Kazania kapitana Kleppa

Kazania kapitana Kleppa

Przeraża mnie wasza pamięć. Wydaje się, że pamiętacie wszystko, ale tak naprawdę pamiętacie tylko to, co chcecie pamiętać, świństwa, grubsze grzechy zmiatacie pod dywan i przybijacie obcasem, a ja myślę, że to jest grube kłamstwo.

Szanowny Lwie,

dziś wiedziałbym już z kim porównać kapitana Kleppa. To był oczywiście wielebny ojciec Mapple, choć nie mogę napisać, że w całej okazałości, gdyż, jak czytamy:

Ojciec Mapple przeżywał właśnie pełną tężyzny zimę zdrowej starości, tego rodzaju starości, co zdaje się przechodzić w drugą kwitnącą młodość; albowiem między licznymi bruzdami jego zmarszczek przeświecały łagodne błyski ponownego kwitnienia — niby wiosenna zieleń, która przeziera przez lutowe śniegi…

— tymczasem w twarz kapitana Kleppa wpisana była pewna nijakość, ale — i tu, Szanowny Lwie, podzielę się z Tobą nieśmiało moimi odkryciami z czasu morskiej podróży do Hamburga — nie była to nijakość charakteru osobników ostrożnych a bezsilnych, którzy do końca swojego życia nie mogą się zdecydować ani na swój wygląd, ani na odważne postępowanie i w końcu wpadają w objęcia śmiesznej i męczącej innych ekstrawagancji, która żąda zachwytu i hołdów, a w rzeczywistości jest tylko oznaką ich miernoty. Nie, nijakość Kleppa była — że się tak wyrażę — gatunku prorockiego i brała się z obowiązku poświęcenia osobistej wyrazistości na rzecz słów pochodzących wprost od Boga. Sądzę, że Klepp pewnego dnia wycofał się po prostu z siebie, robiąc tym samym miejsce Bogu, który znowu przyjął to z wdzięcznością, gdyż brzydzi się wszelkim uwodzicielstwem i ozdobami, które przylepiają się do Jego słowa spadającego od czasu do czasu na ziemię. Podobnie jak ojciec Mapple wchodzący na kazalnicę w Nowym Bedfordzie po szczeblach zwijanej następnie marynarskiej drabinki, zdobywał się na akt fizycznej izolacji oznaczającej oderwanie od wszelkich zewnętrznych więzów i stosunków. Nie przeczę, że kapitański mostek Kleppa nijak miał się do niepozbawionej śladów marynarskiego smaku kazalnicy wielebnego Mapple’a, lecz pełnił przecież tę samą funkcję i śmiało można było porównać mnie i księdza „Stasa” do wiernych z Nowego Bedfordu. Z tym jednak zastrzeżeniem, że Klepp nie musiał nas gromadzić jak owce wokół swojej kazalnicy władczymi słowami pełnymi marynarskich tajemnic:

Wy z tamtego przejścia od sterbortu! Zbliżcie się do bakbortu! Ci z przejścia od bakbortu do tych ze sterbortu. Wszyscy na śródokręcie, na śródokręcie!

Morze nie ma nic wspólnego z człowiekiem

Było nas przecież tylko dwóch i mowy nie było, żeby któryś z pozostałych towarzyszy naszej podróży zapałał nagłą potrzebą słuchania monologów Kleppa królującego na wysokościach kapitańskiego mostku. Kazania Kleppa nie miały zresztą określonego tematu ani nie były wygłaszane o określonej godzinie, a i my nie przychodziliśmy pod tę pływającą kazalnicę z potrzeby pobożności, lecz — jak się nam wtedy zdawało — całkiem przypadkowo i powodowani nudą morskiej podróży, no, może zaważyła na tym trzymaniu się razem również lekka, arystokratyczna pogarda, którą obdarzali nas pozostali pasażerowie. Byliśmy jednak wdzięcznymi słuchaczami, a nawet od czasu do czasu udawało się nam wtrącić co nieco do słów Kleppa lub zadać mu pytanie.

Po kilku dniach podróży zacząłem sobie uświadamiać, czym tak naprawdę jest morze, owo wielkie zbiorowisko wód, które mami i pociąga różnej maści młodzianków, ludzi głodnych przygód i rzeszę uciekinierów, którym źle jest zawsze „tu”, a szczęśliwie „tam”. To całkiem osobny temat, Szanowny Lwie, lecz muszę Ci to wyznać w tym liście, i to natychmiast. Morze jest wielkie, ogromne i nie ma nic wspólnego z człowiekiem. Jest obojętne i ciągły jego ruch sprawia, że człowiek samemu sobie zdaje się kpiną, gdyż każdy z nas pragnie zatrzymać choć na moment albo radość, albo smutek, umieścić je w jakimś zakamarku duszy i przechować, odwołać się do nich, wspomnieć je w dalekiej przyszłości, przeżuwać je i wchłaniać jak potrzebny duchowi pokarm. Wydaje się nam, że oto nadejdą dni, kiedy sięgniemy do tego skarbca i ukażemy je innym jako dowód naszego życia, naszych zmagań, błędów i zwycięstw. Tymczasem okazuje się na morzu, że jesteśmy w ciągłym ruchu podobnie jak ono, znika trwałość i wydaje się, że jesteśmy częścią tego ogromu, częścią mieloną ruchem i rozpadającą się na wciąż drobniejsze cząstki aż do całkowitego zatracenia. Paznokcie, oczy, wargi i brwi rozpadają się, walizki, kufry, konserwy, bele bawełny, worki z kawą i stosy orzechów kokosowych nie są już potrzebne, nasza zapobiegliwość i gromadzenie, nasze plany, słowne potyczki, złości i pożądania wymywane słoną wodą tracą kolor i pochłania je ocean. Być może należy krzyczeć, protestować, heroicznie zmagać się z tym czystym trwaniem, podziwiając dzielność pokrytego rdzą okrętu i na przekór powracającym falom dyskutować, spierać się — jak to czynią pozostali pasażerowie w tej podróży. Lecz przecież każdy z nas potrzebuje trwałej pociechy, trwałej, to znaczy takiej, która zdolna będzie pogodzić nas z przemieleniem, rozpadem, naszym zniknięciem na wieki, a zarazem przenieść nas gdzieś indziej, co niektórzy nazywają wiecznością.

Widzę teraz, że ludzie kłamią, mówiąc: „Będziemy pamiętać, Karomenya”. Któż to o mnie będzie pamiętać, Szanowny Lwie, kiedy nie znam nawet mojej rodziny? Kimże ja jestem, żeby zaprzątać umysł Msabu, starego Arthura, ojca Bernarda? I cóż to znaczy, jeśli ktoś nawet wyda taki rozkaz: „Pamiętajcie o nim!”? Jaka to pociecha dla mnie, kiedy już mnie nie będzie? Zresztą każdy widzi mnie inaczej i twierdzi, że widzi lepiej, niż ja sam siebie postrzegam. Nie słucha nawet, kiedy mówię: „Nie, nie masz racji, to było całkiem inaczej”.

Powiesz mi, Szanowny Lwie, że myślę tylko o sobie. Dobrze. Nie sądź jednak, że kręcę się w kółko jak pies za własnym ogonem. Obchodzą mnie też inni, bo skoro żądam pamięci o sobie, powinienem także pamiętać o innych, którzy bezgłośnie o to proszą. I nie pamiętam. Wyobraziłem sobie pewnego dnia ocean, ale bez wody. Unosiłem się wśród ludzi czekających na coś, falujących, krzyczących, śmiejących się i płaczących, głowa przy głowie, ciało przy ciele, spleceni ze sobą zalewani byli nowymi ludzkimi masami i trudno było już odróżnić twarze. Krzyknąłem, chciałem zwrócić na siebie uwagę, zapytać w końcu, co wniosłem w ich życie, co powinienem im przynieść, na co czekają, jak mam ich w końcu kochać?! Nic nie odpowiedzieli. Być może nie należy wiedzieć zbyt dokładnie, co powinniśmy im oddać w spotkaniu.

Liche szmatki nieśmiałości

Ale nie ma przypadków. Morze zostało mi dane przed spotkaniem ze stolicą świata. Tak zapewne musiało się stać, by jego obraz zamieszkał w moim sercu już na zawsze. I tak coś zmiennego i ogromnego w swoim wiecznym falowaniu stało się jedynym stałym punktem odniesienia w tej wyprawie, bo przecież tak szybko zapomniałem o Afryce, farmie Msabu i starym, popijającym wiecznie Arthurze. Wysilałem wyobraźnię, by przedstawić sobie to wielkie miasto, ale na darmo. Choć mogłem spojrzeć na nie z góry, wejść w nie, zbliżyć się do jego podobno bardzo wysokich domów, położyć się na brzuchu i śledzić życie na wysokości oczu węża — obrazy rozmywały się już po chwili, nakładały się jeden na drugi i znikały. A to tylko dlatego, że zawsze jest inaczej. Gdybym ja jeszcze umiał znaleźć w sobie tę moją dawną czujność, uważność, uwagę. Tę wyspę ciszy i spokoju, którą mógłbym przeciwstawić morzu, miastu, nieznajomym ludziom, których miałem wkrótce spotkać. Ale zniszczył ją mój wstyd. Wstyd, że nie jestem, jak inni ludzie. Wstyd, że coś powinienem. Wstyd, że powinienem więcej. Wstyd, że ta powinność nie idzie w parze z moimi siłami i umiejętnością. Jad zazdrości nie miał jeszcze wtedy do mnie dostępu, dlatego też wstyd ubierał się w liche szmatki nieśmiałości. Zauważył to od razu kapitan Klepp.

