Cały świat jest klasztorem…

Bohater opowieści, Peter Calvay, w swej duchowej wędrówce trafia do klasztoru franciszkanów, gdzie przebywa jego młodszy brat, Tony.

Przed świętami widziałem swego brata zaledwie kilka chwil, ponieważ wraz z innymi studentami został wciągnięty w wir przygotowań do wielkiej uroczystości, która zajmowała w duchowości franciszkańskiej miejsce szczególne. Obchody świąteczne były tak gorączkowe, a jednocześnie tak radosne, że Tony i ja dopiero po tygodniu mieliśmy czas, by usiąść i poważnie porozmawiać. A jednak bez tego tygodnia, w którym zaznałem braterstwa, o jakim później z takim entuzjazmem opowiadał mi Tony, nie zdołałbym chyba prawdziwie zrozumieć tego, co go tak przyciągało do franciszkanów.

— Co się stało, że się tu znalazłeś? — spytałem, kiedy usiedliśmy w jego pokoju, z którego rozpościerał się piękny widok na całą okolicę Suffolk.
— Żadne ziemskie moce — odparł Tony, uśmiechając się. — Prawdopodobnie myślałeś, że zastaniesz mnie żonatego z gromadką dzieciaków. No cóż, pewnie by tak było, gdyby nie jakaś siła odciągająca mnie od małżeństwa, którego wszyscy się spodziewali. Najdziwniejsze było to, że nie przestałem kochać Helen. Czułem się jednak tak, jak gdyby coś innego, a raczej Ktoś inny ciągnął mnie ku sobie. Ten Ktoś nieustannie wchodził między nas, tak że w końcu sama Helen też zaczęła to wyczuwać. Musiałem więc zerwać zaręczyny, przerwać studia na uniwersytecie i pojechałem do seminarium Ushaw w Durham, aby przygotować się do kapłaństwa.

Jednakże to też nie wystarczyło. To przyciąganie, które kazało mi oddać się Bogu w bardziej radykalny sposób, nadal nie ustawało. Nie wiedziałem, co robić, ani gdzie się udać, aż w połowie semestru przyjechał do nas z rekolekcjami ojciec Ruecastle. Był wspaniałym kaznodzieją, typem człowieka, który porywa, by pójść w jego ślady. Udałem się więc do niego i oznajmiłem, że tak jak on postanowiłem zostać jezuitą. Przyjął mnie ze zrozumieniem i życzliwością. Ale mądrze poradził mi, żebym tę decyzję jeszcze rozważył i modlił się przez następne sześć miesięcy, zanim znów się z nim skontaktuję, o ile do tego czasu się nie rozmyślę.

Dał mi spis książek, które miały mi pomóc lepiej ocenić duchowość ignacjańską. Pragnąłem zrozumieć ducha, który ożywiał tego wielkiego świętego, mającego tak ogromny wpływ na Kościół przez ostatnie czterysta lat.

W każdym razie w efekcie tych lektur poczułem rozczarowanie. Po prostu duchowość, którą chciałem uczynić własną, nie odpowiadała mi, mimo że ukształtowała człowieka, który jak dotąd wywarł na mnie największe wrażenie. Kiedy wyjawiłem swoje odczucia kierownikowi duchowemu, ten poradził mi, abym zainteresował się osobą świętego Franciszka. Być może wyda mi się bliższy. Przeczytałem szybko jego pisma, lecz one także nie wywarły na mnie większego wrażenia. Okazały się zbiorem listów, półkanonicznych dokumentów z garścią upomnień oraz jednym czy dwoma wierszami, które zupełnie mnie nie zachwyciły.

Źródła franciszkańskie były bardziej interesujące. Pełno w nich było opowieści, ale i one nie składały się w całość, która dałaby mi jakieś tak poszukiwane natchnienie. Czułem się niczym wiązka suchego chrustu, bezskutecznie czekająca na iskrę, która roznieciłaby we mnie ogień.

Wtedy mój duchowy kierownik powiedział mi, że nigdy nie zrozumiem dobrze żadnej duchowości, jeśli nie spojrzę na nią w kontekście historii jej narodzin. Zatem raz jeszcze wróciłem do swoich książek. Tym razem moja lektura przyniosła owoce. Odkryłem, że oba te słynne zakony powstały bezpośrednio w następstwie dwóch wielkich ruchów, które zaważyły na ich duchowości. Kiedy zakładano zakon jezuitów, u swego szczytu był Renesans, który cofnął Europę z powrotem do Grecji. Natomiast kiedy powstawał zakon franciszkanów, u swego szczytu znajdowała się Wielka Krucjata, która zawiodła Europę do Palestyny.

Zacząłem widzieć w świętym Franciszku osobę odpowiedzialną za nieprawdopodobną i niepowtarzalną duchowość „powrotu do Ewangelii”, która ponownie umieściła Chrystusa w centrum chrześcijaństwa, jak i ludowej pobożności.

