Zmartwychwstanie w życiu chrześcijanina

Zmartwychwstanie w życiu chrześcijanina

, 0 recenzji

Gdyby moje obecne życie miało trwać wiecznie, byłoby piekłem, i to nie dlatego, że jest mi źle na świecie. Miałbym poczucie, że oto „muszę żyć”.

Nadzieja istotna

Podstawową sprawą w życiu człowieka jest nadzieja. Ludzie często o niej nie myślą, ale ostatecznie każdy ją ma i musi mieć. Życie ludzkie bez nadziei jest po prostu niemożliwe. Najlepiej widać to w sytuacjach kryzysowych. Człowiek nadziei wychodzi z nich zwycięsko. Człowiek, który traci nadzieję, wewnętrznie się załamuje, kurczy się w sobie, popada w zniechęcenie aż po rozpacz i próbę samobójstwa. Najczęściej jednak nadzieja, którą człowiek w sobie nosi jest przez niego nieuświadomiona. Jest mu przekazywana przez wychowanie, środowisko, propagandę, panujące w społeczeństwie wartości itd. Człowiek często ucieka od pytania o nadzieję, bo czuje podświadomie, że jest ona u niego słaba. Ale i wówczas ma nadzieję, że mu się uda uciec od tego pytania, że jakoś to będzie, potrafi coś przetrzymać, czegoś uniknąć. W sposób dramatyczny ujawnia się to w obliczu śmierci. Tutaj bowiem nadzieja, którą w sobie nosimy, musi być silna, by przetrzymać tę ostateczną próbę. Słaba nadzieja zostanie wobec tego doświadczenia całkowicie zmieciona, pozostawiając pustkę i rozpacz. W życiu każdego człowieka powstaje zatem problem „nadziei istotnej”, czyli takiej, która trwa w obliczu ostatecznej próby cierpienia, utraty wszystkiego, co człowiek ma cennego, a ostatecznie wobec śmierci.

W życiu chrześcijanina taką nadzieją jest zmartwychwstanie, czyli nadzieja życia zupełnie odmienionego, nowego w swojej istocie. Nie wystarczy sama nadzieja na życie bez śmierci, czyli życie wieczne. Kiedyś przyszła mi do głowy refleksja: gdyby moje obecne życie miało trwać wiecznie, w nieskończoność, takie jakie jest obecnie, to byłoby piekłem. Nie dlatego, że mi jest źle na świecie, że cierpię. Wręcz przeciwnie, jestem raczej człowiekiem, który ma mocne poczucie sensu tego, co robi, życie mnie cieszy, mam w nim dużo radości. Ale gdyby do tego życia dołożyć walor nieskończonego czasu, to przestałoby ono mieć sens, stałoby się ciężarem nie do udźwignięcia. Człowiek miałby poczucie, że oto „musi żyć” i nie da się z tym nic zrobić, a wszystko będzie tak jak obecnie, bez jakiejkolwiek nadziei na istotną zmianę. To właśnie jest rozpacz i piekło. Przypomina się tutaj Kohelet ze swoim doświadczeniem:

Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami — wszystko marność. Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, jaki zadaje sobie pod słońcem? Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi, a ziemia trwa po wszystkie czasy. Słońce wschodzi i zachodzi, i na miejsce swoje spieszy z powrotem, i znowu tam wschodzi. Ku południowi ciągnąc i ku północy wracając, kolistą drogą wieje wiatr i znowu wraca na drogę swojego krążenia. Wszystkie rzeki płyną do morza, a morze wcale nie wzbiera; do miejsca, do którego rzeki płyną, zdążają one bezustannie. Mówienie jest wysiłkiem: nie zdoła człowiek wyrazić [wszystkiego] słowami. Nie nasyci się oko patrzeniem ani ucho napełni słuchaniem. To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem (Koh 1,2–9).

Kohelet jest sceptycznym mędrcem, bardzo mocno uświadamiającym sobie perspektywę śmierci. Jego wielką zaletą jest to, że w swoim sceptycznym myśleniu jest do końca konsekwentny. Nie daje się zwieść żadnej pozornej nadziei. Woli pozostawić wszystko Bogu bez jasnej ostatecznej perspektywy, niż łudzić kogoś pozorną nadzieją.

