Godność każdej kultury

Godność każdej kultury

, 0 recenzji

Paweł Kozacki OP: Encyklika „Slavorum Apostoli” jako jedyna wskazuje na konkretny problem postaci świętych: Konstantego–Cyryla i Metodego. Czym sobie oni zasłużyli, że została im poświęcona encyklika?

Wojciech Kluj OMI: Rzeczywiście, nawet św. Józef doczekał się „tylko” adhortacji, a Cyryl i Metody „aż” encykliki. Ostatecznie jedynie sam Jan Paweł II wie, dlaczego poświęcił im całą encyklikę. My możemy się najwyżej domyślać. Na początku i pod koniec dokumentu wspomina, że Apostołowie Słowian tworzyli zręby kultury słowiańskiej, a on jest pierwszym papieżem słowiańskim (por. nr 3 i 31). Ojciec Święty ma poczucie ciągłości dzieła, które kiedyś rozpoczęli Cyryl i Metody. W jego osobie ich wysiłek doczekał się chwili, gdy na czele całego Kościoła stanął papież — Słowianin. Ta encyklika jest więc chyba pewną próbą, w imieniu Kościoła powszechnego, spłacenia długu wdzięczności Braciom Sołuńskim.

Innym powodem napisania encykliki mogła być próba przypomnienia Europie Zachodniej o wschodniej części kontynentu. Papież przypomniał, że chrześcijańska Europa to nie tylko Zachód, ale też Wschód. W tym duchu, w 1980 roku, a więc na pięć lat przed napisaniem Slavorum apostoli, Jan Paweł II ustanowił świętych Cyryla i Metodego współpatronami Europy, obok św. Benedykta.

Jakie przesłanie niosą postaci Cyryla i Metodego i ich dzieło?

Papież Jan Paweł II nie jest pierwszym, który w swym nauczaniu podjął wątek dziedzictwa świętych Cyryla i Metodego. Po wiekach zapomnienia o nich w Kościele zachodnim, przynajmniej od 100 lat, od sławnej encykliki Leona XIII Grande munus, są oni coraz częściej przywoływani jako wzory. Ich postaci i ich dzieło niosą w sobie wieloraką i bogatą treść.

Bardzo interesujące są okoliczności ich wyruszenia na misje. W mentalności wielu ludzi utarł się pogląd, że na misje wyjeżdżać powinni młodzi, bo mają lepsze zdrowie i większy zapał. To prawda, jednak historia wskazuje, że często założycielami lokalnych Kościołów byli właśnie ludzie o większym doświadczeniu życiowym. Już w Piśmie Świętym, w Dziejach Apostolskich czytamy, że wspólnota antiocheńska wysyła jako misjonarzy swych najbardziej doświadczonych liderów: Barnabę i Pawła (Dz 13). Z czasów średniowiecznych możemy wskazać na postać św. Bonifacego, który miał około 40 lat, kiedy wyruszył na misje. Przykładem bardziej współczesnym jest ojciec Beyzym, który w wieku ponad 40 lat wyjechał na misje na Madagaskar. Patrząc na Konstantyna i Metodego, przekonujemy się, że niekiedy doświadczenie przydaje się nie mniej niż młodzieńczy entuzjazm. Metody był najpierw zarządcą jednej z nadgranicznych prowincji bizantyjskich. Gdy później został powołany do zakładania Kościoła na Morawach i przewodzenia mu, mógł korzystać ze swoich uprzednich świeckich doświadczeń. Zanim wyruszył na słowiańskie misje, pogłębił też swą motywację chrześcijańską, wiodąc życie monastyczne.

