Kościół w czasach barwnej szarości

Kościół w czasach barwnej szarości

Jan Grzegorczyk: Jest Ksiądz dziekanem na Uniwersytecie, członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej, której przewodniczy kardynał Joseph Ratzinger, znawcą problematyki Kościoła czeskiego, teologiem i pisarzem. Do tych wszystkich rzeczywistości chciałbym w trakcie naszej rozmowy dotrzeć, zacznijmy ją jednak od sprawy może nie aż tak poważnej — od naszej wspólnej fascynacji, tzn. roweru. W jaki sposób rower wjechał w Księdza życie?

Tomasz Węcławski: Zacząłem jeździć stosunkowo późno, bo chyba w 5 klasie szkoły podstawowej. Za to od razu na dużym rowerze. Ojciec kupił mi klasyczny, turystyczny rower. Dorobiłem do niego przerzutki i jeździłem nim aż do czasu studiów. Pojechałem na nim też na pierwsze moje zagraniczne wyprawy. Po maturze w 1971 roku wybrałem się do NRD i Czechosłowacji. Od tego czasu wszystkie moje wakacje spędzam na rowerze, z wyjątkiem lata po święceniach kapłańskich.

Rowerem zacząłem jeździć ze specyficznej konieczności. Nigdy nie byłem zbyt aktywny sportowo. Moje możliwości fizyczne są raczej skromne. Dodatkowo w 5 klasie zachorowałem na szkarlatynę, co się skończyło długotrwałym zwolnieniem z WF–u. Przez klasę byłem w związku z tym uważany za fujarę, do gry w piłkę nożną wystawiano mnie na możliwie „bezpiecznych” pozycjach, gdzie nie mogłem za dużo zepsuć. Rower to było coś, czym mogłem zaimponować kolegom. W 7 klasie jeździłem już na ponad 100 kilometrowe trasy.

Słyszałem, że obecnie jest Ksiądz w stanie pokonać za jednym razem odcinki 200–300 kilometrowe. Wsiada Ksiądz na rower i jedzie na kongres teologiczny na przykład do Niemiec. Sam staram się do pracy dojeżdżać rowerem, ale pokonuję raptem 24 kilometry. Czy Ksiądz po przejechaniu 200 kilometrów nadaje się jeszcze do czegokolwiek?

Mogę przejechać 250 kilometrów i nie czuję zmęczenia, jestem dobrze przygotowany do tego typu wysiłku. Poza tym, jeżeli pokonuję taką trasę, a nie jestem akurat na wakacjach, to moje zajęcia — wykłady czy konferencje — są dopiero na drugi dzień. Na wakacjach pokonywanie tego typu odcinków nie jest szczególnym wyczynem. W tym roku na przykład bez specjalnej zaprawy w czasie 16 dni wakacji przejechałem 3100 kilometrów. Byłem w górach Abruzzo — na wschód od Rzymu. Startuję zwykle koło 8.15. Jadę średnio 25 kilometrów na godzinę aż do zmierzchu. Po drodze odpoczywam i oczywiście robię też przerwy na posiłki.

Czy Ksiądz woli jeździć samotnie?

Na trasie czasem kogoś przyłapię, bo kolarzy jest wielu na świecie, ale generalnie traktuję te wyprawy też jako odpoczynek od ludzi. Na co dzień żyję w „mrowisku”, więc te samotne jazdy dają mi szansę pomyślenia o pewnych sprawach, na które nie ma czasu w codziennym zabieganiu. Rekolekcje to byłoby może za dużo powiedziane, ale jest to pewne wycofanie. Oczywiście na trasie także rozmawiam z ludźmi, ale żyję trochę jak wróbel, z płotu na płot — i nigdzie nie zatrzymuję się dłużej niż godzinę.

A gdzie Ksiądz śpi?

Najchętniej w miejscach mało zaludnionych. Rozbijam się po zmierzchu, tak żeby mnie już nikt nie widział. Śpię w lesie albo na polach. Jeżeli jest niebezpieczeństwo deszczu, to szukam miejsca trochę tak jak włóczęga, ale wolałbym o tym zbyt szczegółowo nie mówić.

A nie boi się Ksiądz, przepraszam za wyrażenie, jakichś mętów albo zwierząt?

