Przeskoczyć mur

Spotkali się po raz pierwszy rok temu w Wielką Sobotę. Kiedy otworzyły się drzwi mieszkania w Lublinie, ksiądz z Poznania powiedział: „Dzień dobry! Nazywam się Adam Kalbarczyk”. Zza progu usłyszał: „Dzień dobry! Ja też”. Odnaleźli się we wszechświecie przez przypadek, piszą do siebie listy, których cykl prezentujemy poniżej.

Adamie,

Vincet van Gogh powiedział kiedyś: „Ludzie są ważniejsi niż obrazy”. Ja też tak uważam. Słynny malarz dodał jednak: „Ale obrazy pomagają człowiekowi żyć”, dlatego chcę na początku tego listu ustawić obraz. Parę dni temu wysłałem Ci pocztą fotokopię płótna Siegera Ködera — księdza z południowoniemieckiej diecezji Rottenburg–Stuttgart (tej, w której pracowałem przez prawie sześć lat), autora wielu nowych, charakterystycznych obrazów do Biblii i nie tylko. Kiedy podczas naszego pierwszego spotkania opowiadałeś mi o człowieku, który stanął przed swoim brakiem wiary jak przed murem, w mojej głowie pojawił się właśnie ten obraz i umieszczone pod nim słowa: Mit meinem Gott überspringe ich Mauern — z Bogiem moim (dzięki mojemu Bogu, z pomocą Boga mojego) przeskakuję mury. To jeden z wersetów Psalmu 18. Bliski Ci Czesław Miłosz przetłumaczył go tak: „Z Bogiem moim przestępuję mury”. Niektórzy tłumacze Pisma Świętego wolą te mury „zdobywać”.

Znam wiele obrazów Ködera, ale ten najbardziej mi utkwił w pamięci i chyba najbardziej mi się podoba. Zawsze parskam śmiechem, kiedy patrzę na tego uśmiechniętego od ucha do ucha ministranta. Można by odnieść wrażenie, że to ilustracja do jakiejś zabawnej książki dla dzieci. Wszystko jest tu takie lekkie, beztroskie, niewinne, pełne fantazji i ruchu — jak wspomnienie z dzieciństwa. W tym miejscu przypominam sobie, jak wiele lat temu podczas procesji Bożego Ciała we Wschowie z dymiącą kadzielnicą w ręku przeskoczyłem nagle dość szeroko rozlaną kałużę i — zapomniawszy całkowicie o powadze sytuacji — zawołałem radośnie „juhu!”. Tylko dziecko może wpaść na taki zwariowany pomysł, żeby skakać przez mury o świeczniku (w seminarium mówiliśmy na to „facka”, ale w słowniku takiego słowa nie ma) jak o tyczce przy skoku wzwyż.

Czy to znaczy, że trzeba stać się dzieckiem i jednocześnie zdać się na światło, oprzeć się o światło, by odważyć się na takie — zdawałoby się — karkołomne akrobacje?

Ciekaw jestem, w jakim świetle Ty widzisz ten obraz.

Adam

[Poznań, 8.5.2003]

Adamie,

Nie mogę się oprzeć, by nie sparafrazować zdania van Gogha — że także ludzie są ważniejsi od murów. Gdy mur staje się częścią człowieka, może odgradzać od innych — może wy–obcować człowieka. Ale też inni mogą odsuwać się od obcego stojącego przed murem — jak od śmiertelnie chorego. Zwłaszcza ci, którzy nigdy nie spotkali muru na swojej drodze.

Dziękuję Ci za obraz Ködera. Mnie on jednak nie rozbawił zanadto. Może bardziej jestem z usposobienia markotny od Ciebie. (I może ogólniejsza się w tym prawidłowość kryje — czyż nie jest tak, że optymizm jest warunkiem wiary?). Mimo że ministrant jest wesoło uśmiechnięty, ciemna tonacja tego obrazu napełnia mnie jakąś nieokreśloną powagą (grozą?). Pytasz, w jakim świetle widzę ten obraz — a ja w nim widzę mrok przede wszystkim. Mur zresztą — który brzmi bardzo podobnie jak mrok — ma w sobie coś istotnie z mrokiem wspólnego: czy nie jest zaporą dla światła i narzędziem cienia? Ja widzę mrok, Ty — światło. Czy myślisz, że na tym polega też różnica między tym, kto wierzy głęboko, a tym, kto stanął przed murem?

