Sejf

1

Przed chwilą pochował przyjaciela. Po czterech miesiącach walki, fal nadziei i zwątpienia komisja lekarska stwierdziła obumarcie pnia mózgu Romana Koleckiego. Gdy po miesiącu pobytu w szpitalu Roman się przebudził, wydawało się, że od tej pory musi być coraz lepiej. Obrzęk mózgu jednak nie ustępował. Roman parę tygodni patrzył przed siebie. Nikt jednak nie uzyskał pewności, czy kogokolwiek rozpoznał i czy wiedział, w jakiej rzeczywistości się znajduje.

Wacław odczytał, kiedy odbędą się msze za zmarłego i podziękował przybyłym za obecność. Przytulił raz jeszcze Dankę i dzieci. Poinformował brata Romana, który go przywiózł na pogrzeb, że wróci sam — ma jeszcze coś do załatwienia w pobliżu. Wyciągnął z samochodu torbę. Zdjął ornat, złożył go w kostkę na masce i schował do środka. Pożegnał się. Szedł zielonymi korytarzami z tui, cyprysów i jałowców. Po kilku minutach przystanął nad grobem jakiegoś aniołka. Spojrzał na uśmiechniętą twarzyczkę „Tomka, który uleciał do Boga w wieku dwóch lat, by przygotować miejsce dla rodziców”. Zacisnął z całej siły dłoń na rosnącym przy grobie świerczku. Z oczu płynęły łzy. Płakał nad swoją niemocą, nad wysłuchaną inaczej modlitwą. Pan Jezus przed wskrzeszeniem Łazarza też płakał. Mieszał swoje święte łzy ze łzami ziemi. Na dowód tego, że nie stoi z boku. A dlaczego płakał Wacław? Nad kapłaństwem, które nie ma mocy wskrzeszania?

Nagle poczuł delikatny dotyk na ramieniu. Otarł łzy i pociągnął nosem. Odwrócił się. Patrzył na niego szpakowaty mężczyzna w przydymionych okularach, z wąsem. Miał wrażenie, że skądś go zna.

— Norbert? — spytał po chwili namysłu.

Mężczyzna kiwnął głową.

— Co tu robisz?
— Byłem na tym samym pogrzebie, co ty.
— Znałeś Koleckiego? Jakie to dziwne, że się nigdy nie zgadaliśmy na twój temat.
— Poznałem go w szczególnych okolicznościach. In periculo mortis. Byłem na miejscu jego wypadku. Jako policjant. Nie było tam wówczas lepszego księdza, więc udzieliłem mu rozgrzeszenia — Norbert zapatrzył się w lastrykowy nagrobek Tomka, jakby stali nad mogiłą kogoś bliskiego. Uśmiech dziecka z sepiowej fotografii ogrzewał niczym płomyk świeczki. — Chyba to było jedno z moich najważniejszych przeżyć kapłańskich — Norbert przez chwilę się zamyślił. — Potem zainteresowałem się jego losem. Najpierw podpytywałem kolegów prowadzących śledztwo o stan jego zdrowia, a kiedy dowiedziałem się, że nie ma nadziei, zacząłem codziennie czytać nekrologi. Dziwne, co? Wygłodniały kapłan.

Wacław pokiwał ze zrozumieniem głową. Przypomniał sobie pewnego ekskapłana, który służył mu kiedyś do mszy jako ministrant. Nie może zapomnieć, z jakim przejęciem podawał wodę i wino.

— Myślałem, że wyjechałeś z miasta…
— Po rzuceniu sutanny… Hmm. W pewnej chwili myślałem, że nie będzie innego wyjścia, bo tu ziemia nagle się wokół mnie wypaliła. Ludzie odsuwali się ode mnie jak od zapowietrzonego. Zmieniłem nazwisko. Nie ma już Norberta Goloba, jest Pospieszny… ale zachowaj to dla siebie. Zapuściłem wąsy, założyłem okulary. Zresztą wzrok się posypał… Nie mogę zmienić jedynie tego, że jestem księdzem.
— Dlaczego akurat policja?

Norbert dość szczegółowo zrelacjonował, jak szukając pracy, zauważył, że wszelkie szanse na jej znalezienie topnieją, gdy pracodawcy dowiadują się o jego kapłańskiej przeszłości. Zupełnie, jakby usłyszeli, że był karany za pospolite przestępstwa.

— Dzięki temu pozostałem wierny mundurowi — uśmiechnął się na zakończenie opowieści. — Przez rok byłem na utrzymaniu żony.

Norbert zaczął nerwowo gładzić wąsy, jakby za chwilę miał je odkleić i przemienić się znowu w tego Norberta, którego pamiętał Wacław.

— Masz chwilę czasu?
— Tak. Jestem wolny. Buduję kościół…
— Jesteś jednym z niewielu księży, którzy nie uciekli na mój widok.

Groser spojrzał z niedowierzaniem. Norbert pokiwał głową. — Może się przejdziemy? — spojrzał w kierunku przycmentarnego lasku.

— Chętnie.
— Pewnie się zastanawiasz, czy jestem szczęśliwy? — spytał Norbert, gdy po paru minutach usiedli na pniakach sosny. Słońce paliło, jakby już był maj, a nie koniec lutego.

