Skrupulatom na ratunek
Mam w samochodzie małą kamerkę. Kiedy posłuchałem, co ja mówię do innych kierowców, jadąc samotnie, dotarło do mnie, jak bardzo nieodpowiednio się wyrażam.
Katarzyna Kolska , Roman Bielecki OP: Słysząc pana głos, zamykam oczy i przenoszę się w czasy mojego dzieciństwa. Jestem na plaży, parawan koło parawanu, kocyk obok kocyka i z każdego grajdołka słychać „Lato z Radiem”.
Tadeusz Sznuk: Wtedy było tylko jedno radio.
Ale za to jakie!
Chwalę sobie, że w tamtym okresie, a właściwie znacznie wcześniej, trafiłem do Polskiego Radia, bo to była interesująca instytucja.
A nie miał pan takich planów, żeby tam trafić?
Nie. Uczyłem się na inżyniera i tak się zresztą skończyło.
Ale jednak pracuje pan słowem.
Każdy używa takich narzędzi, jakie ma.
Stworzyliście państwo wtedy – zarówno w „Lecie z Radiem”, jak i w „Sygnałach Dnia” – wyjątkowe audycje w historii Polskiego Radia, pod względem poziomu, przekazu, atmosfery. Do dziś są pewnym wzorcem.
Kiedy na antenie pojawiło się „Lato z Radiem”, a później „Sygnały Dnia”, mówiliśmy, że wracamy do starego radia. Po dziesięcioleciach nagrywania programów na taśmy i znaczkach cenzury, które zwykle się składały z jednej litery i dwóch cyferek, bo każdy cenzor miał taki znaczek, zaczęliśmy mówić do ludzi na żywo, słuchać ich i rozmawiać z nimi. To się nie wszystkim mieściło w głowie: wpuścić na antenę słyszalną w całym kraju, a nawet w Europie, osobę, której nie znamy.
Mówił pan do tłumów czy do jednego człowieka?
Wygrywają w kontaktach ze słuchaczami ci, którzy mówią do jednego człowieka, może do niewielkiej grupki, ale w każdym razie nie przemawiają do mas. Radio jest do mówienia, właściwie do rozmawiania, a nie do przemawiania.
Teraz radio jest już tylko do słuchania.
To prawda. Gdyby wziąć przekrój wszystkich stacji, to mamy grające szafy.
To przykre. Nie jest panu żal tego radia, które odchodzi w przeszłość?
Wyrzucili mnie w porę.
Chciałby pan tam wrócić?
Tęsknię za tym starym radiem z paru względów. Po pierwsze, była to moja jedyna etatowa praca. To było magiczne miejsce nie tylko dlatego, że słuchacz musi sobie wyobrazić to, o czym się do niego mówi. To było magiczne miejsce w środku. Ówczesne kierownictwo radia zdawało sobie sprawę, że bez dobrych ludzi nic się nie uda, że wszyscy, którzy posługują się narzędziami propagandy, muszą używać dobrych fachowców, jeśli ma to dotrzeć i przekonać drugą stronę. A w radiu tak właśnie było. Spotkali się tam więc ludzie, którzy walczyli w Powstaniu Warszawskim, osoby po tzw. zastępczej służbie wojskowej, czyli katorżniczej pracy w kopalni, fachowcy z przedwojennego radia – nazwiska, o których opowiadali mi dziadek i babcia.
Potem się to zmieniało, unowocześniliśmy się. Szefem audycji, które Państwo wymienili, był – ma się rozumieć – członek Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, ale nie płacił składek, ciągle go ścigał skarbnik. Nie twierdzę, że tam było cudnie, że nie było politycznych zadrażnień. W ’68 roku nagrywaliśmy „Muzykę i Aktualności” – to była chyba najpopularniejsza wówczas audycja Polskiego Radia, najchętniej słuchana. Nagrywaliśmy ją niedługo przed emisją, w odcinkach. Przygotowywaliśmy 10 minut, to szło do emisji, a my w tym czasie robiliśmy kolejne 10 minut. W pewnym momencie magnetofon się zepsuł. I wtedy, wyjątkowo, nadzorujący z upoważnienia kierownictwa to nagranie, walnął pięścią w stół i powiedział: I to maszyna, nawet ukarać nie można. I tak bywało.