Ponad murem i do jego okoła (tak mi się jakoś pomyślało i nawet nadal mi się podoba) — mrok nieprzebity panuje, którego światło świecznika nie jest w stanie rozświetlić. Jak to rozumiesz? Czy to światło świecznika nie jest za słabe? Nic tam za murem już się nie rozwidnia i taki skok w ciemność dosyć może przeraża. Czy chodzi o to, że odważny musi być ten, kto wierzy, że go Pan Bóg prowadzi? Równie dobrze można jednak powiedzieć coś wręcz przeciwnego — że nie musi być odważny własną odwagą ten, kto wierzy, że Bóg go prowadzi.

Moją uwagę przyciągnęła najbardziej głowa namalowanego przez Ködera chłopca. Gdyby nie jej lekko groteskowy układ, można by słusznie użyć tego obrazu do ilustracji jakiejś zabawnej książki dla dzieci. Może to tylko artystyczny ozdobnik, aby symbolicznego gestu zbyt realistycznie nie przedstawiać, a może ukrywa się w tym sens dodatkowy… To jakiś wykrzyknik w tym obrazie — nie całkiem wesoły znowu dla mnie. Mam wrażenie, że radosna twarz kontrastuje ze smutną, odchyloną głową, która jakby traciła kontakt z wyrywającym się do przodu ciałem skaczącego. Głowa zostaje — czy to oznacza, że rozum się wobec tego skoku w ciemność sprzeciwia? Jak u Tertuliana — wierzyć można tylko wbrew rozumowi? Albo dokładniej — wierzyć tylko dlatego, że rozum się treści wiary sprzeciwia — credo quia absurdum est? Da się to stwierdzenie odwrócić: „To, w co wierzę, nie daje się rozumem objąć, więc wierzę”. Kluczowe staje się słówko, które nauczyciele zabraniają stawiać na pierwszym miejscu — więc.

Pytasz mnie o dziecko — czy wiara jest dzieciństwem (dziecięctwem)? Dzieci są jednak i łatwo–wierne, i zarazem najwięcej zadają pytań… Tylko one też wierzą w to, co dorosłym zdaje się niemożliwe — np. że można przeskoczyć przez mur o świeczniku tak jak o tyczce.

Adam

[Lublin, 11.05.2003]

Adamie,

Nie mogę się oprzeć, by do Twojej parafrazy słów van Gogha: „Ludzie są ważniejsi niż mury”, nie dodać (idąc za przykładem malarza): Ale mury pomagają ludziom żyć! Wiem, że na tle Twoich słów może to brzmieć przewrotnie, obrazoburczo. Zapewniam Cię jednak, że nie lekceważę Twoich odczuć. Zastanawiając się nad genezą muru, zauważyłem, że ludzie zaczęli kiedyś wznosić mury głównie po to, by ich przed czymś chroniły. Szperałem w różnych opracowaniach i okazało się, że w Starym Testamencie mur ma przede wszystkim pozytywne znaczenie, będąc symbolem zabezpieczenia i osłony przed złem. Z kolei rozsypywanie się murów jest tam obrazem bezbronności i niemocy. Kto wie, w jakim celu my wznieśliśmy nasze mury albo dlaczego je na naszej drodze spotkaliśmy… Kto wie, przed czym nas one chronią… Czy nie uważasz, że warto rozważyć te myśli, nawet jeśli (twierdzimy, że) to nie my jesteśmy budowniczymi naszych murów, nawet wtedy, gdy bardzo z ich powodu cierpimy?

Akurat przedwczoraj w brewiarzu, w tzw. Godzinie czytań, był fragment Księgi Jozuego o nierządnicy Rachab, która uratowała zwiadowców Jozuego w Jerychu. Niewiasta ta — kierując się wiarą (tak chce Pismo Święte) — „spuściła ich na sznurze przez okno; dom jej przylegał bowiem do muru, mieszkała właściwie w murze miasta”. Czytając ten tekst, pomyślałem sobie, że niekiedy trzeba nawet w murze na jakiś czas zamieszkać, trzeba go wręcz oswoić, nim się go sforsuje; nieraz mur musi się stać na długo częścią człowieka, zanim runie i odsłoni coś zupełnie nowego.

Nie wydaje mi się, żeby optymizm był warunkiem wiary, natomiast jest z pewnością czymś, co pomaga uwierzyć. Optymizm jest na pewno przejawem wiary: człowiek wierzący jest optymistą, ufa Bogu, widzi światło. Widzieć światło i widzieć mrok… Pytasz, czy na tym polega różnica między tym, kto wierzy, a tym, kto stanął przed murem. Zauważyłem, że nie piszesz o różnicy między tym, kto wierzy, a tym, kto nie wierzy, choć to wydawałoby się bardziej logiczne. Czyżbyś uważał, że nie wierzyć i stanąć przed murem niewiary to nie to samo? Są przecież tacy, którzy nie wierzą, i dobrze im z tym. Są jednak i tacy, którzy stanęli przed murem swojej niewiary i bardzo cierpią z tego powodu, bo bardzo chcą wierzyć. Chcieć wierzyć… Może to już wiara? Ludzie mówią, że chcieć to móc…

Nie chciałbym się zbytnio rozwodzić nad zagadnieniem „wiara a rozum”. Napiszę jedynie, że chociaż nie można powiedzieć, że wiara jest nierozumna, to jednak ostatecznie wierzy się wbrew rozumowi. Masz zatem rację: rozum zawsze „krzywi” się na wiarę (przypuszczalnie właśnie to chciał wyrazić Köder na swoim obrazie). Powiedz mi tylko, Adamie, dlaczego Cię to przeraża i smuci?

Akt wiary to istotnie skok w ciemność, w niesprawdzone, w niewiadome. Pamiętasz film Indiana Jones i ostatnia krucjata? Czy przypominasz sobie ów ostatni etap drogi do świętego Graala, ów „skok wiary”? Wymaga on nie tyle odwagi, ile prostolijności, bezpośredniości, łatwowierności (tak!), ufności dziecka, które wie, że nic mu nie grozi (mówię „dziecko” i myślę „ufność”). Wiara to skok dziecka w ramiona Ojca, a to znaczy, że ostatecznie wiara jest spotkaniem człowieka z osobowym Bogiem. Wierzę, że Jemu na tym spotkaniu bardzo zależy i że uczyni wszystko, by do niego doszło. Być może posłuży się przy tym jakąś nową Rachab ze sznurem czy choćby ministrantem z lampionem…

Na koniec przytoczę słowa C. G. Junga (znalazłem je w książce J. Monbourquette’a Oswoić swój cień), które — według mnie — są znakomitą odpowiedzią na Twoje i moje pytania: „Nie zostajemy oświeceni przez patrzenie w światło, lecz przez pogrążenie się w ciemności. Jest to jednak często zajęcie nieprzyjemne i dlatego niezbyt popularne”.

Tymczasem niech pokój panuje w Twych murach! (Psalm 122)

Adam

[Poznań, 12.06.2003]

PS Jakiś czas temu opowiadałem mojemu przyjacielowi Piotrkowi, matematykowi z Akademii Ekonomicznej (nazwałem go Piotrem Aforystą) o tych naszych listach o murze, a on, niewiele się zastanawiając, powiedział, że czasami człowiekowi się zdaje, iż natrafił na mur nie do zdobycia, a w rzeczywistości krąży wokół słupa ogłoszeniowego (przypomniały mi się w tym miejscu Twoje słowa: „ponad murem i do jego okoła mrok nieprzebity panuje”). Wystarczy się odwrócić!

Adamie,

Czy mury pomagają ludziom żyć? Jest moralna dwuznaczność w ochronie, którą mury nam zapewniają — zabezpieczają bowiem z jednej strony, z drugiej — ograniczają nas przecież. Poza tym sama potrzeba postawienia muru przed drugim człowiekiem jest z jednej strony wyrazem jednej z najgłębszych naszych potrzeb — bezpieczeństwa, ale z drugiej — dlatego mury budujemy, by uchronić się przed jedną z najgłębszych naszych dyspozycji — instynktem agresji.

Kiedy mówię o murze niewiary, myślę raczej o sytuacji, kiedy ktoś napotyka na swojej drodze ten opór, który uniemożliwia mu dalszą wiarę. Zapewne zawsze jesteśmy również budowniczymi tych murów, bo ten opór nie ma przecież charakteru fizycznego.

Stanąć przed murem niewiary to nie to samo, co nie wierzyć. Stanąć przed tym murem to przestać wierzyć. Wiara jest pewną historią, wiara zawsze jest w drodze.

Nie myślę, że spotykamy i budujemy nasze mury w jakimś celu. Myślę raczej, że były po temu jakieś przyczyny. To poniekąd różnica między myśleniem metafizycznym a powiedzmy — fizycznym (powtarzam to słowo w innym kontekście, ale w tym samym przedziale sensów). Myślę, że często wiemy, „po co” coś zrobiliśmy, choć zwykle naprawdę nie wiemy, „dlaczego”. Wyjaśnienie przyczyn jest jedynym wyjaśnieniem.

