Bobry Pana Boga

Bobry Pana Boga

I

Być może nie trzeba przydawać wielkiego znaczenia w dzisiejszych czasach wyobraźni, skoro i tak wyparowały obrazy, którymi żywiła się od zawsze, jasne podziały na górę i dół etc., a na lekcjach fizyki i biologii profesor nie może interesująco rozpocząć wykładu: „Wyobraźmy sobie…” A leśny poeta Czesław Miłosz prorokuje, że szkolarze już za chwilę nie będą wiedzieć, jak wygląda żmija lub bocian… Cóż, żeby dobrze pracować wyobraźnią, nie wystarczy widzieć, trzeba też pomieszkać z „tym”, rozpocząć rozmowę, „poczuć”. Religie, jeśli chcą opisać spotkanie z niewyrażalnym, biorą z przyrody. Jeśli chcą opowiedzieć o swoich świętych, też biorą z przyrody. Konkretne drzewo, konkretne zwierzę postawione przed oczy, „wczute” całym sobą, o ile więcej mogą zawrzeć i wypowiedzieć niż najdoskonalsza, ale sucha formuła. Wciąż też zapraszają do odkrywania i wciąż twórczo niepokoją. Kusi i mnie, kiedy chcę napisać skromne słowo o cystersach, żeby zaczerpnąć z przyrody. Tacy dominikanie wyprowadzili całą świętą kynologię z błyskotliwej interpretacji swojego łacińskiego imienia Dominicanes, czyli Domini canes — że są Pańskimi psami. Są więc czujni, tropią herezje, zaczepnie stają do polemik, żyją radością i są prawdziwie przywiązani do nauki Kościoła. Z grubsza by się zgadzało, bo miałem kiedyś fantastycznego przyjaciela psa i sam byłem „Psem Pańskim”. A cystersi? Z gry słów i leksykalnych skojarzeń nic dobrego w tym przypadku nie wynika — coś koło „cysty” lub „cysterny” (Poeto z Bostonu przybywaj!). Ale podglądałem kiedyś… bobry! Tak, to chyba jest to! Cystersi, czyli inaczej Bobry Pana Boga. Pracowici na granicy pracoholizmu, dłubiący coś ustawicznie w swoich warsztatach, poprawiający swoje doskonale funkcjonalne domy, lekko schowani w sobie, pilni obserwatorzy, może nieco za ostrożni w pierwszym kontakcie. Fanatycy irygacji, wielbiciele strumieni, tam, młynów i kuźni wodnych, kaskad i wodotrysków. Doskonale czujący się w przestrzeniach niezbyt prześwietlonych. Z tego zaś, co odłożą w sadle błogosławionej pamięci żywionej modlitwą i kosztującej kontemplacji, umiejący przyrządzić kojącą rany serca drakiew. Wiadomo — tak jak Psy rasowe w niektórych momentach historii Kościoła ulegały zborsuczeniu, tak i Bobry traciły swoją żywotność i bardziej przypominały kosztowne kołnierze dobrodziejek i szuby dobrodziejów niż aktywnych i zapobiegliwych leśnych gospodarzy. Ale nie tak było na początku.