— Nie rozumiem, drogi chłopcze — zawołał ze swojej kazalnicy — dlaczego twoi wychowawcy ciągną cię za sobą taki kawał świata, kiedy ty ledwie potrafisz wydukać kilka słów w ludzkim języku i z dnia na dzień robisz się cichszy i bardziej zamknięty w sobie, niż to było na początku. Wtedy jeszcze śpiewałeś jakąś dziką pieśń. Co to było, hę?

— Nic takiego, panie kapitanie, śpiewałem przed podróżą — odpowiedziałem grzecznie, zadzierając wysoko głowę.

— Do tych swoich bogów śpiewałeś? — upewniał się Klepp. — Ano radzę ci śpiewać jeszcze głośniej, bo czekają cię różne nieprzyjemne sprawy — poprawił zatłuszczoną czapkę gestem, jakby odganiał od siebie rój natrętnych much. — Już to widzę chłopcze, idziesz paryską ulicą, a tu nagle obskakuje cię stado tych, pożal się Boże, filozofów i każdy chce uścisnąć ci dłoń. Ty chcesz uciec, oni rzucają się w pogoń za tobą, dopadają cię, wprost wyrywają sobie twoją czarną łapę, potrząsają nią, wracają, znów potrząsają. Ściskają! — wrzasnął jakby z dojmującego bólu kapitan Klepp. — I twoja obrzydliwie nieśmiała twarz jest jedyną na to potrząsanie odpowiedzią. A czy ty wiesz, dlaczego panowie tak rwą się do potrząsania czarnej ręki? Mylisz się, jeśli pomyślisz, że są homoseksualistami polującymi na świeże mięsko. Nie, mój drogi. Oni wyznają pewne zasady, a mianowicie, że każdy uścisk dłoni, który dajemy Murzynowi w Paryżu, anuluje jedno brutalne uderzenie, które wymierzają ich pobratymcy w koloniach, ot co. Gramy dalej, Karomenya?

Klepp oblizał wargi, gotując się do prawdziwego kazania, a nie tylko luźnych uwag, gdyż zauważył zbliżającego się ociężale polskiego księdza Stasa.

— Ooo! — ucieszył się — jest i ten drugi podróżnik do domu niewoli. Proszę się zbliżyć, drogi panie księże. Występuję tu chwilowo w roli córki Priama, Kasandry. I jak zwykle słuchacze zdradzają na początku pewne współczucie i zainteresowanie, ale to oczywiście tylko pozory, za chwilę zakrzykną: „Milcz, nieszczęśliwa!”, bo — jak mawiają o niej mądrzy ludzie — im pewniejsza jest jej znajomość spraw przyszłych, tym większa jest jej samotność.

Ksiądz obracał paciorki w grubych palcach i nawet nie spojrzał na kapitana. Wydawało się, że w swoim ociężałym ciele znalazł dostateczne oparcie i schronienie i żadne, nawet najbardziej prowokujące słowo nie było w stanie wydobyć go stamtąd. Zdawał mi się wyciosany z jednego kawałka drewna, ale już w następnej chwili dostrzegłem, jak bryłą jego ciała wstrząsają dreszcze.

— A jakie to dziś proroctwa przygotował dla nas pan kapitan — zamruczał ksiądz pod nosem — może to nawet jakaś nowa ewangelia? Cóż, wracam do siebie po długich latach pracy i wiozę ze sobą najpiękniejszą pamiątkę Afryki — malarię. Nic mnie nie obchodzi stolica świata, jadę, bo muszę. Tyle.