W tym kontekście warto przeczytać refleksje św. Pawła z 1 Kor 15,12–19:

Jeżeli zatem głosi się, że Chrystus zmartwychwstał, to dlaczego twierdzą niektórzy spośród was, że nie ma zmartwychwstania? Jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. Okazuje się bowiem, żeśmy byli fałszywymi świadkami Boga, skoro umarli nie zmartwychwstaną, przeciwko Bogu świadczyliśmy, że z martwych wskrzesił Chrystusa. Jeśli umarli nie zmartwychwstają, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w waszych grzechach. Tak więc i ci, co pomarli w Chrystusie, poszli na zatracenie. Jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy, jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania.

Św. Paweł mówi tutaj o zmartwychwstaniu jako istotnej nadziei. Jeżeli się je odrzuca, to wszystko traci sens. Wówczas pozostaje jedynie Koheletowa gorzka mądrość. Jeżeli w Chrystusie widzimy tylko nadzieję w życiu doczesnym, jesteśmy godni politowania. Zmartwychwstanie jest jedyną nadzieją otwierającą sens.

Wydaje się, że w przeżywaniu przez człowieka tajemnicy zmartwychwstania Chrystusa punktem kluczowym jest uwierzenie we własne zmartwychwstanie. Dla człowieka najważniejsze w zmartwychwstaniu Chrystusa jest otwarcie się myśli na perspektywę sięgającą poza śmierć. Śmierć w zwykłym doświadczeniu zamyka nas w doczesności, w skończoności, w ograniczoności. Odczuwamy ją jako kres, poza którym jest mrok, wielka niewiadoma budząca lęk czy wręcz grozę. Ten lęk zamyka nas w tym, co doczesne. Odwraca naszą uwagę od spojrzenia w przyszłość, od istotnej nadziei: „daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także nasza wiara” (1 Kor 15,14). Za Koheletem w gruncie rzeczy powtarzamy: „marność nad marnościami, wszystko marność (…) Nic zgoła nowego pod słońcem” (1,1.9). Otóż ta perspektywa niejako kurczy człowieka w sobie. Człowiek skarlały jest wydany na pastwę lęków, których ościeniem jest lęk przed śmiercią. W głębi niego, być może zepchnięta do nieświadomości, drzemie rozpacz.

Życie w świetle zmartwychwstania

Człowiekowi potrzebna jest nadzieja, że pojawi się życie istotnie nowe, życie pełne „życia”. Najczęściej jednak boi się on nowości, której nie może ogarnąć, nad którą nie może zapanować, która może zaskoczyć całkowicie. Człowiek lęka się zatem pełnej wolności, która obejmuje nie tylko jego swobodę przy podejmowaniu decyzji, ale uznaje wolność innych i zna ciężar własnej odpowiedzialności. Tym samym paradoksalnie boi się miłości, która jest owym życiem pełnym „życia”, zdolnym go wypełnić i nie przytłoczyć beznadziejną monotonią. To są paradoksy, które spotykamy w życiu człowieka: pragnie miłości, która jedynie jest go w stanie zaspokoić, ale boi się jej, bo spotyka w niej wolność, która go przerasta, nowość stale nową, która go ciągle zaskakuje i wymaga czegoś, czego nie jest w stanie przewidzieć. Stąd jego nadzieja bywa często tutaj na ziemi nadzieją na przetrwanie, czepia się tego życia, które obecnie przeżywa, stara się je zachować za wszelką cenę i uciec od perspektywy śmierci. „Kto chce zachować swoje życie, straci je, kto straci swoje życie z mego powodu, ten je odnajdzie” (Łk 9,24).

W historii uczniów Chrystusa widać doskonale prawdziwość tych Jego słów. Choć byli z Panem, słuchali Jego słów, widzieli cuda, które działał, w obliczu śmierci się rozproszyli, stracili całą swoją nadzieję, załamało się ich życie. Jaka była ich wcześniejsza perspektywa, jaka nadzieja? Była to nadzieja na zwycięstwo Jezusa w tym życiu i udział w Jego zwycięstwie. Uczniowie już się kłócili o godności, które im miały przypaść (zob. Mk 9,33n; Łk 9,46; 22,24; Mt 10,35–37 i par.). Sama perspektywa śmierci ich Mistrza była dla nich nie do przyjęcia. Kiedy po wyznaniu przez św. Piotra wiary, że Jezus jest Mesjaszem, Chrystus mówił o swojej śmierci, „Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie” (Mt 16,22). Innym razem przy zapowiedzi Jego śmierci apostołowie „bardzo się zasmucili” (Mt 17,23), a ewangelista Marek mówi, że „nie rozumieli tych słów, a bali się Go zapytać” (Mk 9,32).