Groser uśmiechnął się do Norberta.

— Nie, ale ja jestem szczęśliwy, że cię spotkałem. Stęskniłem się za tobą. Niedawno z Cybulą zastanawialiśmy się, co się z tobą dzieje. To już chyba ze cztery lata, jak się nie widzieliśmy.

Gdyby te słowa powiedział ktoś inny, przyjąłby je jako kurtuazję. Ale Wacek… Norbert odwrócił się i zdusił kluchę w gardle… Udał, że podnosi szyszkę.

— Ostatnio spotkałem kolegę z liceum. Opowiedział mi o reakcji mojej polonistki na wieść, że odszedłem. „Nie dziwię się, że porzucił kapłaństwo. On już w liceum miał taką spuszczoną głowę… Musi być bardzo nieszczęśliwy, skoro zdradził tak haniebnie Chrystusa. I to dla wartości o wiele niższych…”.
— Ludzie są w stanie wszystko powiedzieć. Te same usta, które wielbią Boga, ranią człowieka. Nic nowego pod słońcem. Przejmujesz się tym?
— Bo ja wiem? To wszystko faluje we mnie. Nieraz po mnie to spływa, a nieraz potem strasznie się boję… Nie chcę dorabiać filozofii do tego, co się stało… Nie wiem, czy jestem szczęśliwy. Ale wątpię, czy byłbym szczęśliwy, gdybym postąpił inaczej. Stary Pawluśkiewicz miał rację: księdza należałoby wyświęcić, a potem jak najszybciej powiesić, bo inaczej nie da rady. Uważałem, że to jest uczciwe, że odpowiadam za poczęte życie. Nie wystarczy, że ktoś będzie płacił alimenty… Chociaż wiesz, jeszcze jako ksiądz często myślałem, że ten świat można naprawić tylko metodami policyjnymi. A przecież przez głowę mi wtedy nie przeszło, że będę policjantem…
— A teraz… Udaje ci się lepiej naprawiać ten świat?
— Nie jest łatwo, trzeba by wyhodować specjalną odmianę uduchowionego policjanta, ale takich nie ma. Zresztą to bez sensu…

Norbert urwał. Stanęła mu przed oczami scena z jednego jego pierwszych patroli. W furgonetce zdjęli kajdanki złodziejowi, który rozpłakał się jak dziecko. Po chwili kierowca został pocięty żyletką… Od tej pory postanowił być twardzielem.

— Wiesz, jakiej potrzeba piekielnej siły, żeby wytrwać w tym zawodzie. Patrzysz codziennie na zło. Albo cię to zdemoralizuje, albo skorumpuje, albo totalnie rozwali psychicznie. Chyba że będziesz bardzo blisko Boga, co się raczej nie zdarza. Zamiast modlitwy leją się hektolitry wódy. Wczoraj interweniowaliśmy u kobiety, którą mąż pobił do utraty przytomności, a potem gwałcił swoją sześcioletnią córeczkę. Codziennie widzę stwory, nie ludzi… Nie wiem, czy do nich strzelać, czy ich rozgrzeszać.
— Myślałem, że pracujesz w drogówce…
— Nie, wtedy znalazłem się przy wypadku Koleckiego, bo byliśmy najbliższym patrolem. Ja jestem w prewencji. Sekcja krawężników. Wymiatam codziennie te najgorsze śmieci z ulic, jeżdżę do domów na interwencje. Ostatnio szef stwierdził, że chętnie by mnie widział w dochodzeniówce. Podobno jestem za inteligentny do tego, co robię…

Zamilkli na chwilę. Słuchali śpiewu ptaków.

— Słuchaj, znasz jakichś ludzi, którzy zajmują się sektami? Mam pewną delikatną sprawę. Moja znajoma… dziewczyna z duszpasterstwa, przepadła bez wieści… Mógłbyś mnie skontaktować z kimś, kto się zajmuje takimi sprawami?
— Myślę, że tak. Zadzwoń do mnie jutro. Po południu. W tym tygodniu mam same nocki… Wpadłbyś do nas kiedyś? Zobaczysz moje dzieciaszki…
— Pewnie. Daj mi swoje namiary.
— Nie mam wizytówki.

Wacław zanurzył dłoń w torbie w poszukiwaniu długopisu.

— No dyktuj…

* * *

Norbert odwiózł Wacława swoim polonezem.

— Niech na razie to spotkanie pozostanie między nami… — poprosił, gdy się rozstawali. — Chyba że Cybuli… Tylko wam ufam.

2

Wszedłszy do kuchni — tu teraz spożywali obiady, jadalnia była w rozbiórce — Paweł ujrzał nad deską do prasowania zapłakaną gosposię.