— Proszę księdza — kapitan Klepp nie wydawał się zbity z tropu tak oschłą uwagą duchownego — to nie nowa ewangelia, lecz raczej trafne rozpoznanie znanych składników sytuacji i ich najbardziej prawdopodobnych skutków. Tyle — jak to pięknie zwykł kończyć zdanie pewien pasażer. W opisie zaś waszej sytuacji, drodzy panowie, posługuję się starym dobrym prawem wielorybników, którym zawsze zazdrościłem konkretu życia i niebezpieczeństw. Wstyd powiedzieć, ale ci dzielni ludzie na pewno nie uznaliby mnie za swojego człowieka, mimo że pływam tak jak oni po morzu. Mój frachtowiec to nie „Pequod”, a Klepp to nie Ahab. Poza tym za dużo gadam jak na wilka morskiego, voila mon coeur mis a nu.

Niewidzialne więzy krwi

Nie miałem pojęcia, Szanowny Lwie, co mogłoby mnie łączyć z polskim księdzem chorym na malarię i powracającym do domu. Dzieliło nas wszystko — od koloru skóry począwszy, a na wykształceniu skończywszy. Nie wspominam już o jego mrukliwym charakterze czy też stroju — wyświeconej na łokciach i tyłku sutannie. Łączył nas, co prawda, wspólny stół i niezgrabność w posługiwaniu się nożem i widelcem, ale kapitan Klepp nie zwrócił na to wcale uwagi. Klepp patrzył na nas jednak z głęboką litością, dostrzegając w nas jakieś niewidzialne więzy krwi.

— Na początku muszę was zaznajomić z owymi prawami, żeby wasz przyszły los stał się dla was choć nieco jaśniejszy — rzekł Klepp, nie bez odrazy myśląc o tym, że nasze lądowe pochodzenie musi mieć wpływ na naszą tępotę i zaślepienie. — Prawa te są niezwykle krótkie. Otóż, Ryba Przytrzymana należy do tego, kto ją przytrzymał. Drugie prawo: Ryba Wolna jest zwierzyną dozwoloną każdemu, kto ją pierwszy potrafi pochwycić… Ha, widzę, że nie pojmujecie. Tego się właśnie spodziewałem. Ale po cóż to istnieje cała tradycja mądrych komentarzy? Posłuchajmy więc: „Ryba żywa czy martwa wówczas nazywa się Przytrzymaną, kiedy jest połączona z obsadzonym przez ludzi statkiem lub łodzią za pomocą jakiegokolwiek środka, nad którym ów stanowiący obsadę człowiek czy ludzie mogą w ogóle panować…”. Wiem, co wam świta w głowie — że stary Klepp zwariował, ale mylicie się srodze, jestem całkowicie przytomny, ot co. Wy jesteście Rybą Przytrzymaną, a jakże! Czyż, drogi chłopcze, twojego kraju nie trzymają w pazurach Anglicy? A twoja ojczyzna, ojcze, czyż nie przypomina ryby przytrzymanej przez trzech dzielnych wielorybników? I wiem, co dojrzewa w waszych sercach… Bunt, drodzy panowie, wyzwolenie i takie tam rzeczy. Ale to pragnienie jest już spóźnione z górą o sto lat. Wciąż żyjecie w dziewiętnastym wieku, kiedy już, gdzieś tam, w głowach znudzonych rewolucjonistów na wygnaniu rodzi się pomysł na prawdziwego lewiatana, kaszalota, rybę, którą nie będzie można nazwać ani Przytrzymaną, ani Wolną… To będzie prawdziwy kaszalot — lewiatan: państwo! Nie kraj, ojczyzna, naród, lecz państwo. A wy — jak to widać na załączonym obrazku — pchacie się niefrasobliwie w sam jego pysk. Pysk doskonały! I to z czym, drodzy panowie! Z przekonaniem, że postęp w historii dokonuje się dzięki wiodącej działalności różnych narodów na kolejnych etapach dziejów. Paradne! Głupie zgoła!

 Ksiądz spojrzał ukradkiem i bez wielkiego przekonania na Kleppa. Widać miał go za łagodnie obłąkanego.

— Co mi tu pan świecisz jakąś rybą wolną i przytrzymaną, nie można tego wyrazić inaczej, po ludzku? — żachnął się. — I skąd pan to wszystko wiesz, jakie racje przemawiają za głoszeniem takich idiotyzmów?!