Cyryl, jeszcze jako Konstantyn, od początku szedł drogą duchowną, ukończył studia teologiczne, otrzymał święcenia. Miał szczególne predyspozycje intelektualne, dlatego w młodym wieku został bibliotekarzem archiwum przy kościele św. Zofii w Konstantynopolu i sekretarzem patriarchy. Praktykował życie kontemplacyjne i wykładał filozofię w wyższej szkole w Konstantynopolu. Jednocześnie uczestniczył w różnych cywilnych misjach dyplomatycznych do Saracenów. Jeszcze przed wyruszeniem na Morawy obaj Bracia mieli za sobą pierwsze kontakty ze Słowianami w rodzinnym Sołuniu oraz podczas wyprawy do Chazarów na Krymie. Mieli więc okazję poznać już trochę mentalność oraz kulturę ludów słowiańskich. Dziś mówi się często o kontaktach ponad– lub międzykulturowych. Wydaje się, że pod względem przygotowania święci Bracia byli idealnymi kandydatami na misjonarzy.

Przyzwyczailiśmy się patrzeć na misje w perspektywie „sukcesu”, który odnoszą. Oczekujemy stale wzrastającej liczby chrztów i szybko rosnących młodych Kościołów. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w pewnym sensie misji Cyryla i Metodego zabrakło odpowiednio ukształtowanego podłoża kulturowo–państwowego. W pewnym sensie ich działania nie przyniosły wielkich widzialnych efektów, bo wyprzedzały swój czas. Aby wiara chrześcijańska mogła się zakorzenić, potrzeba stabilnej, mocnej kultury. Nie zaistniały ku temu jeszcze odpowiednie warunki zewnętrzne. Państwo Wielkomorawskie upadło, nim słowiański Kościół zdążył w nim głębiej się zakorzenić. Niektóre z późniejszych państw słowiańskich powstających na tych terenach złączyły się z cywilizacją łacińską, która starała się raczej podkreślać budowaną na kulturze łacińskiej jedność niż różnorodność poszczególnych narodów. Bezpośrednio ewangelizacyjna praca Braci zaowocowała na terenach Słowian południowych, a na terenach północnych przetrwała zasadniczo w domenie własnego języka i zaczątków własnej kultury. Myślę, że warto pamiętać, że owocności pracy misyjnej nie można mierzyć miarą widzialnego sukcesu. Przykład świętych Braci dobrze nam to ukazuje.

Konstanty i Metody, jadąc na Morawy, mieli już przetłumaczone księgi, posługiwali się głagolicą. Z tego wynika, że mieli nie tylko doświadczenie życiowe i duchowe, ale i solidnie przygotowane środki ewangelizacji, wiedzieli, w jaki sposób chcą dotrzeć do ludzi, do których byli posłani…

Genialną pierwotną intuicją Cyryla i Metodego było to, że na początku docenili kulturę słowiańską. W tamtym czasie wyższość kultury greckiej nad kulturą słowiańską była niekwestionowana. Wtedy ta ostatnia jako bardzo „barbarzyńska” nie miała nawet własnego alfabetu, nie mówiąc o rozwiniętej literaturze. Bracia zaczęli swą pracę od jego stworzenia, nobilitując w ten sposób język starosłowiański, istniejący dotąd jedynie w formie mówionej. Alfabet opracowali wstępnie przed wyruszeniem na Morawy. Część tekstów przetłumaczyli jeszcze w czasie przygotowań do misji.

Kościół Wschodni zawsze był bardziej wrażliwy na specyfikę kultur lokalnych. Istniały w nim różne obrządki, takie jak armeński, koptyjski czy syryjski. Inaczej postępował Kościół łaciński — po wielkiej wędrówce ludów i wyniszczeniu Cesarstwa zachodniego — starał się połączyć wszystkie nowo przybyłe ludy, nie podkreślać specyfiki żadnej miejscowej kultury. Językiem liturgicznym miała być łacina, obowiązującą tradycją — kultura łacińska. Rzeczywiście dzięki Kościołowi kultura ta przetrwała mimo rozpadu Cesarstwa Zachodniorzymskiego i na niej starano się budować nową, średniowieczną Europę.