Radykalna zmiana nastąpiła dopiero po zmartwychwstaniu Chrystusa, gdy Go ujrzeli i otrzymali od Niego Ducha Świętego. Stają się wówczas zupełnie innymi ludźmi. Zastraszony niegdyś Piotr, który trzykrotnie zapiera się Mistrza, odważnie i bez wahania powie publicznie: „Tego właśnie Jezusa wskrzesił Bóg, a my wszyscy jesteśmy tego świadkami” (Dz 2,32). Podczas drugiej swej mowy: „Zaparliście się Świętego i Sprawiedliwego, a wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy. Zabiliście Dawcę życia, ale Bóg wskrzesił Go z martwych, czego my jesteśmy świadkami” (Dz 3,14n). Jak uczy tradycja, większość z apostołów złożyła świadectwo życia dla Ewangelii i w tym widzieli swoją chwałę. Podobną postawę mają ich bezpośredni następcy. Św. Ignacy Antiocheński prosi wręcz chrześcijan Rzymu, by nie próbowali ratować go od śmierci, bo:

dopiero będę prawdziwie uczniem Chrystusa, gdy już świat nie będzie widział nawet i mojego ciała. Błagajcie Chrystusa za mną, abym za przyczyną tych zwierząt został złożony Bogu w ofierze. Nie rozkazuję wam, jak Piotr i Paweł: oni byli apostołami, a ja jestem skazańcem, oni są wolni, a ja jeszcze nie–wolny. Ale gdy wszystko wycierpię, będę wyzwolony w Jezusie Chrystusie i w Nim odrodzę się wolny. Teraz zaś, skuty kajdanami, uczę się niczego nie pożądać (MLG III, s. 294–295).

W tym kontekście widać, jak zmartwychwstanie Chrystusa otwiera nowe spojrzenie. W mrok „życia w cieniu śmierci” wdziera się światło spoza doczesności, nowa nadzieja, życie nowe w całkowicie innym sensie. Życie, które przełamało „opór ciała”, życie pozbawione obciążającej nas ograniczoności, której szczytem i ostatecznym wyrazem jest śmierć. Spełnia się to, do czego Chrystus wzywał od początku swojego nauczania: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,15). „Czas się wypełnił” — w zmartwychwstaniu dotykamy jego kresu. Czas (chronos) jako porządek wydarzeń, kończy się na tym wydarzeniu. Jest to wydarzenie ostateczne, końcowe. Poza nim nie ma już takiego czasu. Istnieje „wypełnienie czasu”: „bliskie jest królestwo Boże” — być może jakiś nowy czas, stałe teraz bez owego życia ku śmierci zdominowanego przez lęk, bez tyranii przemijania. „Nawracajcie się” zatem, czyli zmieńcie swoje patrzenie i myślenie, swoje pojmowanie życia i własnej tożsamości. „I wierzcie w Ewangelię”, tę radosną nowinę o ostatecznym wyzwoleniu, o zbawieniu.

To orędzie Chrystusa przed zmartwychwstaniem mogło mieć jedynie znaczenie moralne. „Nawracajcie się” oznaczałoby wówczas: „przestańcie grzeszyć, zacznijcie żyć zgodnie z przykazaniami Bożymi”. Myślę, że tak najczęściej jest ono rozumiane przez ludzi, taki też akcent pada w środę popielcową podczas posypywania głów popiołem. W najlepszym wypadku to wezwanie mogło odwoływać się do nadziei szlachetnego człowieka, którą miał Hiob: „Lecz ja wiem: Wybawca mój żyje, na ziemi wystąpi jako ostatni (Hi 19,25)”, i którą wyraża Ps 16,9–11 oraz czwarta pieśń Sługi Jahwe:

Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem. Jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Pańska spełni się przez Niego. Po udrękach swej duszy ujrzy światło i nim się nasyci. Zacny mój Sługa usprawiedliwi wielu, ich nieprawości On sam dźwigać będzie. Dlatego w nagrodę przydzielę Mu tłumy i posiądzie możnych jako zdobycz za to, że Siebie na śmierć ofiarował i policzony został pomiędzy przestępców. A On poniósł grzechy wielu i oręduje za przestępcami (Iz 53,10–12).

Jeżeli jednak jest to tylko wezwanie moralne, to w człowieku szarpanym najróżniejszymi wątpliwościami powstaje pytanie: „dlaczego mam żyć porządnie? co mi to daje?”, które wielu prowadzi do zwątpienia. Życie bowiem często pokazuje, że ludzie żyjący niemoralnie zwyciężają i osiągają powodzenie.

