Średniowieczne feministki?

Średniowieczne feministki?

Moja znajoma spytała kiedyś swojego spowiednika, czy może czytać dzieła wielkich mistyków: Teresy od Jezusa i Jana od Krzyża. Spowiednik wyraził zgodę, a na pytanie, od kogo z tej dwójki zacząć lekturę, odpowiedział: „Oczywiście od św. Jana, bo to mężczyzna!” Można dopatrywać się w tej historyjce obawy przed kobietami w mistyce, może nawet w ogóle w teologii i życiu Kościoła. Cóż, już w pierwszych wiekach Kościoła święci Hieronim czy Jan Chryzostom wyrażali opinie bardzo dla płci słabej niepochlebne. Można też przywołać słowa anonimowego autora Reguły dla pustelnicy, z początków XIII wieku, według którego nawet oddane życiu duchowemu, są kobiety siedliskiem zepsucia i nadają się tylko do wybierania ziemi z dołów, przygotowanych na własne groby (a nie do pisania mistycznych traktatów!).

Jakkolwiek by było, to właśnie kobiety (czy raczej, jak zwykle mówią duchowni: niewiasty) w dużej mierze reprezentują mistyczne doświadczenia w Kościele. Popularność obu Teres — tej od Jezusa i tej od Dzieciątka Jezus (obydwie cieszą się tytułem doktora Kościoła!) — zdaje się to potwierdzać. Ale też w tym zainteresowaniu karmelitankami dostrzec można pewnego rodzaju zawężenie perspektywy, ograniczenie, że tak powiem, natury historycznej. Otóż myśląc o mistyce katolickiej, dostrzegamy najpierw na ogół właśnie szesnastowiecznych Jana od Krzyża i Teresę z Avila — oraz późniejszych świętych, jak Franciszek Salezy czy wspomniana już Mała Teresa. Rzadko przyjdzie komuś na myśl Bernard z Clairvaux, żyjący w XII wieku, czy anonimowy autor Obłoku niewiedzy, a postaci takie jak Juliana z Norwich (ok. 1342–1413) czy Hildegarda z Bingen (1098–1179) znane są tylko wąskiej grupie specjalistów, zajmujących się zawodowo średniowieczem. Trzeba wyraźnie stwierdzić, że większość tak zwanych „znawców literatury”, ponoć wykształconych ludzi, opiera swą literacką kulturę na dziewiętnastowiecznych powieściach (ostro występowała przeciw temu zmarła w tym roku doskonała mediewistka francuska, R. Pernoud) i modnych nazwiskach dwudziestego stulecia, nie mając najmniejszego pojęcia o czasach dawniejszych. Nawet ludzie oddani kulturze antycznej z niechęcią patrzą na wieki średnie, wciąż jeszcze powszechnie uważane za „ciemne” (Inna rzecz, że w Polsce, w porównaniu np. z Anglią czy Francją, w ogóle trudno mówić o średniowieczu). Owszem, trzeba zauważyć, że w ostatnich latach zainteresowanie tą epoką rośnie, wspomniane mistyczki zaczynają wychodzić z mroku, choć daleko im z pewnością do popularności… Książka Frances Beer w doskonały sposób pomaga nam je poznać i przełamuje wiele typowo „męskich” stereotypów. Nie należy jednak przypuszczać, byśmy mieli do czynienia z wojującym feminizmem; autorka przytacza dokładnie średniowieczne opinie na temat płci pięknej i jednocześnie — równie rzetelnie, opierając się na źródłach — pokazuje, w jaki sposób radziły sobie z nimi (a często zadawały im kłam) opisywane przez nią bohaterki.

Nota umieszczona na okładce przedstawia dzieło pani Beer, jako „opowieść o niezwykłych doświadczeniach duchowych trzech wybitnych mistyczek średniowiecznych: Hildegardy z Bingen, Mechtyldy z Magdeburga i Juliany z Norwich”. Jednak już spis treści pokazuje, że zawartość książki jest obszerniejsza. Autorka pisze też o mnichu z XIV wieku, Ryszardzie Rolle, którego pisma powiązane są z rozwojem „kobiecej” mistyki w Anglii. Stosunkowo dużo miejsca poświęca nieznanej zupełnie szerszemu gronu czytelników literaturze staro– i średnioangielskiej, przywołując np. cudowny poemat The Dream of the Road, wspomnianą już Regułę dla pustelnicy (Ancrene Riwle) czy też Opowieści kanterberyjskie Chaucera.

Biografie trzech mistyczek osadzone są w żywych realiach epoki (nie zapominajmy, że terminem „średniowiecze” określamy ogromny i niejednorodny okres w literaturze i historii: Hildegarda żyła w XII, a Juliana z Norwich w XIV wieku); autorka bardzo sumiennie zbadała i przedstawiła pisma każdej z nich, jak też te utwory literackie, które mogły mieć wpływ na ich doświadczenia mistyczne. Wybór tych właśnie kobiet: Hildegardy, Mechtyldy i Juliany, nie jest też przypadkowy. Wszystkie trzy żyły w północnych regionach Europy; wszystkie w jakiś sposób powiązane są z wpływami kultury germańskiej (czy, dokładniej mówiąc, starogermańskiej). Nie zapominajmy, że w Brytanii osiedlały się od V wieku germańskie plemiona Sasów, Anglów i Jutów, a wpływy kultury anglosaksońskiej trwały jeszcze — stopniowo słabnąc — po 1066 roku i najeździe normańskim). I wreszcie, rzecz chyba najważniejsza (zwłaszcza dla piszącego te słowa), wszystkie trzy odznaczają się wybitnym indywidualizmem (być może — z punktu widzenia „przepisowych” teologów — nieco wybujałym), choć każda w inny sposób 1.

Hildegardę (w tym roku mija dziewięćsetna rocznica jej urodzin) poznałem jeszcze przed lekturą książki Frances Beer, a to za sprawą nieodżałowanego programu II Polskiego Radia. Mniszka z Bingen bowiem, jako osoba wszechstronnie utalentowana, zajmowała się muzyką i sama pisała pieśni, które śpiewały w czasie nabożeństw siostry w jej klasztorze (oprócz tego, zostawiła po sobie pisma z dziedziny medycyny — zalecała np. rzodkiewkę jako środek oczyszczający krew w mózgu — i nauk ścisłych, a swoje objawienia, pełne wspaniałych wizji, własnoręcznie ilustrowała). Można tu śmiało mówić o „jej” klasztorze: Hildegarda założyła dom zakonny w Rupertsbergu koło Bingen i to mimo oporów i sprzeciwów opata, któremu podlegała zgodnie z regułą benedyktyńską. Warto tu wspomnieć o pewnym wydarzeniu związanym z zarządzaniem (iście żelazną ręką) klasztorem, które miało miejsce niedługo przed śmiercią świętej. Otóż Hildegarda zgodziła się na pochówek na klasztornym cmentarzu człowieka, na którym miała ciążyć ekskomunika. Przełożeni (oczywiście, znowu mężczyźni) zażądali usunięcia ciała z poświęconej ziemi, na co Hildegarda, powołując się na swoje objawienia, nie zgodziła się. Nie zmieniła swej decyzji nawet wówczas, gdy klasztor obłożono ekskomuniką (tak czytamy w książce, choć nie wiem, czy raczej nie był to interdykt — niech rozstrzygną specjaliści iuris canonici). Ostatecznie Hildegarda wygrała tę sprawę. Już to wydarzenie może ukazać niezwykłą duchową siłę tej kobiety, która otwarcie, niczym starotestamentalny prorok, ganiła i krytykowała najznamienitsze osobistości swojej epoki. Trzeba tu wprawdzie dodać, że „Hildegarda nigdy nie była skłonna przyznać, że nie ma racji”. Po przeczytaniu książki Beer, mimo zachwytu muzyką Hildegardy, można dojść do wniosku, że była kobietą trudną do zniesienia, dumną i przekonaną o własnej nieomylności. Ale natychmiast należy dodać, że poczucia własnej nieomylności i siły przeorysza z Bingen nie brała sama z siebie. Przekonana była o Bożym natchnieniu, co wyraźniej widać w jej pismach mistycznych, Scivias, które zaczęła spisywać w 1141 roku, na wyraźny rozkaz Boży. Od razu trzeba zauważyć, że wizje Hildegardy z Bingen są, delikatnie mówiąc, dosyć niezwykłe. Badacze doszukują się w nich elementów neoplatońskich (proszę się jednak nie gorszyć, ale przypomnieć sobie — zwłaszcza wczesne — pisma św. Augustyna!), a Frances Beer używa w odniesieniu do nich terminu „holistyczne”. To, co opisuje Hildegarda, to właściwie całe obrazy, pełne symboli nie zawsze jasnych dla żyjącego techniką człowieka XX wieku; przedstawia w nich doktrynę Stworzenia (z odniesieniem do właściwości duszy), Upadku (włączając w to aniołów), Odkupienia i miłości Boga, będącej ratunkiem dla człowieka. Pani Beer dokładnie analizuje fragmenty Scivias, odwołuje się do prac najlepszych badaczy, aby przybliżyć nam i wyjaśnić to, co może być zbyt trudne w pismach wielkiej mistyczki. Zwraca też uwagę na swoisty stosunek Hildegardy do Boga. Jako przełożona swych sióstr, dziewiczych oblubienic niebieskiego Baranka, czuła się ona raczej Bożym wasalem, wezwanym do mężnej wierności wobec swego Pana — niezwyciężonego Wojownika na drzewie krzyża — niż łagodną i cichą oblubienicą. Obraz ten może wydawać się nieco szokujący, zwłaszcza czytelnikowi przywykłemu do czułych i „miękkich” rozważań późniejszych mistyków. Ale w odniesieniu do starogermańskiego etosu, którego świadectwo znajdujemy (wraz z Frances Beer) w literaturze — także religijnej — tamtego okresu, postawa Hildegardy nie jest już taka dziwna. Możemy tu zaobserwować tajemniczy konglomerat chrześcijaństwa i pogańskiego, bohaterskiego etosu ludów germańskich; połączenie, które jest obecne (choć często nieuświadomione i nieco już rozrzedzone) w kulturze chrześcijańskiej Europy.

Julianę z Norwich uważał Thomas Merton za największą wśród angielskich mistyków, a nawet wśród teologów. Niewiele wiemy o życiu tej XIV– –wiecznej pustelnicy. Sama ona wyznaje, że prosiła Boga o trzy łaski: chciała przede wszystkim lepiej zrozumieć tajemnicę męki Chrystusa („…bym mogła być świadkiem cierpień naszego Pana… bym mogła cierpieć razem z Nim jak inni, którzy Go kochali…”); dalej, pragnęła przeżyć chorobę ciała, prowadzącą niemal do śmierci; i wreszcie, błagała Boga o trzy rany duchowe — „ranę skruchy, ranę współczucia i ranę dobrowolnej tęsknoty do Boga”. Wszystkie trzy prośby Juliany zostały wysłuchane. Głębokie cierpienie związane z męką Pana Jezusa przewija się także przez jej objawienia. Jednakże nie należy się dopatrywać u Juliany epatowania się cierpieniem samym w sobie; dla współczesnego czytelnika najważniejszym przesłaniem mistyczki z Norwich powinien być triumf miłosierdzia Bożego nad grzechem. Wszechmocny Bóg w wizjach Juliany jest Bogiem czułym, pełnym miłosierdzia i współczucia (zauważmy, że Juliana prosiła właśnie o łaskę współczucia!). Co więcej, rola grzechu w dziejach zbawienia jawi się pustelnicy jako błogosławiona — jeśli ktoś czuje się zaszokowany przez takie stwierdzenie, odsyłam do hymnu Exsultet, śpiewanego w liturgii wigilii wielkanocnej. To w objawieniach Juliany znajdujemy Bożą obietnicę, że wszystko będzie dobrze, że nawet największe zło obróci się na dobro. Nic dziwnego, że mistyczka nie waha się nazywać Jezusa „naszą ukochaną Matką”. Frances Beer przytacza w tym miejscu swej książki opinie Ojców Kościoła i średniowiecznych teologów, którzy mimo iż zdecydowanie obstają przy ujmowaniu Boga w kategoriach męskich, przecież określają Go czasami poprzez cechy żeńskie. Trochę brakuje mi tu odniesień do Starego Testamentu (np. do Ozeasza, u którego znaleźć można podobne myśli); jednym z określeń Bożego miłosierdzia w języku hebrajskim jest przecież rachamim, słowo, którego rdzeń nawiązuje do wyrazu oznaczającego „łono”. (Nie wiem, ile osób zdaje sobie sprawę, że śpiewając w jutrzni, w pieśni Zachariasza, o „serdecznej litości naszego Boga” — po grecku splánchna eléous, łacińskie viscera misericordiae — śpiewa właśnie o rachamim, o macierzyńskiej czułości miłosiernego Boga). To także w widzeniach Juliany pojawia się obraz Serca Jezusa, pękniętego na pół z miłości do nas. Można powiedzieć, że pustelnica z Norwich jest zupełnym przeciwieństwem przeoryszy z Bingen… Lecz przecież łączy je miłość!

Mam nadzieję, że tytuł tego artykułu nikogo nie zgorszył: opisywane przez panią Beer mistyczki chyba nie przypominają współczesnych nam wojujących feministek (no, można się zawahać przy Hildegardzie… ale nawet ona nie domagała się kapłaństwa kobiet). Niewątpliwie są one postaciami nieprzeciętnymi, także na miarę swojej epoki, i chociażby z tego względu warto się z nimi zaznajomić. Obowiązkowa lektura dla wszystkich, którzy kochają średniowiecze — i dla tych, którzy się go boją!

1 Frances Beer, Kobiety i doświadczenie mistyczne w Średniowieczu, Wyd. „Znak”, Kraków 1996; seria „Dziedzictwo średniowiecza”.

Średniowieczne feministki?
Marcin Morawski

urodzony w 1972 r. – absolwent filologii klasycznej, specjalizuje się w mediewistyce.Publikował w „Tygodniku Powszechnym” i „W drodze”.Mieszka w Warszawie....