I to doskonale kojarzy mi się ze słowami C. G. Junga, które zacytowałeś. Zgadzam się z nimi w pełni, choć chyba rozumiem je inaczej niż Ty. Otóż Jung, uczeń Freuda, z pewnością gdy mówi o ciemności, myśli o ludzkiej nieświadomości. I bardzo ważną rzecz mówi — w nieświadomości trzeba szukać prawdy o człowieku (światła). Choć ludzie wolą szukać tej prawdy w świadomości i do świadomości przywiązują głównie wagę (także myśl chrześcijańska jakże niechętna jest myśleniu, że najgłębiej w człowieku tkwi jakaś instynktowna i emocjonalna nieświadomość, a nie pełna wzniosłych myśli, norm i wartości ludzka świadomość). W świadomości jest mnóstwo uzasadnień „po co”. W świadomości jest wiele światła, nawet gdy w nieświadomości panują mroczne historie. W świadomości mamy tyle szlachetnych i pięknych (świetlanych) idei. To jednak w nieświadomości jest prawda o tym, „dlaczego” takie, a nie inne idee hodujemy, a to jest niezbyt przyjemne i przez to nie za bardzo popularne. Czy może być jednak uczciwsza postawa wobec siebie niż autoanaliza własnej świadomości i nieświadomych przyczyn powstania w niej tych, a nie innych idei?

Wróćmy do jednej z nich — wiary. Jeśli komuś jest niedobrze z tym, że nie wierzy — to, zgodnie z Twą intuicją, ale wyraźniej jeszcze powiem, iż według mnie ten ktoś już wierzy, choć sam o tym nie wie (nieuświadomiona wiara? — paradoks, ale jak sądzę — psychologicznie możliwy). Nie wierzę zarazem w taką niewiarę, z której powodu człowiek cierpi. Wierzę natomiast w takie cierpienie, z powodu którego człowiek nie wierzy.

Kilka dni po otrzymaniu Twego listu sięgnąłem po „Tygodnik Powszechny” z 25 maja tego roku. I czytam w nim zapis pięknej i głębokiej dyskusji, która odbyła się 8 maja w Krakowie w ramach Dni Tischnerowskich — „Bóg dany jest tylko w pragnieniu”. Bardzo polecam Ci ten tekst. Jakąś niezwykłą koincydencją rozmowa ta dotyka spraw, o których zaczęliśmy rozmawiać tego samego dnia (to data Twojego pierwszego listu do mnie!). Przepisałbym obszerne fragmenty tego dialogu pomiędzy prof. Skargą, o. prof. Kłoczowskim, prof. Tarnowskim i ks. prof. Węcławskim, ale zbyt łatwo do niego sięgnąć. Chyba jednak nie możemy wobec tej dyskusji przejść obok.

Otóż o. Kłoczowski, jakby włączając się w naszą rozmowę, twierdzi: „Bałbym się przedstawiania wiary jako skoku w ciemność”[!]. Czy uwierzyłbyś, że świecka pani profesor delikatnie polemizuje z tym zdaniem duchownego uczonego? To dowodzi, jak w chrześcijaństwie, a nawet w samym katolicyzmie, kwestia poznawczego wymiaru wiary jest skrajnie różnie interpretowana. Dominikanin, spadkobierca Tomaszowego racjonalizmu, nie chce zgodzić się ze sprzecznością (sprzeciwianiem się sobie) wiary i rozumu w zakresie poznawania rzeczywistości. Na co przecież Ty godzisz się łatwo, będąc duchownym i uczonym tego samego Kościoła! Poszukiwanie przez o. Kłoczowskiego ratio dla wiary uważam, podobnie jak Ty (jeśli dobrze Cię zrozumiałem), za czynność beznadziejną i potrzebną chyba jedynie do pewnego typu obrony wiary przed ateistycznymi racjonalistami. Czy nie uczciwiej jest jednak mówić tak, jak Ty, że wiara po prostu z rozumu nie wynika i nic z nim nie ma wspólnego, choć mogą jakoś ze sobą iść w parze (zawsze będzie to para trochę niedobrana)? Mnie to zarazem wcale nie przeraża i nie smuci.