Udało się państwu stworzyć wspólnotę słuchaczy. A to nie jest łatwe. Dla milionów ludzi w Polsce w czerwcu, lipcu i sierpniu, kiedy było „Lato z Radiem”, dzień zaczynał się od „Polki” o godzinie dziewiątej.
Bez wątpienia ważną rolę odgrywało to, że wybór był wówczas bardzo niewielki. W latach 70. był Pierwszy, Drugi i Trzeci Program Polskiego Radia. No, były jeszcze Głos Ameryki, Wolna Europa, BBC, aczkolwiek z pewnymi utrudnieniami.
Po drugie, nasz ówczesny szef zebrał przedziwną grupę ludzi. Zależało mu na tym, by były to osoby, które potrafią mówić bez skrępowania.
Dzisiaj w stacjach komercyjnych też mówi się bez skrępowania, ale to jednak nie to samo.
Poziom skrępowania się zmienia.
Czy sposób, w jaki porozumiewa się pan ze słuchaczami lub z widzami – taki spokojny, grzeczny, bez wielkich emocji…
Biorę sobie odwet poza kamerą i mikrofonem.
Trudno w to uwierzyć. Nawet w finale teleturnieju „Jeden z dziesięciu”, gdy wiadomo już, kto został zwycięzcą, nie obwieszcza pan tego, krzycząc na całe gardło, nie sypie się konfetti z sufitu. Pan gratuluje spokojnym głosem.
Mamy ograniczony budżet i na konfetti nie starczyło. My, którzy realizujemy ten program, jesteśmy w wieloletnim już sporze z niektórymi kolegami z telewizji, którzy uważają, że muszą być dzwonki, gwizdki i światełka. I konfetti. Ale ponieważ jest to program, który rozgrywa się niemal w ciszy, więc nie chcemy tego psuć. Może jest to jeden ze sposobów realizacji hasła, które świetnie wyraził w swojej piosence Wojciech Młynarski: „Róbmy swoje”. Więc robimy. Na tyle dobrze, na ile potrafimy. Owe ozdoby, o których państwo mówią, przynależą do innych programów.
Cieszy się pan, gdy pana goście w studiu wygrywają?
Oczywiście, że się cieszę. Jestem świadom tego, pod jaką presją oni są w studiu, już nie mówię o światłach w oczy ani o sąsiadach i rodzinie przed telewizorami, ale to jest walka z własną pamięcią, z własnymi nerwami. Czasem jest tak, że czytam pytanie i patrząc w oczy pytanego, wiem, że on już tego nie słyszy, bo jest tak napięty, że to przekracza jego możliwości percepcji. Cieszę się więc z każdego sukcesu, z każdej dobrej odpowiedzi, z każdej wygranej. Chciałbym, żeby to było nagradzane bardziej znacząco. Inne zabawy, inne quizy, które operują pytaniami i odpowiedziami, mają znacznie efektowniejsze nagrody. Chociaż muszę powiedzieć, że ta nasza zabawa jest dla mnie o tyle sympatyczna, że ja nie muszę się martwić, czy gracz wygra, czy nie wygra. Suma nagród jest stała. Choć czasami bardziej cieszyłbym się, gdyby wygrał ktoś inny, bo budzi większą sympatię albo w jawny sposób miał znacznie mniej szczęścia, trafiał na trudniejsze pytania.
I mówi pan to przegranemu zawodnikowi? Żałuję, że nagroda nie trafiła do pani/pana?
Wygrać może tylko jeden, więc nie mogę odebrać jednemu i dać drugiemu. Poza tym jest ta stała suma nagród, więc nikt nie prześladuje mnie za to, że ktoś wygrał za dużo, bo wiadomo, ile będzie odcinek kosztował. To też daje spokój.
Ma pan czasami ochotę podpowiedzieć zawodnikowi?
Ojciec chce ze mnie wydobyć informacje o moich najgłębszych uczuciach. Dwójka spowiedników… Mam taką fotografię, na której siedzę w konfesjonale na miejscu spowiednika, a na miejscu penitenta klęczy obecnie wielka postać telewizji TVN, a wówczas mój kolega z krakowskiego radia, Edward Miszczak, i ja wysuwam do niego taki duży mikrofon. To było podczas transmisji z mszy odprawianej przez papieża w katedrze wawelskiej, a ponieważ trzeba było widzieć dwa ołtarze, okazało się, że z tego konfesjonału właśnie tak widać. My z Edwardem prowadziliśmy transmisję radiową i w tym celu zajęliśmy konfesjonał, a kolega z ówczesnego CAF-u pstryknął nam zdjęcie. Nie wiem, czy ten mikrofon nie zepsuł opinii spowiednikom.
