O książce katolickiej myśli kilka

O książce katolickiej myśli kilka

, 0 recenzji

Co pewien czas telewizja, radio czy prasa biją na alarm na temat słabego czytelnictwa Polaków. Intelektualiści, to oni najczęściej o tym mówią, z wyraźną Schadenfreude opowiadają, jakim to jesteśmy narodem niedokształconym i powtarzają stereotypy na temat kultury słowa i obrazu. Nie wiem, jak się wylicza, ile książek czyta przeciętny Polak, wiem natomiast, że dojeżdżając do Warszawy podmiejskim autobusem, zawsze widzę kilka osób czytających książki, a że jestem ciekawy i lubię wiedzieć, co ludzie czytają, udaje mi się często książki zidentyfikować: od encykliki Dominum et vivificantem poprzez piwowskie monografie sławnych ludzi aż po romanse Harlequina. To samo mogę powiedzieć o pociągach — na kilkadziesiąt osób w wagonie zawsze jest kilkanaście czytających książki, i tu akurat od lat nie widzę specjalnych zmian.

Mimo tej uwagi nie mam wątpliwości, że stan czytelnictwa się pogorszył i niewątpliwie wpłynęła na to telewizja, która niegdyś poprzez nadawanie ekranizowanych powieści czytelnictwo popierała. Dlaczego jednak w Polsce, gdzie książka jest bardzo droga, nie ma serii tanich książek, wydawnictw kieszonkowych, jakie kwitną we Francji, Niemczech czy Włoszech, gdzie mogę za grosze kupić nie tylko Homera z tekstem greckim, ale właściwie książki wszystkich ważniejszych pisarzy światowych? Dlaczego w Polsce księgarnie, nawet te koło uniwersytetów, przypominają raczej budki z zielenizną niż księgarnie typu Foyles w Londynie czy Feltrinelli w Rzymie? Co się stało z siecią bibliotek, niegdyś rozwiniętą, i z książkami, które w nich się znajdowały? Nie jestem za zwalaniem wszystkiego na rząd, ale jeśli on nie jest w stanie zapewnić dotacji na kulturę (choć są na przysłowiowe już obieranie ziemniaków w Zachęcie lub wysokonakładowe dzieła mistrza polskiej prozy wicepremiera Kołodki), to przynajmniej mógłby stworzyć warunki do opłacalności mecenatu kultury i nie przeszkadzać, poprzez urzędy celne, w sprowadzaniu do Polski książki naukowej. Nie do mnie należy jednak analiza sytuacji na ogólnopolskim rynku księgarskim, chciałbym się natomiast zająć sytuacją polskiej książki katolickiej.

Menedżer zamiast humanisty

Jest paradoksem, ale latami największego rozkwitu dobrej książki katolickiej w dziejach naszego kraju były lata Polski Ludowej, i to nie dlatego, żeby ona miała w tym zasługę, ale ponieważ składało się na to szereg powodów. Pierwszym powodem było pojawienie się grupy wybitnych pisarzy katolickich: Dobraczyńskiego, Brandstaettera, Kossak–Szczuckiej, Zawieyskiego, Gołubiewa, Malewskiej, Morstin–Górki, Starowieyskiej–Morstinowej, Żychiewicza, by wymienić kilku. Patrząc na współczesną nędzę polskiej literatury katolickiej, wspominamy ich z nostalgią.

Po drugie, nieliczne wtedy wydawnictwa cierpiały wprawdzie dotkliwe ograniczenia papieru, nie mówiąc już o cenzurze, miały natomiast świetnych dyrektorów, wybitnych intelektualistów o bardzo szerokiej formacji kulturalnej, jak Jacek Woźniakowski w Znaku czy Janina Kolendo w Paxie. Oni nie tylko czytali książki i znali kierunki rozwoju współczesnej literatury europejskiej, ale umieli także zgromadzić wokół siebie szerokie grono doradców i wyprowadzić wspomniane wydawnictwa na poziom, o którym dziś możemy jedynie pomarzyć. Skutek był taki, że mieliśmy nie tylko świetne pozycje literatury polskiej, ale można było wyjechać na Zachód bez kompleksów: wielka literatura katolicka niemiecka, angielska czy szczególnie francuska zaistniały w polskich przekładach. Ponadto ludzie ci umieli wyszukiwać młodych intelektualistów, pisarzy i dawali im możliwość startu.

Z odzyskaniem wolności pojawiło się dużo nowych wydawnictw: każdy zakon, diecezja, środowisko zażyczyło sobie mieć swoje wydawnictwo, otwarły się nowe możliwości, równocześnie jednak nastała zmiana pokoleniowa. Ogromna szansa nie została wykorzystana z prostej przyczyny — do tej masy wydawnictw brakło wykwalifikowanych pracowników. Odeszli ludzie z wielką tradycją humanistyczną, nie było następców ich pokroju, co gorsza, do pracy w wydawnictwach zaczęły zgłaszać się osoby niemające pojęcia nie tylko o kulturze i książce, ale i o specyfice pracy wydawniczej. Humanistów zastąpili menadżerzy nierozumiejący, że sprawnie budować kościół to nie to samo, co sprawnie wydawać książki. Nie zapomnę rozmowy z dyrektorem ważnego wydawnictwa, któremu radziłem wydać Proroka K. Gibrana; przejrzał przekład książki i zapytał — „A kto to kupi?”. A przecież chodziło tu o jeden z największych bestsellerów wydawanych na Zachodzie w milionach egzemplarzy! Na domiar złego dyrektorzy wydawnictw nieustannie się zmieniają, a przecież praca tego rodzaju wymaga pewnej stabilności i nabytego doświadczenia.

Niełatwy los młodego teologa

Tak zalała rynek polski fala książek katolickich, często bez ambicji, źle wydanych (oszczędzanie na redaktorach, co powodowało wydawanie książek z błędami rzeczowymi czy nawet ortograficznymi — w razie potrzeby, służę przykładami!), często nie mającymi nic wspólnego z nauką katolicką lub nawet jej przeciwnymi, a robienie książek „pod publiczkę” stało się rzeczą normalną (Biblia komiksowa).

W tym zalewie książek katolickich oczywiście wydano sporo dzieł ważnych i dobrych i na pewno podniósł się poziom estetyczny publikowanych książek. Znak zawsze wydawał książki ładnie, a Pax często, poziom estetyczny książek WAM–u, eM–ki czy W drodze, i nie tylko, stoi na dobrym światowym poziomie. Pojawiły się również piękne albumy.

Ze zmianą warty w wydawnictwach nastąpiło wspomniane zniknięcie pisarzy katolickich. Reakcja wydawnictw była typowa, sformułował mi ją jeden z wydawców: „Nam nie opłaci się szukać polskich pisarzy i ryzykować, wydajemy więc przekłady”. Jest rzeczą oczywistą, że przekłady na każdym rynku wydawniczym być muszą, jeśli nie chcemy zostać odcięci od nurtu kultury światowej. Ale one stanowić muszą tylko jakiś procent. Obok nich musi istnieć nurt rodzimej twórczości, o ile nie ma nastąpić całkowity upadek kultury i nauki. Otóż to niebezpieczeństwo w Polsce jest realne. Sygnalizowałem wielokrotnie zanik rodzimej kultury teologicznej. Nie mamy polskiego kompletnego komentarza do Biblii, te zaś, które mamy, to przekłady. Przekłada się słowniki, encyklopedie (nie zawsze najlepsze), a nastawionym na szybki zysk wydawnictwom często nawet nie chce się uzupełnić bibliografii o literaturę polską, stąd też dowiadujemy się o pracach wydanych w Seattle czy San Diego (których prawdopodobnie nigdy w tym życiu nie ujrzymy!), nie dowiemy się natomiast, że jakiś polski teolog pisał na dany temat.

Rodzą się więc pytania: czy wydawcy podejmują indywidualne zamówienia nowych dzieł? Czy wyszukują młodych pisarzy, teologów? Nie jest, podejrzewam, łatwy los młodego naukowca, który chciałby wydać dzieło oryginalne. Czy wszystkie dzieła przekładane warte są tego? I czy nasi teologowie nie mogliby zrobić lepszych? Jaki los czeka polską kulturę zalaną kulturalnym importem? Nastały złote czasy dla tłumaczy, czarne natomiast dla katolickich intelektualistów. Czy to nie jest jeden z powodów zaniku w Polsce pisarzy katolickich, którzy po prostu nie mają gdzie wydawać swoich prac, bo i nikt ich naprawdę nie potrzebuje?

Wydawnictwo ma być dochodowe

Tu bowiem, jak we wszystkich dziedzinach kultury (także teologicznej), potrzebny jest mecenat. Jednym z dramatów kultury katolickiej naszych czasów jest niemalże zupełny zanik mecenatu Kościoła, mimo wielokrotnych wezwań Jana Pawła II do rozwijania kultury katolickiej! Kultura, czy nam się to podoba, czy nie, jest rzeczą kosztowną i wymaga mecenatu. I tak, chociaż ponoć dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, dochodzimy do tego bolesnego problemu.

Postawmy sprawę jasno: wydawnictwo musi być dochodowe. Słowo „dochodowe” jest tu jednak dwuznaczne. Dochodowe to znaczy musi siebie utrzymać, czyli mieć na sprawną organizację, na godziwe honoraria dla autorów, dla redaktorów, pracowników technicznych, na promocję książki, itd. Wydawnictwo, które ma odgrywać swoją rolę, musi wydawać książki „chlebowe”, to znaczy takie, które zarobią na siebie i „niechlebowe” — to znaczy takie, do których trzeba dołożyć (np. dzieła naukowe, zazwyczaj poezja). Jeśli coś zostanie, można przeznaczyć na diecezję czy zakon, który stoi za wydawnictwem. Natomiast nie może być tak, jak zdaje się jest obecnie, że większość zarobionych pieniędzy jest odprowadzona do diecezji lub zakonów, kosztem porządnego wydania książki (oszczędność na redaktorach) czy kosztem nędznych honorariów autorów lub po prostu niepłacenia im honorariów, czyli kosztem okradania autorów (następny powód zaniku pisarzy katolickich, którzy nie tylko ze swojego pisarstwa na pewno się nie utrzymają, ale czują się upokorzeni warunkami stawianymi przez wydawców i nieustannym obskubywaniem ich przez nich). Tego rodzaju sytuacja jest nie tylko nieuczciwa, ale i katastroficzna dla kultury teologicznej Polski.

Dodajmy tu sprawę uczciwości i przyzwoitości. Jedna z autorek książek katolickich musi pracować na dwóch etatach, by utrzymać siebie i chorą matkę, choć jej książki idą jak ciepłe bułki. Wydawnictwo zwące się katolickim wydaje je w dużych nakładach, ale nie ma zamiaru płacić autorce; ta zaś nie chce procesować się z wydawnictwem katolickim.

Pojawia się tu także problem niedotrzymywania umów. Przedruki czy dodruki bez wiedzy autora (a więc bez płacenia honorariów) są coraz częstsze. Nie mówię tu o autorach pieśni (czy piosenek) kościelnych, którym wydawcy nie płacą honorariów, ale nawet nie raczą przesłać śpiewnika z ich utworami, a dobrze jest, gdy umieszczają nazwisko autora!

I tu trzeba dotknąć sprawy zasadniczej: roli książki w Kościele polskim. Postawmy sprawę jasno: sprawa wydawnictw i rozprowadzania książek, a więc jednej z dziedzin kultury, to nie jest bynajmniej sprawa prywatna, ale jeden z ważnych elementów duszpasterstwa w Polsce. Stąd też problem wydawania czy niewydawania książek powinien być rozstrzygany z punktu widzenia potrzeb Polski. Jeśli książka jest potrzebna, to choćby nie była rozchodziła się od razu, muszą się znaleźć środki na jej wydanie. Seria Ojców Kościoła w przekładzie rumuńskim, a więc pism potrzebnych dla dobrego funkcjonowania teologii Kościoła lokalnego, jest wydawana nie tylko pod patronatem, ale przy pomocy finansowej Patriarchy Rumunii. Czy więc nie czas na przemyślenie i przedyskutowanie pracy naszych wydawnictw pod tym kątem?

Wydawnictwo musi mieć także pieniądze na promocję książki. Jednak jak możemy mówić o promocji książki, skoro nie wydano dotąd katalogu zbiorczego polskiej książki katolickiej, a to dzieje się w epoce komputerów!! Księgarze (o księgarniach będzie jeszcze mowa) nie mają zielonego pojęcia o tym, co się ukazuje, co się ma ukazać i co zalega w magazynach wydawnictw, a wiadomości o tym rozchodzą się jak za króla Ćwieczka, pocztą pantoflową. Stąd w wydawnictwach zalegają książki gdzie indziej poszukiwane. Nawet w księgarniach miasta, w którym opublikowano książkę, trudno ją kupić: w Częstochowie w licznych księgarniach pod Jasną Górą nie mogłem dostać tomiku Biblioteki Niedzieli, a w czterech księgarniach katolickich w śródmieściu Krakowa daremnie szukałem książki wydanej przez WAM; w Warszawie w księgarni jezuitów nikt nie wiedział o książce Podskalsky’ego wydanej kilka tygodni przedtem przez jezuicki WAM, której egzemplarz trzymałem w ręce (potrzeba mi było drugiego). A WAM jest jednym z wydawnictw o najlepszej informacji księgarskiej! Nikt ze spotkanych dogmatyków nie wiedział o wydaniu I tomu dogmatyki Schmausa, zalegającej w magazynach gdańskiego wydawnictwa, które w takiej sytuacji nie chciało wydać jej następnych tomów. Zupełnym skandalem jest problem wydawnictw akademickich. Wydawnictwa te, otrzymawszy dotację na daną książkę, dalej się o nią troszczą; jest ona nie do zdobycia, a potem idzie na sprzedaż po symbolicznej złotówce lub — podejrzewam — na przemiał!

Brak promocji w księgarniach

Osobnym rozdziałem jest tu problem księgarń. Nie mam najwyższego mniemania o pracy polskich księgarń, ale wyraźnie ich poziom się podnosi. Niestety, tylko z rzadka przyjmują one do sprzedaży książki katolickie. Warszawski Liber czy Księgarnia B. Prusa są tu chwalebnym wyjątkiem. Zazwyczaj jednak księgarnie na widok słowa „ksiądz” czy tematyki religijnej książki po prostu nie przyjmują. Fanatyzm laicki ciągle jeszcze u nas pokutuje.

Niestety, nie można powiedzieć, by podnosił się poziom księgarń katolickich. Sprzedaż książek jest w nich zazwyczaj połączona ze sprzedażą materiałów liturgicznych, świec i wina. To jeszcze można przeboleć. Najczęściej jednak są to niewielkie klitki z tomami ułożonymi bez ładu i składu, nie mówiąc o zupełnie niekompetentnym personelu, który o książce nie ma pojęcia, książek nie czyta, a w wypadku sióstr — prawdopodobnie idzie do tej pracy pod świętym posłuszeństwem. Sprzedającym książki nie bardzo chce się usłużyć i pomóc klientowi, np. w sprowadzeniu szukanej pozycji, nie mówiąc o doradzeniu lektury. Jedynymi polskimi księgarniami godnymi tego imienia są chyba księgarnie WAM–u w Krakowie i Św. Wojciecha w Poznaniu. Trzeba koniecznie wykształcić księgarzy do księgarni katolickich. To nie powinno przedstawiać problemu, skoro i na KUL–u, i UKSW znajdują się wydziały polonistyki. Do sprzedawania książek nie wystarczy pobożność, potrzebna jest kompetencja: jakże aktualny jest dowcip cytowany przez Boya o Styce malującym na kolanach, na którego Pan Jezus z obrazu huknął: „Maluj dobrze, a nie na klęczkach!”.

Moje wizyty w księgarniach katolickich, które zawsze odwiedzam, gdziekolwiek docieram w moich wędrówkach, mogłyby przynieść sporo materiału humorystycznego. Wracając z jakiejś górskiej wędrówki z klerykami wstąpiliśmy do księgarni o dużych ambicjach (archidiecezjalnej!), a ponieważ nie widziałem zupełnie pism Ojców Kościoła, zapytałem się miłej Pani, dlaczego ich nie ma. Ona zaś oburzona kazała mi spojrzeć na monitor komputera: „Nie ma Ojców? Niech pan patrzy!: „Ojcostwo w Biblii”, „Ojciec i dzieci”, itd.; klerycy wybuchnęli gromkim śmiechem, a pani zrobiła uwagę o chamskiej młodzieży. Nasze dzielne księgarnie katolickie rozprowadzały onegdaj pozycję wydaną przez jehowitów, a że sprzedawała się dobrze, nikt jej nie miał zamiaru wycofać, nawet wobec krytycznych uwag czytelników. Tak ma się rzecz w księgarniach, a co się dzieje w kioskach przykościelnych, lepiej nie mówić.

I sprawa finansowa: w Rzymie wokół Watykanu znajduje się szereg świetnie wyposażonych księgarń, które przy zakupie większej liczby pozycji dają klientom nie byle jakie zniżki, które się podnoszą w miarę zwiększania się sumy zakupów; podobnie rzecz ma się w innych księgarniach włoskich czy francuskich. U nas księgarnie świeckie już się tego nauczyły, ale nie duchowne! Nigdy jeszcze w żadnej polskiej księgarni katolickiej nie otrzymałem zniżki, a że na książki wydaję spore sumy, co można, kupuję w księgarniach świeckich, gdzie mam niewielką wprawdzie zniżkę. Coś mi się zdaje, że księgarnie katolickie nie bardzo wiedzą, że żyją w czasach gospodarki rynkowej i konkurencji i przez swoją zachłanność tracą klientów, a więc i dochody!

Dodajmy jeszcze pewien „egoizm” wydawnictw. Kiedyś na Śląsku próbowałem bezskutecznie dostać książkę o Eucharystii wydaną przez Znak, książki Znaku trudno też dostać w Warszawie. Organizuje się festyny książek: jeśli robią to zakonnicy — dostaniesz tylko książki odpowiedniego wydawnictwa zakonnego, jeśli diecezja — tylko książki danego wydawnictwa diecezjalnego. Pod szumnymi hasłami promocji książki katolickiej zawiera się chęć sprzedania tylko swoich książek, a nie dobro czytelnika.

Za fatalną informację księgarską w Polsce jest również odpowiedzialna prasa katolicka, którą z zasady nie interesują recenzje (co mi powiedziano expressis verbis w redakcji niejednego pisma, a moje walki o recenzje skończyły się moją sromotną klęską na wszystkich frontach). A przecież recenzje na całym świecie dają świetny temat publicystyki. Obserwuję pilnie, jakie książki są recenzowane w wysokonakładowych czasopismach katolickich, a więc czytanych przez szerokie rzesze ludzi. Otóż nie znalazłem recenzji doskonałych niejednokrotnie czytadeł, jak Kardynał Robinsona, książki Cronina, żywoty świętych Hunnermana czy świetna seria Verbinum o misjonarzach (szkoda, że się dalej nie ukazuje), natomiast pojawiają się omówienia prac z filozofii, teologii czy literaturoznawstwa, a więc książek, o których wiemy, że nie zainteresują czytelników danego czasopisma. I tak się zastanawiam, czy to katolicy w Polsce nie czytują książek, czy raczej redaktorzy prasy katolickiej? Myślę, że redaktorzy nie zdają sobie sprawy, że siedzą na tej samej gałęzi, co i wydawnictwa: czytanie książek będzie miało wpływ na wzrost czytelnictwa prasy i vice versa. Ponadto czasopisma te mają obowiązek donoszenia o ważnych wydarzeniach w Polsce, do których należą także opublikowane książki.

Więcej komputerów niż książek       

Dochodzi tu sprawa bibliotek. Zacznijmy od parafialnych. Jeszcze kilkanaście lat temu było ich sporo i choć nie było w nich tłumów, na ogół miały swoją stałą klientelę i swoje miejsce na mapie duszpasterskiej Polski. Dziś znikły. Dlaczego? Nie potrafię powiedzieć. Może nasi intelektualiści katoliccy potrafili wmówić księżom, że ludzie nie czytają książek, a może sami księżą, nieczytający zbyt wiele, postanowili zlikwidować tę deficytową instytucję. Moja nieliczna zresztą biblioteka powieści, żywotów świętych i — ogólnie mówiąc — książek łatwych jest w ciągłym ruchu i ludzie nieustannie przychodzą pożyczać książki. Jest więc jakiś głód książki; sprawa jednak wymaga dokładniejszej refleksji. I znowu powraca rola duszpasterskiej roli książki katolickiej.

Inny i zupełnie oczywisty jest problem bibliotek instytutów nauczania katolickiego. Wciąż powstają nowe seminaria, których jest kilkadziesiąt, kursy szkolenia katechetów, kursy religijne istniejące już we wszystkich diecezjach, wydziały teologiczne. One powinny stanowić ogromny rynek książki religijnej: zarówno pośród studentów, jak i dla bibliotek. Ale nim nie są. Jeśli chodzi o studentów, to ze względu na ceny książek nie pokładałbym tu wielkich nadziei, choć sprawa nie jest beznadziejna — wiem, że słuchacze kupują książki, jeśli do nich zachęci wykładowca. A jeśli wykładowca sam nie czyta?… Jeśli zaś chodzi o biblioteki, to pamiętać należy, że obowiązkiem wszystkich tych instytucji naukowych jest stworzenie bibliotek dla swoich słuchaczy, którzy przecież nie mają pieniędzy na ich zakup. Znam wiele polskich bibliotek seminaryjnych, ale zaledwie kilka z nich jest na wysokim poziomie, i obawiam się, że większość nie odpowiada nie tylko standardowi wyższej uczelni, do jakiej słusznie pretendują, ale nawet szkoły średniej. Nie słyszałem także, żeby tworzenie kursów teologii czy katechetycznych łączyło się z powstaniem biblioteki dla słuchaczy. Mam poważną obawę, że niektóre przynajmniej z nowo powstałych wydziałów nie mają bibliotek odpowiadających wymaganiom stawianych przed wydziałami, a przecież do niedawna Kongregacja uzależniała powstanie wydziału m.in. od posiadania biblioteki. Niedoinwestowane biblioteki kościelne składają się przeważnie z bibliotek zmarłych kapłanów, trudno więc w nich znaleźć nowoczesną literaturę. I ten stan trwa od lat.

Ostatnim zaś nieszczęściem, które spotkało biblioteki seminaryjne, była ich komputeryzacja: wszystkie skromne pieniądze przeznaczane na zakup książek i prenumerat (i to na kilka lat), poszły na zakup sprzętu. Jeden z rektorów pokazywał mi z dumą swą bibliotekę seminaryjną: wspaniały sprzęt i oprogramowanie, i kilka nędznych książek na półkach. Oczywiście, nie jest tak wszędzie i zawsze z podziwem patrzę na bibliotekarzy, którzy potrafili przełamać tę blokadę i stworzyć przy niewielkich środkach świetne biblioteki. Opowiadał mi niedawno jeden z historyków, że zasłużone dla polskiej kultury kolegia jezuickie w XVII i XVIII w. przeznaczały około 1/3 budżetu na książki! Nie mówmy więc o postępie, ale raczej o katastroficznym regresie. Dochodzi problem bibliotekarzy — ilu dyrektorów polskich bibliotek katolickich jest fachowcami w tej dziedzinie, a ilu pochwycono z biegu?

Brak bibliotek w katolickich instytucjach naukowych grozi tym, że ich mury opuszczać będą absolwenci wyuczeni na skryptach profesorów, którzy w ciągu studiów nie wzięli do ręki książki teologicznej. Gdyby tak było, powstawałaby katolicka półinteligencja z dyplomami czy stopniami naukowymi.

Nadzieja w targach

Czy sytuacja jest beznadziejna? Na pewno nie. Jak łatwo jednak byłoby ożywić rynek księgarski poprzez dobrą informację, promocję; jak niewiele trzeba, by skrzyknąć ludzi dobrej woli, czytających, śledzących literaturę piękną i teologiczną. Jak niewiele trzeba, by pastoraliści spróbowali dogadać się z wydawnictwami, a organy nadrzędne przestały wysysać z wydawnictw pieniądze konieczne dla ich właściwego funkcjonowania. Jest Stowarzyszenie Wydawców Katolickich ściśle powiązane z Konferencją Episkopatu Polski — to dobre forum do omówienia tych zagadnień. Trzeba je omówić i wcielić w życie, ale najpierw należy je zrozumieć i chcieć coś zmienić. Z tym jest najgorzej.

A gra jest warta świeczki. Od lat ze zdumieniem śledzę rozwój targów książki katolickiej. Ostatnich targów wprost już zwiedzać nie było można: ogromny tłum blokował wszystko; tłum ludzi szukających książki w kraju, w którym wmawia się, że ludzie nie chcą czytać i że książka przestaje ich interesować. Informacji o tych tłumach brakuje w relacjach katolickich mass mediów, które obszernie rozpisują się o marginesowych wydarzeniach, a nie przykładają zupełnie wagi do targów ani do nagród wydawców katolickich: kolejny dowód, że redaktorów pism katolickich po prostu nie interesuje książka. Wzrasta również liczba uczestników na imprezach towarzyszących targom tak, że lokale na Stegnach stają się za ciasne. Czy więc istotnie jest taki kryzys książki, jaki nam wmawiają? Czy nie warto pomyśleć o podobnych targach — może w innym kluczu — w innych miastach Polski? Czy to, co się dzieje na Stegnach, nie stanowi wielkiego wyzwania rzuconego przez szarego polskiego katolika polskim wydawcom, organizatorom życia kulturalnego w Polsce, pismom katolickim i co więcej — również duszpasterstwom? Mimo trudności finansowych widziałem setki ludzi radośnie niosących dawno poszukiwane książki, a szczęście ich było jeszcze większe, gdy zdobyli na nich autograf ulubionych autorów. Fenomenem targów książki katolickiej powinni się zainteresować organizatorzy polskiego życia duszpasterskiego. Czy jednak ktokolwiek z Komisji duszpasterskej Episkopatu pojawił się kiedykolwiek na targach książki?

Mam bardzo poważne obawy, że tak wiele mówi się i pisze o rozpoznawaniu znaków czasu, że po prostu nie ma czasu na ich rozpoznawanie. Księgarskie znaki czasu czekają ciągle na dostrzeżenie i odczytanie. Ale kto i kiedy je w końcu odczyta? Oby nie za późno…

O książce katolickiej myśli kilka
ks. Marek Starowieyski

urodzony 25 stycznia 1937 r. w Krakowie – polski duchowny katolicki, ksiądz archidiecezji warszawskiej, prałat, wybitny patrolog, historyk i biblista, profesor nauk teologicznych, specjalizujący się w historii wczesnego chrześcijaństwa i patrologii, emerytowany wykładowca In...