Dotyk Boga

Bohater trylogii Torkingtona (Pustelnik, Prorok, Mistyk) ksiądz James Robertson zwraca się do swojego kierownika duchowego, Petera Calvaya, o poradę. Peter, któremu właśnie zmarła jego ukochana matka, wprowadza go w arkana modlitwy mistycznej. Drogę życia mistycznego przyrównuje do wędrówki, jaką muszą przejść kochający się małżonkowie. Swe rady wspiera przykładami z życia własnych rodziców. W życiu modlitwy każdego człowieka można wyróżnić cztery etapy: modlitwę dziecięcą, młodzieńczą, dorosłego i doskonałą. Ojciec James, który dobiega czterdziestki, po czasie radosnego odczuwania Bożej obecności wkroczył w Noc Ciemną Ducha, zwaną też Obłokiem Niewiedzy czy Pustynią. Peter Calvay przekonuje go, że jest to normalny proces, występujący także w życiu małżonków, kiedy po okresie pierwszych uniesień następuje etap pozornego ochłodzenia. „Kiedy wszystko zdawało się dobrze układać — mówi o życiu swych rodziców — zaszło coś, czego mój ojciec nigdy nie potrafił zrozumieć, coś co zmieniło ich wzajemną relację. Ojciec powiedział mi tylko, że uczucia, emocje i namiętności, które dotąd były tak silne, zaczęły słabnąć. Najpierw dotknęło to matkę, a później to samo stało się z nim. Było to tak, jakby zostali poprowadzeni, przez i poza siebie do doświadczenia, które kazało czuć im się niezadowolonymi nawet w najcudowniejszych chwilach ich małżeńskiej miłości, ponieważ zaczęła ich wzywać do siebie jakaś inna Miłość”.

— Przepraszam — rzekł Peter, wstając. — Zaczynam sobie pobłażać. Chciałem odpowiedzieć ci na twoje problemy, a skończyłem, obciążając własnymi. Chodź, napijemy się kawy, a potem przejdziemy do sedna sprawy — tym razem twojej, nie mojej!

Wcale nie uważałem, żeby Peter sobie pobłażał. Mówił tak wzruszająco o swoich rodzicach, że parokrotnie o mało nie doprowadził mnie do łez.

— Wiesz — powiedział, stawiając przede mną filiżankę z kawą — myślę, że największym darem, jaki dostałem, była wzajemna miłość moich rodziców. Wypracowali ją przez lata i przelała się także na nas. Bez niej byłbym nikim.

Peter przysunął sobie krzesło i usiadł naprzeciw mnie przy kuchennym stole.

— Dziękuję ci, że dzielisz się ze mną tak osobistymi sprawami — powiedziałem. — Czuję się wyróżniony.
— Daj spokój. Szczerze mówiąc, myślę, że musiałem o tym z kimś porozmawiać. Nie zrobiłem tego w tym celu, ale bardzo mi to pomogło.
— Pomogło także i mnie — rzekłem — docenić coś, o czym nigdy wcześniej nie myślałem. Bardzo łatwo księżom traktować protekcjonalnie świeckich, szczególnie małżeństwa, jakby były one podróżnymi drugiej klasy w drodze, w której, jak uważamy, jesteśmy przewodnikami. Oni często wiedzą o wiele więcej o tej wędrówce niż my.
— Masz rację — odparł Peter. — Matka i ojciec dowiedzieli się wszystkiego o mistycznej drodze dzięki całemu swojemu doświadczeniu. Dobrze przeżyli swoje ciemne noce, chociaż jestem pewien, że nic nie słyszeli o świętym Janie od Krzyża i gdybyś im powiedział, że są mistykami, śmialiby się. A jednak opowiedziałem ci o ich drodze, aby pomóc ci w twojej.
— Twoje słowa bardzo mi pomogły. Mogę ci tylko podziękować, że opisałeś wszystko w takich szczegółach.
— Nie usłyszałeś jeszcze wszystkiego — odrzekł Peter, uśmiechając się, jakby do siebie. — To zajęłoby zbyt dużo czasu i jak sądzę, byłoby także za bardzo męczące.