Teleturniej trwa już ponad 20 lat. Tysiące ludzi przewinęło się przez ten program.
Myślę, że przewinęło się około 20 tysięcy. Spora grupa. Spotykamy się krótko. Nagrywamy te programy poza Warszawą, kilka dziennie. Jedni wchodzą, drudzy wychodzą, w międzyczasie ktoś im przypina mikrofony, ktoś zapala światła, ktoś gasi. Nie ma wiele czasu na kontakt z uczestnikami.
A są takie osoby, które pan zapamiętał, bo miały coś w sobie?
Tak, i to niekoniecznie są ci, którzy wygrywali. Ale jeśli spytacie mnie o konkrety, to tego nie powiem. Owszem, przypominają mi się osoby, które brały udział w naszej zabawie. Pojawiają się kolejne pokolenia.
Może to będzie niegrzeczne pytanie, ale czy pan zmądrzał przez to zadawanie pytań i słuchanie albo czytanie odpowiedzi?
Odpowiem bardzo uprzejmie: Nie.
Ale coś pan chyba zapamiętuje?
Jednym uchem wpada, drugim wypada. Przed każdym odcinkiem sprawdzam, a przynajmniej przeglądam wszystkie pytania. Biorąc pod uwagę swoją słabą pamięć, dopisuję sobie ewentualne uwagi albo komentarz, który moim zdaniem trzeba tam dopowiedzieć, albo dopisuję sobie, dlaczego spodziewana inna odpowiedź nie jest poprawna, a ta właśnie tak. Wydawać by się więc mogło, że powinienem coś zapamiętywać, ale zapamiętuję bardzo niewiele. Raz mi się udało wygrać 50 złotych na zapamiętaniu pytania.
Wracałem do zaparkowanego nie najlepiej samochodu, to znaczy w miejscu, gdzie był zakaz parkowania, i zobaczyłem, że właśnie panowie zakładają mi taki żółty but na koło, ale zanim odjechali, zdążyłem dojść do auta i zapytać, co się stało. Poznali, że jestem z telewizji. Jeden ze strażników, bo wtedy straż miejska zakładała blokady, powiedział: To niech pan nam zada pytanie. Jak nie odpowiemy, to pan odjeżdża bez niczego. Drugi nie był taki śmiały, nic nie mówił, więc spytałem tego pierwszego, czym się interesuje, jakie ma wykształcenie. Okazało się, że jest geografem po uniwersytecie. A tu cię mam – pomyślałem. Dzień albo dwa wcześniej pytałem o najdalej na zachód wysunięty punkt Azji, dlatego śmiało zadałem pytanie.
Co na to strażnik?
Nic.
Czyli 50 złotych ocalało w kieszeni. Pan pamięta tę odpowiedź?
Przylądek Baba na Morzu Śródziemnym. W Turcji.
Zapamiętał pan ten przylądek ze względu na jego wdzięczną nazwę?
Nie. Zapamiętałem dlatego, że kiedy przeczytałem sobie pytanie przed programem, sprawdzając je, a potem zawodnikowi, myślałem, że odpowiadający pomyśli o Uralu, o Kaukazie, ale nie przyjdzie mu do głowy obszar Morza Śródziemnego. Tak się stało w rozgrywce i potem ocaliło moje 50 złotych.
Otrzymuje pan nagrody i wyróżnienia jako osobowość telewizyjna czy Mistrz Mowy Polskiej, dostał pan Diamentowy Mikrofon. Słuchanie pana to duża przyjemność.
Staram się mówić po polsku, choć z wiekiem zasób słów mi się zmniejsza, pamięć się psuje. Słowa nie przychodzą w tym momencie, w którym by się chciało je znaleźć. Chwilę potem wiem już, co chciałbym powiedzieć i byłoby zgrabnie, ale tak się nie stało.
A skąd to ładne słowo wzięło się w pana ustach? Miał pan swoich mistrzów, czytał pan dużo, podsłuchiwał?
Miałem mamę i tatę, dużo czytałem.
