Zastraszą nas na śmierć

Zastraszą nas na śmierć

O wiele bezpieczniej budzić strach niż miłość.

Niccolo Machiavelli, Książę

Znów powiało grozą. Terroryzm powrócił. Oni chcieli nas dopaść. Zabić. Bez żadnego powodu. Nienawidzą nas, naszego stylu życia, naszej polityki. Kto? Terroryści. To oni – zdaniem naszych demokratycznie wybranych rządów i podległych im specsłużb – mieli dopuścić się kolejnego zamachu, którego – jak przekonują owe służby – nasze oczy nie widziały, a uszy nie słyszały. Miał być o wiele tragiczniejszy w skutkach niż ten na Nowy Jork i Waszyngton z 11 września 2001 roku, a także miał bić na głowę tamten pod względem spektakularności. Terroryści samobójcy chcieli wysadzić kilkanaście lecących nad Atlantykiem z Wielkiej Brytanii do USA samolotów amerykańskich linii lotniczych. Miał to być atak…

Ale ten złowieszczy plan – na szczęście – został udaremniony. Kto tego dokonał? Komu powinniśmy być wdzięczni? Oczywiście naszym rządom i podległym im służbom wywiadowczym. To one, ściśle współpracując, nie dopuściły, by choć jeden włos spadł nam z głowy. To specsłużby, kiedy my spokojnie śpimy, tropią niestrudzenie terrorystów czających się tuż obok, może nawet knujących za ścianą, kiedy opowiadamy dziecku bajkę na dobranoc. To ci, którzy jako pracownicy kompanii mleczarskich każdego ranka dostarczają pod nasze drzwi mleko. Przynoszą listy jako kurierzy UPS–u, a kiedy nas widzą, uśmiechają się, życząc dobrego dnia. Myślimy: – Nie, to niemożliwe, aby ten miły, życzliwy i uczynny Ahmad, który chodził do brytyjskich szkół i skończył brytyjski uniwersytet, mógł być bezwzględnym terrorystą. A jednak, dziś nie mamy już wątpliwości, bo przecież nasze służby specjalne poinformowały, że terrorystami są właśnie ci mili i na pozór tylko serdeczni sąsiedzi. Na szczęście jest jeden szczegół, który demaskuje terrorystów. To są ci od Allaha. Muzułmanie, którzy przyjechali do Europy czy Ameryki za chlebem, edukacją i wolnością, a okazuje się, że tak naprawdę myślą, jak pozbawić nas życia. Owe dwa, trzy dni, kiedy to kamery wszystkich stacji telewizyjnych świata zwrócone były na londyńskie lotnisko Heathrow, kiedy z drżeniem serca oglądaliśmy, jak ludzie godzinami koczują na nim, przechodzą drobiazgowe kontrole, aby na pokład samolotu nie dostały się żadne materiały, z których w kilka minut terroryści mogliby zrobić bombę, jasno pokazały, że choć nie każdy muzułmanin jest terrorystą, to każdy terrorysta musi być muzułmaninem.

Nie doceniam powagi sytuacji? Jestem zwolennikiem terrorystów? Nie! Islamski terroryzm istnieje i jest niebezpieczny tak samo, jak każdy inny, IRA czy ETA. Ale równie niebezpieczne są posunięcia naszych demokratycznie wybranych rządów. To ich działania sprawiają, że strach – nieważne, realny czy wyimaginowany – zaczyna rządzić zbiorową wyobraźnią. Strach przed człowiekiem, który ma nieodpowiedni kolor skóry, dziwnie na nas spojrzał, jest ubrany nie tak, jak my, albo nie tak, jakbyśmy tego oczekiwali. Strach przed bezpańską torebką pozostawioną na lotnisku czy w pociągu…

Tyle tylko, że jeśli terroryści rzeczywiście chcieliby dokonać samobójczego ataku, mogą zrobić to w każdej chwili i w każdym miejscu. W modnej kawiarni w londyńskim Soho czy na krakowskim Kazimierzu, w teatrze czy w autobusie. Nikt i nic ich nie powstrzyma. Terroryści jednak wiedzą, że ich największym sojusznikiem w osiąganiu stawianych sobie przez nich celów jest strach. Anwar Aziz, jedenz pierwszych zamachowców samobójców, który dokonał akcji w Gazie w 1993 roku, mówił: „bitwy o sprawę islamu nie wygrywa się karabinem, ale zasiewając strach w sercach wroga”. Tę jakże skuteczną strategię terrorystów islamskich oraz naszą nieskuteczną na nią odpowiedź doskonale opisuje jeden z przenikliwszych obserwatorów naszego zwariowanego świata, amerykański politolog Benjamin Barber: „Terror odnosi sukces dzięki temu, co zapowiada, a nie dzięki temu, czego naprawdę dokonuje. Tym samym zmienia obronę przed terrorystami w swoje główne narzędzie. Oznaczcie różnymi kolorami poziomy zagrożeń! Aresztujcie każdego drobnego przestępcę i obwołajcie go terrorystą! Nadajcie rozgłos mało konkretnym groźbom! (…) Terrorysta może sobie siedzieć w górskiej jaskini albo w slumsach w Karaczi i obserwować, jak wrogowie sami się wykańczają, ulegając strachowi, który udało mu się wywołać pojedynczym aktem terroru albo kilkoma zręcznie dobranymi groźbami wygłoszonymi po tej akcji. Nie muszą być wprowadzone w życie, ale dowie się o nich cały świat, bo nagrane na taśmę za pięć dolarów zostaną doręczone skłonnym do współpracy światowym środkom przekazu”.

A za co my dziś kochamy nasze rządy? Czy za to, że w pocie czoła nasi ministrowie rozwiązują nasze codzienne sprawy: zmniejszają bezrobocie, budują drogi, niwelują obszary nędzy, dbają o inwestycje…? Nie, kochamy demokratycznie wybrane rządy i ich specsłużby za to, że – jak same utrzymują – ograniczają nasze poczucie strachu i zagrożenia. Paradoks jednak polega na tym, że w dużym stopniu walczą z zagrożeniem, które same uprzednio kreują. Przyznajemy, że to bardzo czasochłonne zajęcie. Nie dziw zatem, że potem brakuje już czasu, by zająć się innymi, bardziej przyziemnymi sprawami.

Okazuje się, że stary, przenikliwy Machiavelli znów ma rację.

Zastraszą nas na śmierć
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...