Za kogo Mnie uważacie?
fot. giuseppe mondi / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pytanie Boga

0 votes
Wyczyść

Nasza modlitwa nie jest Bogu potrzebna, niczego Bogu nie dodaje. Bóg nie dowiaduje się z niej niczego nowego. Nasze dziękczynienie nie sprawia, że On czuje się lepiej.

Podczas rekolekcji, które prowadziłem, postawiłem taką tezę: „Zagrożeniem dla nas nie jest diabeł, świat i pokusy. Największym zagrożeniem jest wewnętrzny stary człowiek, który skupiony jest na sobie, swoich problemach i brakach. Tak naprawdę większość spraw w naszym życiu rozpada się nie przez czynniki zewnętrzne, ale właśnie przez nas samych i nasze lęki”.

Uważam, że źródłem każdego naszego grzechu jest lęk. Boimy się, że jesteśmy mało wystarczalni w oczach Boga, ludzi i samych siebie, że nie dorastamy do różnego rodzaju oczekiwań, dlatego zaczynamy robić głupie i grzeszne rzeczy: zdradzamy, kłamiemy, oszukujemy, uciekamy w nałogi. Lęk jest tak silnym motywatorem naszych działań, że bardzo wiele decyzji podejmujemy pod jego wpływem. Później nazywamy to niedojrzałością psychiczną.

Lęk nie omija również naszej relacji z Bogiem.

Trzy obrazki

W Krakowie często mijam dominikańską bazylikę Trójcy Przenajświętszej. Czasami nad głównym wejściem do kościoła wisi baner. Ostatnio było to zaproszenie na rekolekcje akademickie. Wypisane na nim hasło brzmiało: „Czekając na Sędziego”. Przyjdą tłumy – pomyślałem od razu, bo wbrew deklaracjom, że Bóg jest Miłością i że jest dobry, wielu z nas podświadomie ciągnie do Boga, który jest straszny i który nas osądza.

Czasami pytam niektóre osoby: „Modlisz się?”. Najczęściej słyszę podobną odpowiedź: „Tak, odmawiam modlitwy”. Wtedy pytam jeszcze raz o to samo i odpowiedź nie jest już taka jednoznaczna. Wielu z nas myśli bowiem, że musimy się modlić, bo Bóg tego od nas wymaga. Jest w nas lęk przed Bogiem, którego trzeba w jakiś sposób religijnie obsłużyć.

Jeżdżę ostatnio do różnych kościołów, głosząc rekolekcje. Spotykam wiele osób o różnej mentalności i religijności, jednak w wielu miejscach natykam się na ten sam typ ludzi religijnych. Łączy ich agresywne chrześcijaństwo. Polega ono na tym, że odczuwają silną potrzebę obrony wiary, wartości i moralności chrześcijańskiej, bardzo często nie zważając na środki. Od zawsze mam przekonanie, że agresja (na jakimkolwiek tle) wiąże się ściśle z lękiem.

Te trzy obrazki mocno utwierdzają mnie w tym, że my – ludzie wierzący – mamy problem z miłością albo raczej z jej brakiem, a że natura nie lubi pustki, brak ten jest bardzo szybko wypełniany lękiem.

Wyobrażenie Boga

O Panu Bogu niewiele wiemy. Owszem, mamy objawienie w Piśmie Świętym, nauczanie teologiczne, poznajemy różne duchowości. Na tej podstawie tworzymy sobie jakieś wyobrażenie o tym, kim Bóg jest. Do tego należy dołożyć również osobiste doświadczenie Boga.

Kiedyś uświadomiłem sobie, że nasz język (jakikolwiek by on był) jest bardzo ograniczony. Słowa, których używamy, pozwalają nam się komunikować, ale przecież nigdy nie oddają wszystkiego tak, jakbyśmy chcieli.

Ten problem dotyczy także opisu Boga. Mamy prawo to robić, ale zawsze musimy pamiętać, że żadna definicja, podparta nawet wielkimi autorytetami, nie odda tego, kim Bóg jest i jaki jest. Ktoś, kto zapomina o tym założeniu, staje się fanatykiem religijnym, z którym nie ma dyskusji. Nie chodzi tutaj o relatywizm, że wszystko jest dobre i dozwolone, ale o pokorę w mówieniu o Panu Bogu.

Wspominam o tym dlatego, że ewangelizację bardzo łatwo zamienić w udowadnianie swoich racji. Różnica między tym, który głosi Ewangelię, a tym, który udowadnia rację, jest taka, że ten pierwszy startuje z pozycji nie tego, kto wie, lecz tego, który doświadczył. Kiedy udowadniam racje, nawet w „imię Boga”, wtedy startuję z pozycji kogoś lepszego, bo „wiem”. Człowiek, który stawia wyżej wiedzę o Bogu od doświadczenia Boga, bardzo często boi się Boga, bo Bóg (realny i prawdziwy) wymyka się każdej naszej definicji, a to z kolei rodzi w nas niepewność.