Dzięki temu, że na tereny Słowian dotarli misjonarze z Konstantynopola — Cyryl i Metody — podkreślona została godność lokalnej kultury słowiańskiej, nie zunifikowano jej. W kontekście historycznym możemy powiedzieć, że „szczęściem” kultury słowiańskiej było to, że ci dwaj wielcy misjonarze pochodzili ze Wschodu i w związku z tym nie zdusili w zalążku tradycji słowiańskiej, ale wypromowali ją w Kościele.

Poznanie języka i mentalności Słowian, opracowanie alfabetu, to elementy które można określić słowem „inkulturacja”. Czy pierwszym obowiązkiem misjonarza jest wsłuchanie się w tych, do których jest się posłanym?

Pierwszym etapem pracy misjonarza jest jego własne nawrócenie. Tak było w przypadku Piotra Apostoła przed wyruszeniem do setnika Korneliusza. Piotr postrzegał swoją wierność Bogu jako posłuszeństwo Prawu, które nie pozwalało iść do nieczystego, do Rzymianina, do poganina. Musiał otrzymać objawienie, aby zrozumieć, że źle postrzega rzeczywistość, że źle ocenia innych ludzi — nie–Żydów. Podobnie było z Pawłem, który także bardzo gorliwie zabiegał o chwałę Bożą, czynił to jednak w niewłaściwy sposób. Musiał się nawrócić, żeby głębiej zrozumieć, że Chrystus jest Mesjaszem posłanym do każdego człowieka, nie tylko do tych, którzy znali Stare Przymierze.

Podobnie jest w przypadku wszystkich misjonarzy. Kto udaje się z Ewangelią do ludów, które inaczej żyją, myślą, reagują według innych schematów zachowań, musi zdać sobie sprawę, że wśród tych ludzi już działa Duch Święty. Nie wszystko to, co jest „inne”, czego nie potrafię sobie wytłumaczyć, musi być od razu złe. Nie można odrzucać miejscowych tradycji w myśl zasady, że wszystko, co niechrześcijańskie, jest złe, bo wtedy misjonarz staje się propagatorem swojej kultury, a nie głosicielem Chrystusa. Oczywiście nie mogę zatrzymać się tylko na dostrzeganiu dobra istniejącego w ludziach i w kulturach, do których się udaję. Mam głosić Chrystusa, obecnego we wspólnocie Kościoła, działającego w sakramentach, tego, którego słowa spisane są w Biblii. To jest moje zadanie. Niemniej, w pewien tajemniczy sposób, mocą Ducha Świętego, Chrystus jest już w jakimś stopniu obecny w tych ludziach i kulturach. Muszę się starać odkryć ślady Jego obecności, aby je rozwijać ku pełni, którą osiągną w Kościele. W tym sensie pierwszym etapem działalności misyjnej jest wsłuchanie się w tych, do których jest się posłanym.

Kiedy jest mowa o inkulturacji, zadaję sobie pytanie o jej granice. Słuchałem opowieści misjonarzy o tym, jak trudno jest mówić o Eucharystii, o przemianie chleba i wina, Eskimosom, którzy nigdy nie widzieli pszenicy ani winorośli. Czego nie można stracić, jakich granic nie można przekroczyć, dostosowując przekaz Ewangelii do zastanej kultury?

Jeżeli kultura jest na tyle otwarta, że jest w stanie przyjąć nowe sprawy, to będzie w stanie przyjąć Ewangelię. Nawet w tak wysoko rozwiniętej kulturze greckiej dopiero dzięki chrześcijaństwu wykształciło się w pełni pojęcie osoby. Oczywiście istniało ono już wcześniej, ale nie było tak dokładne. Dopiero dzięki dyskusjom chrystologicznym i sporom trynitarnym można je było doprecyzować. Kultura grecka była otwarta i dzięki temu pojęcie osoby dało się dookreślić.

Wróćmy do realiów misyjnych. Niekiedy rzeczywiście są problemy. Najtrudniej jest oczywiście pierwszym misjonarzom, którzy nie wiedzą, jak postępować, którą wersję tłumaczenia wybrać. Kiedyś rzeczywiście proponowano, żeby Eskimosi w Ojcze nasz używali sformułowania „foki naszej powszedniej daj nam dzisiaj”. Ostatecznie misjonarze zrozumieli, że nie tędy droga i zostało „chleb”. Dzisiaj Eskimosi oglądają telewizję i doskonale wiedzą, czym jest chleb i wino. Natomiast w krajach, w których są naprawdę poważne problemy interpretacyjne, mogą i nawet muszą być pewne modyfikacje. Podczas pobytu na Madagaskarze osobiście przekonałem się, że tradycyjni Malgasze nie znali chleba. Do dzisiaj jedzą go rzadko. Podstawą jest „ryż nasz powszedni”. Chleb niekiedy nawet nazywają „chlebem białych”. Jest on dla nich z natury czymś obcym. Ostatecznie w Modlitwie Pańskiej w języku malgaskim przyjęło się mówić „posiłek nasz codzienny daj nam dzisiaj”.

Znajdowanie rozwiązań dla takich kwestii jest procesem rozłożonym na dziesiątki czy setki lat. Tym bardziej trzeba docenić dzieło Cyryla i Metodego, którzy byli pionierami i działali przez zaledwie kilkanaście lat. Dziś tradycja chrześcijańska w środkowej Europie ma ponad tysiąc lat. Wiele spraw już się wyjaśniło. Młode Kościoły w innych częściach świata pewnych spraw jeszcze nie wyjaśniły i są diecezje, w których istnieją np. różne wersje Ojcze nasz, bo chrześcijaństwo dopiero się tam formuje. Nie wszystkie księgi liturgiczne są przetłumaczone, nie zawsze w rodzimym języku dostępne jest Pismo Święte, zwłaszcza jeśli są to języki, którymi porozumiewa się ludność zaledwie z kilkunastu czy kilkudziesięciu wiosek. Zdarza się, że w jednej diecezji jest kilka języków. Nawet biskup może ich wszystkich nie znać.

A jak daleko można prowadzić inkulturację? To będą mogli ocenić z perspektywy czasu jedynie chrześcijanie, którzy w tej kulturze będą wzrastać i będą tę wiarę przeżywać. Nie chodzi tu jednak tylko o „dopasowanie” przekazu Ewangelii do poszczególnych kultur lokalnych, ale o coś więcej. Chodzi o to, aby z czasem odwieczna Dobra Nowina mogła się w nowy sposób, głębiej wyrazić, dobierając sobie różne lokalne formy kulturowe. Tak jak to było na przykład z greckimi koncepcjami osoby czy natury, które z biegiem czasu ubogaciły rozumienie Ewangelii.

Kościół w pewnym sensie jest skazany na inkulturację, na to, żeby dostosowywać istotę Ewangelii do mentalności i kultury ludu, do którego jest posłany…

Jest skazany, ale rozumiem to „skazanie” w sensie pozytywnym. To wielkie bogactwo. Chrześcijaństwo jako jedyna z wielkich religii tak bardzo rozwinęło się poza terenem swojego powstania. Zasadnicze nurty islamu, buddyzmu czy hinduizmu obecne są na swoich pierwotnych terenach. Natomiast chrześcijanie stanowią dziś w Ziemi Świętej znikomy ułamek społeczeństwa, a wiara w Jezusa Chrystusa rozwinęła się wspaniale w innych regionach globu i jest tam uznawana za rodzimą. Nie mam tu na myśli tylko Europy, ale również wiele krajów Ameryki, Azji czy Afryki.