— To, co mówisz jest interesujące — powiedziałem — ale niezupełnie rozumiem, co masz na myśli, mówiąc, że Chrystus na powrót znalazł się w centrum chrześcijaństwa. Jak mógł być gdzie indziej?
— No cóż, na początku i ja tak myślałem. Jednak dzięki pomocy i wskazówkom mojego duchowego kierownika zacząłem dostrzegać, że wczesne herezje zupełnie wypaczyły autentyczną duchowość chrześcijańską. Widzisz, pierwsi chrześcijanie zostali zdominowani przez wielkie wydarzenie, jakim było Zmartwychwstanie, nie dlatego, że to był cud, który wstrząsnął światem, ale dlatego, że był to znak, iż Jezus przestał być martwy i jest żywy. Jego nowa forma życia wyniosła Go ponad świat czasu i przestrzeni, do którego my należymy. Jednocześnie umożliwiła Mu bycie w nim na nowy sposób — dzięki miłości mógł być w sercu każdego chrześcijanina i w centrum wszystkich chrześcijańskich wspólnot równocześnie.

Dla pierwszych chrześcijan Chrystus był ich Bratem i to Jego braterska miłość — czyli Duch Święty — łączyła ich więzami braterstwa, o które sam Jezus modlił się podczas Ostatniej Wieczerzy. To wartość miłości wiązała z sobą tych wczesnych chrześcijan, kazała im świadczyć własnym życiem, że Braterstwo z Człowiekiem nie jest tylko iluzją, ale rzeczywistą możliwością dla wszystkich, którzy potrafią przyjąć Jezusa jako swego brata i pozwalają, by Jego braterska miłość powiązała ich wszystkich w jedną rodzinę. Kłopot zaczął się wtedy, gdy człowiek imieniem Ariusz, oświadczył, iż Jezus nie był Bogiem, a tylko człowiekiem. Herezja ta w końcu rozprzestrzeniła się tak szeroko, iż została nią dotknięta większość chrześcijan. Chcąc wytępić arianizm, Kościół ukuł slogan „Chrystus jest Bogiem” i powtarzał go z takim zapałem, że kiedy w końcu nastąpiło zwycięstwo, w umysłach ludzi osoby Chrystusa i Boga były prawie nierozróżnialne.

Chrystus, nasz Brat, który był w sercu i w centrum duchowości chrześcijańskiej, w umysłach zwykłych ludzi wstąpił do nieba, tak że nawet niektórzy z ważniejszych chrześcijańskich autorów używali słowa „Chrystus” zamiennie ze słowem „Bóg”, i odwrotnie, nie uważając za istotne czy konieczne rozróżnienie tych Osób.

Kiedy ciepło, bliskość i człowieczeństwo Brata Jezusa przestały ożywiać chrześcijan, zaczęli się sobie przyglądać i ta raczej niezdrowa introspekcja uczyniła ich przewrażliwionymi na własnym punkcie, jak i na punkcie własnej osobistej grzeszności.

A gdy poczuli się pozbawieni źródeł Ducha, potrzebnych do tego, by docierać do Boga, zaczęli zwracać się do ludzkich źródeł. Pod wpływem greckich idei, które kwitły tysiąc lat przed Renesansem, chrześcijanie zaczęli adoptować wątpliwe ascetyczne praktyki, aby uwolnić swe dusze od grzesznych ciał, które — jak sądzili — nie pozwalały im wznosić się do Boga.

Powtarzające się niepowodzenia, które zazwyczaj nie opuszczają wierzącego–amatora, wytworzyły poczucie braku duchowego bezpieczeństwa, a to z kolei kazało chrześcijanom zwrócić się do innych osób, wartościowszych niż oni sami, aby reprezentowały ich przed Bogiem. Oddawanie czci męczennikom, wyznawcom, świętym czy Matce Boskiej, które nasilało się wraz z latami, stało się miarą oddalenia, odczuwanego przez chrześcijan oderwanych od Jezusa, z którym kiedyś byli tak blisko.

Inna herezja, macedonianizm, uczyniła z Duchem Świętym to samo, co arianizm uczynił z Jezusem. Podobnie jak braterska miłość Jezusa, więź, która spajała wspólnoty pierwszych chrześcijan, zdawała się zanikać w duchowości chrześcijańskiej, jeśli nie w teorii, to z pewnością w praktyce, a ona przede wszystkim się liczy. Nic zatem dziwnego, że z Bogiem i Chrystusem wysoko w niebie i z Duchem Świętym, którego nie widać, życie wspólnoty chrześcijańskiej zamierało.

Usuń piastę z koła roweru, a zobaczysz, co stanie się ze szprychami. Zobaczysz też, jakiemu zniszczeniu uległo życie chrześcijańskiej wspólnoty bez Chrystusa w jej centrum i jakim nieświętym indywidualizmem się to skończyło. Taki indywidualizm był zupełnie obcy Kościołowi, który pierwotnie założył Chrystus.