— Co się dzieje, pani Heleno?
— Nic, tak mi się zebrało — potrząsnęła głową. — Co ksiądz zrobił z tą sutanną? Pomarszczona jak krepa. Pewnie do kolan będzie sięgać. Nadaje się tylko do wyrzucenia.
— A, zalałem gorącą wodą. Rozum mi wczoraj odebrało.
— I po co, czy kiedyś nie uprałam?
— Śmierdziała, pani Helenko, cała była… szkoda gadać… Nieważne, proszę lepiej powiedzieć, dlaczego pani płacze.
— Eee, bo jak widzę, co tu proboszcz wyprawia, to mi się serce kraje. Po co to wszystko? Proboszcz Bronisław przecież nie dalej jak pięć lat temu wszystko tu odnowił, a tu znowu ruina i pieniądz wyrzucony w błoto. Jakby ducha poprzednika chciał wygnać. Zapytałam się go, po co to, a on nic nie odpowiedział, tylko tak na mnie spojrzał, jakbym była jakimś śmieciem. Boże! — pani Helena zaczęła łkać. — Proboszcz Bronisław to zawsze miał dla mnie uśmiech i dobre słowo. Czasami był smutny, i owszem, ale nigdy zły. A proboszcz Krystian… Po co on mnie prosił, żebym została?

Paweł wzruszył tylko ramionami.

— No niech ksiądz powie, co ja takiego zrobiłam — dopytywała gosposia.

Spojrzał na nią i nic nie powiedział. „Kobieto, zostaw ten bajzel. Po co ci patrzeć na ten Babilon. Lepiej zachowaj dobre wspomnienia” — pomyślał.

* * *

Wargin miał szczęście. Wszedł do jadalni, akurat gdy młot robotnika natrafił na jakiś metal w usuwanej ścianie pomiędzy pokojami.

— Ożesz! A to co? Cegły z żelaza?

Na te słowa majster z Krystianem przystąpili do znaleziska. Szef wziął młot w swoje ręce. Uderzył delikatnie obok miejsca, gdzie pojawił się kawał blachy. Tynk odpadł niczym pęknięta szyba. Majster gwizdnął przeciągle.

— Cie choroba, to mi wygląda na jakiś sejf.

Warginowi na czoło wystąpiły krople potu. Podekscytowany, miał już chwycić za trzonek młotka, ale uprzytomnił sobie, że prawie cała jego prawa dłoń pokryta jest gipsem. Efekt nieszczęśliwie okazanej wczoraj radości na wiadomość o przyjeździe do Męczenników prezydentowej. Skrzyżował zatem spojrzenia z robotnikami, po czym odciągnął majstra na bok.

— Panie Skotarczak, prosiłbym, aby na dziś skończyć już prace. Rozumie pan, że nie możemy przystąpić do otwierania przy ludziach. Tam mogą być jakieś kościelne tajemnice. Czy możemy zostać sami…

Majster przytaknął ze zrozumieniem.

— To proszę to jakoś załatwić.

Skotarczak kiwnął na swoich pracowników i wyszli do pokoiku, w którym trzymali swoje rzeczy.

— To co, ja odwiozę ludzi i będę za jakieś pół godziny.
— Panie Skotarczak, a ma pan odpowiednie klucze?
— Eee, tu już tylko acetylen.
— Świetnie. Umówmy się tak, ja tu pozałatwiam sprawy parafialne, a pan przyjedzie z tym acetylenem na szóstą. Co?
— Może być…

Został sam w jadalni. Przyjrzał się metalowej skrzynce. Wymiary: jakieś 50 na 40 centymetrów. Z każdego rogu odchodziły dospawane wąsy z płaskownika. „Co tam może być? Oby tylko ktoś tam nie schował gotówki, bo waluta z epoki Bieruta czy Gomułki — tylko do pieca… Boże, daj jakieś precjoza…”. Zaczął kalkulować, z których lat może pochodzić sejf. „Może przed Niemcami coś tam ukryli?”.

Musi zadziałać. Zapomniał, że o szóstej ma mszę. Wszedł do kuchni i zastał przy stole gosposię z Pawłem.

— O, jakieś tajne posiedzenie — zażartował, uśmiechając się serdecznie. — Pani Helenka dziś jakaś smutna. Coś się stało?… — nie czekając na ewentualną odpowiedź, zwrócił się do wikarego. — Pawełku drogi, mam do ciebie wielką prośbę. Wziąłbyś za mnie dziś osiemnastkę? Kompletnie zapomniałem, że umówiłem się z fachowcem… Przepraszam, jutro ja za ciebie…
— A mam inne wyjście?

Krystian uśmiechnął się jak do wypróbowanego przyjaciela.

— Pani Helenko, a pani do domu. Trzeba odpocząć — proboszcz zwrócił się do niej głosem srogiego, lecz dobrotliwego opiekuna. — Wygląda dziś pani na zmęczoną. Ten remont to nie na pani zdrowie. Może by pani na jakiś czas pojechała do syna. W końcu przez parę dni nie pomrzemy z głodu…

* * *

Skotarczak przystawił palnik pięć centymetrów od zamka.

— No, w imię Boże, miejmy nadzieję, że nie ma tam materiałów wybuchowych.

Buchnął krwisto–seledynowy płomień. Rozległ się huk, jakby ktoś otworzył drzwi pędzącego pociągu. Odczekał, aż zniknął dymek.

— Aaa zwykła blacha, piątka — przyłożył powtórnie maskę i objechał cały otwór wokół. Odłożył sprzęt. — No to… sezamie, otwórz się… — zwrócił się do proboszcza, wywracając radośnie oczami.