Wszyscy mają mamę i tatę, a nie wszyscy tak pięknie mówią.
Moja mama i mój tato mówili ładnie, a mama kochała wiersze, poezję, recytacje. Tak więc start nie wszyscy mamy równy. Ale ja również dużo czytałem. To na pewno kształtowało mój język.
Wyczytałam gdzieś, że był pan w dzieciństwie w kole ministrantów. To znaczy, że służył pan do liturgii przedsoborowej, łacińskiej. Jakie ma pan wspomnienia związane z tą liturgią, która dla pokolenia posoborowego wydaje się magicznie tajemnicza?
Ona była magicznie tajemnicza, chociaż miałem szczęście. Opiekujący się nami wikariusz ks. Tadeusz Derulski wiele objaśniał z tego. Kiedy wprowadzał jakąś nową łacińską formułkę, to tłumaczył nam, co to znaczy. Teraz podczas liturgii prowadzonej po polsku przypominają mi się czasami łacińskie sformułowania.
Widział pan jakieś piękno w tej trochę niezrozumiałej łacińskiej liturgii?
Tak, ale byłem wtedy 9- czy 10-letnim chłopcem i co innego wydawało mi się magiczne, niż by się wydawało dzisiaj. Nie potrafię powiedzieć, co spowodowało, że czasem – choć rzadko – gdy mam okazję, to wybieram się na mszę sprawowaną po łacinie.
I jeszcze pan pamięta łacińskie słowa?
Niektóre. Czasem początek, a reszta gdzieś ginie w niepamięci. Wspominam też czasami księdza Derulskiego, który w dniu śmierci Stalina, gdy wszystkie dzwony w Polsce miały bić żałobnie, zabrał do kieszeni klucz od dzwonnicy i zniknął z parafii. Co się wtedy działo!
W tym samym kościele proboszczem był ksiądz Sprusiński, a że kościół był w rozbudowującej się wówczas dzielnicy Muranów, powiedział kiedyś kazanie na temat święcenia mieszkań. Mówił o tym, że on nie sprawdza metryki chrztu, że jeśli człowiek chce mieszkać w poświęconym miejscu, to on przyjdzie i do katolika, i do komunisty. Powiedział: Wisi Pan Jezus, kropię Pana Jezusa. I głośniej: Wisi Stalin, kropię Stalina. Oczywiście po południu już odpowiednie służby w czarnym citroenie stały pod plebanią.
Pozwolę sobie zapytać: Czy pan czasami przeklina?
Tak. Niestety.
W jakich okolicznościach?
W różnych okolicznościach i trudno mi się od tego powstrzymać. Mam w samochodzie taką małą kamerkę, która nagrywa to, co się dzieje przed autem. Założyłem sobie to na próbę i kiedy posłuchałem, co ja mówię, jadąc samochodem w ruchu ulicznym, to dotarło do mnie, jak bardzo nieodpowiednio się wyrażam.
Tylko w ruchu ulicznym targają panem takie emocje?
Generalnie prowokują mnie różne sytuacje. Chciałbym mówić ładniejszym językiem wtedy, kiedy jestem w stresie albo gdy ktoś mnie zdenerwuje.
Trudno w to uwierzyć. Rozmawiamy już trochę i jawi się pan jako siła spokoju.
Chcę dobrze wypaść w rozmowie.
No dobrze, a wracając do zamierzonego pytania, to określiłby się pan jako językowy purysta czy liberał? To znaczy, czy przeszkadzają panu na przykład jakieś nowe wtręty, które są w języku?
Niektóre tak, a niektóre nie.
A co pana na przykład irytuje?
Są różne sposoby gwałcenia ojczystego języka. Bardzo mi się nie podobają słowa pochodzące z języka wielkich korporacji, które powodują, że często nie rozumiem, o czym mówi do mnie rozmówca. Poza tym neologizmy. Tak poza protokołem, to szlag mnie trafia, gdy słyszę słowo „zajebisty”. Wtedy bym łeb ukręcił. Tego rodzaju słowa, takie paskudnie brudne, bardzo mnie irytują.
A one powoli przestają uchodzić za wulgarne.
Skoro pojawiają się już w środkach masowego przekazu, to pora umierać.
Masakry, lajki, projekty też pewnie panu przeszkadzają.
W telewizji nie ma już programu, tylko jest format, nie ma widza, tylko target. Głowa mała. Ja nie mówię, że musimy nazywać wszystko po polsku. Nie przeszkadza mi słowo aeroplan, ale mamy bardzo wiele zwykłych, polskich słów, którymi można się posługiwać i świetnie określić otaczającą nas rzeczywistość.
Ludzie piszą na forach internetowych: Pan Tadeusz Sznuk to wielka klasa. To chyba miłe, prawda?
Bardzo się cieszę z sympatii moich odbiorców. Cieszę się, że Polskie Radio – i przed ’89 rokiem, i spory czas potem – w badaniach społecznego zaufania wyprzedzało i Kościół, i wojsko. Było pierwsze. Polskie Radio – owa instytucja frontu ideologicznego – potrafiło zdobyć zaufanie odbiorców. Jakoś tak do dobrej pracy trafiłem.
Bo pan się trochę schował ze słowem.
Trzymam się wskazówki Stanisława Młynarczyka, który, gdy zaczynałem pracę w radiu, pouczał nas: Głośno i wyraźnie. Wyraźnie. Tak, żeby to, co mówisz, dotarło do słuchającego.
Żeby jeszcze trochę treści w tym było, w tym głośno i wyraźnie.
Trzeba się starać.
Nie tak dawno, po śmierci Bohdana Tomaszewskiego, wspominali go w radiu młodsi koledzy, słuchacze: jak mówił, jak pobudzał naszą wyobraźnię i raczył nas słowem, jak go młodsi koledzy podpatrywali i uczyli się od niego. Pan też miał swoich idoli?
Bohdan Tomaszewski na pewno był ważny i dla mnie, i dla wielu ludzi w radiu, a przede wszystkim dla wielu słuchaczy. On prawie nigdy nie podnosił głosu, nie słyszałem, żeby krzyknął. No, może raz, ale to w chwili wielkiego napięcia. Starał się odmalować słuchaczowi obraz, który widzi, i wzbogacał to własną wiedzą, żeby słuchacz wiedział, dlaczego to jest ważne, a tamto mniej. Do osób, które pięknie mówiły, a w radiu było takich wiele, należał goszczący często na antenie Aleksander Bardini. Radio to nie jest tylko głos. Zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie głośnika jest osoba.
Odlaliśmy sobie pana pomnik z brązu i lubimy na niego patrzeć.
Staram się tego obrazu nie zepsuć.
I niech tak pozostanie. Aczkolwiek ktoś starał się zepsuć nam ten obraz. Znaleźliśmy taki profil na Twitterze.
Dowiedziałem się o tym dwa tygodnie temu.
Kolega z redakcji przeczytał nam, co tam jest zamieszczone. Nie mogliśmy uwierzyć, że pan Sznuk takie rzeczy wypisuje. Koleżanka nawet powiedziała: Nie wiem, czy chce mi się jechać do pana Tadeusza, skoro on takie rzeczy wypisuje w internecie.
W tej sprawie bardzo pani dziękuję, spostrzeżenie było prawdziwe. Też by mi się nie chciało jechać, gdybym coś takiego mówił. Aczkolwiek niektóre teksty tam są nawet dość dowcipne.
Dowcipne są. No ale jednak trochę obraźliwe dla niektórych osób.
Od tygodni wypełniam formularze o impersonation i żądam zamknięcia tego interesu, ale to się odbija od Twittera. Cwaniacy, mają taką metodę, że nie można do nich napisać maila, tylko wszystko musi być na ich formularzu, który nie zostawia w moim komputerze śladu, że go wysłałem. Zobaczymy.
To dobrze. Pomnik z brązu jest uratowany.
Odstawmy go na bok, proszę. Mieliśmy rozmawiać o słowie.
Cały czas o słowie rozmawiamy.
Przy tak trudnym pojęciu, jakim jest słowo, trudno wymyślić coś naprawdę konkretnego. Dla mnie słowo było zawsze narzędziem. Rzemieślnik stara się utrzymać narzędzia czyste i może stąd bierze się mój stosunek do słowa mówionego do odbiorcy. Natomiast wyobraźmy sobie świat bez słowa. Nie ma słowa. I to jest dopiero zagadka. Żeby się dowiedzieć, co dla nas coś znaczy albo co jest ważne, spróbujmy sobie pomyśleć, że tego nie ma – osoby, pojęcia, słowa. Fatalna kombinacja.
Niewyobrażalna wręcz.
Wtedy zacząłem kombinować, czy słowo jest sprawą ludzką, to znaczy cechą człowieka, czy jest sprawą boską, bo „Na początku było Słowo…”. Słowo, ale jak rozumiane? Słowo czy pojęcie, myśl. Tym słowem zabili mi państwo ćwieka.
Ale rozumiem, że cały czas by pan tego słowa bronił – mimo że jest powszechna dewaluacja słowa. Słowa, które jest czyste, wypowiadane z szacunkiem, które ma sens.
Kilofem można wyryć miejsce pod fundament czegoś dobrego albo można zabić bliźniego. Narzędzie jest narzędziem. Nad narzędziem trudno zapanować, skoro się je oddało ludziom. Prometeusz wymyślił ogień, ale nie wiem, czy wymyślił podpalaczy. Pan Bóg dał nam słowo. Nie wiem, czy zaprojektował również tych, którzy słowem ranią, którzy kłamią. Dlatego podchodziłem z rezerwą do zamiaru tej rozmowy.
Pisze pan listy?
Głównie odpisuję na listy, które dostaję, a jeśli je dostaję, to znaczy, że ktoś je pisze. Mam teraz ogromne zaległości.
Dostaje je pan drogą pocztową czy mailem?
W większości drogą pocztową, choć mail – jeśli nie jest zbyt skrótowy – to jest wygodniejszy. Pozwala, nie ruszając się z miejsca i czytając to, co miał mi do napisania korespondent, szybko odpowiedzieć. Nie jest tak elegancki, jest znacznie mniej osobisty, ale moim zdaniem jest dobrym narzędziem wymiany myśli i informacji. Tak samo niebezpiecznym, jak każde inne narzędzie, ale jest dobrym wynalazkiem. Wielu rzeczy bez maila byśmy nie przekazali.
A na listy, które pan otrzymuje, odpisuje pan ręcznie?
Nie. Odpisuję na komputerze, ponieważ mój charakter, zarówno w odniesieniu do pisma, jak i do osoby, jest trudny. Do odczytania. Więc odpisuję na komputerze, mam ciągle duże zaległości, stos listów piętrzy się na biurku.
Ile pan tych listów dostaje w tygodniu, w miesiącu?
Teraz coraz mniej. Na ogół kilkanaście, może kilkadziesiąt w miesiącu.
A w złotych czasach, ile takich listów mógł pan dostawać?
W czasach, które państwo wspominali, w przedkomputerowych czasach „Lata z Radiem”, dostawaliśmy codziennie ogromny wór listów.
I czytaliście to? Zaglądał pan do tych listów, odpisywał pan?
Tak, chociaż częściej odpowiadałem w radiu, niż odpisywałem. Te listy stanowiły bardzo ważny element kontaktu, tego, co jest podstawową rzeczą w radiu, powtarzam: nie przemowa, a rozmowa. To był głos z drugiej strony. Inspirował. Czasem stamtąd się brały tematy następnych rozmów.
I jakie to było wyróżnienie, gdy przeczytał pan w radiu czyjś list!
Może. Ja wybierałem, moim zdaniem, ciekawe, te, które mnie poruszyły. Czasem ludzie opisują rzeczy tak tragiczne, że samo czytanie powoduje przykrość, a czasem – strach powiedzieć – zniechęcenie; tyle jest ludzkiej biedy i krzywdy, że mam świadomość tego, iż niewiele mogę zrobić.
Czyli jednak prawdą jest to, że sposób mówienia odsłania charakter człowieka. Skoro ludzie pisali do pana listy i opowiadali o swoich prywatnych, trudnych sprawach, to znaczy, że mieli do pana zaufanie.
Cieszę się tym zaufaniem i staram się na nie zapracować.
Z dużym niepokojem myślę sobie o tym, jakich mistrzów słowa będą mieli moi kilkunastoletni synowie. Pan mi towarzyszył na plaży, kopałam sobie łopatką dołki, robiłam babki z piasku, ale słuchałam też, co pan mówił w radiu.
Proszę sobie przypomnieć, co powiedziałem już dzisiaj. Owszem, miałem wielką tubę, którą mogłem dysponować, miałem miliony słuchaczy, ale najpierw miałem mamę i tatę, proszę mamy. Od mamy tyle zależy…
Oceń