Piękny Bóg, Piękny Człowiek. Zło z perspektywy teologii piękna Tomasza z Akwinu
Kościół pękł na dwie części: za papieżem włoskim opowiedziały się Anglia, Szkocja, prawie cała Italia, Polska i kraje niemieckie, a za francuskim – Francja i Hiszpania.
To jeden z najtrudniejszych momentów w dziejach Kościoła.
Maciej Müller: Jak doszło do tego, że w XIV wieku papiestwo, od kilku stuleci rosnące w siłę, weszło w dramatyczny kryzys zwany wielką schizmą zachodnią?
Tomasz Gałuszka OP: Papiestwo rzeczywiście wspaniale się rozwijało, od VI wieku wzrastał prymat biskupa Rzymu. Rozwijał się też namysł teologiczny nad rolą Stolicy Apostolskiej w Kościele i formowała się teologia papieża, jednego ojca dla całego Kościoła. Od VIII wieku papież był już kimś więcej niż biskupem Rzymu. Mógł ściągać z urzędu biskupów, anulować synody, a nawet rościł sobie prawo do ingerowania w sprawy wewnętrzne innych patriarchatów. Od XI wieku budował swoją przewagę nad władcami świeckimi: stąd spór z cesarzem o inwestyturę, czyli obsadzanie biskupstw. Dochodzimy do XIII wieku i spotykamy Innocentego III, który określał się jako stojący niżej od Boga, ale wyżej od człowieka. Momentem szczytowym był jednak pontyfikat Bonifacego VIII i jego bulla Unam sanctam z 1302 roku. To w tym dokumencie po raz pierwszy uroczyście ogłoszono, że wierność biskupowi Rzymu jest niezbędna do osiągnięcia zbawienia.
Gdybyśmy opisali Kościół jako rodzinę, to w tym właśnie momencie ostatecznie zdefiniowany został papież ojciec, głowa rodziny i głowa Kościoła.
Tylko że niedługo potem ów ojciec trafia do więzienia…
Tak, w 1309 roku papież Klemens V został zmuszony przez rywalizujące rody rzymskie do ucieczki z Italii i osiadł w Awinionie. Jako Francuz czuł się tam po prostu bezpieczniej. Rozpoczęła się tzw. niewola awiniońska papieży, trwająca prawie 70 lat.
Papież, biskup Rzymu, nie urzęduje w Rzymie! Ojciec wyjechał z domu. Początkowo tłumaczył: „Nie dało się inaczej, bo była trudna sytuacja, a ponadto mam kilka ważniejszych spraw na głowie, np. organizuję sobór”. A zatem, cóż miały robić dzieci w dalekim Rzymie – spokojnie czekały. Tylko że sobór w 1312 roku się skończył, a tata nie wrócił… I w końcu Klemens umarł. Jego następca nie zamierzał wracać i nawet tego nie ukrywał.
Dzieci nie chciały tego przyjąć, pojawiła się tęsknota, potem frustracja. Wzywały kolejnych papieży awiniońskich: „Tato, wracaj!”. A najdonośniej wołały córki – św. Katarzyna Sieneńska, św. Brygida Szwedzka. Kobiety wiedziały, że niedobrze się dzieje, kiedy mężczyzny zabraknie w domu.
No i w końcu ojciec wrócił, tylko że musiał szybko uchodzić z powrotem.
Grzegorz XI w 1377 roku wrócił do Rzymu, ale zastana sytuacja zupełnie go przerosła. Wyobrażał sobie, że wszyscy będą na niego z utęsknieniem czekać. W końcu to on jest ojcem. Tymczasem lud Rzymu skoczył mu do gardła, pytając: „Gdzieś ty był? Jak mogłeś zostawić swoje dzieci?”. Przez 70 lat dzieci tęskniły, ale w końcu przyzwyczaiły się do tego, że ojca nie ma. Agresja była na tyle duża, że Grzegorz XI, człowiek bardzo wrażliwy, po kilku miesiącach uciekł z Rzymu do Anagni. I tam umarł.