Na te słowa Wargin wyciągnął lewą rękę, w której trzymał przygotowane sto złotych, i podał je Skotarczakowi.

— No to dziękuję. To jest ekstra…

Majster był wyraźnie zawiedziony, ale nie powiedział ani słowa. „No tak, murzyn zrobił swoje…”.

3

Paweł powiesił ornat. Został sam w zakrystii. Piotrek, który służył mu do mszy, wybiegł, bo o 19 miał trening koszykówki. Zamknął szafę i uderzył się kilka razy otwartą dłonią w czoło, pragnąc zadać sobie nieco orzeźwiającego bólu. Chciał wybić dręczące go myśli. Zrobił dwa głębokie wdechy i z postanowieniem, że czas skończyć się litować nad sobą, ruszył ku drzwiom. Nagle serce podskoczyło mu do gardła. Przed nim stała Dolorosa. Nie znał jej osobiście, ale kilka razy widział ją u franciszkanek. Twarz była mu znajoma. Automatycznie zaczął się tłumaczyć:

— Oj, potworny ból głowy. Chyba jakieś fatalne ciśnienie. Hee, trochę się zamyśliłem — zaczął dla uwiarygodnienia swego zachowania masować czoło.
— No nie wiem, pogoda bardzo piękna… — odparła siostra.
— A to widocznie już wiek. Ale słucham, w czym mogę pomóc?
— Może mnie ksiądz teraz wyspowiadać?
— Teraz? — zapytał.
— Tak, muszę…

Zrobił gest zapraszający do konfesjonału.

— Nie, wolę tutaj — potrząsnęła głową.

* * *

Usiedli przy stole. Paweł położył między nimi Biblię. Oparł się łokciem o stół, przykładając dłoń do czoła. Zamknął oczy.

— Ostatni raz u spowiedzi byłam tydzień temu. Rozgrzeszenie otrzymałam, pokutę wypełniłam. Gardzę następującymi grzechami…

Zamilkła. Po jakiejś minucie Paweł delikatnie chrząknął.

— Nienawidzę pewnej osoby i nie chcę przestać…
— Dlaczego?
— Nie potrafię już żyć, wszystko się zawaliło… — słyszał równomierny oddech siostry. Mówiła z rezygnacją i spokojem. W jej głosie nie było rozpaczy, którą sugerowały wypowiedziane słowa. Czuł głęboki namysł, jakby penitentka jednocześnie przypatrywała się swoim słowom. Znowu zamilkła.
— Śmiało — zachęcił Paweł.
— Wczoraj dowiedziałam się, że jestem prostytutką, gwiazdą, że nie prowadzę życia zakonnego, że jedyne, co potrafię, to kokietować. Wygarnęła mi to przełożona, a skoro ona to mówi, to wiem, że już wszystkie siostry też o tym mówią… Nie wiem, jak dalej z tym żyć, jak patrzeć na wspólnotę. Jak żyć z przełożoną, jak iść do dzieci, ludzi, po prostu jak dalej pracować. Widzę tylko mrok…
— Czy podała ci konkretne zarzuty? — spytał Paweł po dłuższej chwili. — Wiesz, o co jej chodzi?
— Tak.
— Proszę cię, zastanów się i odpowiedz mi, ale szczerze, ile jest według ciebie tak na oko prawdy w tym, co usłyszałaś od przełożonej.

Spojrzała kątem oka na Pawła. Miał zamknięte oczy. Po ruchu warg zrozumiała, że się modli.

— Myślę, że w jakichś 40 procentach przełożona ma rację. To takie trudne, wydawało mi się, że wkładam serce w to, co robię. Staram się nie partaczyć… Zależy mi na tym, na opinii. Nie potrafię rozdzielić w sobie czynienia dobrze i chęci podobania się. Szukam akceptacji, ale to nie jest moją intencją. Na przykład naprawdę chcę rozmodlić dzieci, rozśpiewać je. Nagrałam z nimi nawet płytę. Usłyszałam, że chcę zostać gwiazdeczką i że pomyliłam klasztor z estradą… Wiem, że ją drażnię. Działam na nią alergicznie. Myślę, że byłoby lepiej, gdybym usunęła się jej z oczu. Rozmyło mi się życie, chyba nawet wiem, co jest powodem… W moim życiu jest ktoś… moje myśli wciąż biegną do niego. Fascynuje mnie, wiele bym dała, aby być blisko niego, słyszeć, co mówi, poić się brzmieniem jego głosu, uczyć się jego mądrości, być świadkiem jego chwil, tego, czym żyje, czym się martwi i czym się raduje. Nieustannie o nim myślę, jestem w nim… myślę, że jestem w nim zakochana. Tak.
— Czy on o tym wie?
— Nie, nawet się nie domyśla.
— Kim on jest?

Dolorosa czuła, jak pulsuje jej krew w głowie. Nie chciała i nie mogła powiedzieć nic, co naprowadziłoby spowiednika na Grosera.

— Ksiądz…
— Czy między wami doszło do czegoś, co jest grzechem? Co narusza twoje śluby?
— Nie…
— Dobrze. Masz coś jeszcze do powiedzenia?
— To chyba wszystko. Dodam jeszcze, że czuję taką duchową bezmoc i niechęć do tego, co będzie, jak skończy się ta spowiedź, to chyba też jest nie tak…

Czekał, ale Dolorosa już nic nie dodała.

— Widzisz, a więc może przełożona miała jakieś podstawy… Myślę, że nie powinnaś się obawiać, że zacznie to rozgłaszać. Znam ją i wiem, dlaczego tak z tobą postąpiła. Myślę, że im bardziej była ostra względem ciebie, tym większym taktem wykaże się na zewnątrz.
— Wątpię…
— Ufaj. Sam słyszałem, jak wiele razy stawała w obronie sióstr. Wiem, że to było dla ciebie bolesne, ale kto wie, może dzięki temu bardziej wsłuchasz się w siebie. Myślę, że i ty, i przełożona widzicie wszystko wyolbrzymione, a rzeczywistość nie jest tak ogromna — wyolbrzymienie to metoda diabła… Poza tym wiedz, że jest wielkim darem, jeśli człowiek potrafi przyjąć cząstkę prawdy o sobie od kogoś, kto nie darzy sympatią. Może byś potraktowała to, co cię tak upokorzyło, jako dar i nawet za niego podziękowała. Przyjmij to jako możliwość pokuty. Człowiek jest wtedy najpiękniejszy, gdy przekracza siebie… To zakochanie, o którym mówiłaś, powinno cię jeszcze bardziej otworzyć, przerodzić się w tę miłość, która jest w tobie, we mnie, w każdym człowieku. Miłość to Bóg. Jeśli zapanujesz nad swoim uczuciem, może cię to wzbogacić i przybliżyć do Boga, ale jeśli poddasz się żądzom, one cię zniszczą… Pamiętaj, że ty i ta osoba już wybraliście i nie wolno tego wyroku zmieniać. Wiedz, że od uczuć jest krótka droga do czynów.

Czuł, że brnie, że mówi słowa, które jemu samemu na niewiele pewnie by się zdały. Zaczął ją zapewniać, że wszystko będzie dobrze, że to całe zamieszanie to chwilowa burza i zaraz przejdzie. Wszyscy mamy słońca i burze, ale tego słońca jest więcej. W mroku czujemy się źle, to normalne. Ale w mroku lepiej widać gwiazdy… Nie wiedział już, czy umacnia siebie, czy Dolorosę.

— Bóg Ojciec, który pojednał świat ze sobą….
— Boże, bądź miłościw grzesznej duszy mojej — w głosie Dolorosy nie wyczuł spokoju. Spojrzał na nią. Wydała mu się bardziej skurczona w sobie niż przed chwilą, gdy prosiła o spowiedź. Po zadaniu jej pokuty i udzieleniu rozgrzeszenia, pomógł jej wstać z klęczek.
— A może tak, siostro, na spacer byśmy się przeszli? Siostry dusza lek dostała, ale ciało trzeba dotlenić. To bardzo ważne na progu wiosny. Może byśmy się razem dziś wybrali nad Drawkę. Ma w sobie wiele jodu, prawie jak nad morzem, to dlatego jest tam sanatorium dla chorych na płuca. Może byśmy się nawdychali trochę jodu… Dobrze nam to zrobi.

Dolorosa była równie zaskoczona, co zadowolona z tej propozycji. Chciała uciec dziś z klasztoru, ale nie być sama.

— Chętnie, ale nie wiem, czy przełożona mi pozwoli… Muszę iść na kolację… Poproszę.
— Siostro, czekam do ósmej. Zobaczy siostra, że przełożona jest bardzo wyrozumiała. Powodzenia.

* * *

Przeżegnała się i zapukała do drzwi przełożonej.

— Usiądź — zachęciła delikatnie siostra Weronika, gdy Dolorosa spojrzała na nią z wysokości.
— Mam prośbę. Chciałabym dziś wyjść i wrócić później.
— W jakim celu, moja droga?
— Muszę się z kimś spotkać.
— To dość ogólne. Powinnam wiedzieć, gdzie, z kim i po co idziesz.
— Z przyjacielem…

Weronika ściągnęła usta i spojrzała przenikliwie. Dolorosa nie wytrzymała. Potraktowała tę chwilę ciszy i wzrok przełożonej jako zapowiedź odmowy.

— Jestem rozbita i chcę porozmawiać o swoich problemach… — ruszyła do ataku.
— Dziecko kochane, chyba od tego jest wspólnota?…
— Czasami trzeba się od niej oddalić, żeby ją lepiej zobaczyć.
— To proszę iść do kaplicy i powierzyć wszystko Panu Jezusowi.
— Już to zrobiłam… Moje serce mi mówi, że mogę spotkać się z przyjacielem.
— W twoim czy nie w twoim typie? — ukąsiła Weronika. Ta aluzja do wczorajszej rozmowy przekreśliła wszelkie szanse porozumienia. Topór został wykopany.

Dolorosa spojrzała na przełożoną z wyższością. „Dowiodłaś, że jesteś prymitywna, pamiętliwa i — niech spowiednik mówi sobie, co chce — plotkara”.

— Proszę mnie nie pytać… Moje życie osobiste jest sprawą moją i Pana Boga. I tego, kogo zechcę do niego dopuścić.
— Jako przełożona nie udzielam zgody na twoje wyjście.
— W takim razie wychodzę bez pozwolenia.