II

Gdyby nie pustelnicze ciągoty Roberta z Szampanii nie byłoby pewnie cystersów. Człowiek był to niespokojny, szukający Boga w samotności, ale jak nam wiadomo, pociągała go i wspólnota. Dobrze miał zapisaną w pamięci pochwałę cenobitów w Regule św. Benedykta nazwanych „najdzielniejszym rodzajem mnichów”. Nie miał więcej niż piętnaście lat, kiedy przestąpił próg furty opactwa benedyktynów w Montier la Celle. A ponieważ sława jego świętości rosła, w roku 1069 wybrany został opatem przez mnichów z Saint Michel de Tonnerre. Miał wtedy czterdzieści lat. Złożyło się, że niedaleko od tego opactwa w lesie Collan miało swoje pustelnie kilku eremitów. I oni zapragnęli duchowego kierownictwa opata Roberta. Nie wszyscy jednak z nich zaakceptowali nowego mistrza. Robert powrócił do opactwa Montier la Celle, ale już w 1071 roku widzimy go jako przeora w Saint Ayoul, a po czterech latach — wraz z dwoma eremitami z Collan staje w Molesme. Pod datą 20 grudnia 1075 roku zostaje zapisana fundacja nowego klasztoru, w tym miejscu rządzącego się Regułą św. Benedykta. Organizacja tego opactwa była prawdziwie kluniacka — wystarczy wspomnieć, że w 1098 roku opactwo Molesme liczyło 35 podległych mu przeorstw, a liczba ich z czasem wzrośnie o 30! Przyznać trzeba, że zarządzanie tak potężną instytucją pożerało siły duchowe Roberta — trudno jednak mówić o jego wewnętrznym zniechęceniu sposobem życia benedyktynów. Niesprawiedliwością jest mówić o rozprężeniu dyscypliny w klasztorach benedyktyńskich jako negatywnym bodźcu w powstaniu przyszłego wielkiego ruchu Cîteaux. Urząd opata piastował wszak wtedy św. Piotr z przydomkiem Venerabilis. Robert nie był też „girowagą” — wiecznie włóczącym się mnichem, choć kolejny epizod z 1090 roku może do takiego stwierdzenia zachęcać. W roku tym znów odszedł na puszczę w Aux, gdzie eremici wybrali go swoim przełożonym. Mnisi z Molesme interweniowali jednak u Stolicy Świętej i Robert musiał wrócić do swojego opactwa. W swej tęsknocie za wypełnieniem doskonałym Reguły św. Benedykta nie był odosobniony — według Vita Roberti mnich Alberyk, Etienne i jeszcze dwóch innych braci próbowało życia pustelniczego w samotni Vinicus (historycy umiejscawiają ją koło Oigny na południu Francji). Jedna zaś ze starych kronik z Savoie mówi, że w tym samym czasie (około roku 1094) dwóch braci opuszcza Molesmes i wybiera miejsce „jeszcze bardziej odosobnione”. Widać, że napięcie w Molesmes wcale nie opadło i dyskusje nad sposobem realizacji wskazań Reguły św. Benedykta trwały. Na początku roku 1097 św. Robert — opat Molesmes w towarzystwie braci Alberyka, Etienne’a, Odona, Jana, Letalda oraz Piotra udaje się do Lyonu i tam „wyjawia swoje myśli” i pragnienia jeszcze surowszego dążenia do ideału św. Benedykta arcybiskupowi tego miasta i legatowi papieskiemu, w jednej osobie, Hugusowi de Dieu. Bracia nie proszą o pomoc w reformie Molesmes, ale o zgodę na założenie „nowego klasztoru”. Pod takim tytułem występować będzie na początku właśnie Cîteaux. Legat przysyła swoją zgodę listownie, pragnąc jednakże dobra dla „dwóch grup — tych, którzy klasztor opuszczą i tych, którzy zostaną”. Pozostający w Molesmes bracia wybierają opatem mnicha Geoffroya. Św. Robert oraz 21 mnichów jest już w drodze ku lasom Cîteaux — miejscu, które Exordium parvum — jeden z pierwszych cysterskich dokumentów nazywa „opuszczonym przez ludzi i zamieszkałym przez dzikie zwierzęta… tunc temporis opacitate accessusi hominum insolitus, a solis feris inhabitabatur…” Bobry Pana Boga rozpoczynają swoją historię.

Na puszczę przybywają 21 marca 1098 roku. Wypadała właśnie Niedziela Palmowa. Kumulacja dat, garść suchych faktów nie opowie o najważniejszym, które przechowała i wciąż przekazuje nowym pokoleniom mnichów zbiorowa pamięć, tradycja charyzmatu odnawianego wciąż i wciąż przez działanie Ducha Świętego. I jak u XIII–wiecznych dominikanów „na początku było współczucie”, to w przypadku XI–wiecznych cystersów u ich początków stała tęsknota. Tęsknota za Bogiem, za pomieszkaniem z Nim. A i dopowiedzieć można, idąc śladami Leona Wielkiego — tęsknota Boga za człowiekiem, jakby niecierpliwość Ojca wychodzącego na drogę przed Dom, w którym nie będzie ni starszego, ni marnotrawnego, ni służącego, ale Syn Jedyny przepasze się i będzie usługiwał. Nigdy dosyć powtarzać, że życie w milczeniu i samotności nie jest wyrafinowanym eskapizmem, odrealnieniem zadanej nam realności, nie jest przeciwko komuś, ale zawsze dla kogoś, nie jest deprywacją i niszczeniem, ale odnową Bożego obrazu w nas samych w duchu Nowego Stworzenia i Ośmiu Błogosławieństw. Można powiedzieć, że drugie pokolenie z kolei cystersów podejmuje się trudu już nie tylko prostego zapisu, ale teologicznego doprecyzowania i mistycznej reinterpretacji całego „zdarzenia z Cîteaux” w tzw. Exordium Cistersini, który to dokument jest małym traktatem na temat Bożej Opatrzności (przywołany został fragment z Łk 12,32), czułości Boga mieszkającego na pustyni (posłużono się cytatem z Pwt 32,10) i współpracy człowieka z Bogiem–Dawcą Powołania (ojcowie odwołują się do Mk 16,20).

Na początku była tęsknota. Zapewne hodowana w sprzyjających warunkach reformy gregoriańskiej. Tajemniczy był to czas dla Kościoła, kiedy Duch wyprowadzał na pustynię, aby „stało się Słowo dla Jana”. Bo przecież nie tylko cystersi, ale i św. Bruno, założyciel kartuzów, św. Romuald i kameduli, św. Robert z Abrisele i Etienne de Grandmont… Ciekawą wykładnię jednego z trzech charakterystycznych i preferowanych elementów reformy monastyczynej z XI wieku, jakim był eremityzm, obok wymogu ubóstwa i życia na wzór Apostołów (tzn. wokół Jezusa–Mistrza) daje o. Charles Dumont, mnich ze Scourmont. Twierdzi on mianowicie, że „pustelnicze ciągoty” części mnichów były przejawem nie tyle fuga mundi, co protestu wobec „konwecjonalizmu” (mnisi kluniaccy poddani ustawicznie uroczystej ceromonii) i „funkcjonalizmu” (zakonnicy wciągani, „mieleni” przez tryby dobrze funkcjonującej, administracyjnej maszyny) Cluny. Eremityzm wieku Grzegorza VII jest dla Dumonta przejawem rodzącego się personalizmu, odkryciem powagi odpowiedzialności przed własnym sumieniem, osobistej wolności i tego, co można nazwać istnieniem pojedynczym, wyróżnionym.

