„Duch tchnie, kędy chce”

„Duch tchnie, kędy chce”

Oferta specjalna -25%

Zwalczyć negatywne myślenie

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Pod tym tytułem ukazała się nowa książka Kingi Strzeleckiej OSU 1. Skąd w niej pewne materii — i formy — pomieszanie? Ewangelii i teologii, duchowości i psychologii, stylów i słownictwa…

Odpowiedź jest prosta: bo jest to czternasta z kolei książkowa publikacja tej autorki, i o ile wszystkie poprzednie — jak mi wiadomo — pisała przeciętnie około 2 lub 2 i pół roku, o tyle ta powstawała przez 40 (słownie: czterdzieści) lat. Taka data: 1958 rok widnieje na pierwszym brulionie jej notatek, z których korzystała przy pisaniu. To nie znaczy, że wykorzystany w książce wieloletni materiał zawiera jakąś dokładną chronologię. Bynajmniej. Został on jednak przez autorkę uładzony tematycznie i bezczasowo.

Są tam zatem pewne chronologiczne zręby. I tak na przykład część pierwsza pt. Medytacje powstawała w latach sześćdziesiątych na marginesie teologicznych studiów i zakonnych zajęć s. Strzeleckiej. Wystarczało jej otworzyć Ewangelię na chybił trafił i wyczytać jedno słowo lub zdanie, a reszta już płynęła sama na kanwie myśli, serca i doświadczenia. A to dlatego, że „Duch tchnie, kędy chce” i czasem tworzy wiry na wodzie, czasem wywołuje interferencje fal, a czasem delikatne, ledwo dostrzegalne zmarszczki. Podobne do tych, które zastygły na okładce tej książki (s. Kinga uchwyciła je niegdyś czekając z aparatem aż wiatr zawieje). Materiału do rozmyślań obficie dostarczały jej także studia w KUL–u, a ich echa napływały z rytmem kroków w klasztornym ogrodzie, czy to pośród kwitnących bzów, czy na trzeszczącym pod stopami śniegu przy akompaniamencie krakania wron i kawek.

Pisarstwo s. Strzeleckiej wypływa z wewnętrznej potrzeby, jaką otrzymała w genach. Jej ojciec, muzyk — pianista i kompozytor — (starszy kolega mego ojca Kazimierza Wiłkomirskiego) systematycznie pisywał pamiętniki. Zaginęły w czasie Warszawskiego Powstania, podobnie jak cały jego twórczy dorobek. Ale owo pochylenie pisarskie odziedziczone po ojcu, na zawsze pozostało w psychice córki i ciągnie ją do pióra.

Część druga książki — Kontemplacje — powstawała o wiele później. Autorka miała już wówczas za sobą szereg różnych publikacji oraz kilka wyjazdów na stypendia zagraniczne. Do Paryża, do Strasburga, do Genewy, wreszcie — trzykrotnie — do Izraela.

Antysemityzmu przed wojną w rodzinie Strzeleckich nie było. W czasie okupacji niemieckiej przyjęli do siebie dwunastoletnią Żydówkę, aby ratować jej życie. Już wtedy zaczęły się więc osobowe relacje s. Kingi — wówczas Aliny — ze „starszymi braćmi”, które potem poszerzyły się i pogłębiły w Izraelu.

W okresie studiów kulowskich obudziły się jej zainteresowania ekumeniczne (jako mistrza w zakresie teologii miała otwartego sercem i umysłem ks. prof. Wincentego Granata, będącego obecnie kandydatem na ołtarze). Przy okazji pisania pod jego kierunkiem rozprawy doktorskiej, wiele godzin konsultacji spędzała wówczas u gościnnego prorektora CHAT–u — prawosławnego ks. Jerzego Klingera. To jemu przede wszystkim zawdzięcza wiadomości o „Kościele siostrzanym”. A drugie tyle — prawosławnemu ornitologowi, prof. UMCS Sergiuszowi Riabininowi. Gdy w jego mieszkaniu w Lublinie wraz z panią Riabininową pijały herbatę i jadły smażone „warienie” z wiśni, profesor odczytywał głośno swoje ostatnio szkicowane wiersze. Zawsze przyrodniczo–ekologiczne, lub franciszkańsko–mistyczne.

Jeśli chodzi o protestantyzm, w tym samym okresie studiów na KUL–u, przez dwa lata s. Kinga była organistką w kościele luterańsko–augsburskim w Lublinie. Po skończonym nabożeństwie miała zwyczaj rozmawiać z ks. pastorem — Janem Hause — który przyjeżdżał co dwa tygodnie. Poznała więc luteranizm praktycznie i, jeśli tak można powiedzieć, „w oryginale”. Dzięki tym kontaktom nawiązała z kolei wieloletnią współpracę z ekumeniczno–ewangelickim (kalwińskim) czasopismem Jednota i przez szereg lat publikowała w nim długie cykle artykułów: Rozmowy przy studni, Korzenie Dawidowe i Szalom. I właśnie list polecający kalwińskiego duchownego — ks. biskupa Zdzisława Trandy — umożliwił jej kontak z ze Światową Radą Kościołów oraz uzyskanie od niej stypendium do Genewy w celu zapoznania się z kalwinizmem.

Ledwo wróciła ze Szwajcarii, otrzymała w Warszawie wiadomość, że przyznano jej stypendium w Tantur, czyli w Ekumenicznym Instytucie Badań Teologicznych, mającym swą siedzibę w Izraelu między Jerozolimą a Betlejem. Prawie co dzień bywała więc w Jerozolimie nawiązując rozliczne kontakty z ludźmi, którzy całe lata strawili na studiach judaizmu. Wykłady, rozmowy, wywiady. Powstał z nich Szalom najpierw jako wspomniany cykl artykułów, potem — jako książka. W Izraelu s. Kinga uświadomiła sobie, ileśmy my, chrześcijanie, stracili odcinając się od korzenia! Bo niby jakim sposobem zaszczepione gałązki dzikiej oliwki mogą być żywe, skoro korzeń miałby być suchy? (por. Rz 11,17). Mówiąc o samej tylko liturgii, zachowaliśmy parę hebrajskich czy aramejskich wyrazów: Amen, Alleluja, Hosanna oraz śpiewane w piosence — Maranatha. A ileśmy stracili, tłumacząc na języki nie– –hebrajskie takie imiona i nazwy jak: Jeszua, Rachamim czy Szalom. W tłumaczeniach zatraciły one swój pierwotny sens przez Wcielonego Boga — Żyda — wyrażony najlepiej!

Gdy jeszcze żył mój ojciec, a s. Kinga, która właśnie pisała jego biografię i odbywała z nim regularne rozmowy, opowiadała nam pewnego razu, jak to znany żydowski biblista — André Schouraqui, trzasnąwszy pięścią w stół, z ironią powiedział: „Wy nawet nie wiecie, jak wasz Bóg ma na imię! Cóż wam mówi «Jezus»? Nic. Bo on miał na imię Jeszua, a to znaczy «Jahwe jest zbawieniem»”.

Druga część książki jest dość trudna w odbiorze. A podobno trudna była i w pisaniu. Bo autorka musiała w formie wielu zdań redagować to, co uprzednio widziała w błysku intuicji. A po co pisała? Bo ma idée fixe, aby w krwiobieg teologicznej myśli katolickiej wprowadzić więcej nieprzetłumaczalnych na współczesne języki pojęć biblijnych, a przynajmniej uświadomić, że coś takiego jak rozziew znaczeniowy z biegiem czasu zaistniał i trwa do dziś. Nie raz tłumaczy swoim rozmówcom, że na przykład Misericordia czy Miłosierdzie to wcale nie to samo co Rachamim. Bo pierwsze oznaczają tylko przymioty Boga (o ile Jego absolutnie prosta natura może jakieś przymioty posiadać), a Rachamim dla Żydów jest synonimem imienia Bożego, które Abraham usłyszał z gorejącego krzaka: „Jestem, Który Jestem”. Rachamim to nie przymiot Boży, dla nas grzeszników pocieszający i bardzo ciepły, ale niejako istota Boga tożsama z Jego Istnieniem.

No i wreszcie trzecia część książki pt. Znaki. Ta ma raczej układ chronologiczny, choć też nie wszędzie. Zaczyna się jednak opisem pewnego zjawiska i przeżycia w momencie, gdy autorka jako młodociana reprezentantka w grupie polskiej wracała statkiem ze Sztokholmu po zakończeniu Lingiady (był to międzynarodowy festiwal gimnastyczny, po którym nastąpił kongres na temat moralnego odrodzenia poprzez wychowanie fizyczne).

Następne znaki–fakty miały miejsce, gdy po maturze chodziła do Warszawskiego Konserwatorium (zwanego Staadtliche Musikschule jako że było to w czasie okupacji niemieckiej) oraz cały dalszy ich szereg w okresie jej życia zakonnego. Tu ważna uwaga: dlaczego opisuje tyle swoich snów? Czy ma to jakiś związek z psychoanalizą, psychoterapią lub jakąś psychotroniką? Nie. Nic podobnego. Po prostu dlatego, że Bóg przemawia do całego człowieka, poprzez wszystkie jego władze, nie tylko intelekt, zmysły czy wyobraźnię na jawie. Zresztą w najważniejszych momentach historii zbawienia posługiwał się On właśnie snami, żeby przekazać swe polecenia, na przykład św. Józefowi, by przyjął swą brzemienną małżonkę, czy mędrcom idącym za gwiazdą, by inną drogą wracali do swojej krainy.

Oczywiście sen, a sen — to ogromna różnica. Jedne są tylko terapeutycznym odreagowywaniem, a ich treść natychmiast się zapomina, inne zaś wrażają się w wyobraźnię na zawsze, niewymazywalnie. I niekiedy komunikują Boży „przekaz treściowy” lepiej, niż robiłyby to jakieś gładkie okresy retoryczne lub logicznie poprawne wnioski wynikające z prawdziwych przesłanek.

Oczywiście i w Biblii, i w naszym życiu jest mnóstwo innych znaków– –wydarzeń, które objaśniają same siebie i dlatego nazwane są „słowami” — debarim. Niektóre stają na zakrętach naszego życia, inne zaś mają charakter górskich szlaków, bez których byśmy się zupełnie pogubili. S. Kinga lubi powtarzać twierdzenie rabinów: „Wydarzenie Przymierza było tylko jedno, ale każdy ma własną drogę na Synaj”.

A „Duch, [który] tchnie, kędy chce” wskazuje nam i kierunek, i sens, i cel życiowych marszów po Ziemi.

Teraz moje wrażenia z lektury tej książki: jest ona kluczem do ludzkiej wrażliwości. Otwiera nas na to, co w ziemskim — Nieziemskie. Wprowadza w zawrotne, a zarazem jakże proste uświadamianie sobie nieustannej Obecności i przenikania przez Stwórcę tego, co stworzone. Przekreśla samotność człowieka, przypominając mu, że Bóg jest we wszystkim: w uczuciu, w myśli, słowie, działaniu. Bo wszystkie one są darem tego, który jest ich Źródłem i Pełnią.

Część druga książki to przewodnik w dziedzinie kontemplacji. Poprzez piękną poetykę zapisu duchowych doznań i przemyśleń autorki odnajdujemy swoją drogę do Piękna, Miłości, Dobra i Wielkości. Uczymy się otwierać na nie oczy, serca i dusze.

Można też rzec, że książka zawiera swoisty „leksykon” wyrażeń, opisów i wydarzeń Biblii od Starego po Nowy Testament. Przybliża poszczególne „hasła”. Otwiera przed nami niezwykłe, a tak jasne i proste treści.

Na koniec — uczy nas prawdziwego ekumenizmu w oczekiwaniu na realizację planu zjednoczenia całej ludzkości w miłości Boga.

Trzecia część książki przekonuje nas o możliwości niemożliwego. Niemożliwego w naszym ludzkim, racjonalnym pojęciu tego słowa. A możliwego w wierze i ufnym zasłuchaniu. Nawet nieliczne wzmianki o studiach autorki (z doktoratem z teologii włącznie) uspokajają nas co do prawdziwości jej słów, relacji i autentyzmu intymnych zwierzeń. Dlatego powtarzam, że owa książka jest kluczem do ludzkiej wrażliwości, otwierając ją na to, co w ziemskim — Nieziemskie.

1 Tyniec, Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 1998.

„Duch tchnie, kędy chce”
Aniela Wiłkomirska-Wojciechowska

scenografka a także nauczycielka modelatorstwa w PLSP. Zmarła w 2014 roku, w 90. urodziny....