Doświadczenie spotkania Zmartwychwstałego zmienia zupełnie sens tego wezwania. „Nawracajcie się” oznacza wówczas: „zobacz nową perspektywę życia, jego nowy sens, nową nadzieję, przestań się lękać, bo nikt nic ci nie jest w stanie zrobić, nawet śmierć” (por. Rz 8,31–39).

Spotkanie ze Zmartwychwstałym

Kiedy przyglądamy się tekstom opisującym spotkanie ze Zmartwychwstałym, to narzuca się szereg uwag. Przede wszystkim uderza nas trudność w rozpoznaniu Jezusa. Maria Magdalena poznaje Go, dopiero gdy usłyszy swoje imię (J 20,16). Nad Jeziorem Tyberiadzkim św. Jan uświadamia Piotrowi, że to Jezus stoi na brzegu (J 21,7). Najlepiej widać to jednak w historii uczniów z Emaus (Łk 24,13–35). Rozpoznanie Zmartwychwstałego wzbudza ogromną radość u tego, który Go zobaczył. Od razu nawiązuje się serdeczna relacja. Nie ma przy tym niczego z sensacji, która zwykle się pojawia przy wydarzeniach nadzwyczajnych i cudownych. W tych spotkaniach, może poza nawróceniem św. Pawła, widać spokojną radość, chciałoby się powiedzieć „zwyczajność”. Właściwie nie następuje żadna zmiana w świecie zewnętrznym, natomiast świat całkowicie zmienia swoje oblicze dla tego, kto spotkał Zmartwychwstałego. Jezus „oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma” (Łk 24,45).

W doświadczeniu spotkania ze Zmartwychwstałym istotna jest wiara. Stale powtarza się brak wiary w zmartwychwstanie Jezusa na podstawie samych tylko relacji innych. Tak było z uczniami, którym oznajmiły to niewiasty i uczniowie z Emaus (Mk 16,10–13). Najbardziej znana jest oczywiście historia „niewiernego” Tomasza (J 20,24–29). Jednak problem braku wiary pojawia się nie tylko przy słuchaniu relacji, ale nawet przy bezpośrednim spotkaniu. Św. Mateusz pisze: „Jedenastu zaś uczniów udało się do Galilei, na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili” (Mt 28,16n).

Z tych kilku uwag dotyczących doświadczenia spotkania ze Zmartwychwstałym widać, że chodzi o doświadczenie szczególne. Uczniowie spotykają tego samego Jezusa, ale nie takiego samego z wyglądu. Zmartwychwstały żyje nowym życiem mimo śmierci. Nie powrócił do naszego życia, ale jest „Pierworodnym spośród umarłych” (Kol 1,18), w którym my odnajdujemy swoje zmartwychwstanie i nowe życie. To nowe życie przerasta nasze dotychczasowe kategorie i dlatego nie da się go przekazać w pełni słowami branymi z tego życia. To także tłumaczy swoiste rozbieżności w relacjach ze spotkań ze Zmartwychwstałym.

Zmartwychwstanie obecne w życiu

Zmartwychwstanie staje się obecne w ziemskim życiu chrześcijanina przez brak lęku przed śmiercią. Inaczej niż w naturalnym przeżywaniu śmierci życie chrześcijanina jest całkowicie nastawione na przyszłość, jest tęsknotą za nowym życiem, za przyjściem Pana. Maranatha — „przyjdź Panie” — to była wielka modlitwa pierwszych chrześcijan. Wyraża ona kopernikański przewrót w sercu człowieka, którym jest chrześcijańska wiara w zmartwychwstanie. Jak w swojej spontaniczności człowiek zwykle żyje skoncentrowany na tym, co go tu spotyka, jest szarpany rozmaitymi lękami i troskami, tak człowiek „zanurzony w śmierci Chrystusa” (por. Rz 6,3) cały jest nastawiony na ostateczne spotkanie z Panem. Jego zasadniczą troską jest udział w Królestwie Chrystusa: „wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, mojego Pana” (Flp 3,8).