Skoro mnisi przybyli na nowe miejsce w Niedzielę Palmową, to zgodnie z logiką Bożego wezwania nie mogli zatrzymać się na tym uroczystym dniu, ale musieli pójść za Chrystusem jeszcze dalej, jeszcze głębiej: przez Wielki Czwartek entuzjazmu tworzenia prowizorycznego „wieczernika” dla nowej wspólnoty, Piątek powrotu do Molesmes św. Roberta, głębokiej ciszy Soboty, która trwała wiele lat i kiedy zdawało się, że żaden z kandydatów do Nowego klasztoru nie zabłądzi w te dzikie okolice, aż do Niedzieli Poranka, kiedy na wiosnę 1113 roku wraz z przeszło 30 przyjaciółmi i dwoma swoimi braćmi z zamku Fontaine les Dijon do Cîteaux przybył św. Bernard.

Kiedy pochylamy się nad losami św. Roberta nie może nas nie ogarniać głębokie wzruszenie i zadziwienie. I trudno wtedy nie myśleć, że to właśnie Bóg wybiera dla człowieka miejsce jego zbawienia, miejsce — zdawałoby się — wbrew ludzkim marzeniom i często wbrew wewnętrznemu zapałowi szukających Boga. I jeszcze raz okazuje się, że miłość do Oblubieńca nie spełnia się tylko w niebezpieczeństwie i głodzie, trudach i pokucie, ale nade wszystko w posłuszeństwie Kościołowi. Urban II — dawny mnich kluniacki — spełnił prośbę braci z Molesmes domagających się powrotu Roberta „dla przywrócenia dyscypliny we wspólnocie”. Był rok 1099. Na ikonach malowanych na uroczystości 900–lecia rodziny Cîteaux św. Robert ubrany jest nie tak jak Alberyk i Etienne w białą kukulę, ale czarną. I zdaje się nam — oglądającym te obrazy — że za chwilę odwróci się i odejdzie, i czarna szata wsiąknie w mrok. Na znak dla nas — że inne są drogi Boże, że i w mroku mieszka Bóg. Potężna to lekcja dla tych, którzy opuścili wszystko, lecz miewają pokusy doprowadzenia dzieła lub nawet małego przedsięwzięcia do końca, oglądania błogosławionych owoców swojej pracy. Potężna to lekcja myślenia kategoriami wspólnoty, która tak wyraziście i tak nieubłaganie dla naszych indywidualizmów pojawia się u początku cystersów. „Fizyczna” realizacja prawdy o tym, że prawdziwa miłość nie szuka swego i że z powodzeniem transcenduje przestrzeń — czyli mówiąc inaczej: można obrać za miejsce spotkania z Bogiem najdziksze ustronie, ale bez miłości na nic się to nie przyda. Jak też i nie ruszać się z ciasnego pokoju i za łaską Boga w jednym miłosnym spojrzeniu ogarniać cały świat… I znów — nie kolor szaty ważny, ale temperatura serca.

Robert odszedł. Głową „Nowego Monasteru” został obrany Alberyk. Jego dziesięcioletnie rządy zapisały się w historii jako okres kładzenia solidnych fundamentów dla przyszłych pokoleń cystersów. Nie jest to tylko przenośnia — za jego rządów właśnie wyrósł regularny klasztor z tym, co potrzebne do pracy i modlitwy. Blisko wody oczywiście, co wymagało przenosin z ustronia i pozwoliło przeprowadzić plan kanalizacji klasztoru. Pierwszy skromny kościół w Cîteaux konsekrował 16 listopada 1106 roku biskup Gautier z Chalon — ten sam, który siedem lat wcześniej udzielił uroczystego błogosławieństwa i wręczył Alberykowi pastorał opata. Gest ten przypominał o włączeniu w służbę kościoła lokalnego, jak i o łączności z następcami Apostołów. Warto w tym miejscu przypomnieć, że Cîteaux nie korzystało z prawa egzempcji ni w roku 1100, ni w 1119. To, co wyprosili u Stolicy Świętej kardynałowie Jan i Benedykt oraz biskup Chalon było tylko „zabezpieczeniem” przed ewentualnymi roszczeniami mnichów z Molesmes. Biskup Chalon rezerwował dla siebie — jak pisze J. Bouton — swoje uprawnienia wobec opata wypływające z prawa kanonicznego: salva nostre persone successorumque nostrorum canonica reverentia. Zabiegi opata Alberyka wokół uzyskania totalnej niepodległości klasztoru wobec seniorów można uznać za sukces. Jednak główną troską Alberyka było zachowanie wierności tym zasadniczym natchnieniom, które wyprowadziły kiedyś grupę mnichów z Molesmes. Można powiedzieć, że Alberyk prezentuje w historii pierwszych lat Cîteaux postawę realistyczną „zinstytucjonalizowanego charyzmatu” — w swoich Instituta kładzie fundamenty i śmiało rysuje perspektywę zakonnego życia „białych mnichów”: wierność doskonała Regule, realizacja zakonnych obserwancji w taki jednak sposób, aby czas officium nie znosił okresów poświęcanych pracy fizycznej i studium, większa separacja od świata, ubóstwo oraz prostota, życie ascetyczne zanurzone w tradycji św. Benedykta i jego mnichów z Monte Cassino. Jak powie później cysterski mistyk Guillaume z Saint Thierry: „Ideałem ich było przyjęcie Reguły św. Benedykta interpretowanej w świetle Ewangelii i pierwotnego monastycyzmu”. Mówiąc jeszcze inaczej: wytyczona tu droga ku Bogu charakteryzuje się powagą w traktowaniu wszelkich wymogów Mistrza i mistrzów — a jest to absolutnie wąska ścieżka. Ale zarazem towarzyszy mnichom świadomość, że bez doświadczenia własnej grzeszności i Bożego miłosierdzia nie ujdą daleko. Równowaga i umiarkowanie obecne u Benedykta spotykają się z totalnością Ewangelii, a miłość do Jezusa jest ustawicznie pobudzana w ociężałych niekiedy sercach przykładami ojców pustyni.

Opat Alberyk zadbał także o bibliotekę klasztoru, podejmując mimo niewielkiej liczby braci żmudną sztukę kopiowania manuskryptów. Specjalną misję rewizji kopii Vulgaty, będących w posiadaniu klasztoru, zleca Etienne Hardingowi — „pragmatycznemu” Anglikowi, który wątpliwe fragmenty konsultuje z żydowskimi rabinami. „Czas Hardinga” dla manuskryptów jest czasem błogosławionym: fascynujące miniatury żyją bogactwem kolorów. Później nie tylko ich gama, ale i cena — jak choćby błękitu lapis lazuli — była zgorszeniem dla św. Bernarda, który wotował na kapitule generalnej zakonu używanie tylko jednego koloru…

Alberyk umiera 26 stycznia 1109 roku. Miejsce po nim bierze Harding — ostatni z trzech „Ojców Założycieli”. On to — pięćdziesięciolatek, a więc człowiek już nie młody i zmęczony życiem — jest świadkiem prężnych duchowych inicjatyw opactwa Molesmes i zakładania jego kolejnych fundacji. On to wypowiada w milczące nad Cîteaux niebo słowa: „Bracia nasi umrą za chwilę z głodu, zimna i mizerii…”

Niebo nie pozostało zamknięte nad Cîteaux. Apel biskupa Chalon, który zdawał sobie sprawę z kiepskiej kondycji klasztoru, przynosi odpowiedź w konkretnych gestach donacji. I smutek Hardinga powodowany brakiem powołań tak wzruszająco zawierzany bratu Feliksowi: „Módl się do Pana, aby przysłał młodych do naszego klasztoru, bo inaczej przyjdzie nam zginąć jeden po drugim” — zostaje uleczony. Exordium Parvum — dokument pierwszych cystersów opowiadający koleje losu założycieli, historię ich starań i zabiegów wokół Nowego Klasztoru — odzywa się radosnym dźwiękiem na wspomnienie 30 młodych szlachciców, którzy wraz z Bernardem z Fontaine rozpoczęli w Cîteaux nowicjat. To prawdziwie nowa epoka w dziejach klasztoru. 8 maja 1113 roku powstaje w diecezji Chalon pierwsza fundacja cystersów — kandydatów jest jednak tak dużo, że Harding decyduje się na założenie drugiej fundacji w diecezji Auxerre. Pełen energii obmyśla zdobycie przyczółku na terenie Cesarstwa Niemieckiego. „Pierwsze podejście” z bratem Arnoldem von Schwarzenbergiem, który do cystersów wstąpił w tym samym czasie co Bernard, kończy się niepowodzeniem, lecz latem 1115 roku Biali Mnisi są już w miejscach, które na trwałe wejdą do historii Europy, zmieniając jej religijne i ekonomiczne oblicze: francuskim Clairvaux i niemieckim Morimond. To pierwsze ofiaruje Europie 350 opactw, to drugie — 200… Jeśli pod te cyfry podstawimy nowoczesną gospodarkę: rewolucyjne jak na owe czasy metody uprawy ziemi, irygację, budowę młynów, kuźni z wodnymi młotami, co za tym idzie zmniejszenie niebezpieczeństwa głodu, oświatę, płatne zajęcie dla dużej grupy ludzi, katechezę i cywilizowanie obyczajów — zrozumiemy, jak bardzo — niczego nie ujmując benedyktynom — Europa cystersami stoi. Warto w tym miejscu oddać sprawiedliwość białym ojcom, którym czasami beztrosko przypisuje się dziwaczną skłonność wybierania miejsc pod przyszłe opactwa wedle zasady „im gorzej, tym lepiej” — to znaczy tereny niezdrowe i z nędzną ziemią pod uprawę miałyby być jakoby szczególnie preferowane, bo zabójczy klimat i nadludzki wysiłek pozwalały na szybsze spotkanie tak wyglądanego Mistrza. Zdaje się jednak, że to donatorzy oddawali najmniej dla siebie pożyteczne i najmniej spokojne połacie ziemi leżące najczęściej nad rzeką — czyli naturalną granicą dzielnic czy senioralnych włości. I w związku z tym możemy też mówić o cystersach jako prekursorach pewnego „ekumenizmu” i mediacji między wrogimi stronami przez otwarcie i posługę duchową opactwa ofiarowanych również ludziom „zza rzeki”.

Harding, który jeszcze nie tak dawno przechodził potężną próbę nadziei wiary w sens tego mniszego przedsięwzięcia w lasach Cîteaux, stanął w stosunkowo krótkim czasie na czele kongregacji liczącej 16 opactw i 300 mnichów! Żeremia bobrów domagały się konstytucji, która szczęśliwie ominęłaby kluniacki model podległych centrali przeorstw, oddychałaby myślą św. Benedykta o niepodległości opactw, a przy tym nie ugrzęzła w pilnowaniu partykularnych interesów siedlisk „leśnych gospodarzy”, lecz jednoczyła je wspólnym planowaniem działań, podejmowaniem zleconych przez Kościół obowiązków i braterskim czuwaniem nad zachowaniem Reguły. Harding wybrał „trzecią drogę” między „podległościowym” modelem kluniackim i federacyjnym modelem walombrozjańskim, znającym instytucję kapituły generalnej. Każde opactwo miało zapewnioną autonomię i równość w kontaktach z innymi. Ścisłe związki między opactwami zapewniało „pokrewieństwo krwi”: „opactwo matka” — czyli to, z którego wychodziła nowa fundacja — czuwało nad zachowaniem obserwancji w opactwach filialnych, posługując się funkcją paterimmediatus, zaś „córki” winny były szacunek matce, jednak bez podatków i kontrybucji… Pierwszą i główną władzą białego zakonu była Kapituła Generalna gromadząca wszystkich opatów posiadających taki sam głos, niezależnie od liczby zakonników w opactwie. Realizacja postanowień kapituł, które w początkowym okresie istnienia zakonu odbywały się co roku, stymulowana była przez „wizyty regularne” przedstawicieli opactwa — matki. Opat stojący na czele wspólnoty i sprawujący władzę sui juris cieszył się faktycznie ogromną autonomią.

III

Wdziejmy na chwilę kosmatą skórę bobra i przechodząc przez tajemne korytarze zaglądnijmy do cysterskiego atelier. Oczywiście wyrażenia „tajemne korytarze” użyłem w tym zaproszeniu w sensie całkowicie przenośnym, gdyż w przypadku cystersów „tajemne korytarze” źle pachną — już to za przyczyną romantycznej literatury, która w odkrywanych podziemnych tunelach chciała widzieć arterie nienasyconych żądz seksualnych mnichów odwiedzających po spełnieniu oficjum w pobliżu mieszkające mniszki, już to za przyczyną ich faktycznego przeznaczenia, czyli rewelacyjnego jak na owe czasy systemu kanalizacji…

Rozglądając się po warsztacie, stwierdzamy od razu, że brak tu wyrafinowanej snycerki mistrzów. Chrystus ukrzyżowany malowany jest bezpośrednio na belkach krzyża, witrażyści zamykają w ołów szkło pozbawione kolorów, mistrzowie murarscy nie przygotowują planów wież, gdyż te nie mogą zgodzić się z wymogami ubóstwa nowego zakonu, kopista nie stawia przed sobą miseczek z kolorami, a podniósłszy oczy znad liter nie ujrzy przez wąskie okno pasących się w ogrodzie jeleni, danieli i kroczących dumnie pawi, gdyż zwierzęta te uznane zostały za niedozwolony zbytek… Jeśli wspólnota przyjęła brata sprawnego w sztuce złotniczej i ten miał wykonać naczynia święte do służby ołtarza — musiał zrezygnować z inkrustacji i szlachetnego kruszcu, wyjąwszy mszalny kielich, który mógł być wykonany z pozłacanego srebra oraz rurkę — „słomkę”, przez którą pito Krew Pańską. Prostota przestrzeni cysterskiej, ograniczenie rozmiarów budowli opactwa i konstrukcja tylko tego, co najoczywiściej niezbędne w klasztorze, będzie towarzyszyć braciom nowego zakonu, gdziekolwiek się udadzą: czy z kamienia, czy ex luto — dom cysterski zawiera w sobie przesłanie do szukania tego, co w górze, odrzuca wszystko, co może krępować lub rozpraszać myśl o spotkaniu ze Stwórcą, a zarazem ideowemu przesłaniu towarzyszy solidna konstrukcja, pomysłowość architektonicznych rozwiązań, technicznych udogodnień, jak wodociągi, centralne ogrzewanie itp., co jest wyrazem cysterskiej równowagi duszy i ciała.

Wraz z nowoczesnymi warsztatami wszelkiego rękodzieła rozrastają się w XII wieku atelier duchowej myśli. Mistycy cysterscy za łaskę poczytywali sobie bycie w klasztorze i pomiędzy braćmi, klasztor nazywając za św. Benedyktem „szkołą”. Raz więc to będzie „Szkoła Boga” (św. Bernard), innym razem „Szkoła Chrystusa i Ducha Świętego” albo też „Szkoła pracy duchowej” (Guillaume), wreszcie „Szkoła miłości”. Gilbert z angielskiego opactwa Hoyland, komentując cysterskim mniszkom Pieśń nad Pieśniami już na początku swojego kazania (Kazanie 18) przypomina cel życia w klasztorze: „Jest to (czyli miłość) waszym osobistym zadaniem”.

Używając tego terminu, mistycy cysterscy mówią o trudzie koniecznym, żeby nauczyć się Boga, a na naukę zapraszają wszystkich, gdyż elitaryzm jest cystersom jak najbardziej obcy. „Niech mędrzec — mówi Pan przez usta swojego Proroka — nie chlubi się swoją mądrością ani bogacz swoimi bogactwami, ale ten, kto się chlubi, niech swoją chwałę czerpie z poznania i wiedzy, że ja Jestem Pan, Bóg. To polecenie Boskiej wiedzy spełniali dosłownie mnisi, którzy pod władzą naszego błogosławionego Ojca Bernarda sycili się w Clairvaux znajomością niebiańskiej filozofii — nie tylko należeli do nich ludzie wykształceni i uczeni, ale tłum prostych braci analfabetów…” (Guillaume z St. Thierry — Vita Bernardi [Przykład Gerarda z Hoyland] opactwo we wsch. Anglii) poucza nas, że w tej szkole po prostu chciało się być: „Oto odrzuciłeś mnie daleko od swojego oblicza — z rozpaczą mówi do św. Bernarda wyruszającego zakładać nową fundację — i jestem pozbawiony życia w tej świętej wspólnocie…” I jeszcze jeden charakterystyczny cytat dla „szkoły”: „Kontakt z bliskimi wyzwala taki żar miłości duchowej, że zdaje się człowiek dzielić z innymi święte rozkosze raju”, bo jak powie Aelred z Rievaux: „to, co jest dla każdego indywidualnie, jest dla wszystkich, i to, co jest dla wszystkich, jest też dla każdego indywidualnie”. Zdaje się więc, że choć cystersów pociągała puszcza i samotność, to jednak ich mistyka od początku kładzie nacisk na potrzebę bycia we wspólnocie, kontakt z drugim człowiekiem, wreszcie potrzebę ludzkiej przyjaźni w drodze ku Bogu. Aelred z Rievaux, dla którego „być to kochać”, jest autorem oszałamiających stwierdzeń na ten temat — mówi między innymi: „Przyjaźń jest przybliżeniem się do doskonałości, która polega na miłości i poznaniu Boga: człowiek, jeśli jest przyjacielem drugiego człowieka, staje się przyjacielem Boga…” Dorzucić tu trzeba, że Aelred widzi w miłości spontaniczną, pełną delikatności inklinację w kierunku drugiego. Ta „skłonność” poddana rozumowi zachęca człowieka do „rozweselenia się w przyjacielu”. Mistyczna myśl cystersów nigdy nie była wyprawą w abstrakcję — jest owocem nawiedzenia białych braci przez Boga, zapisem przejścia Pana. I tak Guillaume z St. Thierry, opisując braci na modlitwie, używa takich słów: „proste spojrzenie”, „uszy nie nadsłuchujące nowości”, „jaśniejące twarze”, „piękność”; pozwala sobie nawet na taką konstatację: „…już ci ludzie zaczęli żyć życiem ciał chwalebnych, którymi staną się o wiele później”. Fascynująca w mistyce cysterskiej jest identyczność doświadczenia u wielu ojców — ludzie ci, którzy swoich uczniów wprost przygotowywali do spotkania z Bogiem, nazywając je właśnie „doświadczeniem” ze swojej pamięci, wydobywają wspomnienie światła, ciepła, delikatności, dotyku Boga, ogromnej dobroci i radości, kiedy Pan przechodził. Mówi Guerric z Igny: „Jak wspaniałe jest to przyjście Pana, które odbywa się wciąż w tajemnicy. Z jaką delikatnością i błogosławionym wzruszeniem porywa i utrzymuje w zawieszeniu duszę, która Go kontempluje…” Ale też zdają sobie sprawę, że na nic całe pisanie, jeśli czytelnik, uczeń sam nie przeprowadzi takiego „doświadczenia”. I mówią o tym spotkaniu z taką oczywistością i z takim naciskiem podkreślają jego konieczność, że wstępuje i w nas — ich późnych wnuków z epoki podejrzeń — jakaś otucha, głód i tęsknota Boga, jak też i wstyd i świadomość lichości naszych usprawiedliwień. Dla Guillaume’a z St. Thierry jasne jest, że mnich powołany jest do tego, aby „całym sobą zajmować się Bogiem”… Bogiem, którego doświadczył, Którym pragnie się cieszyć, w Którym pragnie się zatrzymać. Stąd hasło niezwykle popularne wśród cystersów: Vacare Deo, frui Deo!, bo Bóg daje się znaleźć! Kiedy Izaak ze Stella mówi o „eksperymencie”, idzie zawsze w Benedyktynowym ordynku: znalezienie Boga „rozszerza serce”, więc strach, podległość egocentryzmowi, wszelkie praktyki duchowe ocierające się o narcyzm, ciasnota umysłu i „tkwienie w umyśle”, a także stłumienie uczuć odchodzą precz! Teksty Ojców z XII wieku aż skrzą się od śmiałych porównań, falują ogromnym uczuciem i streszczają wszystkie w pełnym napięcia wołaniu Oblubienicy: „Przyjdź!” „Wszystkie ich uczucia — mówi o „eksperymentatorach” Guillaume z St. Thierry — całe ich życie rozdarte jest między ból i radość. Ból z powodu nieobecności Ukochanego, radość z Jego przyjścia, a rozkosz nieprzerwana płynąca z Jego wizji — oto ich jedyne oczekiwanie…” Niech nam się jednak nie wydaje, że Ojcowie proponowali „radość w Duchu” bez podjęcia krzyża. „Panie, to w Twojej światłości oglądamy światłość i… swoje ciemności” — modlił się Izaak ze Stella. Rzec można, że droga ku Bogu u cystersów odbywa się po spirali — tak więc, choć człowiek wędruje — jak chce Aelred — przez konwersję, puryfikację do expectatio (stan dojrzałości, dotknięcia), cierpiąc samego siebie i doświadczając ogromu swoich duchowych braków — to jednak już w tych momentach kosztuje w określonej mierze Boga, jakoby przeglądając się w Jego Twarzy niczym zwierciadle (Guillaume de St. Thierry). Śmiały w porównaniach Aelred będzie mówił o życiu chrześcijanina jako o przebywaniu w Panu Jezusie, który ma 12 lat, a więc rośnie, żyje, rozwija się… Nie ma więc momentów nieważnych w życiu ludzkim — wszystko zostaje zasymilowane, łącznie z grzechem i ranami dawnego życia. Ten trudny optymizm kształtuje przyjęta przez cystersów wizja człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boże (Rdz 1,26, 6,27). Mówiąc ściślej, ten „obraz i podobieństwo” odnoszony jest do duszy — dusza to człowiek, ciało zaś jest jej towarzyszem, „okrętem”, którym steruje niczym pilot. Jak można zauważyć — jest to wizja szkoły platońskiej. Obraz w duszy nie uległ całkowitej degradacji. Z Bożą pomocą człowiek może zmierzać w kierunku swojego przeznaczenia, zadając śmierć staremu człowiekowi i odnajdując się w głębi duszy. Ta głębia posiada swoistą konstrukcję i zasadniczo dzielona jest przez Ojców na pamięć, rozum i wolę (lub pamięć, poznanie i miłość). To właśnie one zostają poddane terapii. Pamięć bowiem po grzechu często poddana jest zapominaniu — człowiek wydany jest w ten sposób szponom rozpaczy, gdyż pamięć — ten żołądek duszy (dla Bernarda i Guillaume) — nie zatrzymuje wspomnień Bożych dobrodziejstw. Prosi się w tym miejscu przywołać fragment Wyznań św. Augustyna bliski rozważaniom Ojców: „Wielka jest potęga pamięci. Trwogą przejmuje, Boże mój, to niezgłębione, nieskończone bogactwo. I tym właśnie jest duch, tym jestem ja… Cokolwiek jest w pamięci, to jest i w duszy. Wszystkie te rzeczy (obrazy pamięci) przebiegam i przelatuję, jak zechcę, a nieraz się w nich zagłębiam, dokąd zdołam, lecz nigdzie nie znajduję dna. Taka jest siła pamięci, taka jest siła życia w człowieku żyjącym — chociaż jest on śmiertelny”. W poznaniu zaś możliwy jest błąd, zaś w woli zalega pożądliwość. Radzą Ojcowie, aby na pamięć brać Pismo Święte i przez nie doskonalić się w czynnej pamięci, czyli dziękczynieniu: lektura Historii Zbawienia nie mówi tylko o ojcach naszej wiary, ale i o nas — mimo wszelkich kulturowych różnic powtarzających precyzyjnie ich kroki ku wolności lub zdradzie. Ponieważ Słowo Boga, wprowadzając w tajemnicę Jedynego, udziela również mocy, bo jest żywe w każdym czasie, człowiek realnie zaczyna poszerzać swój horyzont aspiracji duchowych i jak powiedzą Ojcowie: staje się zdolny do tego, co wieczne. Można to ująć i tak, że przypomina sobie swoje dawne miejsce (Raj) i przeznaczenie (przyjaźń z Bogiem). Gilbert z Hoyland dzieli się swoją praktyką lectio i mówi w 7 kazaniu do Pieśni nad Pieśniami, że „lektura ma pozostawać w służbie modlitwy, ma przygotować poruszenie uczuć…” — należy jednak przestrzegać, aby nie zajmowała nam całego czasu przeznaczonego na ćwiczenia duchowe.

Rozum ludzki — lub jak chce Aelred „inteligencja” — powinna partycypować w „sakramencie wiary”. Zalecenie to po pierwsze próbuje rozum wprowadzić nie w niewolę intelektualną, ale w podległość Stwórcy i Prawdy (Gilbert z Hoyland mówi o „słodkiej tyranii”) tak, aby jego możliwości przestały być niszczące, a stały się kreatywne według miary poznania wciąż i wciąż nienasyconego tajemnicą miłości. Po drugie zachęca do ogromnego wysiłku odczytania znaków otaczającej nas rzeczywistości i gestów, „sakramentów” Boga, z których największym jest Jego Syn, Jezus Chrystus. Gilbert z Hoyland w 43 kazaniu komentującym Pieśń nad Pieśniami mówi wprost o „wejściu” w te rzeczywistości, które dla niego układają się w prawdziwą amfiladę: do Chrystusa Bramy idzie się przez drzwi naszej natury, przez drzwi sakramentów Kościoła, wreszcie drzwi trzecie to doświadczenia szczególnych Bożych łask. Jak można natychmiast zauważyć — mistyczne świadectwo cystersów nie stara się w żaden sposób ominąć często biednej ludzkiej psychiki i ciała, ni „instytucji”, ni wreszcie obowiązku, bo wszak ofiarowane łaski są „zadane”. Po trzecie — „poznane” musi być zasymilowane, tak aby pomiędzy Dawcą „sakramentu” a przyjmującym istniało jak najwięcej wspólnego warunkującego dalszy rozwój duszy. Dlatego tak ważnym momentem w cysterskiej drodze jest wyzbycie się niedobrego lęku przed Bogiem (strach jest w tym miejscu bardziej adekwatny), który prowadzi do „złamania duszy” — jest ona bowiem jak wosk: twardy kruszy się i łamie, ogrzany daje się kształtować (Gilbert z Hoyland). Św. Bernard w 82 Kazaniu o Pieśni nad Pieśniami wyraża opinię, iż wiara eliminuje niepokój (wydaje się on owocem wątpienia w realność świata i braku zaufania Bogu), który wtrąca w krainę niepodobieństwa. A ta eliminacja możliwa jest tylko przez jedność ducha z duchem wzajemną wizję (!) i obopólną miłość. Ta ostatnia jest lekarstwem woli zarażonej pożądliwością. Aelred powie, że wola idzie ku zdrowiu przez codzienny wzrost w miłości. Gilbert z Hoyland woła do cysterskich mniszek: „Aby Nowe Przykazanie było dla was ciągle nowe! (J 13,34). Ale Guillaume z St. Thierry rzecz ujął chyba o wiele konkretniej i elegancko. Mówi on bowiem, że dusza zmierzająca ku Bogu poddana jest zmianie obyczajów, nabywa pewnej maniery: kocha tylko to, co niesie w sobie tę samą dobroć, którą posiada Bóg — jest pociągana przez podobne.

Bolesne dla nas przypomnienie Thomasa Mertona, że nie przyszliśmy do klasztoru studiować Chrystusa, ale Nim się stać — streszcza właściwie cały fenomen cysterskiej mistyki. Do spotkania z Boskim blaskiem idą Ojcowie przez człowieczeństwo Chrystusa, który dla Bernarda z Clairvaux jest „najwyższą filozofią” — zwłaszcza ten umęczony na krzyżu. Droga przez człowieczeństwo to odkrycie godności biednego stworzenia — jakież porażające zdumienie budzi u Ojców fakt Wcielenia Słowa. Chce się zakrzyknąć wraz z nimi: „Aż tak wielki jest człowiek?!” Ale droga ta to też pójście po śladach Jezusa — nie ma innego sposobu na wyrażenie miłości Ojcu jak posłuszeństwo Jemu posunięte do ostateczności. Konieczne dla nas, aby nie skreślić i nie potępić tych, którzy nas zabijają, konieczne na świadectwo, że Jedyny „wart tego” — czyż nie ukochał nas taką samą miłością jak swojego Jedynego Syna?! Konieczne, aby mógł dotrzeć z logiką potężnej bezbronności wszędzie tam, gdzie panuje niewola i strach. Czy jednak Syn Człowieczy zastanie nas czuwających? Dla Gilberta z Hoyland jest tułaczem, który nie ma gdzie skłonić głowy, gdyż jedynym miejscem godnym tego jest ludzkie dziewicze wnętrze, dziewicze — czyli jak wyjaśnia nam ten mistyk — dyspozycyjne… 21 maja 1996 roku pod Medeą w Górach Atlasu cystersi spotkali Tułacza. Dostąpili tej łaski dziewiczości, że nie zapytali „Dokąd idziesz Panie?”, wiedzieli, gdzie On idzie i za kogo. Poszli za Nim. Nie ostatni raz.

P.S. Jeśli ktoś myśli, że zakończyłem ten esej nazbyt dramatycznie — myli się. Bobry pozostaną bobrami, takoż ich skłonności do bezinteresownej radości, pracy i zabawy. Nic nie może odłączyć nas od Bożej miłości — ani utrapienie, ani miecz, ani prześladowania — zdają się mówić Bracia z Tibhirine. Tajemnica ich śmierci promieniuje tak, jak dziewięćsetna już tradycja spotkania z Bogiem na żeremiach: jasność, ciepło, delikatność. I prostota uśmiechu, ciekawość w oczach na zachowanych fotografiach — tak potrafią cieszyć się i patrzeć ludzie, którzy już wcześniej jedli rybę i miód ze Zmartwychwstałym. Niech to wystarczy.

Bobry Pana Boga
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz.W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...