Weronika podeszła do Dolorosy, próbując ją chwycić za rękę… Poczuła gwałtowne odepchnięcie. Nim zdołała zareagować, dotarły do niej słowa:

— I proszę mnie nie szukać… wrócę, gdy poukładam swoje wnętrze.

4

Wargin siedział przy biurku w gabinecie i od kilku minut wpatrywał się w trzymany w dłoni szary obrazek Jezusa miłosiernego. Obok na blacie leżał pożółkły maszynopis. Wypisy z dzienniczka siostry Faustyny Kowalskiej. „Nie znajdzie ludzkość uspokojenia, póki nie zwróci się z ufnością do miłosierdzia Mojego”. To zakreślone zdanie rzuciło się Krystianowi od razu w oczy. Szary obrazek z czasów wojny albo z lat krótko po wojnie i wypisy z siostry Faustyny. Skarb, który proboszcz ukrył zapewne wówczas, gdy zakazali kultu miłosierdzia. W jakich to było latach? Nieważne. Nie wpłynie to na zawartość rozprutego sejfu. „Moje prywatne objawienie. Co za dureń ze mnie! Na domiar złego jeszcze Skotarczak rozniesie po parafii, że zagarnąłem jakieś skarby”. W pierwszej chwili ogarnęła go wściekłość. Potem próbował całą sprawę zbagatelizować, ale nawet istocie tak cynicznej niełatwo było przejść do porządku nad tym szarym obrazkiem. Głupia historia, ale coś w niej jest… Poczuł pewien niepokój. Jak się z nim oswoić?

Nagle usłyszał wyjeżdżający z garażu samochód Pawła. Podszedł do okna i ujrzał wsiadającą do golfa Dolorosę. „Oho, Pawełek wyjeżdża na tańce”. Spojrzał odruchowo na zegarek. Widok za oknem był maleńkim cukierkiem w tym fatalnym dniu. Wsadził obrazek Pana Jezusa do pudełka, w którym chował najcenniejsze listy. Było zrobione ze starej książki oprawnej w czerwoną skórę, stylowo pożartej przez korniki, zatytułowanej: Tajemnica pielęgnowania ciała dla utrzymania zdrowia, młodości i piękności.

„Ręka w gipsie i szary obrazek Jezusa miłosiernego”. Co to wszystko znaczy? Wargin spojrzał odruchowo na swój portret. Uśmiechnięte oblicze, na które tak lubił patrzeć, tym razem podziałało na niego drażniąco. Zdjął obraz i postawił na podłodze, odwracając go do ściany.

5

Dojechali na miejsce około wpół do dziewiątej. Jezioro Drawka po jednej stronie było zagospodarowane. Znajdowały się tam nieczynne o tej porze ośrodki wczasowe i sanatoria. Asfaltowa ścieżka, która wzdłuż nich biegła, była jednak delikatnie oświetlona. Znakomite miejsce, wygodne i bezludne. Samochód zaparkowali pod stłuczoną latarnią. Była pełnia księżyca, a niebo rozgwieżdżone.

— Sądzi ksiądz, że tu bezpiecznie?
— Myślę, że bezpieczniej niż w centrum miasta. Poza tym przyjechaliśmy po jod. Mam propozycję, żebyśmy mówili sobie po imieniu. Wiem, że jestem trochę inne pokolenie, ale… — uśmiechnął się.
— Z przyjemnością. Dolorosa jestem — podała wdzięcznie rękę i uśmiechnęła się czarująco. — Boże, jeszcze w życiu nie widziałam tak rozgwieżdżonego nieba, i tak jakby to wszystko się przybliżyło o miliony lat świetlnych. Znasz się na gwiazdozbiorach?
— Nie za bardzo, wiem tylko, że najjaśniejszą planetą jest Wenus…
— Pokaż…
— Chyba ta…
— A nie, to chyba Mars — zaprzeczyła Dolorosa.
— No widzisz, niebo gwiaździste nade mną i kaszanka maślanka we mnie. Powiedz mi lepiej coś o swoim kosmosie.
— Ale o czym…?
— Cokolwiek, o swoim domu.
— To raczej ponura rzeczywistość. Mój ojciec jest wojskowym, i to dość wysokiej rangi, mama kadrową w fabryce płytek ceramicznych. Rodzina oficjalnie, a właściwie nieoficjalnie katolicka. Mama uważa, że jest świetna, bo ma zawsze dobry makijaż. Martwi się, żeby w domu stały graty, które są na czasie, żeby było pełno babskich czasopism, a w barku zawsze coś ekstra dla gości. Najczęściej towarzyszek rozmów o modzie i o tym, co kto ma nowego i kto kogo zdradził. Tato jest piętnaście lat starszy od mamy, spełnia jej każdą zachciankę, ale między nimi nie ma uczucia. Po służbie woli tulić kogoś mniej stresującego, kto nie każe mu w czasie przytulania uważać na świeżo ułożoną fryzurę albo ma nieustanny ból głowy. I mam jeszcze siostrzyczkę Wiesię, z którą się bardzo kochamy. Rosłyśmy sobie razem, najedzone, ubrane i wiecznie głodne miłości, troski, ciepła. Sytuacja wykształciła w nas zdolność organizowania sobie czyjegoś zainteresowania i napychania się przypadkową czułością.