Ludzie żyjący „w cieniu śmierci” przypominają stado owiec w owczarni strzeżonej przez okrutnego pasterza, którym jest śmierć. Wiadomo, że wszystkie zostaną kiedyś wyrwane ze stada, aby pójść na zabicie. Szczęściem dla tych owiec jest jedynie to, że się to nieco odwlecze. Zmartwychwstanie zmienia to stado w nową owczarnię, która słucha swojego pasterza. On wyprowadza ją z fatalnej zagrody na nowe pastwiska wolności i światła. Wiara w zmartwychwstanie jest tego świadomością. To tak, jak gdyby ktoś otworzył przerażające wrota śmierci i ukazał za nimi światłość tak wspaniałą, że życie tutaj wydaje się jedynie mrokiem.

W zmartwychwstaniu człowiek odkrywa nowe życie według Ducha, o którym pisze św. Paweł (Rz 8,1–17; Ga 5,16–26).

Skoro zaś Chrystus w was mieszka, ciało wprawdzie podlega śmierci ze względu na [skutki] grzechu, duch jednak ma życie na skutek usprawiedliwienia. A jeżeli mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych, to Ten, co wskrzesił Chrystusa „Jezusa” z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha (Rz 8,10–11).

Życie według Ducha jest owocem, a jednocześnie znakiem prawdziwej wiary w zmartwychwstanie. I nie może być inaczej. Jeżeli bowiem ulegamy namiętnościom ciała, żądzom tego świata czy lękom, to w tym zakresie zmartwychwstanie nie jest jeszcze najgłębszą prawdą naszego życia. Nie możemy się jednak im poddać i popaść w zwątpienie. Trzeba nam ponownie doświadczyć Zmartwychwstałego, Jego zbawczej obecności, przyjąć Jego miłosierne przebaczenie i „spożyć Jego Ciało i Krew”, czyli Jego samego, aby na nowo żyć nowym życiem, aż się ono spełni w nas. To spełnienie pozostaje naszym najgłębszym pragnieniem.

Jeżeli jednak patrzymy na nowe życie jak na cudowny stan, do którego być może ktoś nas dopuści, jeżeli tylko zachowamy pewne zasady życia, to przy takim widzeniu zupełnie nie rozumiemy pełnego sensu zmartwychwstania. Takie myślenie wypływa z lęku. „Przyszłe życie” widzi na kształt życia obecnego, czyli ostatecznie życia w „cieniu śmierci” i sterowanego przez lęk, tyle, że nieco inny. To przyszłe życie będzie co najwyżej bardziej przyjemne czy komfortowe. Lękowość takiego myślenia widać wyraźnie, gdy się wyłącza innych z grona zbawionych: zbawieni są tylko ci, którzy należą do nas lub są nam podobni w życiu i postępowaniu. Chrystus natomiast ogłasza Ewangelię, radosne orędzie o zbawieniu dla każdego, kto zechce usłyszeć i nawrócić się, czyli zmienić myślenie. Każdy jednocześnie otrzymuje swoje niepowtarzalne powołanie, zachowując niepowtarzalną oryginalność swojej osobowości. Kiedyś na początku wezwanie Chrystusa trafiło do prześladowcy Kościoła i uczyniło go najgorliwszym apostołem (1 Kor 15,9n). Podobnie działo się w przypadku wielu innych osób w historii Kościoła.

Zmiana fundamentalnej perspektywy życiowej, wiara w nowe życie w Duchu, staje się nową zasadą życia i myślenia. Jest to życie w pełni wolności i radości:

Teraz jednak dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie, nie ma już potępienia. Albowiem prawo Ducha, który daje życie w Chrystusie Jezusie, wyzwoliło cię spod prawa grzechu i śmierci. Co bowiem było niemożliwe dla Prawa, ponieważ ciało czyniło je bezsilnym, tego dokonał Bóg. On to zesłał Syna swego w ciele podobnym do ciała grzesznego i dla usunięcia grzechu wydał w tym ciele wyrok potępiający grzech, aby to, co nakazuje Prawo, wypełniło się w nas, o ile postępujemy nie według ciała, ale według Ducha. Ci bowiem, którzy żyją według ciała, dążą do tego, czego chce Duch. Dążność bowiem ciała prowadzi do śmierci, dążność zaś Ducha — do życia i pokoju (Rz 8,1–6).

Zmartwychwstanie w życiu chrześcijanina
Włodzimierz Zatorski OSB

(ur. 27 czerwca 1953 r. w Czechowicach Dziedzicach – zm. 28 grudnia 2020 r.) – polski benedyktyn, absolwent fizyki na UJ i teologii na PAT w Krakowie, w 1991 roku założył wydawnictwo TYNIEC, przeor klasztoru w Tyńcu (2005-2009), publicysta, autor książek o tematyce religijne...