I oto jesteśmy w przededniu schizmy…
Kardynałowie, których większość stanowili Francuzi, zgromadzili się w pałacu na Lateranie. A pod murami stały osierocone dzieci i krzyczały: „Wybierzcie nam Włocha!”. Bo wszyscy papieże awiniońscy byli Francuzami. Przerażeni purpuraci wybrali w końcu na papieża nieobecnego w Rzymie arcybiskupa Bari, nie wiedząc nawet, czy przyjmie on urząd. W ten sposób zaczął się pontyfikat Urbana VI. Okazał się on człowiekiem surowym i gwałtownym. Co gorsza, wkrótce zapragnął naprawić Kościół, zaczynając od reformy kurii rzymskiej. Kardynałom zakazał wystawnego życia i regułę tę egzekwował wszelkimi metodami, z więzieniem i torturami włącznie.
Tego już purpuratom było za wiele. Po kilku miesiącach opuścili Rzym i zorganizowali jeszcze jedno konklawe, uznając, że wybór Urbana VI był nieprawny, bo dokonany pod przymusem. Do tego stwierdzili, że papież jest człowiekiem obłąkanym i nie może pełnić urzędu. Następnie obrali papieżem Klemensa VII. Po raz pierwszy w dziejach to samo kolegium kardynałów wybrało dwóch papieży. Jednak Urban VI ani myślał ustępować, wobec czego Klemens nie pojechał do Rzymu, tylko… do Awinionu.
Rodzina miała więc dwóch ojców, z których każdy uważał, że posiada pełnię władzy, a wierność wobec niego jest niezbędna do zbawienia. Kościół pękł na dwie części: za papieżem włoskim opowiedziały się Anglia, Szkocja, prawie cała Italia, Polska i kraje niemieckie, a za francuskim – Francja i Hiszpania.
To jeden z najtrudniejszych momentów w dziejach Kościoła, porównywalny do zdrady Judasza w Ogrójcu.
Profesor Roman Michałowski w Historii powszechnej średniowiecza opisał to w innej tonacji. Zauważył, że Stolica Apostolska w XIV wieku była de facto biurem rozdawnictwa beneficjów i ściągania opłat. Dlatego nie było specjalnego oburzenia schizmą – bo dlaczego takich biur nie miałoby być więcej?
Takie ujęcie jest możliwe tylko przy spojrzeniu z zewnątrz, bez wgłębiania się w sens tego, co się stało. Funkcjonowanie w Kościele dwóch papieży może być obojętne ludziom niewrażliwym religijnie albo nam, współczesnym. Dla wierzących to była tragedia, ponieważ nikt nie mógł być do końca pewny, czy stoi po właściwej stronie, czy nie niweczy swoich szans na zbawienie. Zagubieni czuli się nawet ówcześni święci, tacy jak Katarzyna Sieneńska czy dominikanin Wincenty Ferreriusz. Katarzyna pozostała wierna papieżowi rzymskiemu, Wincenty – awiniońskiemu. Później zmienił zapatrywanie i przez wiele lat pokutował.
Schizma zresztą dotknęła dominikanów w dramatyczny sposób: pojawiło się dwóch generałów i dwie kapituły generalne, a bracia studiujący w Paryżu, chcąc zachować wierność papieżowi rzymskiemu, musieli przenieść się do Bolonii.
Jak wpływ miała schizma na postrzeganie papiestwa?
Bardzo zachwiała jego budowanym od stuleci autorytetem. Kryzys zaczął się, jak wspomnieliśmy, podczas niewoli awiniońskiej, a do tego doszedł rozłam instytucjonalny. Papiestwo, przypomnijmy, było traktowane jako fundament Kościoła. A co się dzieje z budowlą, kiedy fundament pęknie? To dlatego tacy heretycy, jak John Wycliffe, a później Jan Hus, poszukując idealnego modelu Kościoła, pozbawiali go hierarchii: bo papiestwo okazało się niewiarygodne.
Paradoksalnie, schizma przyniosła pewien korzystny efekt, widoczny na przykładzie Polski, która była pod jurysdykcją papieża rzymskiego. Papież Bonifacy IX zostaje ojcem chrzestnym Elżbiety Bonifacji, córki królowej Jadwigi, a później odnawia Uniwersytet Krakowski. Zaczyna więc dbać o tereny mu podległe. Podobnie postępują papieże awiniońscy.
Niemniej schizma się pogłębiała, powstały dwie linie papieży: rzymska i awiniońska. Papieże nawzajem obrzucali się ekskomunikami. Kościół stał się rodziną w kryzysie. Dla elit europejskich było jasne, że chrześcijaństwo nie powinno mieć dwóch papieży.
Dobrze, że w tych czasach nie było mediów, które by to wszystko podsycały…
Co uradziły te elity?
Pojawił się pomysł, który dotychczas uchodziłby za absurdalny: „Będziemy sądzić papieża!”. Tylko w jaki sposób dzieci mają sądzić ojca, nad którym jest już tylko Bóg? Do dyspozycji była jedynie reguła zapisana w Dekretale Gracjana, podstawowym kodeksie prawa kanonicznego: Prima sedes a nemine iudicatur nisi deprehendetur a fide devius – czyli że papież nie może być przez nikogo sądzony, chyba że zostanie heretykiem.
Niezależnie od tych prawnych dywagacji zaczęła się kształtować koncepcja ludu Bożego, który bierze sprawy w swoje ręce i mówi: „My jesteśmy Kościołem”. To koncyliaryzm, podkreślający wyższość ludu nad papieżem.
Ale przecież już w XII wieku wierni próbowali wziąć sprawy w swoje ręce, tylko że Kościół nazywał ich heretykami i zwalczał. Myślę o katarach, o waldensach…
Tak, tylko że w XIV wieku sytuacja była o tyle inna, że lud miał po swojej stronie grono najwybitniejszych europejskich intelektualistów. Od 200 lat działały uniwersytety, na których wykładali wybitni mistrzowie świętej teologii, wypracowujący nowy obraz Kościoła. Wyobrażali go sobie na wzór korporacji uniwersyteckiej, w której rektor odpowiada przed zgromadzeniem uniwersyteckim.
Ojciec nie byłby już więc głową rodziny, ale po prostu tym, który przewodzi, wykonawcą ustaleń zgromadzenia – czyli w tym przypadku soboru. Koncyliaryzm miał wiele wspólnego z organizacją zakonów, w których kapituła generalna zawsze stała nad generałem.
A nie próbowano namówić któregoś z papieży do ustąpienia?
Nic z tego nie wychodziło, bo każdy z nich uważał, że jest papieżem w pełni prawowitym. Nie udało się też namówić ich na spotkanie i uzgodnienie stanowisk. Najlepiej by było, gdyby każdy z nich abdykował i konklawe wybrałoby kogoś zupełnie innego.
Pozostawało więc rozwiązanie w duchu koncyliaryzmu: schizmie musiał zaradzić sobór.
Ale sobór może być zwołany tylko przez papieża – a nie leżało to w interesie żadnego z nich.
Z tego problemu świetnie zdawali sobie sprawę kardynałowie obydwu kurii. Spotkali się w 1409 roku w Pizie (zgromadzenie to nazywa się synodem lub soborem) i postanowili pozbawić tiary zarówno „ojca rzymskiego” – Benedykta XIII, jak i „ojca awiniońskiego” – Grzegorza XII. Wybrali też zupełnie nowego papieża: Aleksandra V. Ten jednak po kilku miesiącach zmarł, wybrano więc kolejnego: Jana XXIII (później uznano go za antypapieża, dlatego Giuseppe Roncalli przyjął w 1958 roku to samo imię). Tzw. obediencję pizańską przyjęła większość krajów europejskich – w tym Polska. Wydawało się, że schizma jest zażegnana.
Tylko że żaden z poprzednich papieży nie zamierzał ustąpić. Kościół miał więc już trzech papieży.