— Morze — odparł skromnie Klepp. — Morze, dobrodzieju. Napatrzyłem się na nie dostatecznie i wyciągnąłem z tych obserwacji naukę. A gdybym zanurkował bardzo głęboko i dotknął rybich pysków, szczęk, oczu i skóry, o których nam się tu nawet nie śni, ta nauka byłaby jeszcze bardziej smakowita, ale i bardziej straszna. Brakuje mi tylko języka, by ją przedstawić. Tak, języka na opisanie sytuacji całkowicie nowej, jedynej, niespotykanie okrutnej. Opisać to, co ma się zdarzyć? Ale jak? No właśnie, jak opisać nie pojedyncze już cierpienie, ale milionów mrowiących się jak insekty i posypywanych środkiem owadobójczym albo te gigantyczne, niewolnicze prace, kanały, tamy, bunkry i sztolnie? Lecz to nie wszystko. Dlaczego te miliony dadzą sobą zawładnąć? Staną bezradne i nawet zrównają w zasługach ofiary i oprawców, tym ostatnim przyznając rację? A poza tym — ten dotkliwy brak uczuć, współczucia, bo jakże rozczulać się nad milionem, kiedy ludzki umysł ogarnia śmierć w liczbie od jeden do dziesięciu. Dorzucą panowie jeszcze kilka zer i klops, kompletna klapa, wysiadka. Oto wpisana w wielkie liczby obojętność. Konieczność?

— Jaka tam konieczność, panie kapitanie — poruszył się nieco żwawiej ksiądz. — Nie wierzę w konieczność. Uczono mnie, że wystarczy kochać rodzinną rzekę, gniazdo bociana i podnosić z uszanowaniem chleb. Nie pluć w ogień, czcić ojca swego i matkę swoją. A morze? Morze to zachód słońca i woda jak inne wody — do przebycia, nic więcej. A o moją ojczyznę, tę rybę przytrzymaną, jak to pan łaskawie raczył powiedzieć, proszę się nie martwić. Będzie wolna. Jakoś to będzie. Jeśli my nawet zawiedziemy, to przecież ludzkie cierpienie, a zwłaszcza naszych poprzedników, nigdy nie idzie na marne. Ona zmartwychwstanie. Poleży w grobie i zmartwychwstanie. No a potem… hm… potem… potem wrócimy do zakazanych obrzędów, gospodarzenia według tradycji i wiary przodków, rodzinę uczynimy silną Bogiem, zagrody nasze nie dopuszczą lewiatana ani do progu. Nie raz i nie dwa krążył już blisko i co? Jakoś to było. Byle tylko zdrowie było — powtórzył już całkiem uspokojony — byle zdrowie było, mości panie kapitanie.

— Eee, co też ksiądz — obruszył się kapitan Klepp — cóż to, myślicie żyć jako naród wiecznie? A któż to wam zagwarantował, że będziecie istnieć do końca świata?

— Matka Boska, proszę szanownego pana kapitana — przymknął z wyrozumieniem oczy ksiądz Stas.

— I te wasze ofiary, ołtarze, zrywy… — wyliczał Klepp. — I wasza pamięć — dorzucił. Miałem okazję przyjrzeć wam się dobrze, i to nie tylko w Gdańsku. Szczerze powiedziawszy, w wadach i cnotach nie różnicie się zbytnio od innych nacji. I nie zgadzam się w tej kwestii z poglądami innych pasażerów tej łajby, ale to, co mnie rzeczywiście przeraża u was, to właśnie wasza pamięć. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że pamiętacie wszystko, ale tak naprawdę pamiętacie tylko to, co chcecie pamiętać, świństwa, grubsze grzechy zmiatacie pod dywan i przybijacie obcasem, a ja myślę, że to jest grube kłamstwo. Czcicie tych, co oddali życie, lecz kłótniami i pomówieniami potraficie niejednego żyjącego wpędzić do grobu, a nie sądzę, żeby wasz Kościół nauczał, że każda śmierć jest ofiarą. Niech ksiądz pamięta, nie każdy umierający za wolność chciał za nią umierać i nie każdy oddający w ofierze życie człowiek był taki piękny i szlachetny, jak się to zwyczajowo u was opisuje. No cóż, nie chcę nikogo siłą przekonywać, ostrzegam tylko, i choć nie zawrócę mojej starej łajby do Afryki, to jednak radzę zwiewać z Europy, jest jeszcze trochę czasu, gdziekolwiek, nawet na bezludną wyspę.

— A pan, panie kapitanie Klepp?
— Ja? Nie jestem tak do końca prorokiem według waszych kategorii. W tak granicznych sytuacjach obowiązuje mnie zasada giętkości. I zamierzam z niej skorzystać.

Tu kapitan Klepp odwrócił się od nas, rzucił krótką komendę do cynowej tuby przymocowanej tuż przy bocznej ścianie jego kazalnicy i zniknął. Poczuliśmy, jak pudłem statku wstrząsają dreszcze i wydawało się nam, że jego dziób zwraca się w stronę, z której przyszliśmy.

Twój Karomenya

Kazania kapitana Kleppa
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...