Dotychczas nie miałem żadnych przykrych przygód. Staram się nie spać w miejscach ryzykownych czy podejrzanych. Jeśli chodzi o zwierzęta, to one nie atakują śpiącego człowieka. Kiedy śpię w lesie, słychać oczywiście wszystkie zwierzaki, ale człowiek ich nie interesuje. Jedynie odkryte części ciała smaruję środkami przeciwko insektom. Z miejscem na nocleg nie ma kłopotów, bo spać można byle gdzie. Gorzej z myciem, ale teraz jest i z tym coraz lepiej, ponieważ np. na wielu stacjach benzynowych można znaleźć porządne prysznice.

Czy Ksiądz co roku jeździ nowymi trasami?

Geograficzne centrum moich wypraw stanowią od wielu lat Alpy. Od ostatnich dwóch lat startuję w Szklarskiej Porębie, bo już mi się znudziło jeździć trasą Poznań–Legnica–Jelenia Góra. Potem trzeba jechać przez Pragę. Tam zaczynają się trzy możliwości. Jeżeli jadę we wschodnie Alpy do Austrii, to kieruję się na Czeskie Budziejowice, jeżeli w środkowe Alpy — to na Strakonice, a jeśli w zachodnie Alpy, czyli na Szwajcarię lub Francję, jadę przez Pilzno i Monachium, tak aby wyjechać na granicę szwajcarsko–austriacko– –niemiecką w okolice Bodensee.

Powiedział Ksiądz kiedyś, że przez te lata jazdy dorobił się „niewielkiej filozofii roweru”.

Myślę, że rower najlepiej wykorzystuje możliwości człowieka słabego. Pozwala zajechać najdalej przy minimalnym nakładzie sił i kosztów. Wykorzystując nasze zdolności fizyczne plus prawa mechaniki, możemy dotrzeć stosunkowo bardzo daleko. Ani pieszo, ani na koniu człowiek w ciągu dwóch tygodni nie jest w stanie pokonać trasy do Rzymu i z powrotem. A na rowerze tak, pomimo że nie jestem sportowcem ani nie trenuję codziennie. Chyba tylko szybowiec daje człowiekowi większe możliwości, ale ma inne ograniczenia.

Czy Ksiądz uważa, że oprócz korzyści dla organizmu rower jest w stanie rodzić nowego człowieka?

Rower umożliwił mi podróżowanie po Europie, kiedy nie było mnie na to stać ze względów choćby finansowych. Dał mi więc także pewien wymiar wolności. Pierwszą dużą trasę zrobiłem jako wikariusz w Pniewach. Pojechałem do Taizé, a potem na południe Francji, prawie do samego Morza Śródziemnego. Później najdłuższe wyprawy odbywałem z Rzymu, gdzie robiłem doktorat. Jednego miesiąca przejechałem prawie 7 tysięcy kilometrów, z Włoch do Szkocji, a potem wracałem jeszcze przez Holandię i północne Niemcy.

Swoje wakacje, wolny czas spędzam na rowerze, ale nie każdemu musi to odpowiadać. Dla mnie jest to sprawa pewnego wysiłku, autodyscypliny. Człowiek nie odpoczywa w ten sposób, że leży i patrzy, ale jest stale w ruchu i staje wobec pewnych wymagań…

W Polsce coraz więcej ludzi jeździ rowerem, ale niewielu traktuje go jako skuteczne narzędzie przemieszczania się. W wielu krajach — np. w Skandynawii — można zobaczyć, jak urzędnicy i biznesmeni wracają do domu po pracy rowerem. U nas niekiedy ludzie biznesu też jeżdżą na rowerze, ale uznają to jako formę odpoczynku, to znaczy wybierają się na wycieczkę w sobotę czy w niedzielę. Rower jest u nas ratunkiem przed nadwagą, zawałem, ale nie środkiem lokomocji.

Czy Ksiądz zaraża swoją pasją studentów, współpracowników?

Kleryków trochę tak. Natomiast, jeśli chodzi o moje długie samotne jazdy, to budzi to raczej zdziwienie i niedowierzanie. Wielu osobom pokonywanie tak długich tras wydaje się niemożliwe. Ja z kolei nie bardzo wyobrażam sobie, żebym miał spędzać wakacje, siedząc w miejscu albo rano wyruszając na wycieczkę, wracać wieczorem w to samo miejsce.

A czy Ksiądz jeździ samochodem?

Nie mam nawet prawa jazdy i nie mam zamiaru mieć.

Przejdźmy do kolejnej fascynacji Księdza, oczywiście fascynacji innego rzędu, do Czech. Napisał Ksiądz: „Często mam wrażenie, że na religijną przyszłość świata warto patrzeć czeskimi oczami”. Czy to tylko typowa przesada człowieka rozmiłowanego?

To znaczy tylko tyle, że traktuję doświadczenie czeskie jako swego rodzaju narzędzie diagnostyczne. Są do tego pewne podstawy. Żeby je lepiej rozumieć, warto przeczytać wydaną u nas dwa lata temu książeczkę Jana Patočki Kim są Czesi? Jeśli się uważnie przyjrzymy dziejom religii w Czechach, to przynajmniej od wystąpienia Jana Husa widać, że to, co się później wydarzało w całej Europie, w tym kraju działo się jakieś 50–60 lat wcześniej. Historia czeska wyprzedza historię Europy. Szczególnie to widać w XIX wieku. Habsburski katolicyzm nie został zintegrowany z życiem narodowym, społeczeństwo czeskie potraktowało go jako sprawę narzuconą i antynarodową. Z drugiej strony w tym okresie nastąpiła szybka industrializacja. Oba te czynniki spowodowały przyspieszenie procesów sekularyzacyjnych. To, co teraz obserwujemy u nas, w Czechach działo się w drugiej połowie wieku XIX. Czechy już wtedy były krajem silnie laickim. Zlaicyzowane były nie tylko elity społeczne, ale szerokie kręgi społeczeństwa. Podkreślam: zlaicyzowane, to nie znaczy nie–religijne. Doskonałym przykładem jest Karel čapek, wybitny pisarz i filozof, człowiek głęboko religijny, ale z dużym dystansem wobec instytucji kościelnych. Podobnie Masaryk — człowiek niewątpliwie patrzący religijnie na świat, ale religijnością innego typu — i zupełnie nie związany wyznaniowo.

Czy zatem mamy sądzić, że i u nas będzie spora część społeczeństwa głęboko religijna, ale zdystansowana wobec instytucji kościelnych?

Myślę, że do pewnego stopnia już mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem, chociaż byłoby nieporozumieniem oczekiwać dokładnej analogii z tym, co wydarzyło się w Czechach. Nasza historia i aktualna sytuacja jest inna, ale jesteśmy w tym samym świecie.

Myślę, że Czechy nie są dla Księdza tylko narzędziem diagnostycznym. Jak się zrodziła ta miłość czy zainteresowanie tym krajem?

Ma ona dwa źródła. Nasz ojciec miał zawsze proczeskie nastawienie i myślę, że mnie do tego wychował. W liceum byłem miłośnikiem astronomii, brałem udział w olimpiadach i zaprzyjaźniłem się przy tej okazji z czeskim kolegą. Jeździliśmy do siebie nawzajem. A potem w redakcji „Przewodnika katolickiego”, gdzie pracował mój ojciec, zjawił się Miloslav Jáchym, który się przedstawił jako czeski inżynier. Chciał odwiedzić grób św. Wojciecha i prosił o pomoc. Kiedy się ośmielił, powiedział ojcu, że jest franciszkaninem. Namówił mnie, żebym się uczył czeskiego, dał mi książki. To były lata 1973–74, byłem wtedy w seminarium. Pod koniec mojego pobytu w nim poprosił mnie, żebym pomógł przetłumaczyć na czeski tzw. „Małego Granata” — to znaczy dwutomowe Ku Bogu i człowiekowi w Chrystusie. Przetłumaczyłem z grubsza drugi tom, a Czesi to szlifowali językowo. Tom pierwszy tłumaczył Czech z Zaolzia, znający język polski. Przy tej okazji dużo się nauczyłem, bo to tomisko liczyło paręset stron. Był okres, kiedy po czesku mówiłem lepiej niż po niemiecku. W Pradze poznałem księdza Jiřího Reinsberga, proboszcza kościoła Panny Marii przed Tynem — przy Rynku Staromiejskim. Znałem też kilku konspiracyjnych franciszkanów. Raz byłem w tajnym seminarium w Libercu. Spotkałem tam jednego starego ojca, Jana Barta, jedną starszą siostrę, kilku chłopaków — kleryków franciszkańskich i kilka młodych sióstr również studiujących teologię. Ludzie na zewnątrz myśleli, że to duża rodzina. Karol Dachovsky opowiadał mi, jak wyglądały jego święcenia. Wozili go z zamkniętymi oczami, aby w razie czego nie mógł zdradzić biskupa.

Kościół czeski przeżywa ostatnio spore napięcia. Część znanych ludzi, jak choćby znajomy księdza, dominikanin Odilo Štampach, nie akceptując rozwoju sytuacji w dzisiejszym Kościele czeskim, występuje z niego. Jedni powiadają, że w przypadku ojca Odila był to sposób na rozwiązanie osobistych problemów, niekoniecznie religijnej natury, inni, że to efekt panującej wokół niego atmosfery, którą oddają ulotki typu: „Nie jesteśmy Kościołem Halików, Štampachów, Kolarów…” Prymas Vlk mówi, że pluralizm w Kościele czeskim przerodził się w polaryzację. Biskupi próbują bezskutecznie jednać zwaśnione strony.

Trzeba znów uświadomić sobie, czego owocem jest dzisiejsza sytuacja. Walka z Kościołem i chrześcijaństwem, która w Czechach była bardzo intensywna w okresie komunizmu, wymusiła działania, które u nas nie były konieczne. W rezultacie powstał tam tzw. Kościół podziemny (nazwa niezbyt szczęśliwa) składający się z małych wspólnot. Był to z jednej strony Kościół prawie niezinstytucjonalizowany, a z drugiej strony zostało w nim zachowane to, co najistotniejsze — życie sakramentalne. W ten sposób narodziła się pewna nowa postać życia kościelnego — w moim przekonaniu odpowiednia nie tylko na tamte trudne czasy. Po roku 1989 wydawała się ona jednak zbyt ryzykowna, nie sprawdzona, zbyt inna od tego, czym Kościół żyje wszędzie na co dzień. Na tym tle w Czechach narodziło się napięcie między tymi, którzy współtworzyli Kościół podziemny, a bardziej tradycyjną — czasem trochę lękliwą i ciasną — częścią księży i ludzi świeckich. Oczywiście te dwie czasem dość skrajne grupy, to nie cała prawda. Kardynał Vlk, biskupi i związane z nimi środowiska tworzą nie bez trudu porządek uwzględniający najlepsze doświadczenia wszystkich. Nie są w tym samotni. Dobrym przykładem jest dla mnie środowisko salezjanów, którzy bardzo dobrze zintegrowali doświadczenie Kościoła podziemnego z potrzebami chwili dzisiejszej. W Pradze założyli Wyższą Szkołę Pracowników Społecznych, tzn. fachowców dla instytucji pomocy społecznej i połączyli to z teologią. Mają w tej chwili prawa wyższej szkoły zawodowej. Studiują tam jednak nie tylko wierzący chrześcijanie (niewierzący nie zdają końcowych egzaminów z teologii). Wykładowcy powiedzieli mi, że doświadczenie studiów teologicznych w grupie, w której są wierzący i niewierzący, jest bardzo cenne. W tej szkole jest bardzo prosto zaaranżowana kaplica, zrobiona przez studentów, nazwana Kaplicą Wszystkich Dobrych Ludzi. Studenci i wykładowcy zbierają się tam codziennie na Mszy świętej — kto chce, a chce wielu. Uważam, że jest to model życia bardzo dobrze dopasowany do obecnej sytuacji kulturowej. Jest w tym wielka naturalność, a jednocześnie ci ludzie są w pełni wierni Kościołowi.

Ksiądz był promotorem doktoratu Štampacha.

On przygotował doktorat sam, chodziło o to, żeby go gdzieś formalnie przeprowadzić. Dokonało się to na naszym poznańskim Wydziale Teologicznym, recenzentami byli ks. prof. Bogdan Częsz i ks. prof. Tomáš Halík.

Czy miał Ksiądz kontakt ze Štampachem po jego przejściu do Kościoła starokatolickiego?