Dzisiaj już sobie nie wyobrażamy naszej wiary bez posługiwania się formułą trynitarną czy bez mówienia o bóstwie albo człowieczeństwie Chrystusa, a te pojęcia wykształciły się dopiero w wyniku inkulturacji w kulturę grecką. Pierwsi chrześcijanie znali te prawdy, ale ich tak nie formułowali. Precyzowanie pojęć trwało pewien czas. Ponadto Kościół przejął formuły prawne z kultury rzymskiej i rozwinął je tak, że stały się Jego wielkim bogactwem.

Ewangelia ubogaca kultury, stanowi dla nich wielkie wyzwanie, a kultury ubogacają Kościół. Ten dwustronny proces jest długotrwały i skomplikowany. Jego rezultaty można ocenić dopiero z perspektywy dziesiątek czy setek lat. Skazanie na inkulturację jest zatem wielkim skarbem Kościoła.

Jak Ojciec Święty patrzy na kwestię napięcia między jednością i różnorodnością Kościoła?

Napięcia między jednością wiary Kościoła a różnorodnością wynikającą z bogactwa kulturowych odmienności przeżywania tejże wiary nigdy nie da się zupełnie znieść. Problem ten występował od samego początku. Pojawiały się napięcia między judeochrześcijanami i chrześcijanami nawróconymi z pogaństwa. Później między chrześcijanami rzymskimi, słowiańskimi, germańskimi, armeńskimi, greckimi, koptyjskimi… Tak długo, jak długo będą w Kościele różne tradycje, będą napięcia. Najlepsza jest chyba zasada św. Augustyna, żeby w tym, co istotne, zachować jedność, w tym, co nie należy do istoty wiary, zachować wolność, a ponad wszystkim, ponad różnicami rytów, wyznań czy tradycji, zachowywać miłość.

Siła i bogactwo polskiego Kościoła ostatnich czasów tkwiły w jedności. Jest to nasz wkład, który ocalił Kościół w trudnych czasach komunizmu. Inne Kościoły mogą jednak wyznawać zasadę opierania swojej mocy na różnorodności. Na przykład w Kanadzie powstał zlepek, mozaika różnych tradycji. Gdy w Polsce mówimy „Kościół”, to rozumie się powszechnie, że chodzi o Kościół katolicki. Kiedy powiedziałem w Kanadzie „Kościół katolicki”, ktoś mnie zapytał: „jakiego rytu?”.

Nawet jeśli staramy się spojrzeć na problemy w Kościele z perspektywy innej niż tylko polska, to zasadniczo i tak pozostajemy w kręgu perspektywy europejskiej. Tymczasem na półkuli południowej ludzie często nie mają dostępu ani do prądu, ani do telefonów, ani tym bardziej do Internetu. Dla nich są to wciąż narzędzia nieznane. Będzie tak jeszcze dość długo i złudzeniem jest mniemanie, że wszyscy żyjemy w globalnej wiosce. Większość katolików na świecie nie uczestniczy w wymianie między Wschodem i Zachodem, Północą i Południem. Bardzo powoli dociera do naszej świadomości, że chrześcijanie w Europie nie stanowią już zasadniczej części Kościoła, ale powoli stają się jakby „zapieckiem” Kościoła, w ciepłych wygodnych realiach życia. Obecnie więcej katolików mieszka już na półkuli południowej niż północnej, a księży wciąż jest o wiele więcej na północy.

Co powiedzieć ludziom, którzy marzą o jedności Kościoła opartej na jednym rycie i jednym języku liturgii? Przypominają, że przed Soborem istniał widzialny znak jedności wiary, a teraz w różnorodności jesteśmy narażeni na rozbicie, na zlepek wiary Kościołów partykularnych, które tracą ze sobą kontakt.

