Czy Bóg nas nagradza?
fot. md mahdi / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Spowiedź

0 votes
Wyczyść

„Dziwi mnie nauka Kościoła o tym, że Bóg nagradza nasze dobre uczynki. Czy takie zasługiwanie u Boga na jakieś wynagrodzenie nie jest sprzeczne z wiarą w to, że On kocha nas bezwarunkowo, a nie dlatego, że robimy coś szczególnego? Znacznie bliższe jest mi podejście, które można streścić w słowach »Wszystko jest łaską«. Jak więc rozumieć naukę Kościoła o zasłudze?” – zapytał mnie ktoś.

Dzisiejsze kłopoty z pojęciem zasługi

Nasze kłopoty z pojęciem zasługi wynikają z dwóch powodów. Pierwszy związany jest z nieufnością wobec biblijnej koncepcji sprawiedliwości. Wizja Boga, „który za dobro wynagradza, a za zło karze”, a więc Boga sprawiedliwego, wydaje się wielu chrześcijanom zimna i odstręczająca. Nasza relacja z Bogiem – przekonują – opiera się na wzajemnej miłości, nie zaś na sprawiedliwości, rozumianej jako bezduszne dochodzenie swoich roszczeń. A jeśli trudno się zgodzić na to, że Bóg karze nasze występki, to w konsekwencji podświadomie odrzucamy również ideę nagrody za dobre uczynki. Ostatecznie dochodzimy do takiej wizji Boga, w której jest On „czystą miłością”, jednocześnie ostro przeciwstawioną sprawiedliwości. Czysta miłość Boga jest więc absolutnie bezinteresowną życzliwością, która nie ogląda się ani na nasze grzechy, ani na dobre uczynki, udzielając łaski każdemu bez wymawiania. W najbardziej skrajnych interpretacjach Bóg w swojej szalonej miłości nie potrzebuje skruchy grzesznika, by mu przebaczyć, gdyż robi to nieproszony, z miłości i dobroci. Słowem, umysłom wielu współczesnych chrześcijan rysuje się ostra alternatywa: albo Bóg jest sprawiedliwy, albo jest miłością. Wybieramy oczywiście drugą możliwość, a co za tym idzie, rezygnujemy z Boga, który sprawiedliwie wynagradza nasze uczynki.

Ale istnieje i drugi kłopot z pojęciem zasługi. Rodzi się on ze sprzeciwu wobec rozpracowywanego przez psychologię (także poppsychologię) zjawiska „zarabiania na”. Na czym ono polega? Gdy sami w sobie nie znajdujemy oparcia, gdy nam się wydaje, że nie nadajemy się do niczego, szukamy potwierdzenia siebie na zewnątrz, u innych ludzi. Chcemy otrzymać od innych to, czego nie posiadamy w dostateczny sposób. Innymi słowy, próbujemy zaspokoić głód, który jest głodem miłości, akceptacji, potwierdzenia itp. Okazuje się jednak, że nie jest to łatwe. Głód jest silny, a nam się wydaje, że inni ludzie wcale nie są chętni, by go zaspokajać. Musimy więc postarać się o to zaspokojenie, „zarobić na” miłość innych, dobić się do nich, wyżebrać ich życzliwość. Skoro jesteśmy pewni, że nie mamy prawa być kochani tak po prostu, chcemy sobie tę miłość wywalczyć naszymi dobrymi uczynkami, a więc zasłużyć sobie na miłość innych. Oczywiście, temu mechanizmowi możemy się poddawać w sposób całkowicie nieświadomy, nie dostrzegając, że ukrytym motorem naszych dobrych czynów jest właśnie przemożne pragnienie bycia zauważonym i zaakceptowanym.

Ten pobieżnie naszkicowany obraz mechanizmu „zarabiania na” nakłada nam się na katolickie pojęcie zasługi. Zasługiwać znaczy dla nas tyle samo, co zarabiać na miłość. Boga traktujemy jako zewnętrzną siłę, od której próbujemy naszymi dobrymi uczynkami uzyskać nagrodę w postaci miłości i akceptacji. Słusznie buntując się przeciwko takiej wizji Boga i zasługi, popadamy w inną skrajność: „Bóg kocha nas całkowicie bezinteresownie, nie musimy na nic u Niego zarabiać. Wszystko, co od Niego otrzymujemy, daje nam nie dlatego, że robimy to lub tamto, ale dlatego, że nas kocha miłością bezgraniczną”.

Spróbujmy przyjrzeć się teraz autentycznej katolickiej nauce o zasługującym charakterze ludzkich dobrych uczynków. Mam nadzieję, że uda się pokazać, iż sprzeciw wobec niej wynika ze zwyczajnego nieporozumienia.

Czym jest zasługa?

W Piśmie Świętym znajdziemy sporo fragmentów mówiących o nagrodzie dla tych, którzy idą Bożą drogą. Mamy więc wyraźną naukę o możliwości zasługiwania. (W języku teologii zasługa to taka własność dobrych uczynków, która powoduje, że należy się za nie jakaś odpłata, nagroda). Spośród bezmiaru świadectw biblijnych przytoczę tylko trzy fragmenty:

„Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę, powiadam wam, nie utraci swojej nagrody” (Mt 10,42).

„Przeto, bracia moi najmilsi, bądźcie wytrwali i niezachwiani, zajęci zawsze ofiarnym dziełem Pańskim, pamiętając, że trud wasz nie pozostaje daremny w Panu” (1 Kor 15,59).

„Nie jest bowiem Bóg niesprawiedliwy, aby zapomniał o czynie waszym i miłości, którą okazaliście dla imienia Jego, gdy usługiwaliście świętym i jeszcze usługujecie” (Hbr 6,10).

Obok tych i wielu podobnych tekstów znajdujemy w Piśmie Świętym inne, prezentujące jakby odmienny obraz Bożego działania. Bóg ukazuje się w nich jako ktoś udzielający swoich darów „za darmo”, to znaczy nie jako zapłatę za nasze dobre uczynki. Bóg podnosi tych, którzy sami podnieść się nie mogą; udziela przebaczenia, chociaż się ono nie należy; na obrażanie Go reaguje miłosierdziem i jest wierny zawsze, nawet wobec niewiernych. „Gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska”, pisze św. Paweł (Rz 5,20).

Czy jesteśmy skazani na przyjęcie wyłącznie pierwszej perspektywy („nagroda za dobre uczynki”) albo wyłącznie drugiej („darmowa miłość Boga”)? Katolicka nauka o zasłudze przekonuje, że nie musimy decy- dować się na taki wybór, co więcej, jeśli wybierzemy jeden punkt widzenia kosztem drugiego, to zwycięży jakaś skrajność: albo Bóg będzie widziany jako sklepikarz z liczydłem, albo jako bliżej nieokreślona, bezpostaciowa Miłość, która niczego od nas nie wymaga i zawsze jest z nas zadowolona. Skrajności będą dotyczyć także wizji człowieka: albo będziemy przeceniać wagę naszych dobrych uczynków („Bóg ma obowiązek zapłacić mi za moje poświęcenie”), albo przeciwnie, będziemy przesadnie negować ich wartość („Nieważne, co robimy, jak się zachowujemy. Bóg nas kocha”).

Zacytuję teraz fragment z doku- mentów Soboru Trydenckiego, który jest chyba najlepszym stresz- czeniem nauki Kościoła na temat zasługi i genialnie łączy w sobie obydwie perspektywy:

„Chrześcijanin nie powinien pokładać nadziei lub chlubić się w sobie samym zamiast w Panu, którego dobroć względem wszystkich ludzi jest tak wielka, że chce, aby naszymi zasługami stało się to, co jest Jego darem”1.

Jest w tym jednym zdaniu zawarte wszystko, co najważniejsze. Nie posiadamy niczego, czym moglibyśmy się chlubić przed Bogiem, ponieważ wszystko, co posiadamy, jest Jego darem.

Po pierwsze, dar istnienia i życia. Nie należało się nam, abyśmy pojawili się na świecie. Nie mogliśmy przecież na to zapracować z tej oczywistej przyczyny, że nas nie było. Bóg stworzył nas z niepojętej dla nas bezinteresownej miłości i na najbardziej fundamentalnym poziomie nasze istnienie zostało nam dane absolutnie „za darmo”.

Po drugie, dar przyjaźni z Bogiem. Żadne nasze wysiłki nie mogą sprawić takiego wyniesienia nas, słabych i grzesznych, do przyjaźni z naszym Stwórcą. Od Niego, nie od nas, musi więc wyjść inicjatywa. „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili” (J 15,16).

Po trzecie, wszystkie nasze dobre uczynki również są Jego darem, ponieważ – jak powiedział Chrystus – „beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15,6). Jednak, chociaż są całkowicie Jego darem, to również – prawdziwie, a nie tylko pozornie – są naszymi uczynkami. Dlatego, jeśli trwamy w jedności z Bogiem, nasze dobre czyny zasługują na nagrodę. Dary Boże zawsze zawierają w sobie jakiś nadmiar. Bóg daje więcej, niż moglibyśmy się spodziewać i wiele naszych teologicznych problemów bierze się stąd, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć tej logiki nadmiaru. Bóg nie tylko udziela nam swoich darów, ale daje nam też możliwość ich pomnażania, co więcej – nagradza nas za te wysiłki. Oczywiście, nasze uczynki są Jego darem, oczywiście, mógłby sam wszystko zrobić, ale wtedy zostalibyśmy ograbieni z godności istot, które mogą wybierać i czynić dobro, mogą rzeczywiście kształtować siebie i otaczający nas świat.

Trafną analogią Boskiego sposobu postępowania jest pewien szczególny zabieg wychowawczy, który na pierwszy rzut oka może się wydawać zupełnie bezsensowny. Niektórzy rodzice, gdy zbliża się jakaś uroczystość, na przykład ich imieniny, dają swoim dzieciom pieniądze, aby kupiły im prezenty. Wygląda to całkiem nielogicznie, rodzice mogliby przecież sami sobie te prezenty kupić, ale wolą, żeby zrobiły to dzieci, nawet jeśli prezenty nie będą do końca trafione. Wszystko dzieje się więc za pieniądze rodziców, ale dzieci muszą włożyć wysiłek w kupienie prezentu, za który otrzymują nagrodę – wdzięczność rodziców. Bóg podobnie postępuje z nami. Wszystkie nasze dobre uczynki w ostatecznym rozrachunku są czynione „za pieniądze” Boga, ale nie oznacza to, że nie są one dziełem naszego wysiłku i że Bóg nie chce ich wynagrodzić.

Skąd więc kłopoty z pojęciem zasługi? Biorą się one z niezdolności do jednoczesnego uchwycenia darmowości Bożej miłości i ogromnej wagi, którą mają nasze dobre uczynki. Bóg postępuje z nami bezinteresownie, ale i sprawiedliwie. Chce wynagradzać nasze trudy, nawet jeśli są one również – i przede wszystkim – Jego dziełem. Jeśli pamiętamy o tym, nie przyjdzie nam do głowy, aby nasze dobre uczynki traktować jako kartę przetargową w negocjacjach z Bogiem; nie będziemy ufać we własną sprawiedliwość i chełpić się naszą doskonałością. Unikniemy tworzenia fałszywego obrazu Boga jako Kogoś, kto czyha na nasze upadki i bezwzględnie nas rozlicza.

Nie ma więc mowy o żadnym „zarabianiu na” Bożą miłość, już przynajmniej z tego powodu, że choćbyśmy nie wiem co robili, to i tak nie moglibyśmy na nią zarobić. Trzeba ją przyjąć jako całkowicie darmową. Z drugiej strony nie będziemy lekceważyć naszych wysiłków, nie będziemy poddawać się jakiejś zwodniczej „mistyce nicnierobienia”, która przecież odziera nas z godności ludzi wolnych i obdarzonych rozumem, stworzonych „na obraz i podobieństwo” Boga. Bóg traktuje nas sprawiedliwie, to znaczy poważnie. Chce, żeby nasze życie przynosiło owoce. Nie odbierajmy Panu Bogu radości nagradzania nas.

Sobór Trydencki, Dekret o usprawiedliwieniu, BF 338.

Czy Bóg nas nagradza?
Mateusz Przanowski OP

urodzony w 1974 r. – dominikanin, doktor teologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Domi...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze