co inni o niej mówią, tym bardziej uświadamiasz sobie, w jak dużym stopniu służyła drugim. Ja także jestem pod coraz większym wrażeniem jej otwartości na cudze potrzeby. Postawa ta była tak nieodłączną częścią jej życia, że trudno było dostrzec w niej coś nadzwyczajnego. Dopiero teraz widzimy w pełni jej siłę i piękno. Rzadko prosiła o uwagę dla siebie. Jej zainteresowania i uwaga wychodziły ku potrzebom drugich i trosce o nich. Była otwarta na tych, którzy do niej przychodzili. Wielu twierdziło, że łatwo im się z nią rozmawiało o sobie, i podkreślało, jak swobodnie czuli się w jej obecności. Można to było zauważyć zwłaszcza podczas jej odwiedzin u mnie w Stanach Zjednoczonych. Często w jeden wieczór udawało jej się lepiej poznać moich studentów niż mnie w ciągu roku i później przez wiele lat o nich dopytywała. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy boleśnie uświadomiłem sobie, jak bardzo przyzwyczaiłem się do jej nieustannego zainteresowania wszystkim, co robiłem, czułem, myślałem czy pisałem, i do jakiego stopnia było dla mnie oczywiste to, że nawet jeśli nikogo innego nie obchodzę, to ją tak. Teraz brak tej troskliwej uwagi budzi we mnie głębokie poczucie osamotnienia. Wiem, że w Twoim przypadku jest to jeszcze bardziej prawdziwe. Już nie słyszysz, jak pyta Cię, czy dobrze spałeś, jakie masz plany na dzień albo o czym piszesz. Nie słyszysz, jak radzi Ci, byś uważał na drodze, więcej zjadł albo uciął sobie drzemkę. Wszystkie te proste, ale jakże wspierające i podtrzymujące na duchu dowody troski ustały i wobec ich braku zaczynamy coraz boleśniej odczuwać, co to znaczy być samemu.

Chciałbym jednak teraz podkreślić fakt, że ona, która żyła dla innych, także dla innych umarła. Jej śmierci nie wolno postrzegać jako nagłego końca troskliwości, nagłego ustania jej wrażliwości na innych. Niektórzy ludzie doświadczają śmierci tych, których kochali, jak zdrady. Czują się porzuceni, osieroceni, a nawet oszukani. To tak, jakby mówili do współmałżonka czy przyjaciela: „Jak mogłeś mi to zrobić? Dlaczego mnie zostawiłeś? Nigdy się na coś takiego nie godziłem”. Czasami ludzie czują się nawet rozgniewani na tych, którzy zmarli, i wyrażają to paraliżującym smutkiem, cofnięciem się do stanu zupełnej zależności, ucieczką w chorobę i narzekanie, a nawet śmierć.

Jednakże jeśli matka naprawdę przeżyła swe życie dla nas, musimy chcieć zaakceptować jej śmierć jako śmierć dla nas; śmierć, która nie ma nas paraliżować, uzależniać czy dostarczać wymówki do wszelkiego rodzaju narzekań, ale śmierć, która powinna uczynić nas silniejszymi, bardziej niezależnymi i dojrzałymi. Mówiąc kategorycznie: musimy mieć odwagę, aby uwierzyć, że jej śmierć była dla nas dobra i że ona umarła, byśmy my mogli żyć. Jest to bardzo radykalny punkt widzenia i może dotknąć osoby szczególnie wrażliwe. Dlaczego? Ponieważ w istocie mówię: „Dobrze dla nas, że ona odeszła, i jeśli tego nie zaakceptujemy, nie zrozumiemy w pełni jej życia”. Może to brzmieć okrutnie, a nawet obraźliwie, ale głęboko wierzę, że to prawda. A jeszcze głębiej wierzę, że wkrótce sami tego doświadczymy.