W kręgach kościelnych zaczęto nawet z ironią mówić o powstaniu „przeklętej trójcy” (maledicta trinitas). Kardynałowie stwierdzili wobec tego, że należy zwołać sobór większy niż ten w Pizie, reprezentatywny dla całego Kościoła. Jan XXIII we współpracy z cesarzem niemieckim Zygmuntem Luksemburskim zorganizował wielki, świetnie przygotowany sobór w Konstancji (1414 rok). Nad znalezieniem rozwiązań pracowali prawnicy z najlepszych uniwersytetów świata.
Wkrótce po rozpoczęciu obrad soboru Jan XXIII poczuł się jednak zagrożony – obawiał się, że ojcowie soborowi i jego zapragną pozbawić tronu. W przebraniu koniuszego zdołał uciec z Konstancji. Zwróćmy uwagę: papież zaczyna się bać ludu. Precedens z Pizy, kiedy dzieci osądziły ojca, był bardzo wymowny.
Ojcowie soborowi wpadli w panikę. Bali się, że Jan XXIII mógłby rozwiązać sobór. Tymczasem papież uciekł na terytorium Niemiec i wezwał swoich kardynałów. Ale Zygmunt Luksemburski zamknął bramy Konstancji i zakazał komukolwiek opuszczania miasta. Po pewnym czasie ojcowie soborowi postanowili ogłosić chyba najbardziej kontrowersyjny dokument w dziejach Kościoła: Haec Sancta Synodus. Uznano w nim, że sobór został zwołany przez samego Chrystusa i podlega tylko Jemu, tak więc każdy członek Kościoła, z papieżem włącznie, ma obowiązek podporządkować się jego decyzjom.
Podpierając się tym dekretem, sobór pozbawił urzędu wszystkich trzech papieży. Uznano ich za heretyków, ponieważ działali przeciw jedności Kościoła. „Przeklęta trójca” została osądzona.
I sobór nabrał wiatru w żagle?
Bynajmniej. Ojcowie wciąż się bali i… prowadzili poufne rozmowy z wszystkimi trzema odwołanymi papieżami. W końcu Grzegorz XII, papież rzymski, postanowił, że abdykuje – pod warunkiem że sobór w Konstancji uzna, iż został przez niego zwołany. To bardzo istotne posunięcie, ponieważ dotychczas ojcowie soborowi nie byli pewni, czy działają legalnie i mają prawo do podejmowania jakichkolwiek decyzji. Teraz sytuacja była klarowna: papież abdykował, przekazując pełnię władzy soborowi.
A co z papieżem awiniońskim?
Benedykt XIII nie uznał decyzji soboru. Zaproponował natomiast swoje własne rozwiązanie, kto wie, czy nie najlepsze z możliwych, choć bardzo ryzykowne. Według niego należałoby uznać, że wszystkie decyzje od początku schizmy, czyli od 1378 roku, są nieważne. A więc i Urban VI, i Klemens VII byliby wybrani nielegalnie, a wszystkie decyzje podjęte przez nich i ich następców zostałyby anulowane. W tym: mianowanie kardynałów. A zatem do wyboru nowego papieża mogliby przystąpić tylko kardynałowie nominowani przed wyborem Urbana VI. Jedynym żyjącym był… kardynał Pedro di Luna, czyli sam Benedykt XIII. Zgodnie ze swoją propozycją miałby abdykować, po czym jako jednoosobowe konklawe wskazać kogoś innego niż on sam.
Ojcowie soborowi obawiali się jednak, że Benedykt mógłby nie dotrzymać słowa. Skazali go za herezję i pozbawili urzędu. Papież awinioński aż do śmierci w 1422 roku uznawał się za głowę Kościoła (miał jeszcze następcę, który jednak zrzekł się urzędu).
A sobór po dwuletnich obradach wybrał w 1417 roku nowego papieża, rzymianina Marcina V. Wielka schizma zachodnia dobiegła końca.
Ale co działo się na soborze przez te dwa lata, kiedy stał on na czele Kościoła – bez żadnego papieża?
Ojcowie próbowali znaleźć jak najwięcej rozwiązań, które pozwolą uniknąć schizmy w przyszłości. Chodziło głównie o większy udział ludu Bożego w rządzeniu Kościołem. Ustalono, że kolejny sobór powinien się odbyć po pięciu latach, następny po siedmiu, a kolejne co dziesięć lat. Widziano bowiem w soborze jedyny sposób na reformę Kościoła.
Największym wyzwaniem było to, żeby połączyć wypracowywany przez setki lat prymat papieża z zupełnie nową ideą koncyliaryzmu – w której lud brał pełną odpowiedzialność za Kościół.
A więc papież przestał być jedynym fundamentem?
Dotychczasowe sobory były jakby przedłużeniem papieża. Ale te XV-wieczne zaczęły brać sprawy w swoje ręce, rozstrzygać poważne problemy, deponować papieży z urzędu, wyznaczać nowych… Dlatego papieże zaczęli unikać zwoływania soboru. W serialu Rodzina Borgiów była taka znamienna scena: Do Rzymu zbliża się wojsko francuskie, papież zaniepokojony chodzi po komnatach pałacu, w końcu wchodzi do biblioteki. Tam stoi jego nadworny bibliotekarz i trzyma jakąś książkę pod pachą. Borgia pyta: „Co to jest?”. Bibliotekarz odpowiada: „Akta soboru w Konstancji”. Papież na to: „Odłóż to natychmiast!”.
Papieże szybko zaczęli się bać soborów i ludu. Tym bardziej że – jak wspomniałem – istniała wypracowana koncepcja prymatu papieża, a nie było koncepcji ludu Bożego.
Tak naprawdę dopiero Sobór Watykański II w konstytucji dogmatycznej Lumen Gentium w pełni opisał strukturę Kościoła, w której papież został włączony do ludu Bożego. Na tym soborze spotkały się dwie przeciwstawne idee – ta z Konstancji, według której lud stoi ponad papieżem, i ta z Vaticanum I (1869–1870), przyjmująca nieomylność papieża (to doprowadzenie do końca teologii prymatu papieskiego).
Po soborze watykańskim II zaczęła się rozwijać kolegialność, w myśl której papieże mają ścisły kontakt z biskupami, biskupi z prezbiterami, a prezbiterzy z osobami świeckimi. Kolegialność wciąż się kształtuje, o czym może świadczyć przeprowadzana obecnie reforma kurii rzymskiej. Rada dziewięciu kardynałów wybranych przez Franciszka zastanawia się, jak włączyć świeckich w zarządzanie Kościołem.
Dzisiaj, kiedy wypracowano tak piękną koncepcję papieża z ludem Bożym, nie powinniśmy się bać soborów. Mimo to wiele środowisk – np. amerykańscy neokonserwatyści – uważa, że sam papież wystarcza. Bo sobór znowu wymyśli nie wiadomo co. To lęk przed przyjęciem tego, że lud Boży mógłby przejąć odpowiedzialność za Kościół.
Ale Wisły nie da się zawrócić kijem; myślę, że Kościół jest w przededniu istotnego dowartościowania świeckich. Wcale nie żyjemy w epoce, w której wszystko się już wypełniło.
Myślisz, że czas na kolejny sobór? Wielu ekspertów wskazuje, że nie weszły jeszcze w życie wszystkie ustalenia Vaticanum II…
I co z tego? W XII i XIII wieku mamy cztery sobory laterańskie, które nie bały się powtarzać pewnych ustaleń, weryfikować ich, ulepszać… Pytanie zresztą, czy kolejny sobór powinien odbyć się w Europie. Może czas na I sobór w Seulu? Przecież Kościół najbardziej rozwija się dzisiaj w Azji.
Czy Kościołowi mogłaby jeszcze kiedyś zagrozić schizma?
Nawet jeśli tak, to dysponujemy dekretem Haec Sancta Synodus. Teolog i historyk Klaus Schatz określił go kiedyś jako środek bezpieczeństwa umieszczony za szybką z napisem: „Zbić w przypadku pożaru”.
Oceń