Zanim zacytuję drugi fragment tej rozmowy, opowiem Ci o tym, jak dzień po otrzymaniu Twego listu — był słoneczny czerwcowy piątek — wsiadłem po powrocie z pracy na rower i wkrótce znalazłem się na polnych drogach podlubelskich łąk (mieszkam, jak wiesz, na skraju miasta). Byłem w tej okolicy pierwszy raz i odkryłem zupełnie nieznane mi ścieżki, pola, widoki, nieznane mi wcześniej drogi i drzewa. Tak niedaleko od domu! Siadłem pod jednym z drzew, by odpocząć przez chwilę, i myślałem o wierze. I tak, jak poczułem, że niedaleko jest spokój i piękno, którego każdy potrzebuje, tak poczułem, że wiara jest przede wszystkim takim poszukiwaniem piękna i spokoju. I odkryłem, że to emocje są dla wiary najważniejsze, że to dzięki nim wierzymy bądź nie. Nie o poznanie chodzi w wierze, ale o emocje! I jakże bardzo trafił w moje myśli prowadzący krakowską rozmowę Krzysztof Dorosz, gdy stwierdził: „wielu ludzi utraciło wiarę nie ze względów intelektualnych, ale (…) emocjonalnych. (…) Są wydarzenia w ludzkim życiu, które ufność wiary naruszają i niszczą”. Jak bardzo prawdziwe są te słowa! Wyobraź sobie, że jedziesz rowerem i tam, gdzie spodziewasz się kwitnących drzew i zapachu łąki po deszczu, widzisz jedynie pustynię. I jak bardzo koresponduje z tym zdanie cytowanego już o. prof. Kłoczowskiego: „Spotkałem wielu ludzi, którzy są niewierzący właśnie dlatego, że są uczciwi. Uznali, że wiara będzie pójściem na skróty, szukaniem łatwej czy trudnej pociechy”. Piszesz, że wystarczy się odwrócić. Jeśli jesteś na pustyni — możesz się odwracać do woli i w każdym kierunku! Notabene — doprawdy nie jest ważne przy tym odwrocie, jakiego kształtu jest mur, przed którym stoisz.

Mówisz, że wiara to skok w ramiona osobowego Ojca. (Metafora dzieci Bożych i Boga jako ojca jest w chrześcijaństwie chyba najczęstszą figurą opisującą relację ludzi z Bogiem. Dopiero druga pod tym względem wydaje się symbolika pana lub króla i jego poddanych. Czy ta pierwsza nie jest bardziej nowo–, a druga — starotestamentowa?). Nie może tu jednak chodzić o proste przeniesienie emocji, które łączą dziecko z rodzicem, i religia nie może być taką zastępczą relacją emocjonalną „dla dorosłych”. Zatem tak czytam tę analogię — jak dzieci pragną objęcia przez rodzica, tak wierzący otwierają się na kontakt z Absolutem — czymś (powinienem pewnie powiedzieć: kimś) dla nich najważniejszym i najbliższym (czytaj: najgłębiej przeżywanym), dającym zarazem poczucie pewności, spokoju, bezpieczeństwa i sensu. Tak ja rozumiem to, co opisujesz poprzez metaforę spotkania dziecka z ojcem.

Jedna z najciekawszych myśli, która pojawia się w rozmowie, o której tak wiele piszę w tym liście, to myśl Twego dziekana. Ona także jest bliska temu, o czym myślałem, siedząc w ubiegły piątek pod nowo poznanym drzewem. Myślałem bowiem o tym, że wiara jest pewną postacią miłości. Ks. prof. Węcławski mówi: „Zastanawiam się, czy relacja między miłością a wiarą też nie jest inna, niż nam się odruchowo wydaje. Jak istotą prawdy jest wolność [to odwołanie do Heideggera], tak istotą miłości jest wiara — a nie odwrotnie”. Ja jednak myślę (raczej nie odruchowo), że jest właśnie odwrotnie. Co Ty o tym sądzisz? Może warto porozmawiać o miłości?

Adam

[Lublin, 19.06.2003]

Adamie,

Tak samo jak Ty i chyba wszyscy uczestnicy owej dyskusji w Krakowie jestem przekonany, że wiara jest drogą, osobistą drogą. Każdy pisze w czasie swojego życia swoją „religijną biografię”, swoją „biografię wiary”, która jest historią jego doświadczeń z wiarą i przeżywania wiary. Nie jest ona linią ciągłą. To proces pełen wzlotów i upadków, wyjść i powrotów. To dozgonne upewnianie się w religijnych przekonaniach, nastawieniach do życia, przejętych wartościach i zachowaniach, to nieustanne — jak mówi James W. Fowler — „zbliżanie się do sensu życia” i — to już ja dodaję — oddalanie się od niego. Nie da się zrozumieć tej drogi na podstawie mniej lub bardziej oczywistych, rejestrowalnych faktów i bezpośrednio doświadczalnych zjawisk. Można ją zrozumieć jedynie od środka, z głębokości, która każdemu życiowemu wydarzeniu nadaje specyficzną jakość, szczególną barwę, nastrój i brzmienie. W swojej biografii wiary człowiek opowiada stale z nowego punktu widzenia i zawsze z innymi akcentami historię swoich wewnętrznych przemian, swoich duchowych nawróceń. Tak więc jesteśmy z naszą wiarą zawsze w drodze, natrafiając czasami na mury, które wydają się nie do sforsowania, i na pustynie, które zdają się bezkresne. Nieraz musimy skoczyć w ciemność, a innym razem dane jest nam stanąć w świetle. Niekiedy próbujemy zbratać naszą wiarę z rozumem, ale ta nie ma w nim wiernego towarzysza drogi.