Nie, o całej sprawie dowiedziałem się przy okazji tekstu w „Gazecie Wyborczej”. Zamierzam wysłać mu list.

Štampach nie jest przecież chyba dla Księdza postacią z gazety. Jak by Ksiądz na gorąco zinterpretował jego odejście?

Trudno mi to osądzić na odległość. Myślę, że osobista wrażliwość i związana z nią teologiczna wizja ojca Štampacha zderzyła się z tzw. realiami życia kościelnego w Czechach dzisiaj. Może nawet nie tyle się zderzyła, ile raczej się z nimi starła i to tarcie okazało się nieznośne.

Czym zajmuje się Międzynarodowa Komisja Teologiczna, której jest Ksiądz członkiem? Czy w jakiś sposób przydatne jest doświadczenie czeskie?

Międzynarodowa Komisja Teologiczna, do której należę, zajmuje się przygotowaniem rozwiązań w nowych kwestiach teologicznych — podejmuje zadania, które stawia przed nią Stolica Apostolska. Komisja przedstawia kilka dokumentów, przeznaczonych najpierw do użytku Kongregacji Nauki Wiary i za jej pośrednictwem — Papieża. Dokumenty te mogą zostać opublikowane. Jest to jednak jedynie „komisja ekspercka”, która sama nie wydaje oświadczeń ani nie podejmuje żadnych decyzji. To spotkanie teologów ze wszystkich stron świata, z bardzo różnym doświadczeniem kulturowym, kościelnym i osobistym wydaje mi się bardzo istotne. Do pewnego stopnia zadaniem Komisji jest też tworzenie wspólnej płaszczyzny dyskursu teologicznego dla tych różnych doświadczeń.

Przed trzema laty, odpowiadając na pytanie o powrót teologii na uniwersytet, powiedział Ksiądz: „Z jednej strony teologia do uniwersytetu z pewnością należy i ma tam swoje właściwe miejsce, ale z drugiej strony nie jestem całkiem jednoznacznym zwolennikiem powrotu teologii na uniwersytety — przynajmniej w tej formie, w jakiej dzieje się to w niektórych krajach europejskich. Myślę o oderwaniu teologii od środowiska bardziej duchowego, kościelnego”. Co się takiego stało przez te trzy lata, że Ksiądz jest dzisiaj dziekanem Wydziału Teologicznego na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, a więc sądzę, że również jednoznacznym zwolennikiem teologii na uniwersytecie?

Tę moją wypowiedź trzeba widzieć w określonym kontekście nie do końca jeszcze wykrystalizowanych relacji pomiędzy instytucjami kościelnymi i państwowymi. To był rok 1996. Były dwa momenty decydujące o tym, że stałem się jednoznacznym zwolennikiem powrotu teologii na uniwersytet. Najpierw spotkanie opłatkowe z Księdzem Arcybiskupem Strobą, na które obecny Rektor Uniwersytetu, prof. Stefan Jurga, jeszcze jako prorektor, przyszedł z łańcuchem rektorskim i pokazał, że jest w nim ogniwo wydziału teologicznego. Ksiądz Arcybiskup Stroba wtedy nie zareagował, ale myślę, że ten sygnał dotarł wówczas nie tylko do mnie. To był sygnał pierwszy. Drugim i dla mnie decydującym była pielgrzymka papieska w 1997 roku. Czekając na spotkanie Jana Pawła II ze światem nauki w kolegiacie świętej Anny w Krakowie — byłem tam jako dziekan Papieskiego Wydziału Teologicznego — stałem koło księdza Sobeczki, dziekana Wydziału Teologicznego w Opolu. Tam Wydział Teologiczny był już na Uniwersytecie. Ksiądz Sobeczko pokazał mi z bliska realia działania Wydziału na uniwersytecie państwowym. Kilka chwil później Papież powiedział, że nie ma uniwersytetu bez teologii. To był czerwiec 1997 roku. Przyjechałem na ostatnią w tamtym roku radę Papieskiego Wydziału Teologicznego i w wolnych głosach zapytałem o opinię w tej sprawie. Generalnie była pozytywna. Co ważniejsze, myśl ta została z wielkim zainteresowaniem podjęta przez Księdza Arcybiskupa Juliusza Paetza.

Czy to było dziwne?

Kościół się nie pchał na uniwersytet. Jest on z natury ostrożny i tak zachował się w tym wypadku. Pomysł ogólnie popierano, ale ludzi, którzy aktywnie w tym kierunku działali było stosunkowo niewielu. Bardzo ważne było zaangażowanie Księdza Arcybiskupa i Ks. Biskupa Marka Jędraszewskiego. Równocześnie rozmowy na ten temat w społeczności uniwersyteckiej podjął rektor Stefan Jurga. Cały rok 1997–98 prowadzono konsultacje na wszystkich wydziałach Uniwersytetu.

I jak te konsultacje wypadły?

Poza jedynym Wydziałem Nauk Społecznych, który w głosowaniu wypowiedział się na „nie”, wszystkie wydziały wypowiedziały się na „tak”, chociaż z różną intensywnością.

Leszek Nowak, profesor filozofii, uderzył na alarm. Napisał m.in.: „Nie mam żadnych złudzeń: to nie będzie Wydział Teologiczny UAM, pozostanie on papieskim, a więc katolickim, jakkolwiek by się nazwał. Bo nie będzie na nim zakładów teologii judaistycznej czy protestanckiej, o teologiach dalekowschodnich nie wspominając”. Uważa on, że wprowadzanie teologii na uniwersytet ma na celu pacyfikowanie przez Kościół mniejszości niekatolickich, poprzez podziały na „naszych” i „obcych”, „wierzących” i „niewierzących”. „Gdybym był Brytyjczykiem — argumentował — traktowałbym kwestię obecności teologów na uniwersytecie tak samo, jak kwestię obecności na nim poetów. Jestem jednak Polakiem i dlatego jestem przeciw wprowadzaniu teologii na polskie uniwersytety”.

Argumenty profesora Nowaka, który dowodził, że skoro Polska jest krajem nietolerancyjnym, nie może sobie pozwolić na uniwersytet taki, jakie istnieją w innych krajach europejskich, były nie na miejscu. Jego obawy przed „teologami–ideologami” brzmiały dość demagogicznie, bo równie dobrze można się obawiać „filozofów–ideologów”. Gdyby ziściły się jego przypuszczenia, że „teologia zasługiwałaby na miano co najwyżej ideologii”, byłaby to sprawa złych teologów, których należałoby tak samo oceniać jak złych filozofów. Zdarzało im się w historii, i to niedawnej, wygłaszać poglądy niezbyt uczciwe, ale nikt z tego tytułu nie podważał zasadności istnienia filozofii na uniwersytecie.

Jeśli chodzi o nieobecność na Wydziale teologii protestanckiej czy judaistycznej, to jest to sprawa możliwości kadrowych, a nie natury „ideologicznej”.

No właśnie, byli w Poznaniu pracownicy naukowi i to bardzo przychylni Kościołowi, którzy uważali, że Wydziału Teologicznego nie stać na krok włączenia się w struktury Uniwersytetu, gdyż brak mu odpowiedniej kadry.

Wydział Teologiczny w Poznaniu stanął przed wielką szansą. Na pierwszym posiedzeniu rady wydziału w nowej sytuacji w obecności Rektora i Prorektorów powiedziałem, że naszą ambicją jest stać się najlepszym wydziałem teologicznym w Polsce. Potrzeba wielkiego wysiłku, żeby do tego doszło, ale właśnie ten wysiłek jest naszą szansą.

Myślę, że te radości Księdza są utrapieniem innych. Zacytuję jeszcze raz wspomnianego profesora Nowaka: „Żadnych złudzeń: teologia na uniwersytetach to nie tylko uszczuplanie nakładów na naukę dla utrzymania teologów (z podatków płaconych przez ateistów)…”

Jest to typowy argument obrotowy, można bowiem mówić o ateistach utrzymywanych z pieniędzy teologów czy, szerzej, ludzi wierzących.

I myślę, że oburzenie mogłoby tu być znacznie większe, bo ile to lat większość katolicka utrzymywała rozwój nauki, która ani z nauką, ani z dobrem społeczeństwa niewiele miała wspólnego. Czy mógłby Ksiądz jeszcze ustosunkować się do argumentu, że niejasna jest podległość pracowników wydziału teologicznego, gdyż z jednej strony są pracownikami uniwersytetu, a z drugiej podlegają władzom kościelnym.

Te sprawy są gruntownie i jasno uregulowane. Specyfika wydziałów teologicznych jest ustawowo zagwarantowana. Mianowicie Ustawa o szkolnictwie wyższym mówi, że wydziały te na uczelniach państwowych w tym, co dotyczy wykładu teologii, podlegają nadzorowi właściwych związków wyznaniowych. Statuty uniwersytetu przewidują, że wykładowcą dyscyplin teologii katolickiej na wydziale teologicznym może być tylko ktoś, kto ma misję kanoniczną, to jest mandat biskupa — Wielkiego Kanclerza Wydziału. Gdyby ktoś utracił tę misję, nie mógłby wykładać teologii. Uczymy jej tych, którzy mają w Kościele spełniać pewne funkcje, np. kapłanów. Jasne, że nie można ich nauczać jakiejkolwiek teologii. Mamy ich nauczać teologii Kościoła katolickiego. To trzeba także zapewnić od strony organizacyjnej. Jeżeli pojawi się katedra teologii ewangelickiej, to nikt nie będzie wymagał od teologów ewangelickich głoszenia nauki katolickiej.

Wspomniany Odilo Štampach nie chciał podpisać „Professio fidei”, bo uważał, że to jest sprzeczne z wolnością naukowca i odbiera mu oczywiste prawo do stawiania pytań.

To jest nieporozumienie, ponieważ wyznanie wiary niczego nie odbiera. Jest tylko dokonywanym z należytą powagą potwierdzeniem, że teolog, nauczając w imieniu Kościoła, kieruje się Jego wiarą.

A co jest w tym dokumencie?

To jest wyznanie wiary nicejsko–konstantynopolitańskie, a na końcu jest punkt, że będę przekazywał to, co Kościół i że będę szanował nauczanie Stolicy Apostolskiej, także niedefinitywne, co oznacza, że teolog nie będzie podważał nauczania papieskiego. Nie widzę w tym dokumencie żadnego ograniczenia mojej wolności badawczej. Mogę stawiać pytania pod jednym warunkiem: nie mogę twierdzić, że moje pytania czy odpowiedzi są ważniejsze od nauczania Kościoła. Jeżeli ktoś nie może podpisać „Professio fidei”, bo to się nie zgadza z jego sumieniem, to należy to uszanować — ale ktoś, kto znajdzie się w takiej sytuacji, nie może się dziwić, że nie dostanie misji kanonicznej do nauczania w imieniu Kościoła.

Na koniec chciałbym zapytać o problem, którym się Ksiądz od lat zajmuje, o nowy język religijny. Brandstaetter powiedział mi kiedyś, że teologowie zamordowali Pana Boga swoim skostniałym językiem, który nie dociera do ludzi. Ksiądz należy z pewnością do tych teologów, którzy uparcie poszukują nowego przekazu. W przedmowie do „Rekolekcji z Karlem Čapkiem” napisał Ksiądz, że skoro już wiemy o tym niesłychanym, co wydarzyło się wraz z przyjściem Jezusa, do którego tak się przyzwyczailiśmy, że już nie wydaje się nam tak bardzo niesłychanym, to trzeba teraz to zacząć opowiadać inaczej. Szuka więc Ksiądz bezustannie nowych form wypowiedzi. Pisze rozmowy z ewangelistami, pisze powieść sensacyjno–komputerowo–teologiczną „Sieć”. Daje w niej Ksiądz wyraz wiary w pozytywną rolę komputera, nawet jeśli chodzi o nasze poznanie teologii. Bohaterowie powieści prowadzą poprzez internet dialog teologiczny.

Muszę powiedzieć, że pisząc tę książkę sam jeszcze nie korzystałem z internetu. Ale powiedzmy tak: informatyzacja naszego życia jest faktem. W dziekanacie, kiedy rozpocząłem pracę dziekańską w roku 1996, stał jeden stary komputer XT i cały jego dorobek stanowiło 300 kilobajtów dokumentów. Dzisiaj jest tu wiele komputerów i masa informacji. Komisja Teologiczna, w której pracuję, jest rozproszona po całym świecie, bo przewodniczący jest Brazylijczykiem, a członkowie pochodzą ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Polski, Indii, Szwecji, Australii, itd. Spotykamy się raz w roku w Rzymie, a cały pozostały kontakt dokonuje się pocztą elektroniczną. Jaka to oszczędność kosztów. Za 20 groszy mogę posłać swój tekst, który inni zaopiniują. O pozytywnej roli komputera nie ma co dyskutować. Natomiast można pytać, o ile zmienia się jakość kontaktów między ludźmi w związku z rozwojem nowych technik informatycznych. Przy takiej łatwości zdobywania informacji wiele rzeczy się dewaluuje i rozprasza. Można zdobyć masę informacji na dowolny temat, ale będzie to równocześnie masa sieczki, z której niezwykle trudno wyselekcjonować coś naprawdę ważnego, bo komputer nie ma kryteriów wartościujących. Można typowe hasło religijne wrzucić do wyszukiwarki i otrzymamy setki, jeśli nie tysiące dokumentów na ten temat. I co dalej? Ta szybkość przepływu informacji spowodowała już m.in. zmiany w odbiorze pewnych dawniej bardzo ważnych choć nieco hermetycznych języków. Dotyczy to na przykład także dokumentów kościelnych.

Wyobraźnia wielu ludzi zostaje dzisiaj zdominowana przez reklamę i jej język. Niekiedy zdaje się, że i Kościół, nie wiedząc co począć, chwyta się go jak tonący brzytwy, czego przykładem może być język, jakim posługiwali się niektórzy ewangelizatorzy w polskim Woodstock. Chcieli trafić do młodzieży.

Kościół musi szukać nowego języka, ale nie na zasadzie pragmatycznej — tak, że celem byłaby tylko skuteczność komunikacji społecznej. Powód jest inny: my przeżywamy wydarzenie zbawienia, które chce przemawiać — przez nas i do nas. Dlatego niewiele zyskamy, sięgając wprost po środki, którymi posługuje się współczesna reklama, jakkolwiek od twórców jej języka możemy się wiele nauczyć. Warto jednak zauważyć, że ten język w dzisiejszych realiach „pożera sam siebie”. Jedna udana reklama jest udanym komunikatem, ale sto udanych reklam jest już tylko wielobarwnym szumem. Gdyby pan zrobił przegląd reklam, które panu naprawdę utkwiły w pamięci, to wymieniłby pan pewnie ze cztery. Tymczasem gdyby dowolną dzisiejszą reklamę udało się przenieść w rok 1985, byłaby bezkonkurencyjna. Bo wtedy była szarość, a teraz doszliśmy do barwnej szarości. Ta barwność jest pstrokata i to powoduje, że poszczególne komunikaty tracą znaczenie. Widzimy ścianę, na której jest billboard — Bóg jest miłością, na następnej reklama pisemka dla dziewczyn, a na następnej piwa. To wszystko razem przestaje cokolwiek znaczyć. Niemniej od twórców reklamy należy się uczyć rozumienia zasad, którymi rządzi się skuteczna komunikacja. Tego wielu przekazom kościelnym wciąż brakuje.

Gdzie zatem szukać nowego języka religijnego? Nie trafia do nas skostniały język teologii ani język barwnej szarości reklam.

Język skostniały nie jest językiem teologii — co najwyżej teologię udaje albo z daleka przypomina. Teologia jest doświadczeniem wiary przemawiającym do nas dzisiaj i wciąż na nowo. Ale nie jest to jedynie dzisiejsze doświadczenie. Jest nas w nim bardzo wielu — powiedzmy w skrócie tak: od Abrahama, pierwszego wierzącego, po ostatniego z wierzących. Święty Paweł mówi za prorokiem: Uwierzyłem, dlatego przemówiłem. Kto wierzy i kocha, znajduje słowa, w których jego wiara i miłość dochodzą do głosu. Byle nie wierzył tylko sobie samemu.

Dziękuję za rozmowę.

Kościół w czasach barwnej szarości
Tomasz Węcławski

urodzony 20 listopada 1952 r. w Poznaniu – Tomasz Polak, do 30 kwietnia 2008 Tomasz Węcławski, były ksiądz, studiował w Poznaniu i Rzymie, polski teolog specjalizujący się w teologii dogmatycznej i fundamentalnej, profesor zwyczajny Uniwersytetu im. Adama Mi...

Kościół w czasach barwnej szarości
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...