Na długo przed pojawieniem się Franciszka, Kościół, który kiedyś wydawał się ciepłym, ogarniającym wszystko kręgiem miłości, z Chrystusem w centrum, zaczął przypominać bardziej stromą piramidę z Bogiem–Człowiekiem na jej wierzchołku i grzesznym ludem u jej podstawy. Jej strome ściany zdawały się do zdobycia dzięki intensywnemu wysiłkowi, chociaż nieodzowna wydawała się też łaska płynąca ze szczytu lub pomoc innych, bardziej świętych dusz, które już osiągnęły pewną wysokość.

Oczywiście robię tu daleko idące uproszczenia, abyś miał jakieś pojęcie o tej scenie, którą Franciszek miał ukształtować na nowo. Jednym natchnionym krokiem potrafił pokonać tysiąc lat i na nowo odkryć dla siebie Ewangelię w całej jej prostocie.

— Wszystko to jest dla mnie czymś zupełnie nowym — przyznałem — Nigdy o tym wcześniej nie słyszałem.
— Także dla mnie była to zupełna nowość — odrzekł Tony. — Widzisz, Franciszek wprowadził Chrystusa na powrót do serca chrześcijańskiej duchowości w tak stanowczy i skuteczny sposób, że wszyscy przyjęli to za oczywistość, że tak było od początku. Ale tak nie było.
— Nie miałem pojęcia, że Franciszek był tak genialną postacią — powiedziałem.
— Bo nie był — odrzekł Tony. — Oczywiście, jeśli przez genialnego rozumiesz człowieka o wielkich zdolnościach intelektualnych czy poznawczych. Był bardzo prostym człowiekiem, człowiekiem swoich czasów. Był jednak tak całkowicie otwarty na Boga, że potrafił dostrzec z wielką prostotą coś, co było zakryte przed intelektualnymi geniuszami jego czasów. Był człowiekiem swych czasów, porwał go więc i natchnął wielki ruch, który całkowicie zdominował duchową wrażliwość jego chrześcijańskich bliźnich.

Widzisz, niecałe sto lat przed jego narodzinami Europa została zainspirowana szlachetnym chrześcijańskim ideałem. Chodziło o wyprawy do Ziemi Świętej, by odebrać ją z rąk niewiernych, w których posiadaniu od wieków się znajdowała. W pogoni za tym świętym ideałem, zachęcani przez Kościół, ludzie wszelkich stanów ruszali na Wschód. Panowie i poddani, rycerze i trubadurzy, pobożni dostojnicy i prostytutki, faktycznie cała Europa została doprowadzona do gorączkowego szczytu podniecenia, który dziś, tysiąc lat później, trudno sobie wyobrazić.

Podróżujący trubadurzy wrócili ze Wschodu z nowymi instrumentami i nowymi pieśniami, które opiewały nie tylko miłość dworską i wyczyny szlachetnych rycerzy, ale także miłość Bożą i miejsca, w których ta miłość dotykała człowieczego świata.

Nic dziwnego, że jednym z najgłębszych pragnień Franciszka było samemu udać się w tę podróż do Ziemi Świętej. Nie było też zaskakujące, że kiedy wrócił, pragnął rozpalić w sercach wszystkich ludzi choć odrobinę tego ognia, który rozpalił go miłością do Pana. Był pod wrażeniem tego, że Pan postanowił zstąpić między nas jako bezradne dziecię. Dlatego właśnie w pierwszym dniu Świąt zbudował dla siebie i dla okolicznych ludzi żłóbek na wzgórzach Greccio, wysoko ponad doliną Rieti i zaprosił tam wszystkich na obchody narodzin Zbawiciela. Wydarzenie to wywarło taki wpływ na ich serca, że pamiętali je do końca życia.

Żłóbki, które dzięki Biedaczynie z Asyżu przyjęły się od tamtej pory we wszystkich chrześcijańskich domach, symbolizowały powtórne narodziny człowieczeństwa Chrystusa w sercu duchowości chrześcijańskiej. Jednak na tym nie kończyła się wielka wizja Franciszka. Pod pewnym względem był to dopiero początek niepowtarzalnej i ogarniającej wszystko wizji, daleko głębszej niż jakakolwiek, która pojawiła się przed nią czy po niej.

Widzisz, on był oszołomiony wstrząsającym faktem, że arcydzieło stworzenia Boga, Król, dla Którego i w Którym został stworzony cały świat, dobrowolnie postanowił stać się tym bezradnym dzieckiem, aby przez to mógł zostać Bratem wszystkich ludzi. Bratem Jezusem, jak Go nazywał. Jeśli cały świat został stworzony w Bracie Jezusie, wtedy w naturalny sposób cały świat musiał być braterstwem, czyli klasztorem. Platon powiedział, że cały świat jest więzieniem, a ludzie go zamieszkujący są tylko jego więźniami. Szekspir stwierdził natomiast, że cały świat jest teatrem, a wszyscy ludzie aktorami grającymi swoje role. Jeden z prezydentów Stanów Zjednoczonych ogłosił, że cały świat jest rynkiem, a ludzie, którzy na nim żyją, są tylko kupującymi i sprzedawcami. Jednak dla Franciszka z Asyżu cały świat był klasztorem, a wszystko i wszyscy w tym klasztorze byli dla siebie braćmi i siostrami.

Zatem był nie tylko brat Franciszek czy siostra Klara, ale także brat Słońce i siostra Księżyc, brat Wilk i siostra Owieczka, brat Ogień i siostra Woda, ponieważ całe stworzenie jest rodzeństwem dla jednego kochającego Ojca, w którego objęciach zostało stworzone od samego początku.

— Nie chciałbym umniejszać wielkiej wizji Franciszka — powiedziałem — ale z pewnością inni, przed Franciszkiem, jak i po nim, mieli podobne wizje, choć nie wyrażone w tak poetycki sposób.
— O tak — odrzekł Tony — ale to dopiero początek. Wizja Franciszka na tym się nie kończyła. Nie był on tylko romantycznym marzycielem, ale praktykiem, realistą, który potrafił wglądać w innych, ponieważ nauczył się wglądać w siebie. Zrozumiał, że chociaż wszyscy ludzie mogą być dla siebie braćmi i siostrami, niekoniecznie znaczy to, że się kochają i o siebie troszczą. Można ludzi zamknąć w jednym budynku i nazwać go klasztorem, a mieszkańców tego klasztoru nazwać braćmi, ale samo to nie doprowadzi ich do braterstwa.

Franciszek i jego naśladowcy chcieli nie tylko natchnąć ludzi wizją braterstwa, w którym zostali zrodzeni, ale również braterską miłością, dzięki której będą w stanie żyć razem w harmonii i pokoju. Sposób przeprowadzenia tego, wcześniej nieznany, okazał się rewolucyjny dla życia zakonnego.

— Na czym on polegał? — spytałem niecierpliwie.
— Tak naprawdę był on bardzo prosty. Polegał na dosłownym życiu Ewangelią i podążaniu śladami Jezusa, na naśladowaniu Go, jak to nazwałeś, od wewnątrz.
— Ale przecież to nie była żadna nowość — rzekłem. — Czyż nie próbowały tego robić wszystkie zakony założone całe wieki przed Franciszkiem? Czyż one wszystkie nie opierały się na Ewangelii?
— O tak. Opierały się na Ewangelii — powiedział Tony. — Ale nie na ewangelicznym stylu życia. Pozwól, że ci to wyjaśnię, ponieważ zrozumienie tego jest dość ważne dla kogoś, kto pragnie pojąć franciszkańską duchowość. Ogólnie mówiąc, przed Franciszkiem życie zakonne było monastycyzmem. Wszystkie inne ruchy, jak regularni kanonicy, którzy albo wyrośli, albo opierali się na życiu monastycznym, nigdy nie zamierzały bazować na ewangelicznym stylu życia. Bez względu na to, czy przestrzegano reguły Benedykta, Bazylego czy Augustyna, widziano swą genezę w życiu pierwszych chrześcijan, żyjących tuż po zmartwychwstaniu. Chodziło o styl życia opisany w drugim rozdziale Dziejów Apostolskich. Monastycyzm rozwinął styl życia, który został tam opisany, a każda monastyczna reforma, chcąc przywrócić zdrowe zasady i dokonać odnowy, zawsze sięgała do życia pierwszych chrześcijańskich wspólnot.

Franciszek nie był wielkim myślicielem religijnym. Nie był wielkim teologiem czy intelektualistą. Kiedy jednak uświadomił sobie, że Bóg wzywa go, aby poszedł do miast i wiosek, na targowiska i do kościołów głosić Ewangelię, wiedział, że dla niego i jego naśladowców istnieje tylko jeden styl życia. Był to taki sam styl życia, jaki wiódł Jezus i Jego uczniowie podczas swej publicznej posługi.

Dość dziwne może się wydawać, że żaden zakon przed Franciszkiem nigdy czegoś podobnego nie robił, a niektóre z nich, jak na przykład benedyktyni, stanowczo to wykluczali, ślubując stabilitas loci.

W pismach Franciszka nigdzie nie znajdziesz określenia „życie apostolskie”. On i jego bracia zobowiązali się wieść życie takie, jakie wiódł Jezus i Jego uczniowie przed Zmartwychwstaniem. Otóż Franciszek dostrzegł, że dla takiego stylu życia charakterystyczne są trzy nierozłączne składniki. Zauważył, że Jezus często odchodził na bok, aby samotnie się modlić, gdyż w modlitwie otrzymywał nadprzyrodzoną miłość, którą potem mógł przekazywać swoim uczniom. Miłość ta jednoczyła ich we wspólnotę — najpierw mieli sami wcielić Nowinę, którą potem z rozpoczęciem swej apostolskiej służby mieli głosić innym.

Życie franciszkańskie zatem jest jednocześnie życiem eremity czy pustelnika, życiem wspólnoty i życiem apostoła. A wszystkie te trzy rodzaje są ze sobą tak nierozerwalnie złączone, że jeśli brakuje choć jednego z tych elementów, nie ma autentycznego życia franciszkańskiego. Takie życie miało Franciszkowi i jego naśladowcom umożliwić bezustanne nawracanie serca. Dlatego właśnie pierwsi bracia nazywali siebie pokutnikami z Asyżu, których podstawowym zadaniem miało być praktykowanie skruchy i głoszenie jej innym. Jak ich ojciec Franciszek, mieli naśladować Jezusa, wycofując się czasami w samotność, aby praktykować wewnętrzną skruchę serca. W ten sposób mogli przyjmować coś z pełni życia, aby potem dzielić się nią ze swymi braćmi we wspólnocie. Tylko w ten sposób mogli być dla świata znakiem braterstwa, które chcieli rozciągnąć na wszystkich ludzi poprzez swoją apostolską pracę.

Wiedząc, że to wszystko byłoby niemożliwe bez braterskiej miłości Boga, Franciszek pragnął zapisać w swojej regule — czego nie zdążył — iż rzeczywistym Generałem jego Zakonu jest Duch Święty.

Po śmierci Franciszka wielu z jego naśladowców tak uwikłało się w różne dysputy na temat interpretacji reguły, rozmiarów domów, w których mieszkali, czy znaczenia wyznawanego przez nich ubóstwa, że stopniowo zapominali oddalać się samotnie do jaskini. A przecież właśnie w ciemnościach pustelni Franciszek po raz pierwszy ujrzał swą wielką wizję.

Stało się to, co nieuniknione. Chociaż duchowość skupiona na Chrystusie, którą on na nowo rozniecił, rozprzestrzeniła się przez wieki po wszystkich kontynentach, straciła później swą żywotność i głębię. Zatem w Europie pojawiła się nowa duchowość zwana Devotio moderna. Ta osobista pobożność, pełna uczucia i sentymentu, która czyniła z Jezusa przyjaciela i osobistego Zbawiciela, sama w sobie nie była zła, dopóki była tylko punktem wyjścia. Kiedy jednak na niej się wszystko kończyło, wkrótce degenerowała się do najgorszego rodzaju pobożności. W sposób nieunikniony prowadziła do samopobłażania, które ślepło na społeczne potrzeby innych i na braterstwo wszystkich ludzi w Bogu, będące celem wszelkich autentycznych wysiłków chrześcijańskich.

Nic zatem dziwnego, że wielu uczciwych chrześcijan poczuło zmęczenie tą osobistą indywidualną pobożnością, która wkrótce zdominowała chrześcijaństwo. Zainspirowały ich nowe idee i ideały starożytnego świata, które szybko zaczęły obejmować całą Europę. Nikt nie mógł powiedzieć, że męskie, rozumowe nauczanie moralne Sokratesa było nadmiernie sentymentalne czy zamknięte na potrzeby bliźnich. Czyż można było winić autentycznych chrześcijan za to, że zainspirowała ich ta wysoka i szlachetna wizja ludzkości? Nikt nie uświadamiał sobie jednak, że wizja ta wyłącza wszystkie kobiety i odmienne rasy, wykorzystywane w niewolnictwie albo lekceważone jako barbarzyńskie. To, co stracono z oczu, gdy zbladła wizja Franciszka, wydawało się wyłaniać na nowo w wizji Sokratesa, jednak było skazane na niepowodzenie, ponieważ uzależniało wszystko od wysiłków człowieka.

Zatem nic dziwnego, że nowy nacisk na człowieka, który tak głębokie piętno wycisnął na teologii chrześcijańskiej po Renesansie, rodził duchowość, która na Jezusa kazała patrzeć raczej jak na wielkiego moralnego nauczyciela niż na mistyka. Miał być wzorem dla ludzi chcących zmienić siebie, jak i otaczający świat za pomocą własnych tylko ludzkich sił, które spychały moc Bożą, czyli Ducha Świętego, na zewnętrzne obrzeża duchowości chrześcijańskiej, gdzie pozostaje ona do dziś.

Nie dalej jak wczoraj szukałem w bibliotece książek na temat Ducha Świętego i znalazłem tylko trzy. Ich tytuły to: Zapomniany Bóg, Zagubiony Paraklet, Bóg nieznany. Nic dziwnego zatem, że styl życia zakonnego, który dominował przez ostatnie czterysta lat lub dłużej, zatracił prawdziwe poczucie wspólnoty. Bez teologii Ducha Świętego nie ma bowiem teologii życia wspólnoty. Fundacje zakonne zaczęły stawać się zgromadzeniami jednostek, podzielających tę samą ideę, że można zaprowadzić na świecie Królestwo Boże za pomocą tego samego intensywnego wysiłku, dzięki któremu, jak sądzili, najpierw zmienili siebie. Nie twierdzę wcale, że od poglądu tego wolny był zakon franciszkański.

Ukończywszy swoje badania dotyczące franciszkańskiej i ignacjańskiej duchowości, wróciłem do kierownika duchowego i opowiedziałem mu o swoich odkryciach. Zdawał się autentycznie zaskoczony tym, że zdołałem dokonać tak wiele w tak krótkim czasie.

— Jednakże — powiedział — budyń, jaki jest, ocenić możemy po jego zjedzeniu. To, co znalazłeś w bibliotece, niekoniecznie znajdziesz w Zakonie, zatem w najbliższe wakacje udaj się do Zakonu i sam się przekonaj, jak jest naprawdę.

Najpierw pojechałem do East Bergholt i nie rozczarowałem się. Znalazłem coś fascynującego w tym, że mimo upływu ośmiuset lat lub więcej duch nadal ocalał. Ocalał chociaż w zakonie franciszkańskim było więcej reform niż w innych. Tego jednak było im trzeba i mieli dość pokory, by się do tego przyznać! Kiedy odwiedziłem ojca Ruecastle, po raz kolejny znalazłem się pod wrażeniem siły jego osobowości, jak i zresztą innych księży, którym mnie przedstawił w ośrodku rekolekcyjnym, gdzie rezydował. Jednak nie potrafiłem już wyobrazić siebie w roli jezuity, chociaż nadal byłem pełen podziwu dla tego zgromadzenia. Znając jednak siebie, wiedziałem, że nie jestem w stanie wytrwać w życiu zakonnym, jeśli nie będę czuł za sobą bliskiej pomocnej wspólnoty oraz duchowości, która podkreśla, że Bóg działa przez słabych i maluczkich, ponieważ taki właśnie jestem. Dlatego też Franciszek tak mnie pociągnął. Resztę znasz i oto tu jestem.

— Gdybym sam w tym tygodniu nie doznał przyjaznego braterstwa i braterskiej miłości — odezwałem się — nie sądzę, bym mógł w pełni zrozumieć wszystko to, co próbujesz mi powiedzieć. Jednak doświadczyłem tego i nadal doświadczam, choć wszystko wydaje się trochę zbyt piękne, by było prawdziwe. Jak wyglądał twój nowicjat? Czy traktowano cię tu inaczej, niż ja tego doświadczyłem?
— Nie, obawiam się, że nie mogę tego powiedzieć, jednak my nie braliśmy tego tak poważnie. Niestety nowicjat oparty był na staromodnym moralistycznym podejściu, które i ty musiałeś znosić. Patrząc wstecz, stwierdzam, że nie ma ono wiele wspólnego z Ewangelią czy duchowością franciszkańską, chociaż paradoksalnie opowiadano nam historie z franciszkańskich źródeł, aby zilustrować chrześcijański humanizm, który miał niewiele wspólnego ze świętym Franciszkiem, i raczej wiązał się z duchowością Oświecenia.
— Dlaczego zatem jesteś tak pełen nadziei na przyszłość?
— No cóż, nowa teologia biblijna, która z taką gwałtownością rozprzestrzenia się na całym kontynencie, dopiero zaczyna do nas docierać. Jest to duchowość powrotu do Ewangelii, wiodąca nas prosto do Palestyny, a nie do Grecji, prosto do Ewangelii. Czy mogłyby być lepsze wieści dla franciszkanina? Wierzę, jak i wszyscy, którzy się tu znajdują, że znaleźliśmy się powtórnie na progu nowej franciszkańskiej wiosny. Jest to kolejny powód, dla którego wśród studentów panuje tak olbrzymi duch.
— Tony — rzekłem — Nie muszę ci mówić, jak wielkie wrażenie wywarło na mnie to wszystko, co powiedziałeś. Zaczynam myśleć, że znalazłem tutaj to, czego szukałem, przynajmniej po części, i gdzieś w głębi czuję, że chcę przyłączyć się do ciebie. Od jakiegoś czasu nabierałem coraz większej pewności, że pragnę swoją duchową wędrówkę odbywać samotnie jako człowiek świecki, jednak nie widzę przeszkód, żeby, o ile to możliwe, zostać świeckim franciszkaninem.
— Oczywiście, istnieje taka możliwość. Nie zapominaj, że Franciszek nigdy nie został kapłanem oraz że założył Trzeci Zakon specjalnie dla ludzi takich jak ty. Idź i porozmawiaj o tym z Rufo. Jest on ekspertem, jeśli chodzi o sprawy Trzeciego Zakonu.
— Z kim?
— Z ojcem Rufino. Wykłada dogmatykę i jest bardzo dobrym człowiekiem. Idź i pogadaj z nim. Jeśli chcesz, mogę cię z nim umówić.
— Dziękuję — odparłem. — Poza wszystkim i tak chciałem iść do spowiedzi.

Ojciec Rufino był fascynującą postacią — niski, okrągły i przysadkowaty. Miał przez Boga daną tonsurę, która wyglądała, jakby była namalowana przez jakiegoś nie mającego szacunku karykaturzystę. Gdyby zakon był wystarczająco przewidujący, aby opatentować jego aparycję, zanim zdążyli ją skopiować projektanci, zbiłby fortunę. Jego troska o moje samopoczucie wzruszyła mnie, a wyraźny szacunek, jaki okazywał mu Tony, kazał mi wszystko wyjaśnić mu możliwie najdokładniej, i prosić, aby poprowadził mnie dalej w kierunku, którego sam nie potrafiłem jasno dojrzeć.

— Obawiam się, że nie mogę zrobić jednego — powiedział ojciec Rufino. — Ludzie zawsze chcą, żebym im powiedział, dokąd mają pójść i jak tam się dostać. A prawda jest taka, że ja po prostu nie wiem. Dziś rano dostałem list, bardzo typowy, od zgromadzenia sióstr, które chcą, bym przyjechał i wygłosił kazanie w ich kaplicy. Chcą, abym im powiedział, co mają robić i w jakim kierunku powinny zmierzać. Moja odpowiedź jest zawsze taka sama: „nie wiem”. Ale znam kogoś, kto wie. Tą osobą jest sama Prawda. Nauczcie się, jak stać się bardziej otwarte, wrażliwe i Jej uległe, a Ona wam wszystko ukaże. Jest Ona przede wszystkim Duchem dającym prawdę, który, jak sam Pan nam obiecał, uczyni wszystkie rzeczy nam znane. Musimy nauczyć się Mu ufać, a w praktyce otwierać swoje życie, aby pozwolić Mu w nie wniknąć.

Uważam, że jesteśmy w krytycznym punkcie w historii Kościoła. Nadszedł czas nie tyle działania, co bycia; bycia totalnie i radykalnie otwartymi na Prawdę, gdyż inaczej nigdy nie poznamy, dokąd powinniśmy zmierzać, nie mówiąc już o tym, jak powinniśmy się tam dostać. Zatem moja odpowiedź dla ciebie jest dokładnie taka sama, jak ta, którą dałem siostrom.

Próbuj tak ułożyć swoje codzienne życie, abyś miał zawsze czas dla Ducha dającego Prawdę, aby mógł wniknąć w ciebie — a wtedy, tak jak obiecał Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy, On uczyni wszystkie rzeczy znane tobie. Przeżycie, jakiego doświadczyłeś w Notre Dame, było bez wątpienia autentyczne. Był to autentyczny dotyk Boga. Nie ma co do tego wątpliwości. Święty Franciszek miał podobne przeżycie, które było chwilą prawdy w jego życiu. Zbyt długo trwonił czas. Nagle pewnej nocy, gdy głośno śpiewając, wracał do domu ze swymi kompanami od kieliszka, poczuł na sobie, tak jak ty wtedy, dotyk Boga. Dotyk ten dodał mu sił, by dokonał tego, co odkładał od tylu miesięcy.

Udał się samotnie wysoko na wzgórza, a potem do opuszczonych kościołów, które zaczął odbudowywać, ponieważ — szczerze mówiąc — nie bardzo wiedział, czego pragnie od niego Bóg. Zresztą nawet gdyby wiedział, nie miałby dość sił, aby to zrealizować. Prawie trzy lata Franciszek spędził w samotności, wiodąc życie pustelnika. Wtedy to po raz pierwszy nauczył się, jak żałować w modlitwie, aby duch prawdy mógł w niego stopniowo i coraz pełniej wkraczać.

Nie ma czegoś takiego, jak natychmiastowa świętość. Na swoją świętość musiał Franciszek ciężko zapracować. Mogę uwierzyć we wszystko, począwszy od kawy instant po natychmiastowe zmartwychwstanie, ale nigdy nie uwierzę w natychmiastową świętość. Jestem gotów uwierzyć w natychmiastowe nawrócenie, w natychmiastowe uczucie, natychmiastowe wyleczenie, w natychmiastowy cud, jeśli jest na to dowód, o tak! Ale w natychmiastową świętość — nigdy! Nie pozwól się zwodzić, Peter.

Świętość to stopniowy proces, który jest działaniem Boga. Jego zakończenie natomiast jest możliwe dopiero po latach, jeśli człowiek wiary wierzy na tyle silnie, aby wytrwać w modlitwie dłużej niż przez okres początkowych emocji. Wytrwać w niej, by dojść do modlitwy nagiej wiary, kiedy musi wędrować dalej, praktykując skruchę, która uczy go, jak bezustannie się nawracać i otwierać na Boga, chociaż czuje się tak, jakby mówił nie do Niego, a do ceglanego muru.

Trwanie w tego rodzaju modlitwie jest pewną drogą do świętości, o czym sam się musisz przekonać — wtedy będziesz otwarty na działanie Boga jak nigdy przedtem. Bóg wniknie w ciebie, to znaczy wniknie Jego miłość, która ogołoci cię z wszelkiej innej miłości nie pozwalającej ci całkowicie Mu się oddać. A wtedy uczyni z ciebie swój doskonały instrument. Tego właśnie musiał nauczyć się Franciszek. Jest to jednak trudna lekcja, ponieważ wiąże się z nią doświadczanie radykalnego wewnętrznego oczyszczenia, dzięki któremu moce „Starego Człowieka” zostają z ciebie wypędzone przez jedynego prawdziwego egzorcystę, jakim jest Duch Święty.

Tak, modlitwa wykraczająca poza udane początki jest prawdziwym egzorcyzmem. Dlatego właśnie jest tak bolesna i dlatego tak wielu ludzi, którzy tak dobrze zaczęli, ucieka od niej. Dlatego więc tak niewielu jest świętych. Franciszek nie uciekł, jednak to doświadczenie było tak wyczerpujące, że po kilku miesiącach tej oczyszczającej modlitwy ludzie z ledwością rozpoznali w nim tego wesołego i beztroskiego chłopca, który niedawno udał się do samotni.

Mówię ci to, Peter, ponieważ ty także zostałeś dotknięty przez Boga, ty także zostałeś powołany do wędrówki na pustynię modlitwy.

Chcę dodać ci odwagi i umocnić cię w prawdzie, aby pomogła ci wytrwać, kiedy wszystko będzie się tobie wydawało bezcelowe. To właśnie w swojej samotnej skrusze, podczas modlitwy, Franciszek stopniowo oczyszczał się i przygotowywał do zrozumienia tego, czego chce od niego Bóg. Trwało to kilka lat. Kiedy pierwszy etap jego duchowej wędrówki był za nim, był na tyle otwarty i wrażliwy, by usłyszeć głos Boga, którego jego dawne splamione ja nie mogło usłyszeć.

Stało się to w małym, ukrytym w lasach, kościółku pod wezwaniem Najświętszej Maryi od Aniołów, w którym przeżył misterium mszy jak jeszcze nigdy wcześniej. Nigdy wcześniej bowiem zmysły jego duszy nie były tak wyczulone jak wtedy. Słowa Ewangelii poraziły go niczym błyskawica i jak błyskawica rozpaliły go do zrealizowania tego, co usłyszał. Polecenie było proste: „Idźcie w ubóstwie, aby wszystkim głosić nowinę o Bożym Królestwie pokoju”.

Teraz jak grom z jasnego nieba zobaczył, co ma robić, ale święte misterium, które pokazało mu, co ma robić, dało mu także siłę do wykonania tego, co zamierzył. Moc Bożego ducha dotyka jednocześnie serca i głowy. Franciszek był na wielu mszach, ale nigdy wcześniej moc, która się na nich uwalniała, nie miała tak przemożnego skutku, jak to się stało tamtego lutowego dnia 1208 roku, w uroczystość świętego Mateusza.

Peter, musisz zrobić to, co uczynił święty Franciszek. Idź za powołaniem, które już otrzymałeś. Ani ja, ani nikt inny nie może ci powiedzieć nic więcej, z wyjątkiem tego, jak wytrwać. To przez twój cierpliwy upór duch Boży poruszy cię bardziej we właściwym czasie, abyś mógł zobaczyć, tak jak zobaczył święty Franciszek, co masz robić, i jednocześnie da ci moc, byś tego dokonał.

— Jako nie wprowadzony w duchowość franciszkańską, a przynajmniej do dzisiaj, zawsze z świętym Franciszkiem łączyłem ubóstwo, ale nie jestem całkiem pewny, dlaczego to było dla niego tak ważne?
— No cóż — rzekł ojciec Rufino — to dłuższy temat i nie mogę się teraz zagłębiać w szczegóły. Powiem ci tylko tyle, że Franciszek chciał być biedny, ponieważ Brat Jezus, ten, po którego śladach chciał iść, też był biedny. Nie mógł pominąć faktu, że Ten, który posiadał pozaziemskie bogactwa przekraczające wszelkie wyobrażenie, postanowił ze wszystkiego zrezygnować i stać się tak biedny jak nagie, bezradne niemowlę w drewnianym żłobie, tylko po to, by stać się naszym bratem. Co więcej, pozwolił się nagi przybić do drewnianego krzyża jako bezradny człowiek, aby wszystkim ludziom wszech czasów głosić ponadczasową, wieczną miłość, która w Nim płonęła dla wszystkich. Jednak to nie było najważniejsze w ubóstwie dla Franciszka. Najważniejsze w ubóstwie było to, że kiedy ten bezradny Człowiek, wywyższony do pełni miłości Boga, zasiadł po Jego prawicy, ta miłość kazała Mu nadal się uniżać do postaci chleba powszedniego i wina. W ten sposób każdego dnia wkracza w nas miłością, która będzie nas wspierać aż po wieczność, tą samą miłością, która łączyła Go z Ojcem.

tłum. Justyna Grzegorczyk

Fragmenty z: Rayner Torkington, Peter Calvay. Prophet, The Inner Meaning of Prayer, Spennithorne House 1987.

Cały świat jest klasztorem…
Rayner Torkington OFM

autor książki Peter Calvay, Hermit.obecnie: David Torkington...

Cały świat jest klasztorem…
David Torkington

urodzony 27 stycznia 1938 r. w Manchesterze – pisarz, wykładowca, rekolekcjonista dla świeckich i duchownych, były franciszkanin, publikuje felietony w „Catholic Herald”, najważniejszej gazecie katolickiej w Anglii.Kształ...