Doświadczenie kryzysu wiary jest niezwykle bolesną próbą. Obaj dobrze wiemy, że na życiowych „zakrętach”, w obliczu śmierci i żałoby, w cierpieniu, w zwątpieniu, w samotności, w poczuciu pustki wali się świat, a życie traci sens. Kryzys wiary jest doświadczeniem sytuacji bez wyjścia, daremności wszelkich trudów, obojętności (prowadzącej nieraz do śmierci społecznej), niemocy i powoli sączącego się smutku. Przypuszczam jednak, że wtedy najczęściej nie sama wiara (w sensie tego, w co się wierzy) i nie sam Bóg poddawani są próbie, lecz gotowość człowieka do otwarcia się w wierze (w sensie tego, jak się wierzy) na nową rzeczywistość lub w ogóle do otwarcia się na wiarę. Uważam, że z powodu swojej niewiary można cierpieć tak samo, jak z powodu cierpienia można nie wierzyć. Moja biografia wiary podpowiada mi, że człowiek jest w stanie to wszystko przecierpieć i przezwyciężyć — czynnie czy biernie. Wiem też, że człowiekowi przechodzącemu kryzys wiary można pomóc jedynie poprzez przyłączenie się do niego i wejście razem z nim w jego doświadczenie, dlatego pragnę Cię zapewnić, że obrazem słupa ogłoszeniowego i słowami „wystarczy się odwrócić” posłużyłem się nie po to, by zbyć Cię łatwą pociechą, lecz po to, by powiedzieć, że czasami człowiek widzi jedynie mur. Tymczasem spod każdego muru trzeba wyruszyć w (nową) drogę. Otaczająca nas pustynia tej drogi nie uniemożliwia, lecz jedynie znacznie ją utrudnia.

Czytam raz jeszcze opis tego, co przeżywałeś, odczuwałeś pod tamtym „drzewem poznania”, i myślę sobie, że być może to doświadczenie jest w Twojej religijnej biografii punktem zwrotnym — choć tak naprawdę tylko Ty, z głębi swojego wnętrza, możesz tak na to spojrzeć. Wyruszyłeś w drogę, odkryłeś zupełnie nowe ścieżki… Tak niedaleko od domu, od murów Twojego miasta!

Wiara rzeczywiście związana jest z emocjami: w uczuciach się rodzi, w nich się wyraża i do nich prowadzi. Wiara łączy się z pragnieniami, uniesieniami, wzruszeniami, łzami. Można pewnie też powiedzieć, że się wiarę odczuwa — tak jak odczuwa się miłość. Zgodzisz się jednak ze mną, że wiara to nie tylko emocje — podobnie jak i pozostałe cnoty teologiczne: nadzieja i miłość. Wszystkie one odnoszą się do całego człowieka, do wszystkich aspektów jego osobowości. Zawsze cały człowiek wierzy, cały człowiek żywi nadzieję, cały człowiek kocha. Człowiek powinien wierzyć, mieć nadzieję, kochać „z całego swojego serca, z całej swojej duszy, że wszystkich sił swoich [lub: całym swoim umysłem]” (por. Pwt 6,5; Mt 22,37). Zastanawiasz się nad relacją między wiarą a miłością. Myślę, że tu nie chodzi pierwszorzędnie o wynikanie kolejno jednej cnoty z drugiej, lecz o ich symbiozę, wzajemne przenikanie się, powiązanie, ich wewnętrzną więź. Wszystkie one oznaczają więź: wiara wyraża fakt tej więzi, nadzieja — drogę do jej pełnej realizacji, a miłość — jej zasadniczą postać. Sądzę, że właśnie to współistnienie tych trzech cnót chciał wyrazić św. Paweł, gdy pisał: „Tak [lub: teraz] więc trwają wiara, nadzieja, miłość — te trzy” (1 Kor 13,13). W każdej z tych cnót mamy do czynienia z utajoną obecnością i jawną dyspozycyjnością pozostałych. W tym sensie obaj — Ty i ks. Węcławski — macie rację. O relacji między wiarą a miłością można powiedzieć jedno i drugie: trzeba wierzyć, żeby kochać, i trzeba kochać, żeby wierzyć. Ostatecznie jednak naszym celem jest miłość: wierzymy, mamy nadzieję, kochamy, by kochać. Dlatego św. Paweł mówi na końcu swojego hymnu, że w tej triadzie cnót największa jest miłość, bo przecież wiara się kiedyś skończy, a nadzieja spełni.

Niedawno tłumaczyłem na polski fragment książki P. M. Zulehnera: Ein Obdach der Seele [Schronienie dla duszy]. Był tam wiersz Romana Bleisteina, który na końcu tego listu pozwalam sobie zamieścić w całości:

Kto kocha, szuka w gruncie rzeczy Boga,
to znaczy kogoś, kto go tak wypełni,
że znikną wszelkie miary i granice,
będzie zatem wieczność, nieskończoność.
Człowiek człowiekowi obiecuje takie wypełnienie.
Lecz który człowiek może tę obietnicę wypełnić?
Pierwszą cechą miłości jest miłosierdzie.
W nim wybaczam bliźniemu to,
że nie może być moim Bogiem.

Siedzę, Adamie, pod „drzewem mego życia” i myślę. Kiedy myślę „wiara”, to myślę o pragnieniu kogoś, kto może mnie bezgranicznie wypełnić; kiedy myślę „miłość”, to myślę o kimś, kto mnie bezgranicznie wypełnia.

Pozdrawiam Cię i zapewniam, że zawsze stoję murem za Tobą.

Adam

[Poznań, 22.7.2003]

PS Na marginesie naszych rozmów zastanawiam się, czy ktoś, kto nie wierzy w siebie, nie kocha siebie samego. A może ma to związek raczej z nadmierną miłością do siebie samego?

Adamie,

Jeśli Bóg istnieje, to rzeczywiście jaki człowiek może tak nas wypełnić jak On? A jeśli nie istnieje, to czy trzeba rezygnować z nadziei w człowieku pokładanych? A jeśli nie wierzyć, że człowiek jest zdolny swoją miłością wypełnić nas aż po brzegi, to czy trzeba już zacząć rozpaczać?

Jeśli wiara wypływa z pragnienia piękna i spokoju, to przeżyciem wiary jest każde doznanie tych wartości w świecie. Ale czy przeżycie takie bez uznania, że istnieje niezależne od przeżywającego źródło tych wartości, będzie nadal wiarą? Czy wierzącym nie jest tylko ten, kto uznaje, że ludzkie poczucie piękna i porządku w świecie ma transcendentne źródło? I w tym najogólniejszym sensie wiara nie oznacza żadnej religii, która jest wtedy tylko wiary postacią.

Wiara wymaga, ale i daje możliwość zaangażowania się całym sobą w to, co nas przekracza, ale w co zarazem możemy zainwestować nasze najgłębsze pragnienia. Te wypływają zaś z naszych pierwotnych potrzeb — tęsknota do spokoju z potrzeby bezpieczeństwa, dążenie do odnajdowania w świecie sensu i piękna z ciekawości świata i wrażliwości na drugiego. Samo pragnienie jednak nie jest wiarą — musielibyśmy wówczas stwierdzić, że niemal każdy jest wierzący.

Jeśli kryzys wiary to kryzys związku z absolutnym źródłem naszych największych pragnień, to musi być on trzęsieniem ziemi dla fundamentów naszego życia i musi być bolesny. Jest jak wysiedlenie z domu, jak wyrwanie drzewa z korzeniami, jak wyschnięcie źródła rzeki…

Musi być też z tego jakiś zysk, jeśli ludzie decydują się na to. Nie piszę — godzą, ale decydują, bo to nie dzieje się poza nimi, ale w nich — i tylko od nich zależy. Utrata wiary jest zawsze świadoma, nie jest spadającą na głowę cegłą. Mimo bierności swego znaczenia, wyrażenie tracić wiarę zawiera zasadnie czasownik czynny. Podejrzewam, że gdy piszesz o cierpieniu płynącym z braku wiary, myślisz raczej o cierpieniu, które niewierze może towarzyszyć. Bo gdy tracisz poczucie, że piękno i dobro są umocowane na zewnątrz tego świata, gdy przestajesz uznawać, że sens tej rzeczywistości ma swe bezwzględne uzasadnienie, możesz łatwo poddać się rozpaczy. Choć zdaje mi się, że taki los dotyka tylko tych, którzy niejako wbrew sobie pozbywają się wiary, którzy emocjonalnie nigdy tej wiary nie stracili — wciąż są zaangażowani w ten sens, wciąż w nim doświadczają poczucia spokoju, wciąż pragną przeżycia w nim piękna, a jedynie rozumem oddalili się od przekonania o istnieniu absolutnej rzeczywistości. Wiara, tak jak piszesz, dotyczy całego człowieka, dlatego nie można tylko rozumem przestać wierzyć albo tylko emocjonalnie zaangażować się w jakąś religię.

Jestem pewien, że tylko dzięki emocjom wierzymy, ponieważ emocje są podstawą naszego zaangażowania w cokolwiek — a bez zaangażowania nie ma wiary. Trzeba chyba całym sobą się zaangażować w uznanie absolutnych i transcendentnych fundamentów tego świata, by wierzyć prawdziwie. Czy nie tak?

Chcę wrócić jeszcze na chwilę do związków między miłością a wiarą. Ty słowa ks. Węcławskiego o istocie wiary rozumiesz metaforycznie, ja biorę je dosłownie, w takim znaczeniu, w jakim słowa istota używa fenomenologia po św. Tomaszu z Akwinu zresztą — istota jest tym, przez co coś jest tym, czym jest (albo — negatywnie — bez czego coś nie jest już tym, czym jest).

Jeżeli zgodzić się z twierdzeniem ks. prof. Węcławskiego, wiara ma być istotą miłości w tym sensie zapewne, że nie ma miłości bez ufności (zaufania) i otwarcia na jej przedmiot. Ale również jądrem miłości byłaby wiara tak rozumiana, jak piszę o niej wyżej — jako uznanie obiektywności istnienia swego przedmiotu i zaangażowanie się w to istnienie całym sobą (oddanie się temu istnieniu). Notabene myśl ks. Węcławskiego wyraził wcześniej, tyle że nieco inaczej, Karol Ludwik Koniński. Stwierdził on bowiem, że kochać to przede wszystkim uznać obiektywne istnienie drugiego: „»Miłować bliźniego jak siebie samego« — to przede wszystkim uwierzyć, że on jest tak samo rzeczywisty jak ja sam” (Katastrofa wierności).

O istotnościowym związku między miłością a wiarą można przeczytać u największych. Choćby u Platona w jego słynnej Uczcie, gdzie przecież najwyższą postać miłości, która dla Platona jest pragnieniem piękna (!), stanowi miłość do piękna samego, idei dobra, Boga po prostu: „Gdyby komu dane było zobaczyć piękno samo w sobie, (…) czyby mógł jeszcze marne życie pędzić? (…) jeśli komu wolno marzyć o nieśmiertelności, to jemu wolno” (przeł. W. Witwicki). Albo u Simone Weil, która twierdzi, że niczym innym jest wiara niż pewną postacią miłości: „Nie ma innego przedmiotu miłości dla ludzi niż dobro, czyli w konsekwencji Bóg” (Szaleństwo miłości, przeł. M. E. Plecińska). Ale u Platona i u Weil to miłość jest istotą wiary. To więc wiarę konstytuuje pragnienie piękna i dobra oraz emocjonalnie pierwotne, ale ogarniające całego człowieka — zaangażowanie w umiłowaną rzeczywistość. Jeszcze bardziej dziś jestem więc skłonny dostrzegać bliskość między wiarą a miłością. Czy nie są one formami tego samego zjawiska? A „największa jest miłość”, jak mówi św. Paweł, chyba dlatego, że miłość w jednym ze swych pierwotnych sensów to właśnie całoduchowo–cielesne ludzkie zaangażowanie w to, co się kocha (lub w tego, kogo się kocha). Dlatego bez miłości nie ma wiary (i nie ma nadziei).

Na koniec — odpowiedź na Twoje postscriptum. Co oznacza wierzyć w kogoś? Nie oznacza przecież wierzyć w czyjeś nieograniczone możliwości. Tak wierzy się tylko w Boga. I jeśli ktoś tak wierzy w kogoś (także w siebie), może zostać zasadnie oskarżony o nadmierną miłość do siebie — miłość własną (ciekawe, że oskarżenie takie nie dotyczy miłości do innego — o nikim chyba nie powiemy, że nadmiernie kochał drugiego). Wierzyć w kogoś (w siebie), to oceniać wartość kogoś (siebie); inaczej — uznawać, wierzyć w czyjeś (własne) siły, możliwości, zdolności… Zdaje mi się, że to jest zupełnie niezależne od miłości. To, w jaki sposób oceniamy siebie i innych, zależy bowiem od kształtu naszej nieświadomości. Wiara w siebie ma swoje korzenie w nieświadomej, najgłębszej i najbardziej trwałej samoocenie, która została uformowana w naszym dzieciństwie. Sądzę, że równie dobrze można kochać siebie, nie wierząc w siebie, jak i nadmiernie ufając swym zdolnościom.

Adam

[Lublin, 3.08.2003]

Przeskoczyć mur
ks. Adam Kalbarczyk

urodzony w 1957 r. w Lesznie – ksiądz archidiecezji poznańskiej, doktor habilitowany nauk teologicznych, prof. UAM, wykładowca homiletyki, germanista, tłumacz....

Przeskoczyć mur
Adam Kalbarczyk

urodzony w 1967 r. – doktor nauk humanistycznych, polonista, pisarz, poeta, krytyk literacki. Mąż i ojciec....