ks. Tomasz Horak, Katarzyna Gmerek, Tomasz Bracha

ks. Tomasz Horak, Katarzyna Gmerek, Tomasz Bracha

Brawo Panie Mariuszu!

Tego nie napisałby żaden ksiądz (choć pewnie wielu podobnie myśli — ja jestem księdzem). Cytuję Pana wypowiedź („W drodze” 9/99): „Może trzeba byłoby zaryzykować i przynajmniej od gimnazjum wprowadzić zróżnicowany program — minimalny: jedną godzinę tygodniowo i rozszerzony: dwie godziny — dla tych, którzy chcą naprawdę brać udział w zajęciach. Może połączyć to z zaostrzeniem kryteriów warunkujących przystąpienie do sakramentu bierzmowania, którego udzielanie graniczy czasami z obrazą Ducha Świętego”.

Życzę, by wielu duchownych to przeczytało i nie bało się realizmu. Bujanie w obłokach i chowanie głowy w piasek nie przynosi (na ogół) widocznych skutków. Życzę wiele radości w pracy katechetycznej, którą ja sam bardzo kocham. Zresztą — bardziej kocham te wszystkie „moje” dzieci. Z Bogiem.

Ks. dr Tomasz Horak
wiejski proboszcz i katecheta

* * *

Gdyby Polacy więcej wiedzieli o Irlandii…

Mnie też trochę rozczarowała ta książka — ale tylko trochę. Może dlatego że mediewistą nie jestem i nie stawiam zbyt wysokich wymogów popularnemu wydawnictwu poprzedzonemu sławą bestsellera w USA. Jeżeli coś było bestsellerem w Stanach, czy można spodziewać się poziomu Iroszkotów w kulturze średniowiecznej Europy prof. Jerzego Strzelczyka?!

(…) Celtowie zaś w ogóle kojarzą się, zwłaszcza młodej publiczności, z nieokreślonymi mglistymi klimatami i pogaństwem — jest to bardzo smutne, jeśli będziemy pamiętać, ile włożyli twórczego wysiłku w historię kultury chrześcijańskiej Europy. Czy irlandzcy mnisi, skryptorzy i misjonarze „uratowali” naszą cywilizację? Po odpowiedź należałoby sięgnąć do książki Jerzego Strzelczyka. Nie bądźmy tutaj zbyt surowi dla Th. Cahilla — my, którzy kiedyś lubiliśmy mówić o sobie jako o przedmurzu i bastionie chrześcijaństwa. Było coś z prawdy w tej szlachetnej uzurpacji — choć, gdyby trzymać się ściśle naukowych kryteriów, byłaby to pewnie tylko uzurpacja. Pokrzywdzeni przez historię lubią tworzyć takie hasła ku pokrzepieniu serc…

Książka Cahilla opowiada w dość zajmujący sposób mało znaną w naszej części Europy historię chrześcijaństwa w dawnej Irlandii. Przypuszczam, że są to sprawy absolutnie nieznane dla większości czytelników. Przyznać muszę jednak, że wolałabym, by autor nie wyżywał się w dziecinnych nieco żarcikach na temat św. Augustyna albo nie podkreślał tak rzekomej całkowitej odrębności chrześcijaństwa irlandzkiego od Kościoła rzymskiego. Oba stanowiły zawsze jeden Kościół i nigdy nie doszło do rozerwania więzi między nimi. Ta jedność, zachowana pomimo odrębności, wspaniały rozkwit sztuki pisarskiej i plastycznej, gdzie ku chwale Bożej twórczo wykorzystano dorobek poprzednich, niechrześcijańskich pokoleń są mocnymi stronami kultury irlandzkiej. I o tym, przynajmniej częściowo, opowiada książka.

Po lekturze Druidów P. B. Ellisa łudziłam się, że może Cahill zechce podjąć polemikę z interpretacją i wizją herezji pelagiańskiej widzianej przez tamtego autora, lecz jak wspominałam, orientując się w literaturze przedmiotu, nigdy nie oczekiwałam zbyt wiele po sławnym amerykańskim bestsellerze.

W recenzji Marcina Morawskiego („W drodze” 9/99) nie podoba mi się, ile miejsca poświęcił jej autor na rzeczy tak — z mojego punktu widzenia — drugorzędne, jak obraz Germanów u Cahilla. Zgoda, Germanie nigdy nie interesowali mnie tak jak Celtowie…

Całkowicie zgadzam się z opinią, że książka pełna jest ryzykownych uproszczeń. Jednocześnie jednak warto zauważyć, iż pisana jest tak lekkim, anegdotycznym stylem, że chyba nikt nie bierze na serio możliwości traktowania jej jako autorytetu w dyskusjach naukowych…

Osobiście miałabym jednak nadzieję, że lektura jej będzie prowadzić polskich czytelników do instytucji publicznych i naukowych, gdzie życzliwy bibliotekarz (może to być niżej podpisana!) zaproponuje im poważniejszą literaturę na temat Celtów i Irlandii.

Katarzyna Gmerek
  

* * *

Nie podoba mi się co napisał p. Niesiołowski w artykule o „wrogach Kościoła” („W drodze” 6/99). Cała krytyka działań Kościoła wg niego jest skutkiem propagandy komunistycznej, liberalnej czy też peerelowskich przyzwyczajeń. Oczywiście w dużym stopniu ma rację. Tyle, że grunt pod ową propagandę przygotowywali często swymi nierozważnymi działaniami ci duchowni, do których nie dotarł sens przemian 89 roku, jak też świeccy, którzy w imię kariery czy też zatarcia swych postępków z minionej epoki, nagle stawali się świętsi od papieża. Bywałem na mszach dla młodzieży, gdzie ksiądz ok. 3/4 czasu kazania poświęcał wygłaszaniu swojej opinii o różnych politykach, np. straszliwie dostało się Mazowieckiemu za sprowadzenie uchodźców z Bośni (że my za to płacimy). W dniu wyborów prezydenckich w 1990 roku zaapelował o głosowanie na Wałęsę, „bo tylko jego zdanie w kwestii aborcji jest zgodne z nauką Kościoła”. Na rządach LW p. Niesiołowski nie zostawia suchej nitki. Czyż ludzie, widząc degrengoladę rządów, nie mieli prawa mieć pretensji do owego księdza i do Kościoła, bo przecież wielu księży wzywało, by głosować na człowieka, który co prawda w kwestii aborcji był zgodny z Kościołem, za to w innych sprawach jego postępowanie było niezgodne z jakąkolwiek logiką. W roku 1991 byłem członkiem komisji wyborczej przy wyborach do Sejmu. Stałym zjawiskiem byli starsi ludzie, którzy wchodzili do lokalu i od drzwi domagali się, by wskazać im, która partia jest chrześcijańska, „bo ksiądz kazał tak głosować”. Brali karty i kompletnie nie orientując się w programach, głosowali na jakąkolwiek listę „chrześcijańską”. A były to m.in. listy: postkomunistyczna oraz skrajnie nacjonalistyczna. Gdyby istniało ugrupowanie pt. Chrześcijańskie Stowarzyszenie Pedofili też by zdobyło sporo emeryckich głosów. Nigdy nie mówiłem, że Kościół chce rządzić. Nigdy nie twierdziłem, że nie powinien zabierać głosu, ale po moich osobistych doświadczeniach rozumiem ludzi, którzy tak mówią. Jeśli chodzi o moje odczucia, to czułem się jakby odrzucony, jeśli nie przez cały Kościół, to przez jego część. Oczywiście nie miałem jakichś przykrych przejść. Ale było nieprzyjemnie. Na pytanie: na kogo głosuję, odpowiadałem: na Mazowieckiego, słyszałem z ust żarliwego katolika: „na żyda?!”. Albo, gdy ksiądz publicznie mówi pewnemu człowiekowi, niegłupiemu, mającemu za komuny kłopoty z powodu okazywania swej wiary, że nie nadaje się na swoje stanowisko, bo nie jest odpowiednio moralny, to znaczy jest po rozwodzie. Albo, gdy widziałem jak pewna nauczycielka, określana jako czerwona k… — wybitnie nadgorliwy członek PZPR do ostatniego dnia — gorliwie organizuje modlitwy przed lekcjami i wszyscy twierdzą, że jest OK. Czułem jakąś ciężką atmosferę, jakby w nowej rzeczywistości prawo głosu mieli fanatyk do spółki z politykiem, robiącym karierę na okazywaniu religijności, a patronuje kompletnie nie rozumiejący rzeczywistości, ograniczony kapłan z bandą dewotek. Tak to wtedy widziałem, mimo że nie czytałem „Nie”, za to często miałem w rękach „Słowo Powszechne”. Nigdy nie przyszło mi do głowy znieważać Kościoła, nigdy nie głosowałem na ludzi wrogich chrześcijaństwu. Ale prosiłbym o więcej zrozumienia dla ludzi, którym zabrakło wtedy cierpliwości.

I na koniec. P. Niesiołowski pamięta S. Bratkowskiemu, że lidera ZChN nazwał führerem. Parę miesięcy potem W. Chrzanowski przez ludzi z prawicy, w tym niektórych członków ZChN, bywał nazywany ubowcem. Warto po prostu pamiętać także grzechy własnej formacji.

Tomasz Bracha