Chociaż minęły czasy, gdy wdowy palono z ich zmarłymi mężami — nawet współczesny Fileas Fogg nie napotkałby takiej sceny podczas podróży dookoła świata — jednak w sensie psychologicznym wiele wdów i wdowców kończy swe życie wraz ze współmałżonkiem. Reagują na śmierć męża czy żony nagłym brakiem witalności i zachowują się tak, jakby ich własne życie zmieniło się w upiorne czekanie na śmierć. Jestem świadom faktu, że można także spotkać i drugą skrajność — życie, jakby nigdy nie było się małżonkiem. Lecz ponieważ Ciebie to nie dotyczy, nie muszę tu o tym mówić. Ważne jest dla nas uznanie, że życie matki zachęca nas do tego, byśmy spojrzeli na jej śmierć jako na zdarzenie, które niesie ze sobą nie tylko smutek, ale i radość; nie tylko ból, ale i uzdrowienie; nie tylko doznanie straty, ale także doświadczenie odnalezienia.

Nie jest to moje osobiste spojrzenie, lecz chrześcijański punkt widzenia, który opiera się na życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. Muszę wyjaśnić to bardzo wyraźnie, abyś mnie źle nie zrozumiał.

Minęło pięć dni, odkąd zacząłem pisać ten list, i mamy teraz wieczór przed Wielkim Czwartkiem. W Wielkim Tygodniu stajemy bardziej odczuwalnie w obliczu śmierci niż w innych okresach roku liturgicznego. Zostajemy wezwani do medytacji nie tylko nad śmiercią w ogóle czy nad naszą śmiercią w szczególności, ale nad śmiercią Jezusa Chrystusa, który jest Bogiem i człowiekiem. Mamy patrzeć na Niego, jak umiera na krzyżu, i tam odkryć sens naszego własnego życia i śmierci. W tym, co czytamy i mówimy w tych dniach, najbardziej uderza mnie to, że Jezus nie umarł za siebie, ale za nas, i że chcąc Go naśladować, my także jesteśmy powołani do tego, by uczynić naszą śmierć śmiercią za innych. Tym, co z Ciebie i ze mnie czyni chrześcijan, jest nie tylko wiara w to, że Ten, który był bez grzechu, umarł za nas na krzyżu, otwierając nam drogę do swego Ojca w niebie. Jest to także wiara w to, że przez Jego śmierć nasza śmierć zmieniła się z zupełnie absurdalnego końca wszystkiego, co nadaje znaczenie życiu, w wydarzenie, które nas, jak i tych, których kochamy, wyzwala. Dzieje się tak dlatego, że dzięki wyzwalającej śmierci Chrystusa — jak ośmielam się twierdzić — śmierć matki nie jest tylko absurdalnym końcem pięknego i altruistycznego życia. Jej śmierć jest wydarzeniem, dzięki któremu jej altruizm może ponieść bogate żniwo. Jezus umarł, abyśmy my mogli żyć, i każdy, kto umiera w jedności z Nim, uczestniczy w życiodajnej mocy Jego śmierci. W ten sposób możemy naprawdę powiedzieć, że matka, umierając pod znakiem krzyża, umarła, byśmy my mogli żyć. Dlatego też pod tym znakiem każda śmierć może się stać śmiercią za innych. Myślę, że powinniśmy zacząć dostrzegać głębokie znaczenie takiego umierania za innych w śmierci i poprzez śmierć Chrystusa, aby poczuć, co może oznaczać życie wieczne. Wieczność rodzi się w czasie. Ilekroć umiera ktoś, kogo bardzo kochaliśmy, do naszej śmiertelnej egzystencji może przeniknąć cząstka wieczności.

Jestem świadom, że ledwo tu dotykam wielkiej tajemnicy, którą pragnę ująć w słowa. Myślę jednak, że ta tajemnica jest tak głęboka i szeroka, iż możemy wchodzić w nią tylko powoli i z wielką ostrożnością.

Gdy bardziej zagłębimy się w tajemnice Wielkiego Tygodnia i zbliżymy się do Wielkanocy, stanie się jasne to, co musimy sobie powiedzieć. Teraz jednak najważniejsze wydaje się, abyśmy zrozumieli, że matka umarła za nas, bo dzięki temu będziemy mogli uchwycić także sens naszej śmierci. Na początku być może dostrzeżemy, że jej sensu nie można wyrazić żadną ideą, pojęciem czy teorią. Powinno raczej odkrywać się go jako prawdę w mniejszym stponiu widzialną dla nas niż dla tych, za których umieramy. Być może właśnie dlatego objawia nam się z wolna sens śmierci matki, choć dla niej pozostał on zakryty. Dlatego też sens naszej śmierci pozostanie mniej widoczny dla nas niż dla tych, którzy najbardziej odczują nasz brak. To, że umieramy za innych, oznacza, iż sens naszej śmierci lepiej pojmują inni niż my sami. Wymaga to od nas jeszcze większej wiary. Przede wszystkim jednak wzywa nas do coraz głębszego poddawania się sposobom, w które Bóg postanowił objawić nam swoją miłość.

Bóg nie stworzył śmierci

Może się zdarzyć, że po tym wszystkim, co powiedziałem na temat sensu śmierci, odniesiesz wrażenie, iż śmierć jest czymś, czego można pragnąć, oczekiwać; czymś, na co przygotowuje nas całe życie; czymś zatem, co jest w mniejszym lub większym stopniu punktem kulminacyjnym życia. Jeśli stworzyłem takie wrażenie, to muszę je skorygować najszybciej, jak się da. Choć uważam, że można mówić o sensie śmierci, twierdzę też, że śmierć jest jedynym wydarzeniem, przeciw któremu protestujemy całą naszą istotą. Czujemy, że do nas należy życie i że w naszym podstawowym pragnieniu, by żyć, nie ma miejsca na śmierć. Dlatego nic dziwnego, że większość ludzi — nawet starszych — nie rozmyśla wiele o śmierci. Dopóki czujemy się zdrowi i silni, wolimy nasze umysły i ciała zajmować sprawami życia. Niemiecki teolog Karl Rahner nazywa śmierć „absurdem arcysprzeczności istnienia” i rzeczywiście, śmierć nie ma sensu dla człowieka, który potrafi wyciągnąć sens tylko z tego, co sam w pewien sposób rozumie. Jednak nasza całkowita bezsilność w obliczu śmierci, w której odebrana nam jest jakakolwiek możliwość kontrolowania swego przeznaczenia, z trudem może być uznana za coś wartościowego. Cały nasz byt buntuje się przeciw groźbie niebytu.

Słowa te piszę w Wielki Piątek. Właśnie uczestniczyłem w liturgii, która w najbardziej poruszający sposób wspomina śmierć Chrystusa. Poproszono mnie, abym przeczytał słowa, które Chrystus wyrzekł w czasie swej męki. Gdy wypowiadałem je donośnym głosem, tak, by wszyscy mnisi i goście mogli je przyjąć głęboko do swych serc, uświadomiłem sobie, że Chrystus wraz z nami wszedł w pełne doświadczenie absurdu śmierci. Jezus nie chciał umierać. Jezus nie stanął wobec śmierci, jakby uważał ją za coś dobrego, do czego należy dążyć. Nigdy nie mówił o śmierci jak o czymś, z czym łatwo się pogodzić. Chociaż wspominał o swojej śmierci i próbował przygotować na nią uczniów, nigdy nie poświęcał jej niezdrowej uwagi. A w Ewangeliach nie ma dowodu na to, że śmierć była dla Niego pociągająca. Znajdujemy w nich raczej głęboki wewnętrzny protest przeciw niej. W ogrodzie Gethsemani Jezusa opanowały lęk i smutek. Modlił się na głos do swego Ojca: „Dla Ciebie wszystko jest możliwe, zabierz ten kielich ode Mnie”. Męka stała się tak intensywna, że „Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię”. A kiedy umierał na krzyżu, zawołał w cierpieniu: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”

Sądzę, że bardziej niż ból śmierci lękiem i cierpieniem przepełniała Jezusa sama śmierć. Uświadomienie sobie tego jest dla mnie bardzo ważne, ponieważ podkopuje wszelkie sentymentalizowanie śmierci i przydawanie jej romantyzmu. Nie chcemy umierać, choć musimy stawić czoło własnej śmierci — tak, oswoić się z nią — z całym dostępnym nam realizmem. Choć musimy zaprzyjaźnić się ze śmiercią, to znaczy w pełni uznać ją za rzeczywistość, która jest nieodłączną częścią naszego człowieczeństwa, śmierć pozostaje naszym wrogiem. Choć możemy i musimy przygotowywać się do śmierci, tak naprawdę nigdy nie jesteśmy na nią gotowi. Choć musimy pojąć, że śmierć już od narodzin jest częścią naszego życia, to jednak pozostaje ona największą nieznaną naszej egzystencji. Choć musimy szukać sensu śmierci, nasz protest przeciw niej zdradza, że nigdy nie zdołamy nadać jej sensu, który potrafi odsunąć lęk.

Śmierć matki ukazała nam to niezwykle wyraźnie. Wiesz, jak bardzo jej życie przepełniała myśl o Bogu i Jego tajemnicach. Nie tylko codziennie uczestniczyła w Eucharystii, ale spędzała także wiele godzin na modlitwie i medytacji, gorliwie czytała Pismo Święte i była wdzięczna każdemu, kto wspierał ją w jej duchowym życiu. Żywiła głęboką cześć dla Maryi, Matki Bożej, i nigdy nie poszła spać, nie poprosiwszy jej najpierw o wstawiennictwo w godzinie śmierci. Naprawdę, życie matki było nieustannym przygotowywaniem się na śmierć. Jednak to wcale nie sprawiło, że śmierć stała się dla niej łatwa. Nie wahała się powiedzieć, że boi się umierać, że nie czuje się przygotowana, by stawać przed Bogiem, i że nie jest jeszcze gotowa, by opuszczać ten świat. Kochała życie, kochała je w pełni. Kochała Ciebie z niezachwianym oddaniem. Ty byłeś osobą, o której zawsze najpierw myślała i mówiła; nigdy nie pozwoliła, aby ktokolwiek odwrócił jej uwagę od Ciebie. Dzieci i wnuki były dla niej ustawiczną troską i radością. Ich radości — jej radościami, ich ból — jej bólem. A jak bardzo kochała piękno: piękno przyrody z kwiatami i drzewami, górami, dolinami; piękno francuskich katedr i starych wiejskich kościółków; piękno włoskich miast: Rawenny, Florencji, Asyżu i Rzymu. Potrafiła iść przez miasto i mówić ze zdumieniem: „Popatrz, czy to nie jest piękne, popatrz na ten dom, popatrz na ten kościół, popatrz na te balkony z bugenwillą — czyż nie są cudowne!”. I napełniała ją radość i podziw. Tak, matka kochała życie. Ciągle pamiętam, jak powiedziała do mnie: „Chociaż jestem stara, tak bardzo chciałabym pożyć jeszcze kilka lat”.

Śmierć była dla niej trudna i bolesna. Uważam, że było tak dlatego, iż jej życie modlitwy dało jej głębokie umiłowanie wszystkiego, co stworzone, i że bardzo trudno było jej to zostawić. Bóg, którego kochała i któremu chciała oddać życie, pokazał jej zarówno wspaniałość swego stworzenia, jak i całkowitą nieodwołalność, z którą śmierć miała ją odciąć od wszystkiego, co nauczyła się kochać.

Gdy tak rozmyślam nad śmiercią matki, coś, czego dotąd wyraźnie nie rozumiałem, teraz zaczyna być dla mnie jaśniejsze. Śmierć nie należy do Boga. Bóg nie stworzył śmierci. Bóg nie chciał śmierci. Bóg nie pragnął dla nas śmierci. W Bogu nie ma śmierci. Bóg jest Bogiem życia. Jest Bogiem żywych, a nie umarłych. Dlatego ludzie, którzy prowadzą głęboko duchowe życie, życie prawdziwej zażyłości z Bogiem, ból śmierci muszą odczuwać szczególnie ostro. Życie z Bogiem otwiera nas na wszystko, co żyje. Każe nam celebrować życie; umożliwia nam dostrzeganie piękna tego, co zostało stworzone; każe nam być zawsze tam, gdzie jest życie. Zatem osoby naprawdę religijne nie mogą doświadczać śmierci jako ulgi od napięć życia czy okazji do odpoczynku i spokoju, ale jako absurdu, bezbożnej, ciemnej nicości. Teraz rozumiem, dlaczego fałszem jest mówienie, że osoby pobożne powinny traktować śmierć jako coś łatwego i możliwego do przyjęcia. Teraz rozumiem, dlaczego błędem jest myślenie, że śmierć bez zmagania i męki jest znakiem wielkiej wiary. Te idee nie mają dla nas większego sensu, gdy uświadomimy sobie, że wiara otwiera nas na afirmację życia i daje nam ogromne pragnienie, aby żyć pełniej, z większą energią i żywotnością. Jeśli ktoś powinien protestować przeciwko śmierci, to właśnie osoby religijne, osoby, które w sposób szczególny poznają Boga jako Boga żywych.

To prowadzi mnie na powrót do wielkiej tajemnicy dzisiejszego dnia, dnia, który nazywamy Wielkim Piątkiem. W tym dniu Jezus, Syn Boży, światłość ze światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego, współistotny Ojcu, umarł. Naprawdę w ów piątek prawie dwa tysiące lat temu pod murami Jerozolimy Bóg umarł.

Mam nadzieję, że wraz ze mną czujesz, iż to tutaj leży źródło naszego pocieszenia i nadziei. Sam Bóg, który jest światłością, życiem i prawdą, przyszedł, aby doświadczyć z nami i dla nas całkowitego absurdu śmierci. Śmierć Jezusa jest pamiętnym wydarzeniem nie dlatego, że umarł dobry, święty prorok. Nie, śmierć Jezusa jest najważniejszym — i w pewnym sensie jedynie prawdziwym — wydarzeniem w historii dlatego, że Syn Boży, w którym nie ma śladu śmierci, umarł absurdalną śmiercią, będącą przeznaczeniem wszystkich ludzi.

To daje nam pewne pojęcie o męce Jezusa. Kto smakował życie bardziej od Niego? Kto bardziej intymnie znał piękno ziemi, na której żył? Kto lepiej rozumiał uśmiech dziecka, płacz chorego i łzy osieroconych? Każde włókno Jego istoty mówiło o życiu. „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”, powiedział, i tylko w Nim można znaleźć życie. Czy my w ogóle potrafimy zrozumieć, co dla Jezusa znaczyło poddać się śmierci, zostać odciętym od życia i wejść w ciemność całkowitego zniszczenia? Pan życia musiał cierpieć mękę w Ogrójcu, upokorzenie szyderstwa, ból biczowania, bolesną drogę na Kalwarię i straszliwą egzekucję na krzyżu.

Piszę o tym do Ciebie nie dlatego, żeby Cię martwić, ale by Cię pocieszyć w żałobie. Pan, który umarł, umarł za nas — za Ciebie, za mnie, za matkę i za wszystkich ludzi. Umarł nie dlatego, że był w Nim choćby ślad śmierci czy ciemności, ale po to, by nas wyzwolić ze śmierci i ciemności, które są w nas. Jeśli Bóg, który objawił nam życie, kocha nas tak bardzo, że chciał z nami doświadczyć absurdu śmierci, to musi istnieć nadzieja. Oprócz śmierci musi być jeszcze coś; musi być obietnica, która nie zostaje spełniona w naszym krótkim życiu na tym świecie; zostawienie za sobą ukochanych osób, kwiatów i drzew, gór i oceanów, dzieł sztuki i muzyki, i wszystkich tych obfitych darów życia nie może być tylko destrukcją i okrutnym końcem wszystkiego — naprawdę musimy czekać na ten trzeci dzień.

Miłość silniejsza niż śmierć

Coś bardzo głębokiego i tajemniczego, bardzo świętego i wzniosłego zdarza się w naszym życiu dokładnie tu, gdzie jesteśmy. Im bardziej będziemy otwarci, tym lepiej to dostrzeżemy i usłyszymy. Im silniej nasza duchowa wrażliwość przebije się na powierzchnię codziennego życia, tym prędzej odkryjemy — odsłonimy — tę nową obecność w naszym życiu. Mam nieprzeparte wrażenie, że śmierć matki była i nadal jest bolesnym, lecz błogosławionym oczyszczeniem. Ono umożliwi nam usłyszenie głosu i zobaczenie oblicza, którego dotąd tak wyraźnie ani nie widzieliśmy, ani nie słyszeliśmy.

Pomyśl o tym, co stało się w Wielkanoc. Grupa kobiet idzie do grobu, zauważają, że kamień został odsunięty, wchodzą, widzą młodzieńca w białej szacie siedzącego po prawej stronie i słyszą, jak mówi: „Jego tu nie ma”. Piotr i Jan biegną do grobu, który zastają pusty. Maria Magdalena spotyka ogrodnika, który woła ją po imieniu, i ona uświadamia sobie, że to jest Jezus. Uczniowie, niespokojnie stłoczeni w zamkniętym pokoju, nagle widzą, jak staje pośród nich, i słyszą, jak mówi: „Pokój wam”. Dwaj uczniowie przybiegają z Emaus i opowiadają swoim zaskoczonym przyjaciołom, że w drodze spotkali Jezusa i rozpoznali Go po łamaniu chleba. Później Szymon Piotr, Tomasz, Natanael, Jakub i Jan łowią ryby w jeziorze. Z brzegu woła do nich jakiś człowiek: „Przyjaciele, złowiliście coś?”. A oni mu odkrzykują: „Nie”. Wtedy On odpowiada: „Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie”. Oni tak czynią i łowią tyle ryb, że nie mogą wyciągnąć sieci. Jan mówi do Piotra: „To jest Pan”. I gdy to wszystko się dzieje, zostaje wypowiedziane nowe słowo, najpierw cicho i z wahaniem, potem wyraźnie i z przekonaniem, a w końcu głośno i tryumfalnie: „Pan zmartwychwstał; On rzeczywiście zmartwychwstał!”

Zastanawiam się, jak ta opowieść — najważniejsza opowieść w ludzkiej historii — przemawia do ciebie teraz, kiedy już tak dobrze wiesz, że trzeba stracić tych, których najbardziej się kocha. Czy zauważyłeś, że żaden z przyjaciół Jezusa, ani kobiety, ani uczniowie, nikt w ogóle nie oczekiwał, że On powstanie z martwych? Jego ukrzyżowanie zniszczyło ich wszystkie nadzieje i oczekiwania i czuli się całkowicie zagubieni i przygnębieni. Nawet, kiedy Jezus im się ukazuje, nie przestają się wahać i wątpić. Trzeba ich przekonywać, nie tylko Tomasza, ale i pozostałych. Nie ma tam śladu postawy: „A nie mówiłem!”. Wydarzenie zmartwychwstania Jezusa całkowicie i absolutnie przekracza ich rozumienie. Wybiega daleko poza ich sposób myślenia i odczuwania. Łamie granice ich rozumu i serca. A jednak uwierzyli — i ich wiara zmieniła świat.

