Jezus – tak po prostu

Jezus – tak po prostu

Poznać Jezusa nie nadzwyczajnie uzdrawiającego i rozmnażającego, ale Jezusa codzienności, pochylonego troskliwie i ścierającego pot z twarzy chorego, drapiącego się po nosie, odpędzającego natrętną muchę, Jezusa nadzwyczajnego w zwyczajności.

Czy zastanawialiście się kiedyś, który fragment Ewangelii jest wam najbliższy? W którym odnajdujecie siebie?

Ja lubiłam zadawać sobie to pytanie, bo ten wybór zmieniał się na różnych etapach mojego życia. Był czas, kiedy lubiłam sobie wyobrażać siebie siedzącą u stóp Jezusa, zasłuchaną w Jego pełne miłości słowa, dostającą burę od siostry, bardziej zaradnej, pracowitej. Tu było moje miejsce, u stóp Jezusa… z głową już nie w chmurach — co słyszałam od dziecka — ale w Jego słowach, w Jego troskliwej czułości, w zapewnieniu, że nie jestem wcale taką niedojdą. W końcu wybrałam najlepszą cząstkę, nawet jeśli nie umiem tak wysprzątać mieszkania czy podać do stołu. Był to czas poznawania Jezusa, ale i samej siebie.

Podobno św. Wojciech lubił wyobrażać sobie, że jest małym chłopcem podającym Jezusowi ryby tuż przed rozmnożeniem — jak widać, miał zdecydowanie pokorniejszą wyobraźnię. Znałam kiedyś dziewczynę, która była jakby umarła, aż podczas modlitwy o uzdrowienie usłyszała w duszy słowa Talita kum. Wiem, że od tej pory postać małej, przywróconej do życia dziewczynki na zawsze pozostała jej bliska.

Tak to już jest z naszym Jezusem z Ewangelii. Wydaje się, że wszystko znamy na pamięć. Kolejne sceny uzdrowień, wielkich mów migają jak dobrze znane kadry filmu, jak fotografie i obrazy oglądane po wielokroć. Wydaje nam się, że nic nas nie zaskoczy, a Pan Bóg w niebie śmieje się ubawiony, bo gdy tylko zapatrzymy się na jakiś oczywisty obrazek, nagle ukazuje się jego głębia i Jezus, którego musimy znów poznawać od nowa. Wciąż świeży i zaskakujący.

Mnie też zaskoczył po raz kolejny Ten–mój–Jezus, który złudnie wydawał mi się poznany. Próbowałam ponownie znaleźć miejsce w Ewangelii bliskie mi na ten czas i raptem przyszła myśl, że chciałabym przeczytać to wszystko, czego w niej nie ma. Poznać Jezusa, nie obleganego przez tłumy, nie nadzwyczajnie uzdrawiającego i rozmnażającego, ale Jezusa codzienności, pochylonego troskliwie i ścierającego pot z twarzy chorego, drapiącego się po nosie, odpędzającego natrętną muchę, Jezusa nadzwyczajnego w zwyczajności, Jezusa „tak po prostu”… Iść obok Niego i chłonąć Jego Osobę, tę ucieleśnioną Miłość, której tak bardzo potrzebuje nasz chory świat…

I wtedy usłyszałam w duszy głos: „Pisz o tym”.

Piszę więc, Panie, próbuję, choć literki moje wychodzą proste i jednowymiarowe. Jak w nich pomieścić Ciebie tak wielowymiarowego? Gdzie Ciebie dzisiaj odnaleźć? Nie zniknąłeś przecież z tego świata. Nie po to przyjąłeś mękę i zmartwychwstałeś, aby stać się Wielkim Nieobecnym, o czym tak niedawno mówił Papież.

Wyruszam więc w świat na poszukiwanie Jezusa „tak po prostu”. Będę patrzyła w ludzkie twarze i może uda się mi odnaleźć zatroskanie mojego Pana. Będę patrzyła na ludzkie dłonie i na pewno znajdę tych, którzy błogosławią nimi całkiem jak mój Pan… A jeśli ktoś z was zobaczy gdzieś mojego Jezusa „tak po prostu”, to powiedzcie Mu, że ja wciąż czekam z ręką gotową pisać o Nim — tak po prostu i zwyczajnie.

1.

Przygotujcie drogę Panu,
prostujcie ścieżki dla Niego (…)
i wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boże (Łk 3,4–6).

Przystanek pierwszy w mojej wędrówce wypadł w domu pełnym dzieci. Poznaliśmy ich rodziców, zabieganych jak mrówki, dbających, aby pociechy miały szczęśliwe i dostatnie dzieciństwo. Przystanek ten miał miejsce w przeszłości i chociaż jest dzisiaj wspomnieniem — dla Boga czas to fraszka — dla mnie jest wciąż żywym obrazem mojego Jezusa, troskliwie pochylonego nad każdą biedą tego świata.

Dziwne to było spotkanie. My, wtedy rodzina zagubiona, uwikłana w życie bez Boga. Otoczona ciemnością, choć bardzo chcąca wyjść na wolność…

Były rozmowy z księdzem, modlitwy za nas, którzy na nieszczęście przez pewien czas zapomnieliśmy szukać swojego miejsca w Ewangelii, a zachciało nam się go szukać na manowcach. Wracaliśmy z nich poobijani duchowo, wystraszeni i bardzo słabi. Ksiądz, troskliwy kapłan, dał nam „parasol nad osłabłymi duchami”, i to właśnie byli oni. Przyjechali do nas, nie żałowali nam czasu, choć nigdy nie mieli go za wiele. Były rozmowy, były modlitwy… i Pokój… niewyobrażalny!

Poruszyło mnie to, co dostrzegłam w ich oczach. Nie była to ludzka ciekawość: „ale narozrabiali”, nie było to użalanie się: „biedactwa — duże to, a głupie…”, nie było też pouczeń: „a my to nigdy, a wy to zawsze…”. Była Miłość, była troska… była Ewangelia, bo ci zatroskani ludzie właśnie przynieśli nam Dobrą Nowinę, słowa równie oczywiste jak obrazy na ścianach — „Jezus was kocha!”. Pamiętam ogromny pokój, jaki wypełniał nasze serca po tym spotkaniu, i światło, które w nich pozostało na długo jeszcze.

Pewnie myślicie sobie: „I cóż z tego? Pogadali, pogadali i poszli”. I tu niespodzianka, pogadali, ale nie poszli. Otworzyli nad nami wspomniany parasol wiary i pozwolili nam pod nim dojrzewać. Ochraniali nas jak swoje własne dzieci, a kiedy w ogromnym kryzysie zwróciłam się do nich o pożyczkę, przyjechali, przywieźli cztery stuzłotowe banknoty — majątek prawdziwy — i podali nam, mówiąc: „Tylko nie traktujcie tego jak pożyczki, to były pieniądze dla Pana, a wy ich potrzebujecie”. Na moje ostre protesty, bo doprawdy w mojej rodzinie „Kochało się jak bracia, liczyło się jak Żydzi”, nasz Anioł Opiekuńczy roześmiał się wesoło i stwierdził: „Nie ma sprawy, jak was zaskoczy nagłe bogactwo, pomożecie innym”. Długo nie mogłam wyjść z szoku. No cóż, prawdziwie przybliżyło się królestwo Boże — ludzie pieniądze rozdają!

Myślę, że był to jeden z rozdziałów tej niespisanej Ewangelii, który przeczytałam w swoim życiu. Mój Jezus „tak po prostu” miał w niej twarz uśmiechniętej kobiety z długim, czarnym warkoczem oraz twarz młodego, zatroskanego mężczyzny. Miał wąsy i okulary, ale poznałam Go, bo tylko On umie pochylić się i pomóc, tak aby nie urazić, aby nie odebrać szacunku, i nie oczekiwać nic w zamian.

2.

Błogosławieni jesteście,
gdy ludzie wam urągają
i gdy z mego powodu mówią
kłamliwie wszystko złe na was (Mt 5,11).

Drugi przystanek w mej wędrówce sięga jeszcze głębiej w przeszłość. Widzę w moich wspomnieniach pewnego księdza, długiego straszliwie i wiecznie żartującego, który miał oczy, które widziały. Widziały troski młodych ludzi, ich problemy i powikłania niedojrzałych, buntowniczych serc. Byłam w tym czasie młodą i zagubioną dziewczyną, która przeżywała w domu piekło. Piekło ciągłych kłótni, awantur i alkoholu. Piekło samotności i braku kogoś, na kim można się oprzeć.

W piekle rodzą się piekielne pomysły. Ale oczy widziały. A młode, księżowskie serce, odważne i gotowe do poświęceń, pchało dryblasa w sutannie, aby pomóc tej, co śmieje się głośno w gromadzie, a płacze, kiedy wszyscy odchodzą. Zobaczył… i zatrzymał… i wydusił z niej opowieść o tym, czego się domyślał.

Nie liczył czasu… po spotkaniu oazowym poprosił ją na rozmowę. Rozsiadł się w progu i zapowiedział, że nie wypuści, póki się nie dowie. To, co usłyszał, przeraziło go na tyle, że nie zważając, że oczy tej małej miejscowości widzą wszystko, a szczególnie to, czego nie ma, zajął się dziewczyną.

Najpierw otoczył ją modlitwą, jak warownym murem. Załatwił pomoc kolegów księży, którzy podobnie jak on odprawiali za dziewczynę każdą wolną mszę, a nawet wpakował ją na zamknięte rekolekcje do Karmelu, żeby tylko to, co usłyszał, się nie stało, żeby dziewczyna dała sobie szansę i nie odebrała młodego życia. W tych dwóch metrach Księdza serce było potężne, ale to nie był człowiek naiwny. Wiedział, co wywoła takie pochylenie się nad młodą osobą o zdecydowanie sprzyjającej romansowi płci.

Został nazwany dziwkarzem. Ostre słowa, nieprawdaż? Posądzono go o sprośne rzeczy. Każdy wiedział, co on robił z tą, którą o drugiej w nocy odprowadzał z plebanii. No, bo co może innego robić młody mężczyzna z dziewczyną „już do rzeczy”.

Nikomu do głowy nie przyszło — bo i skąd — że ksiądz ten zatrzymał ją po oazowym spotkaniu tylko dlatego, że widział… widział to, na co nie zwróciły uwagi oczy wypatrujące upadku księdza.

Wtedy czytałam Ewangelię w nowym wydaniu.

Za tę dziewczynę też ktoś ofiarowywał życie. I to nie dwa tysiące lat temu, dawno… ale teraz właśnie.

Odebrano cześć księdzu, napiętnowano go, rozniesiono na językach… choć on tak po prostu uratował komuś życie. Tak po prostu, nie walcząc o swoje, zawalczył o cudze…

Mój Jezusie „po prostu”, wtedy Ty, ubrany w czarną sutannę, dałeś się opluwać, abym ja znalazła szacunek dla samej siebie. Poświęciłeś swoje dobre imię, abym ja mogła żyć, i to w wolności od tego, „co ludzie powiedzą”.

Kiedy dziś odwiedzam szpakowatego już, choć równie wesołego księdza, z oczami, które widzą, wiem, że czekasz tam na mnie i że nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem, bo zarówno on, jak i Ty w nim nie osądzasz, choć Sam zostałeś osądzony i skazany.

 3.

Jeden Duch i jedno serce ożywiały
wszystkich wierzących (Dz 4,22).

Przystanek trzeci wypadł w czasach nie tak odległych. Mój Jezus miał w nim twarz pełnego radości lekarza „od dzieci”.

Lekarz ten nie został obdarzony przez Stwórcę zbyt dużym wzrostem — pewnie aby nie straszył swoich pacjentów — jednak wynagrodzono mu to wielkim hartem ducha. Sam obdarzony bardzo licznym potomstwem, ciągle zajęty i zabiegany, miał jeszcze czas, aby objechać domy swoich podopiecznych. Nawet tych, którzy nie mieli czym płacić za prywatne wizyty.

Spotkałam go, kiedy u naszej tyle co urodzonej córeczki odkryto wadę w budowie serca. Znaleziono w nim małą dziurkę, która tylko w cacku jest witana z radością. Byliśmy przerażeni i tak spotkaliśmy Małego Lekarza. Przyniósł nam słowa otuchy, ale i rygory, którym musieliśmy się poddać, aby „cacko z dziurką” nie przeszkodziło w normalnym rozwoju naszej latorośli. Lekarz ten zauważył u małej jeszcze coś, co go zaniepokoiło. Obejrzał wnikliwie gardło naszej córki i zawyrokował, że ma ona jeszcze jedną wadę rozwojową — rozszczep podniebienia miękkiego. Pocieszał nas, że damy sobie radę z tymi wadami, że on obejmie ją swoją opieką i „będzie dobrze” — te słowa jak zaklęcie miały podnieść nas na duchu. Małej przyplątało się jeszcze zapalenie uszu, więc zostawił nas z lekarstwami i zaleceniami, po czym popędził do innych czekających na niego pacjentów.

I wszystko byłoby zwyczajnie, ale za dwa dni — a była to niedziela — rano obudziło nas energiczne stukanie w okno. — Jeszcze śpicie? Wam to dobrze — doleciał znajomy głos. Byłam zszokowana. Jeszcze dobrze nie znałam ani tego lekarza, ani jego zwyczajów. Otwierając, zaczęłam się gęsto tłumaczyć, że nie zamawiałam wizyty, że nie jestem przygotowana finansowo, ale on się tylko roześmiał. Poprosił o swoją małą pacjentkę „do obejrzenia”. I raptem ulga na jego twarzy, i radość, i podziękowania niebiosom, bo on cały czas się modlił za tę małą osóbkę i nawet na wieczornej eucharystii nie mógł przestać o niej myśleć… a ona nie ma rozszczepu, miała silną infekcję uszu i to dało taki obraz gardła… on jest taki szczęśliwy!

„Boże, gdzie ja jestem — myślałam — czy to jest Polska? Czy to nasz świat? A może w nocy świat się skończył i jest nowe, a ja śpię, zmęczona starym… Czy ktoś mi uwierzy, że spotkałam lekarza, który nie mógł spać spokojnie w nocy z troski o swoją maleńką pacjentkę i modlił się za nią cały czas? Wtedy byłam w szoku. Dziś już nie jestem. Dziś wiem, że to Ty byłeś, Panie. Ukryłeś się w tym małym człowieku, w jego olbrzymim sercu, i przyszedłeś jako lekarz, by pochylić się nad naszą „cackowatą” córką, która dziś jest cackiem bez dziurki, bo kiedy Ty leczysz, nic nie jest połowiczne.

A Nowe… jest… przychodzi powoli, niezauważenie, ukryte pod maską codzienności i zwyczajności. Tak po prostu.

4.

Bo gdzie jest twój skarb,
tam będzie i serce twoje (Mt 6,21).

Czwarty przystanek wypadł mi w pracowni pewnej artystki.

Była to osoba pod każdym względem niezwykła. U niej nic nie było „po prostu”. Każde spojrzenie było ważne, każde słowo, każdy gest… To była kobieta, która stwarzała wokół piękno. Umiała wydobyć je z szarości, gdzie leżało ukryte, jakby przysypane kurzem. Malowała cudowne obrazy. Kiedy na nie patrzyłam, czułam, że przenoszę się do krainy pełnej harmonii, kolorów i ciepła. Świata bez brudu i niedoskonałości. Fascynowała. W świecie bogatych i ważnych poruszała się z lekkością i bez skrępowania, uważana za jego część. Myślicie pewnie, co taka osoba ma wspólnego z Jezusem „po prostu”. Początkowo też widziałam tylko te barwne pozory, to migotanie wielkiego świata. Jednak gdy poznałam bliżej obiekt mojej fascynacji, kiedy wydeptałyśmy niejedną ścieżkę podczas wspólnych spacerów, gadając i otwierając przed sobą serca, przestałam zasłaniać prawdę zachwytem. Zobaczyłam, że w tym „kolorowym motylu” bije normalne, proste ludzkie serce, gotowe kochać, przyjaźnić się, dzielić się i dobrem doczesnym, i tym całym pięknem, które się wydobywa spod ręki. I w tych, co nie są „po prostu”, ukryłeś się, Panie? Pewnie po to, byśmy przyjrzeli się sobie, jak często czujemy się tacy ważni w swojej małości. Jak często popadamy w duchowe zarozumialstwo, które bierze się z naszych najdoskonalszych recept na każdą sytuację, z naszej wszechwiedzy i wszech… głupoty małych, głupiutkich i zarozumiałych dzieci. Niebo nie jest zarezerwowane ani tylko dla „bogatych” chorych, ani dla „bogatych” biednych. Wejdą do niego i gwiazdy estrady, i multimilionerzy, o ile tylko, niezależnie od wszelkich póz, image’ów, min i stroszenia piórek, tak „po prostu” Jego Imię będzie wyryte w sercach i o ile „miękkie szaty” nie przesłonią im owego wyrytego w sercu Imienia.

Wracając do mojej artystki, kochającej gorąco, tego mojego — ale przecież, nie tylko mojego — Jezusa, okazała się człowiekiem, który umie odkrywać piękno również w zakurzonych ludzkich sercach. Wierzy w możliwości, które spoczywają w każdym z nas. Często zasłonięte niewiarą, schowane za bezpieczną tarczą pozornej małości. Nie mając kompleksów i lęków przed „światem”, potrafi oswajać z tymi „niby–wielkimi”, którzy przecież za maseczkami sławy mają takie same ludzkie serca, podatne na zranienia. Muszę przyznać, że bez tej nieprostej i niepokornej artystki nie byłabym tym, kim jestem. I właśnie gdy zdałam sobie z tego sprawę, zrozumiałam, że to było kolejne spotkanie z Jezusem „po prostu”, który w sposób najprostszy i najskuteczniejszy rozwiał kolejny duchowy miraż. Zdjął zasłonę pozorów, która przesłaniała mi to, co udając skomplikowane, jest bardzo proste, a udając wielkie, jest małe jak dziecko zakładające za duże buty swojej mamy. Może w tym spotkaniu byłam Zacheuszem, siedziałam bezpiecznie schowana na drzewie wyhodowanym w mojej wyobraźni. A Pan Jezus, nieszukający nigdy sławy i chwały, ale i nieuciekający przed nią, spostrzegł mnie i zawołał: „Ewo, zejdź z tego drzewa, nie wygłupiaj się, dla mnie jesteś wielka i aby ci to udowodnić, spożyję dziś u Ciebie kolację”.

Niejeden posiłek zjadłam z moim Jezusem, który sprawił, że przestałam obawiać się tych „wielkich”. Nauczył mnie dostrzegać za duże buty wystające spod pięknie nakrytych stołów, przy których przyszło mi zasiadać, i tak po prostu i zwyczajnie przywrócił mi wiarę w siebie.

5.

Przyszedł Syn Człowieczy:
je i pije; a wy mówicie
„Oto żarłok i pijak,
przyjaciel celników i grzeszników” (Łk 7,34).

Przystanek piąty w mojej wędrówce wypadł mi znów w dalekiej przeszłości. Byłam wtedy osiemnastolatką wędrującą w pieszej pielgrzymce na Jasną Górę. Wokół widziałam dużo brudu — moja rodzina nie należała do najprostszych — dlatego miałam bardzo wyidealizowane spojrzenie na świat. Wiele wymagałam od siebie i od innych. Sama tworzyłam sobie kodeksy postępowania: krystaliczna moralność, żadnych głupich dowcipów, a płciowość najlepiej anielska, czyli gdybym dała radę, najchętniej pewne szczegóły anatomiczne, jak też odczucia, myśli, pokusy, wytarłabym wielką nadprzyrodzoną gumką. Niezły, sterylny słoiczek, w który koniecznie uparłam się zapakować. Jednak nie było to takie proste. Zawsze coś z tego słoiczka wylazło i uczucie frustracji niemalże mnie nie opuszczało.

Wtedy mój Jezus „tak po prostu” przyszedł do mnie w dwóch luzakach. Chłopcach, którzy początkowo budzili niemal ustawiczne moje zgorszenie. Samych siebie nazywali szponciarzami, za chwilę byli „braćmi cierpiącymi od sióstr” i w ten to skuteczny sposób, taszcząc osłabłe pielgrzymkowe „siostrzyczki”, podrywali co ładniejsze z nich. A te ich teksty…!!? Chociaż nie były wulgarne, to jednak dla mnie zawsze nie na miejscu. Nie miałam wtedy w sobie miejsc na taką swobodę. Jednak ci chłopcy uwzięli się na mnie. Spodobało im się, jak gram i śpiewam. Atakowali swoją sympatią, swoim poczuciem humoru tak długo, aż zaczęłam się do nich przyzwyczajać.

Nasza przyjaźń rozpoczęła się od tego, że zmuszona przebywać z nimi sam na sam przez jakiś czas, zauważyłam, że oni wcale nie są tak płytcy, jak to uparli się demonstrować. Wygarnęłam im kilka słów prawdy, oni nazwali mnie „Wszechwiedzącą Wiedźmą Ple–Ple” i przepadło. Po pewnym czasie byliśmy trójką najserdeczniejszych przyjaciół. Nie mogliśmy bez siebie przeżyć jednego dnia. Mieliśmy swoje wielkie tajemnice. Oni opowiadali mi o dziewczynach, ja dzieliłam się z nimi swoimi zauroczeniami. Oni uczyli mnie swobody i normalności, ja zarażałam ich moim wyidealizowanym światem.

Ty, Jezusie „po prostu”, byłeś sercem naszej przyjaźni. Uczyłeś przyjęcia drugiego człowieka, z całym bogactwem odmienności. Przyszedłeś do nas w nas samych z tymi obdarowaniami, bez których nie bylibyśmy pełni, bez których nie umielibyśmy być wolni i nie potrafilibyśmy kochać taką bardzo prostą, braterską miłością.

Myślę, że w naszym życiu zapisał się rozdział Ewangelii, w którym jest mowa o przyjaźni Jezusa z Łazarzem i jego siostrami. Ja też płakałam, gdy jeden z moich przyjaciół umierał. Ktoś stojący z boku mógłby powiedzieć: „Patrzcie, jak ta go kochała!”. Płakałam, lecz ze szczęścia, bo mój przyjaciel umierał tylko dla świata. Założył brązowy habit, aby być bratem — tym mniejszym — dla wszystkich. Do twarzy Ci, mój Panie ukryty, w brązowym habicie, bo wciąż jesteś ukryty w moim szalejącym także dziś — po franciszkańsku — przyjacielu. Choć dziś jesteś bardziej oczywisty. Dziś codziennie ktoś ciągnie za ten brązowy kaptur i domaga się Ciebie. Stuka do drzwi, naciska na dzwonek i nie daje się ukrywać za pozorami.

Wciąż jesteśmy głodni Ciebie, Panie. Czasem nam Ciebie przesłaniają czyjeś mocno ubrudzone, sterylnie zamknięte słoiczki, czasem „bełkoty eklezjalne”, ale kiedy przychodzisz do nas „po prostu”, zwyczajny i smaczny jak świeża pajda chleba, wtedy nie możemy się Tobą nasycić. Wtedy nie możemy się Tobą nacieszyć, nasz Panie, najsmaczniejszy „po prostu”.

6.

Oto Matka twoja (J 19,27).

Przystanek szósty wypadł mi w czasach dojrzałego poszukiwania wiary. Już nie byłam młodą dziewczyną, ale wciąż byłam zagubiona. Już nie byłam samotna, ale obydwoje z mężem nie wiedzieliśmy, co robić z tą odzyskaną wiarą. Trwały wielkie poszukiwania kierunku, drogi, wspólnoty… i wtedy podczas modlitwy, która zdejmowała z nas kolejne powrozy — wynik poszukiwań na manowcach — spotkaliśmy ją. Niewielka, zawsze serdecznie uśmiechnięta, jasnowłosa Osoba bez wieku.

 — Jestem w tej wspólnocie od przytulania — powiedziała nam ze śmiechem i serdecznie nas wyściskała. Już wtedy wiedziałam, że spotkaliśmy osobę niezwykłą. Biło od niej światło ukryte w niebieskich oczach, które prześwietlały na wskroś. Jednak choć pod spojrzeniem tych oczu człowiek stawał nagi, nawet bez figowych listków, to nigdy nie bywał tym poniżony, bo te oczy patrzyły z miłością. Miłością gotową walczyć z tobą samym o ciebie samego. To były oczy Matki, kochającej swoje dziecko za to, że jest. Kochającej je i wtedy, gdy umaże się jagodami czy błotem, i wtedy gdy idzie w białej koronkowej sukience na mszę św.

Kiedy poznałam ją bliżej i dowiedziałam się, że jest mamą sześciorga dzieci własnych i siódmego, które dołączyli do swojej rodziny, bo „tak chciał Pan”, przeżyłam szok. Ta Matka całego świata wyglądała jak swoja własna córka! Duch Święty jest prawdziwie Duchem Odnowicielem i to prawda, że w Niebie wszyscy będziemy młodzi. Ona nosi Niebo w sobie i dzięki temu pomimo pajęczych siateczek pod oczami wciąż jest młodą dziewczyną. I jest już dzisiaj również naszą Mamą. Tą od ducha. Nasze mamy poumierały na progu naszej dorosłości i długo byliśmy sierotami, ale Jezus, tak po prostu… wiedział, że każdemu potrzebna jest Matka. Nawet Jemu. I tak po prostu dał nam ją. Wskazał nam na tę „od przytulania”, na tę „bez wieku”, aby nas pilnowała i nie dała nam już szukać na manowcach. Nasza Mama duchowa zawsze w nas wierzy, zawsze doszukuje się w nas dobra i piękna, choć nie zawsze głaszcze po głowach. Czasem potrafi wskazać na coś, co chcielibyśmy schować pod stołem, jak niedomyte łapy. Czytając w swoim życiu ten akurat niespisany fragment Ewangelii, zrozumiałam, że nie mogłeś na świat przyjść, Panie, inaczej niż przez swoją Matkę i nie mogłeś z nami skuteczniej pozostać. Zrozumiałam, że nigdy nie jesteś z nami bardziej po prostu i zwyczajnie niż wtedy, gdy przychodzisz ze swoją Matką lub w swojej Matce, dla której nasze prościutkie problemy nigdy nie są zbyt proste. To daje niewyobrażalne poczucie bezpieczeństwa, gdy się pomyśli, że jest się pupilkiem Królowej Aniołów. Wracając do naszej Mamy Wspólnotowej — niewielkiej wzrostem, ale wielkiej Miłością, nigdy nie wyruszamy w nową drogę bez jej błogosławieństwa, bez zanurzenia nas w to niebo, które jest w jej sercu. Tak po prostu…

7.

I będą oboje jednym ciałem (Mk 10,8).

Siedem to liczba wyjątkowa. Liczba pewnej całości. Mniejsza rangą niż nieskończone siedemdziesiąt siedem, ale dla mnie, małej jeszcze w pisaniu, zupełnie wystarczająca. Toteż właśnie siódmy przystanek chcę uczynić przystankiem ostatnim, a na koniec powinno być coś wyjątkowego. Długo myślałam, które ze spotkań z Jezusem „po prostu” było najbardziej wyjątkowe. Przed oczami stawały mi te wielkie spotkania — Papież, przez którego Bóg prześwieca, aż chce się padać na twarz… różne zakony, chociażby mój ukochany Karmel z siostrami prostymi jak białe opłatki i wiernymi jak mosty, po których przechodzi się, gdy wody wzbierają i grożą potopem, a potem się… nie pamięta.

Wspólnoty, źródła bijące żywą wodą. Z wielu tych źródeł piłam wodę.

W tylu miejscach spotykałam mojego Jezusa „po prostu”, w tylu nasyciłam się tym pachnącym chlebem i szłam dalej w życie, silniejsza. Znów miałam siłę się śmiać. Które jednak było tym spotkaniem wyjątkowym, wartym opisania na końcu? I nagle myśl jasna jak poranek po nocy zmagania. Mój Jezus „po prostu” jest przecież przy mnie każdego dnia. Przychodzi w miękkim dotyku rączek mojej najmłodszej córki, która wita dzień, drepcząc na bosych nóżkach, aby się przytulić i dać mi porannego całusa. Przychodzi do mnie w moim synku, który przynosi mi poduszkę i nakrywa kocem, gdy zmęczona położę się, żeby rozprostować kości. Przychodzi w najstarszej córce, która raptem stwierdza: „Popisz sobie, Mamo, a ja za Ciebie pozmywam”, a potem parzy mi herbatę i ucisza maluchy, „bo mama potrzebuje trochę ciszy”.

Jezus „tak po prostu” przyszedł do mnie wiele lat temu. Przyszedł w chłopaku z kręconymi, czarnymi włosami. Z oczami, które budziły moje zaufanie, i już pozostał, i czekał, aż dojrzejemy do tej miłości, którą miał dla nas w darze. Miłości, która gdy od Niego pochodzi, musi wydać owoc, i to nie siedmiokrotny, ale siedemdziesięciosiedmiokrotny.

To było to wyjątkowe spotkanie z Jezusem „tak po prostu”, bo prostszego i bardziej brzemiennego w skutki nie sposób sobie wyobrazić. Tyle razy przemawiasz do mnie ustami mojego męża, troszczysz się o mnie łakomą na miłość, na pochylenie i przytulenie, i poczucie bezpieczeństwa — mój Jezusie, codzienny i zwyczajny…

Jeśli dziś, po tylu wspólnie przeżytych latach wciąż się kochamy, wciąż się sobą nie znudziliśmy i wciąż nam się chce być dla siebie odpoczynkiem i wsparciem, to tylko dlatego, że On „tak po prostu” żyje w nas. Żyje między nami i sprawia, że dzień po dniu powstaje niespisana Ewangelia. Dobra Nowina o Emmanuelu — Bogu z nami, Życiu naszego życia.

Wciąż mnie zaskakujesz, Panie. Wciąż szukam daleko tego, co tak blisko, i trudno jest mi uwierzyć, że te najprostsze sprawy nie są zbyt małe dla Ciebie, Początku i Końcu Wszechrzeczy. Tym bardziej więc doradzam, jeśli ktoś chce wyruszyć tak jak ja na wędrówkę w poszukiwaniu Jezusa tak „po prostu”, niech rozpocznie poszukiwania jak najbliżej. Może przyjrzy się swojemu małżonkowi, który czeka w domu z kubkiem pachnącej cytryną i parującej gorącem herbaty. Gdy przyjrzy się bliżej, może odkryć, że w tym kubku oprócz herbaty ukryło się około 20 mililitrów miłości. Miłości, o której tak głupio mówić wprost, a która od Niego pochodzi. Może dostrzeże przyjaciela, który mógł nie pomóc, a pomógł, bo przyjaźń to zwykle dar od Niego, lub wroga, który mógł zaszkodzić, ale nie zaszkodził, bo wybaczenie to zawsze dar od Niego… Powiecie, że to rzeczy małe, zwyczajne i że robię halo z czegoś, co nie ma znaczenia, a ja powiem wam, że nic na to nie poradzę, że Jezus „tak po prostu” ma taki gust, że tylko czasem wybiera salony i sytuacje wielkie, a prawie zawsze znajduje się Go w codzienności, w tej szarości życia, w której czasem aż trudno o Nim właśnie myśleć. Taki to już jest Ten nasz oczywisty, choć nigdy niepoznany do końca Jezus — który choćbyśmy nie wiem jak Go wypatrywali i nie wiem czego się po Nim spodziewali, i tak nas musi zaskoczyć. Bo taki po prostu Jest.

Jezus – tak po prostu
Ewa Korczyńska

urodzona w 1969 r. – dawniej animatorka oazowa, drużynowa harcerska i nauczycielka muzyki, od lat związana wraz z rodziną z ruchami Nowej Ewangelizacji.Autorka książek: Opowieści Złotoustej Jagody, Po prostu...