Peter wpatrzył się w blat stołu. Czułem, że jest bliski łez. Powiedział mi, że ojciec zeszłej nocy miał bardzo poruszający sen, w którym widział swoją żonę znowu jako małą dziewczynkę, wręczającą mu list miłosny pod szkolną ławką.

— To dziwne — stwierdził. — Już w tym wieku było między nimi coś bardzo szczególnego.
— Właśnie to nazwałeś miłością dziecięcą — pośpiesznie przerwałem Peterowi, próbując zmienić emocjonalny ton rozmowy na bardziej intelektualny, jeśli nie przez wzgląd na Petera to na siebie!
— Tak, racja — rzekł Peter, siadając prosto i biorąc się w karby — próbowałem ci powiedzieć, że w pierwszej modlitwie, słów, których używamy, nauczyli nas inni — nasi rodzice, nauczyciele lub może są wyuczone z książeczki. Język może być pełen znaczenia, uczuć, wziętych z Pisma albo od świętych, ale rzadko odpowiada uczuciom początkującego.

Właśnie to miałem na myśli, mówiąc o modlitwie dziecięcej. Być może posuwam to porównanie za daleko, ale wydaje mi się, że te dwie rzeczy są do siebie paralelne.

— Ależ nie — odparłem. — Uważam, że to jest bardzo dobra analogia i warto jej dokonać. Jednak modlitwę początkującego charakteryzuje także duża liczba próśb, prawda? Tak przynajmniej było w moim przypadku! Sądziłem, że Bóg jest kimś w rodzaju duchowego Gwiazdora, który da mi wszystko, czego potrzebuję albo co uważałem za niezbędne.
— Masz rację — powiedział Peter — ale jeszcze raz powtarzam, że to nie jest prawdziwe uczucie do Boga. On jest nam potrzebny o tyle, o ile można coś z Niego wydobyć. Modlitwa młodzieńcza zaczyna się, gdy początkujący zostaje dotknięty przez Boga i chce znowu tego dotyku doznać.
— Co masz na myśli, mówiąc o dotyku Boga? To mnie nigdy nie spotkało!
— Ależ tak! — powiedział Peter. — A dlaczego po raz pierwszy zgłosiłeś się do mnie?
— Powodem nie był jakiś niezwykły dotyk Boga, a jedynie to, że spotkałem młodą matkę na rekolekcjach w Londynie, która dała mi twój adres.
— To prawda — rzekł Peter. — A dlaczego pojechałeś do tego rekolekcyjnego ośrodka w Londynie? Ponieważ uświadomiłeś sobie, że twoje życie modlitwy jest w nieładzie! A co doprowadziło cię do tego przekonania? Był to dotyk Boga.

Pozwól, że najpierw ci wyjaśnię, jak dochodzi do takiego dotyku, dzięki któremu początkujący zostaje natchniony do podjęcia następnego kroku w swojej duchowej wędrówce. Możesz być na przyjęciu, dobrze bawić się z przyjaciółmi. Wokoło żarty, rozmowy, dużo dobrego jedzenia i picia. Gra muzyka, są tańce, wszystko kręci się na pełnych obrotach. I nagle TO się zdarza.

— Co takiego? — spytałem.
— Dotyk Boga — powiedział Peter. — To nie jest nic fizycznego, chodzi o dotyk duchowy. Nagle wśród najradośniejszej zabawy czujesz się sam. Czujesz, że tu nie przynależysz, tęsknisz za czymś większym, wyższym, szlachetniejszym. Gdyby cię ktoś spytał, w ogóle nie potrafiłbyś nazwać tego, czego tak naprawdę pragniesz. Prawdopodobnie powiedziałbyś, że tęsknisz za Bogiem, nie Jezusem Chrystusem, a po prostu Bogiem.

Kiedy indziej możesz siedzieć nad morzem, słuchać, jak fale uderzają o falochron na brzegu, zachodzące słońce zabarwia morze na czerwono, kryjąc się za odległymi wzgórzami. Łagodna, pieszcząca bryza, dźwięk świergotu kulika nad bagnami — i to znowu się zdarza! Ten dotyk. Zamykasz oczy. Zatapiasz się w głębokim melancholijnym smutku, który jest dziesięć razy droższy od wszystkich radości na świecie.

W Paryżu zabrano mnie do opery na „Aidę”. Sztuka po prostu mnie powaliła. Muzykę trochę znałem, jednak całe przedstawienie przekroczyło zupełnie moje oczekiwania. Kiedy na końcu Wielkiego Marszu opadła kurtyna, byłem dosłownie jak w transie. Nie chciałem iść z innymi do baru, aby przedyskutować zalety i wady przedstawienia. Pragnąłem przenieść się w samotność swojego pokoju, aby móc rozkoszować się tym, czego doznałem. Dzięki pośrednictwu muzyki byłem w stanie doświadczyć czegoś z piękna, chwały i majestatu Boga i nie chciałem, aby to przeżycie rozproszyło się w bezsensownej paplaninie. Wzruszający film, piękny utwór muzyczny, arcydzieło sztuki może wywołać ten sam efekt. Do podobnego przeżycia może doprowadzić intensywne studiowanie.

— Tak, rozumiem — powiedziałem. — Dokładnie wiem, o czym mówisz. Dlaczego jednak Bóg postanawia nagle zwrócić się do nas i dotknąć nas w ten sposób?
— No cóż, to niezupełnie tak — odrzekł Peter. — Przypomnij sobie, że święty Jan od Krzyża powiedział, iż Bóg jest miłością. Sądzę, że lepszym określeniem byłoby: Bóg jest kochaniem, ponieważ On przez cały czas nas kocha. Powodem, że nie doświadczamy tego, jest to, że tak bardzo zatraciliśmy się w sobie. A potem nagle, dzięki splotowi jakichś silnych zewnętrznych bodźców oraz naszej wewnętrznej wrażliwości umysłu i serca, przez krótki czas potrafimy doświadczyć Bożej miłości, która jest z nami przez cały czas.

Osobiście nazywam te przeżycia „mistycznymi przeczuciami”. Poprzedzają one mistyczną świadomość Boga, która w końcu staje się bardziej powszednia dla prawdziwego kontemplatyka, wyczulonego na Bożą Obecność dzięki długiemu oczyszczaniu. Taki dotyk uruchamia pewien rodzaj świętego niepokoju, który umożliwia osobie poznanie siebie przez doświadczenie. To jest to, co miał na myśli święty Augustyn, mówiąc: „Niespokojne jest serce, aż nie spocznie w Tobie”. Człowiek pragnie szukać Jedynego, który go dotknął, aby przeżyć pełniej miłość bez miary, miłość, która na krótko go poruszyła.

— A to, jak przypuszczam, jest uważane za Boże wezwanie do życia konsekrowanego — powiedziałem.
— Dobre nieba, nie! — odparł Peter, śmiejąc się. — Wy, księża, jesteście niepoprawni! Nie chodzi o szczególne powołanie do życia konsekrowanego, ale do pełni życia, dostępnej dla każdego.

Kiedy mój ojciec był nastolatkiem — na długo zanim powtórnie spotkał moją matkę — przeżył to, o czym rozmawialiśmy. Nauczyciel geografii w szkole zainteresował go astronomią i ojciec długimi godzinami przesiadywał na dachu szkoły, wpatrując się w gwiazdy. Na początku jego poznanie było czysto akademickie, jednak pod koniec zmieniło się w mistyczne. Gdy zaczęły do niego przemawiać piękno i majestat nieba i dotknęły go rodzajem doświadczenia, którego nie znajdziesz w książkach, przestał przykładać wagę do teleskopu.

To samo zdarzyło się podczas zdobywania gór. Zaczął piąć się na najwyższe szczyty, ponieważ jak powiedział Mallory, one po prostu tam były. Pod koniec jednak wspinał się na nie dlatego, że doświadczył tam obecności jeszcze Kogoś. Jego matka, widząc go śniącego na jawie, stwierdziła, że zakochał się w miłości. I miała rację. Jednak on nie widział w swoich przeżyciach powołania do kapłaństwa ani do życia zakonnego. I nawet przez myśl mu nie przeszło, że mógłby być księdzem czy zakonnikiem. Chciał po prostu lepiej poznać i głębiej doświadczyć Jedynego, którego Obecność dotknęła go w tych tajemniczych chwilach, wywołując tęsknotę za swym Stwórcą.

Ta Obecność dosięgła go w nowy i nieoczekiwany sposób w dniu, kiedy powtórnie spotkał moją matkę. Miała się stać dla niego większym i doskonalszym wcieleniem Jedynego, którego szukał.

Widzisz, to nie człowiek, ale rodzaj ludzki został stworzony na obraz i podobieństwo Boże. To mężczyzna i kobieta razem, we wzajemnej miłości przejawiają najdoskonalsze ucieleśnienie Bożego kochania. Męskość i kobiecość, doskonale zrównoważone jako jedno w Bogu, tu na ziemi przejawiają się w dwóch osobach, aby mężczyzna i kobieta, wstąpiwszy w siebie przez miłość, doświadczyli Boga w niepowtarzalnym wcieleniu.

Kiedy ojciec spotkał moją matkę, zaczął w niej odnajdywać coś z tego piękna, dobroci i prawdy Boga przyodzianego w kształt kobiety. To doświadczenie ekscytowało jego serce, umysł i ciało i prowadziło go do doświadczenia, w którym Boża Obecność dawała się odczuwać pełniej niż kiedykolwiek wcześniej. Przeżycie to stawało się coraz bardziej doskonałe, gdy wraz z mijającymi latami egoizm, który ciągle trzymał ich osobno, został stopniowo oczyszczony przez cierpienie i wyrzeczenie związane ze wspólnym wychowywaniem rodziny.

— Nigdy wcześniej nie postrzegałem tych spraw w ten sposób — powiedziałem. — Z pewnością nigdy wcześniej nie widziałem w małżeństwie powołania do życia mistycznego.
— Tak, wiem — rzekł Peter, śmiejąc się do siebie. — Niewielu księży tak je postrzega. Chciałbym, żebyś sobie to jasno uzmysłowił: każdy jest powołany do życia mistycznego, w tradycji chrześcijańskiej oznacza ono doświadczenie głębokiego zanurzenia w miłości Bożej. Jest ono dostępne dla wszystkich: małżonków, osób samotnych i żyjących w celibacie.

Na przykładzie życia małżeńskiego przedstawiłem ci mistyczne, ponieważ akurat moi rodzice byli tak bliscy jego osiągnięcia, a także dlatego, że my, celibatariusze, możemy się od nich wiele nauczyć. Nie chciałbym twierdzić, że ideał jest częściej osiągany w życiu małżeńskim niż w zakonnym czy w kapłaństwie. Myślę, że uniesienia są podobne tu i tam. Sądzę, że ty sam miałeś podobne przeżycia, co mój ojciec, ale odebrałeś je jako powołanie do stanu kapłańskiego.

— Tak, to prawda — rzekłem. — Zostałem także zainspirowany przez niektórych spotkanych przeze mnie zakonników, którzy ucieleśniali ideał, który i ja chciałem osiągnąć. Myślę jednak, skoro już o tym mówisz, że ten, który dotarł przez nich do mnie, był tym Jedynym, który dotknął mnie w szczególnych momentach, o których mówiliśmy?
— Dokładnie tak — odparł Peter.
— Czy ten dotyk Boga, o którym rozmawiamy, jest przeżyciem typowo chrześcijańskim, czy też mogą go doświadczyć wszyscy?
— Zdecydowanie wszyscy — odrzekł Peter z naciskiem. — Bóg kocha wszystkich ludzi, nie tylko chrześcijan, ale chrześcijanie odpowiadają na Jego dotyk w szczególny sposób.
— Co masz na myśli?
— Czy mogę na chwilę pożyczyć twój brewiarz?
— Oczywiście.
— Dzięki. Zobaczmy — powiedział Peter, otwierając brewiarz na czytaniach, które były przeznaczone na dzień świętego Augustyna.
— Posłuchaj. Oto klasyczny przykład tego, o czym mówiliśmy, a co opisałem jako mistyczne przeczucie czy też dotyk. Reakcja Augustyna jest typowa, a jego odpowiedź typowo chrześcijańska, chociaż trzeba pamiętać, że w tamtym czasie nie był jeszcze chrześcijaninem.

„Kiedy pierwszy raz cię poznałem, uniosłeś mnie tak, abym mógł zobaczyć, że jest coś do zobaczenia, ale że ja jeszcze…”

— Widzisz — powiedział Peter — doświadczenie Augustyna było takie, jakie jest powszechne dla wielu, chociaż niewielu potrafi to doświadczenie tak wyjaśnić jak on. Sporo ludzi ma to, co czasami nazywa się naturalnymi przeżyciami mistycznymi, ale podczas gdy całe życie rozmawiają o tych cennych chwilach, próbując ująć je w słowa, uchwycić je w subtelnej poezji, Augustyn pędził w poszukiwaniu źródła, z którego one pochodzą.

Jego poszukiwanie prowadzi go do Chrystusa, ponieważ w Nim znajduje Arcydzieło Boskiego Stworzenia. Fragmenty piękna, dobroci i prawdy Bożej, które są rozproszone w reszcie stworzenia, mają być znalezione w pełni w Arcydziele. Całe lata poświęca na poznanie Jezusa, zagłębiając się w każde Jego słowo w Pismach i odpowiadając własnymi słowami, aż rodzi się coś w rodzaju duchowej konwersacji rozwiniętej w jego życiu modlitwy. Na początku jego poznanie jest głównie intelektualne, ale stopniowo staje się coraz bardziej emocjonalne, szczególnie gdy doświadcza miłości Chrystusa, spowijającej jego umysł, serce i całą istotę. Teraz zaczyna odpowiadać w języku miłości. W końcu, gdy wszystko zostaje powiedziane, wszystko, czego pragnie, to trwać w spokoju i smakować w milczeniu to, co otrzymał w głębokiej ciszy. Był to w życiu Augustyna okres duchowej adolescencji, dojrzewania, który następował według identycznego wzoru co u moich rodziców w okresie młodości.

Kiedy spotkali się powtórnie, ojciec musiał poznawać matkę na nowo, ale w głębszy sposób niż wówczas, gdy byli tylko dziećmi. Ich relacja rozwijała się i pogłębiała w sposób, który doskonale odzwierciedla młodzieńczą modlitwę świętego Augustyna. Całe godziny spędzali na rozmowach, nadrabiając stracone lata, rozmawiali o teraźniejszości i snuli plany na przyszłość. Słuchali tej samej muzyki i zaczęli regularnie chodzić razem na koncerty.

Lubili także pływać i co piątek wieczór chodzili na basen. Ojciec ucieszył się, że matka jest dobrym piechurem. Oboje też wpatrywali się w gwiazdy. Na początku bardzo dużo rozmawiali, jednak im więcej się spotykali, tym mniej trzeba było słów, aby przekazać to, co czują, choć słowa nadal były ważne.

— Święty Augustyn, gdy jego duchowa adolescencja osiągnęła punkt kulminacyjny, wiedział, że doświadcza miłości Chrystusa spowijającej całą jego istotę, ale moi rodzice nie wiedzieli o tym. To znaczy do czasu, gdy opat Williams wyjaśnił im, Kogo doświadczali w miłości, którą wzajemnie stworzyli i przeżywali. Ich miłość była sakramentalna, gdyż każde z nich było dla drugiego widzialnym, namacalnym znakiem innej jakości miłości Bożej, którą ze sobą dzielili. Ta sakramentalna miłość została publicznie uświęcona podczas ślubu i potem każdego dnia ich życia, ilekroć starali się kochać drugiego bezinteresownie.
— Dziękuję ci, Peter — powiedziałem — zaczynam wszystko rozumieć, chociaż kiedy opisywałeś, jak modlitwa świętego Augustyna osiągnęła najwyższy punkt, myślałem, że wtedy dosięgnął szczytów modlitwy mistycznej.
— O nie! — odrzekł Peter. — Tylko szczytów modlitwy młodzieńczej.
— Zatem, co zdarzyło się później? — spytałem.

Peter zaśmiał się.

— Powinieneś wiedzieć — rzekł — przecież sam właśnie znalazłeś się w punkcie, w którym twoja duchowa adolescencja nagle doszła do końca.
— To znaczy, że i święty Augustyn przechodził przez to samo, co ja właśnie przeszedłem?
— Właśnie! — rzekł Peter. — Podobnie jak wszyscy inni, kiedy im ta duchowa młodość nagle się kończy.
— Ale dlaczego to musi się zdarzyć? — spytałem.
— To musi się zdarzyć — odparł Peter — aby osoba mogła wzrosnąć duchowo i wkroczyć w to, co nazwałem modlitwą dorosłą, podczas której przygotowuje się do modlitwy doskonałej. Widzisz, powodem, dla którego te tymczasowe doświadczenia Boga nie mogą trwać dłużej, jest to, że przyszły mistyk należy do tego świata, a nie do przyszłego, podobnie jak jego serce. A jego serce jest pełne tak wielu ludzkich pragnień, takiego czy innego rodzaju, które początkowo są o wiele silniejsze od przemijających pragnień Boga.

Jeśli czysto ludzkie pragnienia pochłoną całą uwagę człowieka, wtedy te krótkie mistyczne przebłyski Boga będą wraz z wiekiem człowieka zanikały, aż w końcu w jego doświadczeniu nie będą odgrywały żadnej roli albo znikomą. To często zdarzało się w życiu niektórych wielkich i wielu przeciętnych romantycznych poetów. Im więcej ludzkich potrzeb i pragnień pochłania ich uwagę, tym stają się mniej wrażliwi i mniej zważają na źródło swego natchnienia w stworzeniu. Ich poezja cierpi, podobnie jak oni. Uciekają się w większości do seksu, picia, narkotyków, sądząc, że odnajdą w nich to samo, co wcześniej dał im dotyk Boga, lub przynajmniej, że zaspokoją tęsknoty, które ten dotyk w nich wywołał.

Ci chrześcijanie, którzy podobnie jak święty Augustyn, zwracają się do modlitwy, aby doprowadziła ich do poznania Boga i doświadczenia Twórcy w Jego Arcydziele, wędrują ścieżką, która jest nieznana większości poetów.

Chociaż ich miłość wyraża się w słowach, słowa w końcu ich zawodzą i pragną jedynie wpatrywać się z bojaźnią i zachwytem w Jedynego, który pochłania całą ich uwagę. To „mistyczne spojrzenie” nie różni się bardzo od spojrzenia naturalnego mistyka, ale jest otoczone i wspierane bogactwem ludzkich odczuć i emocji. Średniowieczni duchowi autorzy używali słów meditatio, oratio i contemplatio, aby opisać, jak początkowy proces intelektualny rozwija się poprzez silnie przeciążone emocjonalne aspiracje w spokojne i milczące spojrzenie. Podczas kontrreformacji, kiedy pisarze duchowi stali się trochę bardziej analityczni i psychologiczni, używali terminów medytacja, kontemplacja nabyta. Wyrażenie „kontemplacja nabyta” określa ostatni etap tego procesu, ponieważ może być osiągnięte dzięki ludzkiemu wysiłkowi, i odróżnia go od prawdziwej mistycznej kontemplacji, która, jak zobaczymy, jest czystym darem Boga, nieosiągalnym za pomocą ludzkich metod czy technik.