Czy to nie dobra nowina? Czy to nie zmienia wszystkiego i nie daje nam podstaw do tego, byśmy mogli żyć z nadzieją? Czy to nie stawia śmierci matki w całkowicie nowej perspektywie? Oczywiście, nie sprawia to, że jej śmierć staje się mniej bolesna czy nasz żal lżejszy. Nie czyni jej braku mniej prawdziwym, ale pozwala nam zobaczyć i poczuć, że śmierć jest częścią o wiele głębszego i o wiele większego wydarzenia, którego pełni nie możemy zrozumieć, ale o którym wiemy, że jest wydarzeniem życiodajnym. Przyjaciele Jezusa widzą Go i słyszą tylko kilka razy po wielkanocnym poranku, ale ich życie całkowicie się odmienia. To, co wydawało się końcem, okazuje się początkiem; co wydawało się przyczyną strachu, okazuje się zachętą do odwagi; co wydawało się porażką, okazuje się zwycięstwem. A co wydawało się powodem rozpaczy, okazuje się źródłem nadziei. Nagle mur staje się bramą i choć nie potrafimy jeszcze powiedzieć z wyrazistością czy precyzją, co się za nią znajduje, to jednak wszystko, co robimy i mówimy po drodze do tej bramy, zdecydowanie się zmienia.

Oto jak najlepiej mogę Ci wyjaśnić znaczenie, jakie śmierć zyskuje w świetle zmartwychwstania Jezusa: miłość, która budzi w nas tyle żalu i każe nam czuć w takiej pełni absurdalność śmierci, jest silniejsza niż sama śmierć. „Miłość silniejsza jest niż śmierć”. To zdanie lepiej niż jakiekolwiek inne podsumowuje sens zmartwychwstania, a co za tym idzie, także sens śmierci. Już wcześniej o tym wspominałem w tym liście, lecz teraz może lepiej zrozumiesz pełne tego znaczenie. Dlaczego śmierć matki wywołała w Tobie tyle cierpienia? Ponieważ tak bardzo ją kochałeś. Dlaczego Twoja własna śmierć stała się tak pilnym pytaniem dla Ciebie? Ponieważ kochasz życie, kochasz swoje dzieci i wnuki, kochasz przyrodę, kochasz sztukę i muzykę, kochasz konie i kochasz wszystko, co żywe i piękne. Śmierć jest absurdem i nie może mieć sensu dla kogoś, kto tak bardzo kocha.

Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa jest cudownym objawieniem zwycięstwa miłości nad śmiercią. Ta sama miłość, która każe nam opłakiwać i buntować się przeciw śmierci, teraz wyzwala nas do życia w nadziei. Czy wiesz, że Jezus ukazał się tylko tym, którzy Go znali, którzy słuchali Jego słów i którzy głęboko Go pokochali? To ta miłość dała im oczy, żeby widzieli Jego twarz, i uszy, żeby słyszeli Jego głos, kiedy ukazał im się trzeciego dnia po swojej śmierci.

Kiedy Go zobaczyli, usłyszeli i uwierzyli, reszta ich życia stała się ciągłym rozpoznawaniem Jego obecności pośród siebie. Na tym polega życie w Duchu zmartwychwstałego Chrystusa. Pozwala nam dostrzegać, że pod welonem wszystkiego, co widzimy naszymi cielesnymi oczami, zmartwychwstały Pan ukazuje swoją niewyczerpaną miłość i wzywa nas do pełniejszego wkroczenia w tę miłość, miłość, która obejmuje zarówno matkę, jak i nas, którzy tak bardzo ją kochaliśmy.

To z tą boską miłością w sercach, miłością silniejszą niż śmierć, możemy przeżywać swoje życie jako obietnicę. Ponieważ ta wielka miłość obiecuje nam, że to, co zaczęliśmy już widzieć i słyszeć oczami i uszami w Duchu Chrystusa, nie może być nigdy zniszczone, a raczej jest „początkiem” wiecznego życia.

tłum. Justyna Grzegorczyk

Tekst pochodzi z książki List pocieszenia, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zysk i Spółka.

Drogi Ojcze
Henri J. M. Nouwen

(ur. 24 stycznia 1932 r. w Nijkerk, Holandia – zm. 21 września 1996 r. w Hilversum, Holandia) – holenderski ksiądz katolicki, pisarz, laureat Nagrody im. Thomasa Mertona, profesor m.in. Uniwersytetu w Notre Dame, Yale Divinity School i Harvard Divinity School, jeden z najpop...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze