2000

Umieszczona na paryskiej Wieży Eiffela świetlna tablica, na której zmniejszająca się każdego dnia liczba przypomina o zbliżającej się magicznej dacie. Im bliżej jubileuszu, tym więcej dociera do nas zadziwiających informacji. Lawina doniesień, od dawna pojawiające się prognozy i przepowiednie, wieści kasandryczne i — niekiedy — optymistyczne, wykluczające się diagnozy, moda na jasnowidzów, nęcące propozycje firm turystycznych wraz z niepokojącymi ostrzeżeniami futurystów — cały ten medialny kołowrót może niejednego przyprawić o zawrót głowy. Gdyby ktoś zechciał zebrać publikacje, nie mówiąc już o ich analizie i ocenie, dotyczące Roku 2000, musiałby zrezygnować z wszelkich innych zajęć. Mało prawdopodobne byłoby ogarnięcie całej kwestii, którą od dawna zajmują się sztaby planistów, polityków, menadżerów, różnej maści ideowi przywódcy, sponsorzy, eksperci od propagandy i rozrywki.

Paryż co najmniej dwukrotnie miał przeżyć zagładę. Przetrwał mimo złowieszczych przepowiedni i szykuje się na wielkie święto. Minister Kultury Catherine Trautmann już w maju ogłosiła, iż… wybrała 250 artystów, którzy mają uświetnić Jubileusz. Wśród wyróżnionych znaleźli się architekci, plastycy, choreografowie, muzycy, filmowcy i pejzażyści, różnego rodzaju projektanci, tak wizażyści, jak i specjaliści od iluminacji, a także akrobaci. „Od Dunkierki aż po Barcelonę” mają zgromadzić się miliony „wokół tematu Piękno w Awinionie”. 31 grudnia przez Pola Elizejskie przemaszeruje „Zielony Południk”. Bawić ma się cała Francja. Wszystko rozpocznie się „od świętej Katarzyny”, czyli 25 listopada bieżącego roku. Na 14 lipca 2000 roku, w święto narodowe Francji, przewidziany jest wielki piknik. Czy nadsekwańska metropolia zamieni się w wielką wioskę? Czy nastąpi symboliczne zbratanie się miasta z wsią? Czas pokaże.

„Dlaczego Awinion?” — pytają zaskoczeni dziennikarze. „Dlaczego Piękno?” — dziwią się niektórzy. Awinion, w którym od kwietnia do września niepodzielnie „panować będzie Piękno”, jest „miastem Papieży”, a w przyszłym roku stanie się jedną z europejskich stolic kultury. Piękno powinno zakrólować, bo przez długi czas zapominaliśmy o nim w codziennym życiu, przestaliśmy o nim myśleć, traktowaliśmy je jako coś niefunkcjonalnego, nieprzydatnego, teraz musi być inaczej. Trzeba zrobić wszystko, żeby nasze otoczenie i nasze życie stało się piękniejsze — postulują organizatorzy Roku 2000. Nie wiadomo, czy Patrick Bouchain, reżyser „spektaklu na świętego Sylwestra”, Jean–Luc Wilmouth i inne mózgi elizejskiej parady, czy pani minister Trautmann i pan Aillagon czytali papieski List do Artystów. Wszyscy pragną jednak, by francuski Rok Jubileuszowy stał pod znakiem „nowych form Piękności”. Niemcy chcą zrekonstruować Berlin, Brytyjczycy postanowili pozostawić po sobie „jubileuszowy monument”, Francuzi „preferują sztukę”. „XXI wiek będzie [bardziej] ludzki” — zapewniła pani Minister. W przeciwieństwie do swego wielkiego poprzednika, André Malraux, nie ma wątpliwości, że przyszłe stulecie będzie wiekiem humanizmu, wiekiem sztuki, wiekiem sprzyjającym artystycznej kreacji.

Na początku 1999 roku brukselski dziennik „Le Soir” opublikował wyniki sondażu, z którego wynikało, że większość frankofonów z lękiem myśli o roku 2000, zaś większość Belgów posługujących się językiem flamandzkim z nadzieją spogląda w przyszłość. Czyżby o pesymizmie i optymizmie decydowały różnice językowe, narodowe, kulturowe? Czy zapóźnienie gospodarcze Walonii w stosunku do Flandrii jest tutaj decydujące? Czy może winna jest mentalność, charakter, historia, świadomość, religia? Przez 52 tygodnie zaproszeni eksperci (także z Francji!) mieli poruszyć 52 tematy, dotyczące tak Belgii, jak i świata. Choć dyskusja jeszcze się nie zakończyła, trudno się oprzeć wrażeniu, że równie dobrze można by rozmawiać na temat roku 1999 czy 2015. Przełomy w nauce, w gospodarce, w kulturze nie są jednoznaczne ze zmianą dat (choćby symbolicznie znaczącą). Debata, bardziej rzeczowa i konkretna, jaka toczy się na łamach paryskiego „Le Monde”, pokazuje, że choć stajemy wobec nowych wyzwań (na przykład w kwestii ochrony środowiska, bioetyki, demografii), przyszłość przyniesie ze sobą „odwieczne etyczne problemy” i pytania, na które wciąż na nowo trzeba odpowiadać.

40 lat temu Jacques Le Goff na łamach dwumiesięcznika „Annales. Économies. Sociétés. Civilisation” pisał o średniowiecznym konflikcie między „czasem Kościoła” i „czasem kupca”. Przez wieki z respektem odnoszono się do „działania Opatrzności”. Wraz ze zmianą struktur ekonomicznych kupcy zaczęli do woli używać i nadużywać czasu. Nawet Kościół, kiedy rozwinął się handel, powoli ustępował mu miejsca. Zdaniem francuskiego historyka już u schyłku średniowiecza czas kupca zaczął wyzwalać się spod panowania czasu biblijnego. Czas przyrodniczy i czas pracy zawodowej też miały ze sobą coraz mniej wspólnego. Na przełomie XIII i XIV wieku doszło do racjonalizacji i laicyzacji czasu. Dziewiętnasto i dwudziestowieczny kapitalizm dopełnił dzieła. Dziś — trzeba by dodać — odstąpiono od chrześcijańskiego pojmowania historii. Czas musi być przydatny, musi dawać zysk albo przyjemność, w przeciwnym razie jest zmarnowany. Ludzie mają coraz mniej czasu na myślenie, refleksję, medytację, nie mówiąc już o kontemplacji. Najlepiej, kiedy przyjemne da się połączyć z pożytecznym, czyli doprowadzić do tego, żeby rozrywka przynosiła jak największe dochody. Stąd mnożenie okazji i stąd święta: zakochanych, wina, Sekwany, poszczególnych dzielnic, itd. Stąd ciągłe fetowanie, uroczyste biesiady i maskarady; stąd wciąż powtarzające się „niepowtarzalne, niezapomniane chwile”. Niegdyś Boże Narodzenie i Wielkanoc były świętym czasem, dzisiaj są najbardziej komercyjnym okresem, handlowym szaleństwem.

Dzisiaj — jak pisał Claude Flipo SI — czas przestał „płynąć spokojnym nurtem”, staliśmy się ludźmi bez pamięci, nie wiemy, w jakim czasie żyjemy, jesteśmy jak ślepcy, jak widma, jak zagubione owce na pustyni. Tymczasem Rok Jubileuszowy jest doskonałą okazją, by się nawrócić, wyjść ze ślepej ulicy, przypomnieć sobie, że Bóg objawia się i dziś, że każdemu z nas dane jest jedno życie, określony czas. Codziennie — jak pisał Jacques Trublet SI — paryżanie spoglądają na tablicę z Wieży Eiffela, żeby sprawdzić, ile dni pozostało do końca roku 1999. Oby nie zapomnieli o końcu czasów, o Czasie Nowym, o Narodzeniu Chrystusa i Nowej Paruzji.

Biskup Jacques Perrier, przewodniczący Comité national pour l’Année jubilaire 2000, stwierdził, że francuski Kościół zdaje sobie sprawę, iż wciąż jest słaby jako wspólnota, że jego główne bolączki to indywidualizm, nieobecność w życiu społecznym i, mimo zaangażowania wielu chrześcijan, niewielki wpływ na społeczne postawy i działania. Kościół musi przypominać, czym jest chrześcijaństwo, jak uczyć się tolerancji, solidarności z innymi, nade wszystko zaś wierności Ewangelii. Kościół nie ucieka od historii czy tradycji, ale też nie może być obojętny na znaki czasu.

Jest mało prawdopodobne, żeby jubileuszowe, kościelne przedsięwzięcia przebiły Zieloną Kolumnę albo bardziej zainteresowały Francuzów niż wielki piknik. Nie żyjemy w czasach biblijnych, a czas teologiczny czy mesjański nikogo raczej nie obchodzi. Trudno sobie wyobrazić, żeby powszechnie się zajmowano czasem księżycowym czy religijnym, rozpatrywano linearność i cykliczność w różnych koncepcjach historii. Nie o to zresztą chodzi. „Pierwotne ontologiczne podłoże egzystencjalności jestestwa to czasowość. Dopiero ona pozwala egzystencjalnie zrozumieć rozczłonkowany całokształt struktury bycia jestestwa jako troski” — pisał Martin Heidegger. Autor dzieła Bycie i czas uważał, że „skoro czasowość stanowi pierwotny sens bycia jestestwa […], to troska musi potrzebować «czasu» i rachować «czas». Czasowość jestestwa wykształca «rachubę czasu»”. Dla niemieckiego filozofa sens bycia realizuje się w „horyzoncie czasu”. Yves Congar OP powiedziałby, że „ekonomia zbawcza jest historyczna” i kolejne jej etapy wyznaczają konkretne fakty.

W życiu człowieka musi być czas także na rozrywkę, nie może on jednak zapominać, że jak istnieje czas rodzenia i umierania, tak każdy ma swoje „bycie w czasie”. Nie wystarczy samo bycie, potrzebna jest troska nie tylko o własny czas, ale też o przyszłość, o czas innych. Albowiem na nas czy na Roku 2000 świat się nie kończy. Nie jesteśmy panami historii, lecz jej uczestnikami. Nie bez znaczenia jest fakt, jaki jest nasz horyzont czasu, jak daleko i głęboko patrzymy, czy wystarczy nam świetlista tablica z Wieży Eiffela, czy też dostrzegamy inne, może nie tak dobrze „oświetlone” daty.

2000
Marek Wittbrot SAC

urodzony 16 września 1960 r. w Polanowie – pallotyn, dziennikarz, redaktor, fotografik, autor tekstów poświęconych literaturze i sztuce współczesnej, duszpasterz środowisk twórczych, działacz polonijny we Francji, był redaktorem miesięcznika katolickiego „Nasza Rodzina" (199...