Paweł spojrzał na nią teatralnie zdumionym wzrokiem… Dolorosa się roześmiała.

— Nie, nie obawiaj się, że zostaniesz kolejną ofiarą…
— No proszę bardzo, pokarmem mogę zostać, ale nie przypadkowym.
— Tak było kiedyś. Ten przypadkowy pokarm nie dawał mi nigdy poczucia sytości, szczęścia i bezpieczeństwa. Aż pewnego dnia koleżanka zaciągnęła mnie na katechezę. Spotkałam księdza Michała. I jak lawina spadło na mnie pragnienie innego życia. Wkrótce Bóg zastąpił mi miłość matki, ojca, przyjaciela.
— A ksiądz Michał?
— To nie tak jak myślisz. Akurat tu nie było żadnego zadurzenia licealistki. Ksiądz Michał nie był księdzem, w którym by się podkochiwały dziewczyny. Można powiedzieć, że był nawet fizycznie ułomny, odpychający… Ale miał piękną duszę… On zarażał pragnieniem innej rzeczywistości.
— Dlaczego ciągle mówisz był?
— Bo nie żyje… — Paweł poczuł, że Dolorosa po raz pierwszy ma kłopot z wypowiedzeniem słowa.
— Powiedz, on był głosem twojego powołania?
— Chcesz wiedzieć, czy poszłam do zakonu z rozpaczy? Nie… Chociaż on wstrząsnął moim życiem. Matka, która cały czas dbała o swoją atrakcyjność, była dla mnie brzydotą duchową, Michał na odwrót… Zresztą na wszelkie sposoby nie chciała dopuścić, żebym poszła do zakonu. Najbardziej bała się wstydu, gdybym wróciła. Powiedziała mi, że coś tak byle jakiego jak ja nie może zostać zakonnicą, z takim charakterkiem. Próbowała mi wejść na ambicję, ale mnie jej zdanie zupełnie nie interesowało. Może ma rację. Nie mam w sobie cnoty posłuszeństwa. Nie mam oporów, żeby powiedzieć, co myślę. Michał po wypadku żył jeszcze parę dni. I zobowiązał całą paczkę, wszystkich, którzy żyli obok niego, aby po jego śmierci, byli radośniejsi, niż gdy był z nami… „Jestem szczęśliwy, że was spotkałem, teraz idę opowiedzieć Ojcu o swojej cudownej podróży. To tak, jakbyście mieli się komuś pochwalić zdjęciami z najcudowniejszej wyprawy… Powiedzcie wszystkim, że jestem szczęśliwy”.

I w nikim z nas nie było smutku, chociaż łzy się ludziom pokulały.

Do zakonu postanowiłam pójść po obejrzeniu filmu o matce Teresie. Popłakałam się. Zgłosiłam się do misjonarek miłości. Ale szybko spostrzegłam, że nie dam rady psychicznie. Nie byłam w stanie być z ubogimi, cały czas bym płakała. Skrajna niedola, bieda, przeraża mnie. Nie mam takiego charyzmatu. Szukałam czegoś dla siebie. Uwielbiałam pracę z dziećmi. Ale dowiedziałam się, że moje motywy nie są czyste, że szukam poklasku dla siebie… szukam bardziej akceptacji i uznania… Wiesz, ciągle mnie dopada myśl, czy ja mam w ogóle powołanie… Łatwo się fascynuję, chcę robić coś dobrego, ale to chyba za mało… Sądzisz, że wiele zakonnic ma kłopoty z powołaniem?

Paweł uśmiechnął się.

— Myślę, że nie tylko zakonnic. Wiesz, mamy z sobą wiele wspólnego… Podobne rany. Mówiłaś, że cię przerazili ubodzy. Mnie też coś przeraziło. Wiem, że albo przewalczę ten strach, albo już będę się bał do końca życia…

Zamilkł.

— Nie chcesz mi powiedzieć?
— Chcę… Ale, nie wiem — uśmiechnął się. — Nie wiem, czy zdołam to streścić w paru godzinach, a zdaje mi się, że pora robi się słuszna… A po drugie…
— A po drugie? Nie chcesz być nagi, bezbronny…
— To nie o to chodzi, mogę od razu ci powiedzieć, że właściwie mój problem jest bliźniaczy. Też jest w moim życiu ktoś i tak jak ty chciałbym uczestniczyć w każdej jego chwili. To nie jest miłość. Nie wiem, jak to nazwać… Jak chcesz, to ci opowiem, ale nie dziś.
— A więc co po drugie?…
— Czy mogłabyś się do mnie na chwilę przytulić.
— Ja?
— Nikogo innego tu nie ma… Nie bój się, nie jestem dla ciebie żadnym zagrożeniem. Po prostu potrzebuję się do kogoś przytulić.
— Mam robić za przypadkowy pokarm? Za figurkę kogoś innego?
— Dolorosa…
— To nie jest dobre, jak dwie zranione owieczki…

Paweł położył palce prawej dłoni na ustach Dolorosy, a lewą przyciągnął ją do siebie. Oparli głowy na swoich barkach i zamarli jak kamienny posąg. Zamknęli oczy.

Nagle Dolorosa gwałtownie spróbowała rozłączyć ręce Pawła, oplatające jej plecy.

— Jeszcze tylko chwilę.
— Paweł, ktoś stoi przy twoim samochodzie.

Oprzytomniał.

— No nie, policja.
— Spokojnie… Lepiej to niż złodzieje. Idź, bo jak nie, to oni przyjdą.

Pokiwał głową i ruszył w kierunku radiowozu, który stał na światłach postojowych.

Kiedy się zbliżył, z furgonetki wysiadł policjant.

— Dobry wieczór, dokumenciki samochodu poprosimy. To jest pana samochód…
— Tak, oczywiście.

Policjant podał dokumenty koledze w samochodzie.

— Ale o co chodzi, panowie? Gwiazd na niebie tutaj pilnujecie? — zażartował Paweł, chcąc dodać sobie animuszu. Czuł się jak smarkacz przyłapany na paleniu papierosów. Jedyna myśl, która pulsowała w głowie, to czy policjanci byli w stanie z tej odległości dostrzec, że jego towarzyszka jest zakonnicą.

Norbert Pospieszny siedzący w furgonetce miał właśnie zgłosić dokumenty do centrali. Kiedy jednak zobaczył nazwisko i usłyszał głos, odłożył słuchawkę. „Paweł Wolny, jako żyw. Niezłe spotkanko. Zakonnica, ksiądz, eksksiądz… Nietoperz nic z tego nie skuma”. Spojrzał kątem oka na stojącego przed maską volkswagena Pawła, żeby się upewnić, po czym oddał dokumenty koledze.

— Co jest do k…? — zapytał zaskoczony policjant.
— Nic. Wszystko OK. Znam gościa.
— Jesteś pewny?
— Bardziej niż ciebie, Nietoperz.
— I nie chcesz się przywitać?
— Broń Boże, jestem tu incognito…
— Co ty? Pojebało cię?

Norbert wyprodukował błagalną minę pod tytułem „Cicho”.

— Wsiadaj, wszystko ci wytłumaczę.

* * *

Światła radiowozu zniknęły. Paweł odetchnął i pokręcił głową. Wrócił do Dolorosy.

— Pojechali, ale lepiej się zabierajmy. Cholera wie, kto tu za chwilę zląduje…
— Nie przejmuj się. Przecież to była rutynowa kontrola samochodu. Całe szczęście, że jeszcze chce im się kontrolować.
— O cholera, zrobiło się po dziesiątej. Najwyższy czas, żebym cię odwiózł.
— Dobrze, ale na dworzec.
— Jak to?
— Nie wrócę do klasztoru, a już na pewno nie dziś.
— Nie wygłupiaj się, Dolorosa.
— Byłeś moim spowiednikiem, ale ty też nie masz nade mną władzy. Ja nie podporządkowuję się żadnej władzy, która nie jest dla mnie autorytetem. Tak było w domu i tak jest w zakonie.

Poczuł się w potrzasku. „Co robić?”. Czuł, że spowodował tę lawinę. To on nieopatrznie wyciągnął Dolorosę tego wieczoru. Skąd mógł podejrzewać, że jest tak zbuntowana, skoro mówiła, że musi spytać przełożonej? „Trzeba zyskać na czasie i uspokoić »zbuntowaną penitentkę«”. Zaczął myśleć, gdzie mógłby ją ulokować na tę noc. Męczennicy nie wchodzili w grę. „Hospicjum! O nie, jak wytłumaczę Judycie, że ląduję z jej współsiostrą przed północą i proszę o nocleg. Po tym jak wczoraj rozbabrałem przed nią swoją duszę…”.

— To co? Do hotelu chcesz jechać?
— Nie, do Ostródy. Mam klucze od mieszkania siostry. Jest puste, bo są z mężem za granicą.
— O Boże, ty to wszystko zaplanowałaś?

Nic nie odpowiedziała. Zobaczył determinację w jej oczach.

— Czy nie lepiej, gdy cię zawiozę tam samochodem? To chyba niecałe pięćdziesiąt kilometrów…

* * *

Dochodziła dwunasta. Siostra Weronika od godziny klęczała samotnie w kaplicy. Po jej policzkach płynęły łzy.

„Jutro, Panie, napiszę do matki i poproszę o zwolnienie. Jestem stara i zgorzkniała. Nie umiem już rozmawiać z młodymi. Może jestem wiedźmą. Ale błagam. Niech wróci. Niech usłyszy, że ta wiedźma ją kocha i martwi się o nią”.

Po paru minutach wyciągnęła komórkę. To wpatrywała się w nią, to wznosiła oczy do Pana Jezusa.

„Boże, oświeć mnie. Kieruj mną. Co robić, by jej nie stracić?”.

Myśli Weroniki krążyły wokół jednej osoby — jedynej nadziei i… zwątpienia.

Nadusiła prawy górny klawisz nokii, potem lewy. Na podświetlaczu ukazało się: GROSER.

— Boże — przeżegnała się i przycisnęła klawisz z ikonką zielonego telefonu.

Sejf
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...