Rozumiem, że za taką postawą kryje się autentyczna troska o jedność Kościoła. W rozumowaniu tym jednak widać pewne nieporozumienie. Jedność języka łacińskiego i Mszy trydenckiej pomagała przeżywać jedność w wierze chrześcijan w różnych krajach. Jednak obrona jednego rytu wynika trochę z nieuświadomienia sobie faktu, że w Kościele katolickim nawet jeszcze przed II Soborem Watykańskim było ich więcej. Istniały przecież ryty innych Kościołów wschodnich. Jedność języka łączyła tylko pewną grupę katolików, dość liczną, ale tylko część. Nigdy nie istniała całkowita jedność liturgiczna. Jednocześnie dla sporej części Kościoła język łaciński był językiem obcym, który tworzył poczucie misterium, tajemnicy, ale z którym trudno się było utożsamić, uznać go za własny. Ostatecznie to Ojcowie Soboru zdecydowali się powrócić do lokalnych języków, mając na względzie zbliżenie do mentalności i kultury poszczególnych narodów. Pragnęli ułatwić aktualizowanie przekazu wiary, dostosować chrześcijaństwo do procesów, które cały czas się dokonują. Wydawało się to wtedy ważniejsze. Trudno dziś powiedzieć, czy byli w stanie przewidzieć, do czego doprowadzą ich postanowienia. Dziś mamy inny świat niż 50 lat temu.

Mówimy o Kościele katolickim. Jednak Papież pisze, że „nie wydaje się rzeczą bynajmniej anachroniczną widzieć w świętych Cyrylu i Metodym autentycznych protagonistów ekumenizmu”. Dlaczego w Braciach Sołuńskich możemy widzieć ludzi dążących do jedności Kościoła?

Powodów może być kilka. Cyryl i Metody byli misjonarzami, którzy wywodzili się z kręgu wschodniego. Byli posłani przez patriarchę Konstantynopola oraz cesarza bizantyjskiego. Jednak w trakcie swojej działalności szukali kontaktu ze Stolicą Apostolską. Choć Kościół nie był jeszcze podzielony, napięcia między Rzymem a Konstantynopolem już się rysowały, a oni starali się utrzymywać kontakt z obydwoma ośrodkami. To jest chyba ich główne przesłanie ekumeniczne: zachować jedność tradycji wschodniej i zachodniej. Bracia Sołuńscy również cierpieli, pracując na rzecz tej jedności; byli podejrzewani o niewierność Magisterium. Metodego nawet uwięziono. Ich działalność była na tyle uniwersalna, że stworzyli chrześcijańskie fundamenty kultury słowiańskiej, na których później budował nie tylko Kościół prawosławny, ale również Kościół zachodni — w Czechach czy w Polsce. W tych krajach, na podstawach wypracowanych przez wschodnich misjonarzy, zaszczepił się później także Kościół łaciński. Do misji Cyryla i Metodego mogą się więc przyznawać chrześcijanie zarówno wschodni, jak i zachodni.

Jednak dzieło Braci Sołuńskich utożsamia się z Kościołami prawosławnymi, posługującymi się stworzoną przez nich cyrylicą, alfabetem języka staro–cerkiewno–słowiańskiego. Czy to nie jest paradoks, że widzialny wymiar dzieła misjonarzy, którzy dążyli do jedności Kościoła, wyznacza granicę między chrześcijańskim Wschodem a Zachodem?

To jest pewien paradoks historii, który dokonał się wbrew ich zamierzeniom. Jednak można znaleźć również w Kościele zachodnim na terenach słowiańskich, np. w Polsce czy w Czechach, elementy świadczące o tym, że my też jesteśmy spadkobiercami ich tradycji, choć nie jest to tak wyraźne, jak w Kościołach prawosławnych. Ponadto również sam fakt istnienia Kościoła greckokatolickiego stanowi pewien — dość problematyczny, ale zawsze — pomost między obiema tradycjami.

Papież mówi w encyklice nie tylko o jedności religijnej, ale także o tym, że w żadnym wypadku przynależność religijna, narodowa czy etniczna nie może być powodem nienawiści czy podziałów. W jaki sposób Cyryl i Metody inspirują do przekraczania granic?

Wyobraźmy sobie sytuację misjonarzy pochodzących z wielkiej tradycji chrześcijańskiej, którą od drobnej, powstającej dopiero kultury słowiańskiej dzieli wielka przepaść. Oni mimo wszystko zdecydowali się szukać ziaren dobra wśród ludów na północ od Dunaju. Dzięki ich wysiłkom Słowianie odkryli to, z czego dzisiaj możemy być dumni. Cyryl i Metody musieli naprawdę stać się „wszystkim dla wszystkich”, by zamieszkać wśród pogańskich Słowian. Zrezygnowanie z obcowania z kulturą i tradycją religijną Konstantynopola było dla nich wielkim wyrzeczeniem. To problem wielu współczesnych misjonarzy, którzy przybywają z kultury znacznie bardziej rozwiniętej, z jakiegokolwiek kraju europejskiego do Afryki. Muszą docenić wartość zastanej kultury, pokochać ludzi, którzy w niej żyją, wyzbyć się poczucia wyższości. Z tego rodzi się postawa szacunku wobec każdego człowieka.

Zacytuję zdanie Jana Pawła II: „Każdy człowiek, każdy naród, każda kultura i cywilizacja mają swoje zadanie do wypełnienia i swoje miejsce w tajemniczym planie Boga i w powszechnej historii zbawienia”.

Chodzi chyba o to, by starać się odkrywać te zadania, które ma do spełnienia każdy naród. Jest to zadanie przerastające jednego misjonarza, choćby nawet był on wielki i święty. Zadanie poszczególnych narodów w Bożym planie zbawienia odkrywa się dopiero po upływie wieków i z perspektywy wspólnoty całego Kościoła. Misjonarz zaś ma się starać być otwarty na działanie Ducha Świętego, odczytywać znaki Jego obecności w różnych kulturach. Patrząc np. na Afrykę — Jan Paweł II wskazuje dziś takie wartości, jak: rolę i znaczenie rodziny, szacunek dla osób starszych. Mimo że Europejczycy postrzegają je jako minimalne okruchy dobra, mogą się ich uczyć od Afrykanów, ponieważ wartości te w Europie są obecnie w pewnym stopniu kwestionowane. Może to ich miejsce na tym etapie historii zbawienia.

Spotykałem się z oblatami, którzy pokazywali księgi, mówiąc:„To jest pierwsza księga od stworzenia świata spisana w języku gidarskim”. Miałem wtedy wrażenie, że to, co podziwiamy w dziele Cyryla i Metodego, tworzenie fundamentów kultury i zrębów języka literackiego, dokonuje się również dzisiaj, obok nas…

W połowie marca odbyło się w Warszawie sympozjum poświęcone przekładom biblijnym w Afryce. Był też omawiany wkład w tej dziedzinie misjonarzy z Polski. Znam przynajmniej kilku, którzy są bardzo mocno zaangażowani w te tłumaczenia, czasami na jakieś małe lokalne języki. My patrzymy na zbyt wiele spraw z perspektywy Europy. Jesteśmy tak wpatrzeni w kraje bogate, że nie zauważamy reszty świata. Potrzeba jeszcze wielu misjonarzy na pierwszej linii frontu misyjnego. Jest jeszcze wiele języków, które nie mają swego alfabetu. Ten proces stale trwa.

Wspomniał ksiądz o azjatyckich tradycjach religijnych. Jak w ich przypadku wygląda kwestia inkulturacji? W Azji misjonarz staje z przesłaniem Ewangelii często wobec ludzi, którzy mają poczucie wyższości własnej kultury i religii. To zupełnie inna sytuacja niż u Cyryla i Metodego…

W przypadku Azji widać inne doświadczenie Kościoła, choć również trochę podobne do doświadczenia Cyryla i Metodego. Podobnie jak ich dzieło zostało w pewnym sensie zniszczone po ich śmierci, tak do pewnego stopnia stało się z pracą pierwszych misjonarzy w Indiach czy w Chinach. Tam wsławili się zwłaszcza jezuici, którzy szybko zrozumieli, że w krajach o wielkiej tradycji nie można lansować sposobu życia właściwego Europejczykom, że nie da się mówić Azjatom o Bogu, posługując się terminami łacińskimi. Trzeba było spróbować mówić o rzeczywistości nadprzyrodzonej, przejmując formy wyrazu znane z tradycji lokalnej. Przez setki lat trwały boje o to, jak przekazać istotę Ewangelii w azjatyckiej formie — zwane w historii sporami o ryty chińskie. Niestety, ostatecznie niezrozumienie europejskich chrześcijan dla wysiłków misjonarzy na Dalekim Wschodzie spowodowało odrzucenie metod akomodacyjnych i upadek tych koncepcji. Zostały one przywrócone w dzisiejszych czasach, ale misjonarze wciąż borykają się z problemami, które wyniknęły z ich zaniechania.

Niektóre państwa azjatyckie zamykają się na chrześcijan, twierdząc, że chrześcijaństwo chce im narzucić kulturę europejską. Czasem ich postawa jest wyrazem troski o rodzimą kulturę, czasem tylko pretekstem do prześladowań wynikających z przyczyn politycznych. Przykładem pierwszej postawy są Indie, które nie przyjmują misjonarzy, przykładem drugiej Chiny. Misjonarze nie mają szans na otrzymanie wizy wjazdowej do żadnego z tych krajów. Azja ma swoje tradycje, konfucjańskie w Chinach czy hinduistyczne w Indiach. Dopiero gdy Kościołowi uda się za pomocą pojęć obecnych w tych kulturach przekazać istotę Dobrej Nowiny o Jezusie, będzie można mieć nadzieję na ich chrystianizację. Tego nie zrobią misjonarze z Europy, to zadanie dla tamtejszych chrześcijan. Świadectwo misjonarza, który przybywa z innej cywilizacji, powinno być tylko inspiracją, a dalszy rozwój, prawdziwą inkulturację muszą wziąć na siebie rodzimi chrześcijanie. Mam nadzieję, że w tym kierunku pójdzie rozwój Kościoła w Azji, ale będzie to proces trwający setki lat.

Wróćmy jeszcze na europejskie podwórko. Cyryl i Metody są patronami Europy. Papież pisze, że jeśli chce się zobaczyć wspólną Europę, to nie można pomijać ich dziedzictwa; że realizując własny charyzmat, wnieśli decydujący wkład w budowę Europy, nie tylko jako wspólnoty chrześcijańskiej, ale jako organizmu państwowego i kulturowego. Czego możemy się uczyć od Cyryla i Metodego w obliczu debaty o wejściu do Unii Europejskiej, jakie przesłanie nam niosą?

Papież przypomina, że Europa, to nie tylko Europa Zachodnia, ale i Wschodnia, podobnie jak Kościół, który oddycha dwoma płucami. Jakie przesłanie dla Europy niesie dzieło Cyryla i Metodego? Być może to dziedzictwo wschodniej Europy pomoże znaleźć odpowiedź na kryzys chrześcijaństwa na zachodzie Europy. W Kościele zachodnim jest wiele pozytywnych elementów, ale dominuje spadek liczby praktykujących wiernych — w niektórych krajach mieszka już więcej praktykujących muzułmanów niż praktykujących chrześcijan. Może wskazując na Europę Wschodnią, Papież chce przypomnieć Europie Zachodniej o jej chrześcijańskich korzeniach.

Godność każdej kultury
Wojciech Kluj OMI

urodzony 31 maja 1966 r. w Gdyni – polski ksiądz katolicki, członek Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, studiował w Ottawie, doktor misjologii, odbył staż misyjny na Madagaskarze, wykładowca WT UAM oraz seminariów duchownych w Obrze i Paradyżu, redaktor „Misy...

Godność każdej kultury
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, w latach 2014-2022 prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego....