Diego, Che i Evita

Diego, Che i Evita

Kiedy Diego Maradona w ciężkim stanie trafił do szpitala, pod jego oknami kłębiły się tłumy wielbicieli. Przynieśli flagi, na których widniały napisy: „Bóg istnieje, tylko teraz odpoczywa”, „Cisza, Bóg śpi”, „Diego to gwiazda, która istnieje na ziemi, Bóg, który zstąpił z nieba”.

Ci, którzy zebrali się przed szpitalem, w większości nie byli nawet członkami powstałego trzy lata temu kościoła maradonianów, czyli wyznawców Diego Armando Maradony. Ta nowa religia, której świętą księgą jest autobiografia piłkarza zatytułowana „Jestem Diego”, doczekała się już ponad 20 tysięcy wiernych. Pod oknami chorego idola koczowali raczej przeciętni Argentyńczycy, dla których – jak wyraził się inny futbolista z tego kraju Pablo Aimar – „Maradona jest jakby bogiem”.

Sakralizacja czy nawet deifikacja bohaterów narodowych wydaje się zresztą cechą właściwą Argentyńczykom. Wystarczy przypomnieć żywy do dziś kult Evity Peron, uważanej przez wielu ludzi za świętą, choć za życia nie dała się poznać nigdy jako osoba szczególnie wierząca. Argentyńscy związkowcy wysłali nawet do papieża Piusa XII petycję z prośbą o wyniesienie Evity na ołtarze.

Innym „świętym” z Argentyny, którego kult rozpowszechnił się na cały świat i którego ikona stała się bardziej popularna niż wizerunki św. Antoniego czy św. Franciszka, był Che Guevara. Nie wiem, czy któryś z setek tysięcy młodych ludzi noszących koszulki z podobizną Che zdaje sobie sprawę, że ich idol zakładał obozy koncentracyjne na Kubie. Albo że był autorem następujących słów: „Musimy przede wszystkim podsycać naszą nienawiść aż do paroksyzmu. Nienawiść jako składnik walki, nieprzejednana nienawiść do wroga, która może wyzwolić istotę ludzką z jej naturalnych ograniczeń i zmienić ją w zimną, gwałtowną, wybiórczą i efektywnie zabijającą maszynę”.

Ktoś może powiedzieć, że sakralizacja Evity czy deifikacja Diego są jedynie naturalnym skutkiem wielkości owych postaci. Byli jednak w innych krajach politycy więksi od żony Perona czy piłkarze lepsi od Maradony, który nie dostąpili zaszczytu „wyniesienia na ołtarze”. Wiele wyjaśnia zresztą napis na jednym z transparentów, który pojawił się przed szpitalem, w którym leżał Maradona: „Pele jest królem, ale Diego jest Bogiem”.

Pierwszym warunkiem do wszczęcia procesu beatyfikacyjnego jest stwierdzenie, że kandydat zmarł w opinii świętości. Otóż kluczowa tutaj wydaje się owa „opinia”. W Argentynie opinia publiczna łatwiej niż w innych państwach, chociażby w sąsiedniej Brazylii, wpada w sakralny wręcz stan uwielbienia czy też ubóstwienia swych bohaterów.

Nie mogłem zrozumieć argentyńskiej specyfiki, dopóki nie natknąłem się na wspomnienie z wizyty w tym kraju arcybiskupa Józefa Życińskiego. Podczas jednego z forów młodzieżowych w Lublinie hierarcha powiedział: „Wiecie, gdzie miałem najsmutniejsze spotkanie z młodzieżą? W Argentynie. Pełna temperamentu młodzież, która bardzo kocha muzykę. O Argentyńczykach ktoś złośliwie powiedział, że nawet pracują przy akompaniamencie samby, z tym że sambę kochają znacznie bardziej niż pracę. Na spotkanie ze mną przyszła młodzież niechodząca do kościoła. Chciała mi zademonstrować coś ze swojej kultury, więc zatańczyła tango. I nigdy nie widziałem tak smutnego tanga, była to jakaś metafizyka rozpaczy. Ci młodzi ludzie mówili mi potem, że żyją w ciągłym zagrożeniu pustką. Szukają ideałów osobowościowych – Argentyna po czterystu latach chrześcijaństwa nie ma ani jednego świętego”.

Uderzyło mnie zwłaszcza ostatnie zdanie. Coś jest na rzeczy w powiedzeniu Chestertona, że to nieprawda, iż człowiek niewierzący w Boga nie wierzy w nic – on wierzy we wszystko.

Diego, Che i Evita
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów.W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...