Jarosław ’99: śpiew dwóch tysiącleci

Jarosław ’99: śpiew dwóch tysiącleci

Gdzie przebiega granica między koncertem a liturgią, skoro pieśń pasyjna np. o śmierci Jezusa wywołuje burzę oklasków. W nieco innej formie problem ten dawał o sobie znać także podczas nieszporów śpiewanych przez wszystkich uczestników festiwalu: nie jest bowiem łatwo modlić się łacińskim tekstem, wedle dawnych reguł wykonawczych, a przecież śpiewali wszyscy chętni — praktykujący katolicy i ludzie na co dzień żyjący z dala od Kościoła.

Festiwal „Pieśń naszych korzeni” odbywa się w Jarosławiu już od siedmiu lat jako kontynuacja Festiwalu Muzyki Dawnej, którego pierwsze edycje miały miejsce w Starym Sączu. Idea więc kształtowała się długo i obecnie impreza ma już swoją ustaloną formę, swój niepisany kodeks i własną tradycję. Ma też stałych wielbicieli, których lista z roku na rok rośnie. W sierpniu br. po raz pierwszy wpisałem się w ich grono.

Program festiwalu był tak pomyślany, by ci, którzy chcą we wszystkim uczestniczyć, mieli wypełniony niemal cały dzień, a było tych dni 8 (od 22– –29 sierpnia). Dzień festiwalowy rozpoczynał się o godzinie 10.00 dwugodzinną próbą nieszporów łacińskich, śpiewanych tego samego dnia o godzinie 17.00. W południe odbywało się spotkanie z muzykami koncertującymi dnia poprzedniego. Po obiedzie kobiety ćwiczyły nieszpory żeńskie, a wybrani śpiewacy chorał benedyktyński, mający uwieńczyć cały festiwal uroczystą sobotnio–niedzielną liturgią. Poza tym dla chętnych, przez kilka pierwszych dni, odbywały się lekcje tańców norweskich. Po codziennych nieszporach łacińskich zaczynała się specjalna msza święta dla uczestników, a o godzinie 20.00 koncerty. Dzień kończył się spotkaniem w klubie festiwalowym na jarosławskim rynku, w pięknej kamienicy i na jej dziedzińcu, gdzie do późnych godzin nocnych muzycy z różnych zakątków Europy przygrywali do wspólnego: dawnego, skandynawskiego, greckiego czy mazowieckiego tańca.

Choć określenie „festiwal” niezbyt precyzyjnie opisuje to, co działo się w Jarosławiu, duża część uczestników przybyła głównie po to, by posłuchać muzyki w wykonaniu najlepszych w swojej dziedzinie śpiewaków. Organizatorzy zapraszają muzyków, dla których uprawianie tej sztuki ma związek z odkrywaniem własnej tradycji, z kulturową i często duchową tożsamością. Poza tym ludzie, koncertujący tutaj, nie są tylko wykonawcami gotowych już opracowań. Każdy zespół ma w swoim gronie muzykologa lub ściśle z takowym współpracuje w przywracaniu do życia starych manuskryptów, niedoskonałych często zapisów, sporządzonych trudno dostępnym dla nas kodem.

Pierwszego dnia zaprezentowała się kolońska Sequentia, prowadzona przez Benjamina Bagby: jeden z najbardziej twórczych zespołów zajmujących się muzyką dojrzałego średniowiecza (słynne rekonstrukcje dzieł Hildegardy z Bingen). Tym razem zaprezentowali umuzycznione przez siebie fragmenty staroislandzkiej Eddy. Praca nad rękopisem trwała kilka lat, a współtwórczynią tego przedsięwzięcia była zmarła rok temu, obdarzona „głosem, który dosięgał nieba”, Barbara Thorton. W pięknym i przestrzennym wnętrzu kościoła oo. Dominikanów zabrzmiały starogermańskie mity śpiewane z aktorskim wręcz wigorem a capella lub przy wtórze fideli (prototyp późniejszych instrumentów smyczkowych).

W drugim dniu wystąpił włoski Micrologus z repertuarem pochodzącym z XIV–wiecznej Florencji. W większości świeckie pieśni okresu Ars Nova, efektownie zaaranżowane na głosy i instrumentarium, zostały przyjęte entuzjastycznie. Szczególny aplauz wzbudzała wokalistka Patrizia Bovi. Zespół bisował co najmniej pięć razy — nigdy jeszcze nie widziałem na koncercie muzyki dawnej takich owacji.

Tymi przedchrześcijańskimi i świeckimi śpiewami rozpoczął się tegoroczny festiwal, którego hasło brzmiało: „Między Bizancjum a Rzymem”, a celem miało być „przedstawienie ścisłego związku liturgicznej tradycji Wschodu i Zachodu”. Można od razu zapytać o sens zaistnienia odmiennych światów muzycznych. Wydaje się jednak, że aby dobrze poznać tradycję sakralną, nie sposób w badaniach pominąć tradycję świecką czy nawet przedchrześcijańską. Wyrastają one bowiem w podobnej, kulturowej przestrzeni, jedne z drugich czerpią ożywcze siły i nawzajem się dopełniają. Wtorkowy wieczór należał do jednego z najlepszych chórów prawosławnych, prowadzonego przez Lycourgosa Angelopoulosa, Greckiego Chóru Bizantyńskiego. Istniejący od ponad 20 lat przy parafii św. Ireny w Atenach, śpiewa muzykę bizantyńską, oczyszczoną z naleciałości słowiańskich. Angelopoulos stara się dotrzeć do tradycyjnego greckiego brzmienia, wykonując tylko męską monodię z towarzyszeniem burdonu. Wykonywane były utwory od najstarszych, m.in. hymn z III w. i chorał starorzymski, aż po kompozycje XIX– –wieczne. Po przerwie — pieśni, które przetrwały w tradycji ustnej klasztorów na górze Athos. Śpiew to mocny, przy pierwszym zetknięciu sprawiający wrażenie ciemnego i nieco posępnego. Po dłuższym z nim obcowaniu odsłania swój duchowy wymiar. Przez stulecia tradycji zachodniej odwykliśmy od tak surowego i głębokiego męskiego głosu, zachowanego w kościołach wschodnich. Dzięki doskonałym głosom (średnia wieku między 25–30 lat) dało się słyszeć momentami nawet alikwotowe rozszczepienia melodii. Ten sam chór uświetnił jeszcze wieczór czwartkowy — prawosławne święto Zaśnięcia Bogarodzicy. Uroczyste nieszpory odbyły się w oddalonej nieco od Jarosławia cerkwi w Zapałowie. Celebra, sprawowana wespół z miejscowymi i zaproszonymi kapłanami, w języku greckim i starosłowiańskim, trwała blisko 2 godziny. W opinii wielu uczestników było to największe wydarzenie festiwalu. Dwa chóry prowadziły ze sobą nieprzerwany dialog, a burdon spajał wszystko w jedną, kolistą jakby całość — śpiew krążył po okręgu cerkiewnej kopuły, nie mając końca i początku, wskrzeszając ideę jedności, łącząc wszystkich w jedną modlitewną wspólnotę.

Wielce udanym pomysłem okazał się przygotowany specjalnie na festiwal wspólny koncert grupy Micrologus z polskim zespołem Jarzębina ze wsi Kocudza. Odbył się on w niewielkim wnętrzu kościoła oo. Reformatów, a pomyślany był jako dialog pasyjny. Zespoły współpracowały ze sobą od roku. Wybrano kilkanaście tradycyjnych, przeplatających się ze sobą, włoskich i polskich pieśni postnych. Jedna z nich została odśpiewana wspólnie: Polki włączały się w refren, śpiewając swymi naturalnymi głosami włoski tekst. Asyżanie kilkakrotnie użyli instrumentów i na pewno ich repertuar był bardziej efektowny: są to w końcu zawodowi muzycy (choć niektórzy słuchacze narzekali na ich nierówny, nie do końca dopracowany śpiew). Polki z Lubelszczyzny wszystkie pieśni wykonywały w jednej, tradycyjnej stylistyce. Modlitwy te, liczące nieraz ponad 20 zwrotek, początkowo sprawiały wrażenie nużących, ale po chwili ich monotonia tworzyła nastrój medytacji. Piękne, zapomniane już pieśni rozbłysły na nowo swym pełnym współczującego cierpienia blaskiem.

Ostatni koncert należał do mistrzów, zarazem bardzo kontrowersyjnych wykonawców dawnego śpiewu, Ensemble Organum, prowadzonego przez Marcela Peresa. Koncert miał miejsce w grekokatolickiej cerkwi w Jarosławiu, a zespół wykonał nieszpory według tradycji starorzymskiej (VII–XIII wieku). Każdy mógł być usatysfakcjonowany choćby barwą głosów, natomiast wykonanie niektórych fragmentów zdawało się nie do końca dopracowane. Mimo to muzycy potrafili wytworzyć doskonałą aurę i wzbudzić ogromny aplauz słuchaczy, którzy wywoływali ich kilkakrotnie na scenę.

I tu niezbędne wydaje się wyrażenie pewnej wątpliwości, pytania, na które sam, jak dotąd, nie znalazłem pełnej odpowiedzi: gdzie przebiega granica między koncertem a liturgią, skoro pieśń pasyjna np. o śmierci Jezusa wywołuje burzę oklasków, podobnie jak wykonywane przez Organum nieszpory? Wyraźna zapowiedź, że w Zapałowie odbędzie się nie koncert, a nabożeństwo, powstrzymała po zakończonym śpiewie co bardziej żywiołowych słuchaczy, oklaski zamarły w powietrzu. W nieco innej formie problem ten dawał o sobie znać także podczas nieszporów śpiewanych przez wszystkich uczestników festiwalu: nie jest bowiem łatwo modlić się łacińskim tekstem, wedle dawnych reguł wykonawczych, a przecież śpiewali wszyscy chętni — praktykujący katolicy i ludzie na co dzień żyjący z dala od Kościoła. Faktem jest, że wielu trafiło do Jarosławia poprzez duszpasterstwa dominikańskie (współorganizatorami festiwalu są przecież miejscowi dominikanie) po to, by się uczyć łacińskiego śpiewu liturgicznego.

Może problem jest abstrakcyjny, skoro od co najmniej dwustu lat muzyka sakralna gości w filharmoniach? Marcin Bornus–Szczyciński, pomysłodawca i dyrektor artystyczny festiwalu uważa, że chorał gregoriański, będąc muzyką najdoskonalszą, jaką zna ludzkość, nadaje się również do sal koncertowych. Na pewno uwrażliwia na sprawy duchowe, estetyczny zachwyt może doprowadzić poszukującego do źródła, z którego śpiew gregoriański płynie, do duchowości, która jako formę doskonałej muzyki uznawała wokalną monodię, odwieczny śpiew sakralny, archetypowy zwrot do Boga.

Stąd tyle zabiegów nad rekonstrukcją dawnej stylistyki, nad odtworzeniem autentycznego, pełnego życia śpiewu. Stąd tegoroczna praca (poprzedzona seminarium w Krakowie) nad tradycją benedyktyńską, prowadzona pod okiem M. Peresa. Nie będąc w grupie wybranych do wykonywania nieszporów, zaszedłem kiedyś na próbę do pięknie polichromowanej sali w kamienicy nr 6 przy Rynku. Nad ławami, ustawionymi wzdłuż ścian, siedzieli młodzi mężczyźni, niektórzy w białych lub czarnych (benedyktyńskich) habitach i zamiast sączyć miód z garnców pochylali głowy nad przedziwnym zapisem nutowym, próbując wykonać wszelkie możliwe melizmaty (ozdobniki), co nastręczało nie lada problemów.

I nieważne jaki był efekt — czy estetyczne śpiewy benedyktyńskie wypadły zadowalająco (zakończenie liturgii nastąpiło w niedzielny wieczór w krakowskim kościele św. Katarzyny), ważna była wspólna praca i wspólna modlitwa — spotkanie, być może jedno z niewielu tego typu na świecie. Spotkanie jest bowiem najcenniejszym owocem festiwalu. Zjeżdżają się do pięknego i bogatego niegdyś, a dzisiaj odradzającego się Jarosławia, ludzie o przeróżnych profesjach, w różnym wieku i z różnych zakątków Europy, świeccy i duchowni, zawodowi muzycy i amatorzy — pasjonaci prowadzący przyparafialne schole. Jest to jedno z niewielu miejsc, gdzie na ulicy czy pod kościołem można posłuchać współczesnych lirników, przybyłych nawet z Ukrainy. Wspólnym dla wszystkich mianownikiem jest, jak się wydaje, pewna estetyczna i duchowa wrażliwość, która w śpiewie tradycyjnym znajduje swój najpełniejszy wyraz. Być może Pawłowy podział na człowieka zmysłowego i duchowego leży w sferze intencji, których sobie nie do końca uświadamiamy. Ostatecznie wszyscy jesteśmy w drodze.

Jarosław ’99: śpiew dwóch tysiącleci
Jakub Żmidziński

urodzony w 1966 r. – technik leśnik i absolwent filologii polskiej, pracuje jako wykładowca na ASP w Poznaniu. Publikuje m.in. w „Czasie Kultury”, „RuaH”, „eSPe”. Prowad...