— Rozumiem — powiedziałem. — To, co mówisz, znam z własnych lektur duchowych, ale w swej arogancji sądziłem, że kiedy dojdę do tego, co nazwałeś kontemplacją nabytą, osiągnę szczyty. Byłem zatem zdruzgotany, kiedy wszystko zdawało się zniknąć w ciągu jednej nocy. Choć nie poddawałem się, jednak do niczego nie dochodziłem, popadając w coraz głębszą pustynię duchową, nie mając na widoku żadnej oazy.
— A więc widzisz to, co się zdarzyło, było właśnie tym — powiedział Peter. — Początkowe doświadczenia Bożej Obecności wyzwoliły w tobie głębokie pragnienie ponownego kontaktu. Właśnie to pragnienie doprowadziło cię do podjęcia poważnego życia modlitwy, gdyż wiedziałeś, że tylko tam może ono zostać spełnione. To, co początkowo było tylko nieokreślonym pragnieniem jakiegoś przeżycia, zmieniło się w pragnienie osoby. Doświadczenie bycia kochanym pogłębia się, gdy poznajesz tego, kto kocha ciebie. To samo zachodzi w modlitwie, gdy pragnienie miłości zmienia się w pragnienie Ukochanego.

Miłość coraz bardziej wzrasta wraz z pogłębiającym się poznaniem Ukochanego, które przychodzi przez wsłuchiwanie się w Jego słowa. Wolne, medytacyjne czytanie słów Jezusa w Piśmie Świętym było zawsze podstawowym sposobem, dzięki któremu serce i umysł wierzącego zostają uniesione do Ojca przez Syna.

Gdy pragnienie, które było tam od początku, zostaje podtrzymane przez ludzkie uczucia i emocje, może pozostawać skupione na Bogu nawet przez dłuższe okresy niż wcześniej. Modlitwa staje się teraz jedynie zwykłym, milczącym, kontemplacyjnym wpatrywaniem się w Boga, a słów używa się tylko okazjonalnie, aby nakierować ją na najwyższy punkt. Modlitwa młodzieńcza osiąga swój szczyt z nagłymi zmianami, kiedy pragnienie serca, które było wcześniej podtrzymywane i wspierane przez całą gamę ludzkich emocji, zostaje nagle wzniesione ponad nie i sięga w nieznane. To tak, jakby nagle zostało przyczepione do jakiejś siły, która przyciąga je nieustannie ku sobie. Kiedy to się zdarza, modlitwa młodzieńcza osiąga swój kres. Od tego nie ma odwołania, nawet gdyby osoba tego bardzo pragnęła. Dni ekscytującej, wzniosłej i emocjonalnej modlitwy skończyły się i nigdy nie wrócą w taki sam sposób.

Pozwól, że posłużę się pewną analogią. Kiedy rakieta albo kosmiczny statek lecący na Marsa jest gotowy do startu, ma przyczepione detonatory i olbrzymie zbiorniki paliwa, których zadaniem jest wyniesienie z ziemskiej atmosfery. Spełniwszy swoją rolę, przestają być przydatne, zatem muszą być odłączone od statku kosmicznego, bo inaczej będą opóźniać jego posuwanie się w kierunku miejsca przeznaczenia. Statek kosmiczny, zbliżając się do Marsa, wchodzi w zasięg oddziaływania jego sił magnetycznych i zaczyna nabierać coraz większej szybkości. Detonatory i zbiorniki paliwa spełniają dokładnie tę samą funkcję dla statku kosmicznego, co emocje dla pragnienia Boga. Odrywają serce od ziemi, unoszą je coraz wyżej, dopóki nie zakotwiczy się ono w mistycznym przyciąganiu boskiej miłości.

— Rozumiem — przerwałem — i to właśnie stało się ze mną.
— Tak — odparł Peter — Dlatego nie możesz wykorzystywać swoich emocji w modlitwie, tak jak to robiłeś wcześniej. Dlatego wszystkie duchowe uczucia, które podtrzymywały twój początkowy zapał w grupach modlitewnych i w twojej modlitwie osobistej, nie mogą dłużej wspierać cię w dalszej wędrówce. Musisz nauczyć się nowego znaczenia modlitwy, która będzie cię podtrzymywać podczas twej drogi mistycznej. Na dobre już porzuciłeś modlitwę adolescencji. Zaczęła się modlitwa dorosła.

tłum. Justyna Grzegorczyk

Dotyk Boga
David Torkington

urodzony 27 stycznia 1938 r. w Manchesterze – pisarz, wykładowca, rekolekcjonista dla świeckich i duchownych, były franciszkanin, publikuje felietony w „Catholic Herald”, najważniejszej gazecie katolickiej w Anglii. Kształ...