Czy można zdradzić Tatry?

Czy można zdradzić Tatry?

Moje zaślubiny z Tatrami odbyły się zaraz po nowicjacie. Ta mistyczna przestrzeń ukazała mi się, kiedy pojechaliśmy wszyscy na Rusinową Polanę. Wcześniej byłem wprawdzie tam raz z wycieczką szkolną, ale to było zupełnie coś innego. Z pierwszego pobytu pamiętam głównie pomnik Lenina, którego mój kolega uderzył pięścią w wielką głowę i miał z tego powodu kłopoty ze zdaniem matury. Szlaki były wtedy leninowskie i oznaczone gwiazdkami. Chwała Bogu, że wszystko wróciło do normy.

Koniec września spędziłem w Tatrach, gdzie na Bachledówce głosiłem rekolekcje dla paulińskich kleryków. Cudowna atmosfera domu i kościoła. To tam przebywał na modlitewnym odpoczynku Prymas kardynał Wyszyński. Chłonąłem zatem atmosferę domu, który użyczał mu gościny. Byłem szczęśliwy, mogąc w tym miejscu głosić moją wiarę, nadzieję i miłość do Jezusa i Jego Najświętszej Matki.

Szybko nawiązaliśmy kontakt. Bracia mieli wiele pytań, szczególnie o nowe ruchy i wspólnoty w Kościele i możliwość angażowania się w nie podczas klerykatu. Niekiedy wpadali na rozmowę. Utkwiła mi szczególnie jedna. Któryś z braci, starszy już, opowiedział mi, że nie znał swojego ojca, i że bardzo trudno mu sobie wyobrazić dobroć ojca, bo nigdy jej nie doświadczył. I teraz nagle odnalazł ojcowskie słowo dla siebie w listach duchowych założyciela sióstr Rodziny Maryi, arcybiskupa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. — Ojcze, on z taką czułością i troską to napisał, że czuję, jakby to wszystko było tylko dla mnie. A przecież te siostry mnie wychowały od maleńkiego. A sam arcybiskup, wygnaniec i więzień, z daleka jest moim ojcem, mądrym i czułym.

Kiedy w wolnej chwili wyruszyłem z ojcem Sebastianem, prefektem paulińskich kleryków, zwiedzać tatrzańskie kościoły i miejsca święte, czułem się, jakbym wracał do wzruszeń młodości. Tatry zawsze mnie obdarowywały. Jak tu nie być wdzięcznym, skoro ciągle coś dostaję. Nawet wtedy, kiedy specjalnie o to nie proszę.

Byliśmy i tu, i tam. Zaczęliśmy od Ludźmierza, od Gaździny Podhala, gdzie dostałem fotel, dwa krzesła i piętnaście kapliczek różańcowych omodlonych dla powstającego młodzieżowego sanktuarium na Jamnej. Byliśmy w Chochołowie, gdzie świątobliwy ksiądz Wojciech Blaszyński uparcie, z ogromnymi trudnościami budował przed laty kościół. Borykał się z brakiem pieniędzy i życzliwości konfratrów. Budował kościół, bo sobie postanowił i nic nie mogło go od tego postanowienia odwieść. Ostatnia belka wciągana na kalenicę wyrwała się z rąk cieśli i zabiła księdza. Z jakimż rozrzewnieniem i przejęciem wchodziłem do kościoła, którego nie dokończył, lecz wybudował go w sercach i duszach ludzkich swoją gorliwością. To taki nasz podhalański Jan Vianney. Jego to właśnie stawiał mi pod rozwagę mój wuj, prof. Marian Plezia, kiedy jako młody kleryk za bardzo podskakiwałem i bywałem przemądrzały. Wzruszenie moje nie miało granic, kiedy spostrzegłem, że wnętrze kościoła jest podobne do wystroju bazyliki dominikanów krakowskich, a w ołtarzu głównym i nad wejściem stoi święty Jacek. Poruszony obchodziłem kościół z zewnątrz i wewnątrz. Chciałem tam być koniecznie. Sam właśnie buduję teraz kościół na Jamnej. Rozmyślałem o tym, jak zbudować ten prawdziwy Kościół i o tym, co może być tą moją „ostatnią belką wciąganą na kalenicę…”

Chciałem też odwiedzić na Krzeptówkach Ojca Drozdka. To twórca baroku zakopiańskiego, heroiczny czciciel Maryi i budowniczy. Podziwiałem kościół i otoczenie. Najbardziej jednak podobała mi się góralska szopka z burmistrzem podwójnej wielkości. Adam Curuś Bachleda, taki wielki pan, a nie może mi dowieść obiecanego drewna na budowę kościoła na Jamnej… Samego ojca Drozdka nie było. Szkoda, że nie zastaliśmy proroka. Nie miałem się komu pożalić.

Na Rusinowej Polanie czekał na nas komplet współbraci. Leonard, wielki i mocny jak niedźwiedź, oraz już drobniejszej budowy ojcowie Hieronim i Przemysław. Poczęstowali nas obiadem. Ojciec Leonard z dumą pokazywał rozbudowaną kaplicę — znaną od dzieciństwa zakonnego, kochaną, omodloną… Tam przecież jako pierwsi spędzaliśmy zimowe wakacje, będąc jeszcze klerykami. Na Rusinowej Polanie było pełno ludzi i były owce. Widoczność jak za naszej młodości.

I jeszcze odwiedziny w Księżówce. Ksiądz dyrektor podarował ogromny wazon z pokoju Ojca Świętego do naszej papieskiej kolekcji na Jamnej. Wzruszające spotkanie z księżmi. Jest coś pięknego w starszych kapłanach, którzy z radością przeżyli swoje życie, a dziś już bez pośpiechu zdążają na spotkanie z Odwiecznym i Pierwszym Kapłanem. Teraz przyjechali do Zakopanego pochodzić po Tatrach i uwielbiać Pana.

Na koniec Kalatówki sióstr i Brata Alberta. Akurat był brat Starszy. Zwiedzamy dom i prosimy o błogosławieństwo. Prostota i umiar imponujące. Duch świętego Brata Alberta krążył nad nami. To umacnia i uspokaja.

Dziękuję za te błogosławione chwile. W Poznaniu czekają mnie inauguracje roku akademickiego, gdzie oficjalnie pojawi się data „2000”. Znowu wpadnę w wir emocji i wrażeń. Oddycham zatem, póki jeszcze mogę.

Czy można zdradzić Tatry?
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...