Bardzo ważne jest, by człowiek nieustannie (to powinien być jeden ze stałych elementów naszej modlitwy) sprawdzał swoje aktualne wyobrażenie o Bogu. Gdy robi się to dorywczo, od czasu do czasu, można odnieść wrażenie, że to wyobrażenie się nie zmienia, jednak uważny obserwator zauważy, że nie tyle samo wyobrażenie jest dynamiczne, ile okoliczności naszego życia się zmieniają, a to sprawia, że inaczej postrzegamy Boga.

Druga ważna sprawa dotycząca wyobrażenia o Bogu to kwestia wiedzy, którą nabywamy przez całe nasze życie. Okazuje się, że dla wielu wierzących osób podstawą ich religijności jest wiedza wyniesiona z wczesnoszkolnych lat edukacji. Niesamowite jest to, że ludzie się dokształcają, zdobywają doświadczenie, zmieniają ubrania, przyjaciół, pracę, miejsca zamieszkania, poglądy polityczne, a w tej jednej kwestii – wiedzy o Bogu – zostają na poziomie dzieci. Świetnie obnażają to dwie sprawy: język i lęk. Myślę, że wszyscy co jakiś czas w rozmowach słyszymy z ust dorosłych takie słowa, jak: Bozia, paciorek, koszyczek, mszyczka. O ile w nieformalnych rozmowach można to jakoś zrozumieć, o tyle z perspektywy konfesjonału widać, że wiele osób w ten właśnie sposób przeżywa swoją wiarę. I wcale nie chcą tego zmienić. Kiedy podczas rozmowy zachęcam do pójścia dalej, tak jak to zrobili w innych dziedzinach swojego życia, wtedy większość zasłania się tłumaczeniami, że to, co jest, wystarczy, że nie mają kompetencji, że tak jest bezpiecznie i wygodnie. Czasem wręcz wprost pytają: „A kim ja jestem, by to zmieniać?”. No właśnie, jesteś dzieckiem Boga – odpowiadam – a to pozwala ci szukać swojej niepowtarzalnej z Nim relacji. To, co wspólne z innymi, to synostwo, ale jak ono będzie się realizowało, to już bardzo indywidualna kwestia. Ludzie się tego boją. Nie chcą zmienić swojego wyobrażenia na temat Boga.

Bóg czegoś ode mnie chce

Od czasu narodzenia Jezusa, czyli od chwili, gdy Bóg stał się jednym z nas, człowiek nie powinien mieć już problemu z Bogiem.

Starotestamentalny Jahwe wpisywał się w klasyczny obraz Boga władcy, który kieruje człowiekiem i wyznacza mu drogi. Takiemu Bogu trzeba składać ofiary, być Mu posłusznym, a wtedy Bóg będzie człowiekowi przychylny. I powiedzmy sobie szczerze, taki Bóg pasuje człowiekowi. Takiego Boga człowiek się lęka, ale po wypełnieniu przepisanych rytuałów taki Bóg jest do okiełznania i, co najważniejsze, jest przewidywalny.

Od chwili narodzenia Jezusa człowiek ma problem przede wszystkim dlatego, że takie objawienie się Boga wymaga wejścia w osobistą relację. Bóg już nie rozkazuje, ale wprost pyta: „Za kogo Mnie uważacie?”. Z takim Bogiem trzeba nawiązać bliską więź, bo On prosi, by z Nim zamieszkać i jeść wspólnie posiłki. To byłoby jeszcze do zaakceptowania, jest nawet dla człowieka nobilitujące, wszak lubimy towarzystwo światowych ludzi.

Jezus wprowadza jednak coś całkowicie innego, coś, co w żadnej religii nie miało miejsca, a co sprawia, że człowiek czuje dyskomfort i lęk. Już nie przed Bogiem, ale przed samym sobą i koniecznością zmiany swojego myślenia i działania. Oto Bóg w osobie Jezusa służy człowiekowi. I to nie jest żadna pobożna przenośnia. To jest fakt.

Służba to uniżenie się jednej osoby przed drugą. Dobrowolne lub nie, ale uniżenie. Od tego wszystko się zaczyna. Bóg uniża się przed nami, w swoim wcieleniu. Udowodnił to w Wieczerniku, kiedy zdjął szaty, nalał wody i umył stopy tych, którzy przez trzy lata byli Jego uczniami. Piotr wystartował natychmiast do Jezusa z mową o swojej niegodności. Tak naprawdę – to moje odczucie – wystraszył się takiego Boga, który klęka przed nim i chce zrobić coś, co trudno przyjąć nawet od zwykłego kolegi, a co dopiero od Kogoś, kogo rozpoznał jako Mesjasza.

Okazało się, że Piotr i pozostali apostołowie mają przed sobą Boga, który nic od nich nie chce. Co więcej, pragnie być ich sługą. Taki Jezus wywraca im i każdemu człowiekowi na ziemi całe wyobrażenie o Bogu.

To jest Bóg, który nie daje się przekupić dobrymi uczynkami, wypracowanymi nawykami i wzniosłą pobożnością. On swoim uklęknięciem przed nami, a później zawiśnięciem na krzyżu, zrobił wszystko za nas. Okazuje się, że wybawienie jest darmową łaską. Więc co – nic już nie mamy robić? Nic, jeśli chcemy w ten sposób zasłużyć. Robić wiele, jeśli kochamy i chcemy na Jego dar odpowiedzieć. Taki jest sens naszego działania na rzecz Boga. Działanie jest odpowiedzią na Miłość.

Sfrustrowany

Kiedy jest się wiele lat przy Panu, można poczuć zmęczenie – sobą, Kościołem i Bogiem. Można się do Boga przyzwyczaić, uznać Go za oczywistość, bo „zawsze był w moim życiu”. Wtedy człowiek nie służy Bogu, ale to Bóg ma być tym, który jest na usługach człowieka, nawet jeśli człowiek dorabia do tego piękną ideologię walki o Boże wartości. Tak naprawdę chcemy wskoczyć na Jego miejsce i mówić Mu, kogo ma usunąć z pola widzenia i kogo zmienić, bo uważamy, że ten ktoś jest zły.

Taki sfrustrowany człowiek zamiast żyć Miłością, którą daje mu Bóg, zaczyna żyć lękiem o swoje status quo, które nie jest Bogiem, ale bożkiem, karmiącym się lękiem. Człowiek zmęczony swoim trwaniem przy Bogu, zamiast dostrzegać dobroć Boga i innych ludzi (co jest trudne), jest wpatrzony w swoje braki i rozżalenia.

Bóg nas niesamowicie obdarowuje, każdego z nas. Problem polega na tym, że czasem tego nie dostrzegamy. A nie dostrzegamy zawsze wtedy, kiedy zamiast patrzeć na dar, patrzymy na brak.

Sędzia, modlitwa i agresja

Choć bardzo lubimy mówić, że Bóg jest naszym Ojcem, to jednak bliższy jest nam obraz Boga Sędziego. Takie wyobrażenie jest dla nas do zniesienia, bo wiemy, czego się spodziewać po takim Bogu. Zrobię dobrze – pochwali, zgrzeszę – muszę się liczyć z karą. Jednak Bóg tę naszą karykaturę swojego wyobrażenia wykorzystuje na naszą korzyść. W rozumieniu biblijnym słowo sędzia ma inne znaczenie niż w języku potocznym. Sędzia to ten, który doprowadza wszystko do pierwotnego stanu, którym było życie w raju. Człowiek żył w nim w harmonii z Bogiem, nie bał się Boga. Osądzenie człowieka będzie polegało na naprawieniu ludzkiego serca, by człowiek znów zobaczył w sobie obraz Boga.

Nasza modlitwa nie jest Bogu potrzebna, niczego Bogu nie dodaje. Bóg nie dowiaduje się z niej niczego nowego. Nasze dziękczynienie nie sprawia, że On czuje się lepiej. Nasze prośby nie sprawiają, że On dowiaduje się czegoś nowego o naszych potrzebach. Nie mówiąc już o uwielbieniu, które przecież nie jest łechtaniem Jego boskiego ego. Modlitwa zmienia nasze patrzenie, poszerza nasze horyzonty, a przez to człowiek przestaje się bać, bo nie patrzy już tylko na siebie i swoją nędzę.

Człowiek, który przestaje się bać, nie musi być agresywny. Do tej agresji trudno się przyznać, bo często przybiera ona formę ewangelizacji – silnej potrzeby narzucenia Boga i wartości chrześcijańskich innym. Boimy się, że jeśli świat nie będzie wyglądał tak, jak chcemy – wszystko się rozpadnie. Problem w tym, że nam w małym stopniu zależy na Bogu, a bardziej na poczuciu bezpieczeństwa.

Nadzieja

Nie jest jednak tak źle, jakby się mogło wydawać. Nasz Bóg jest Tym, który chce zbierać tam, gdzie nie posiał (por. Mt 25,26), a więc jest Bogiem, który chce znaleźć dobro nawet tam, gdzie wydawałoby się, że go nie ma. Nie ma miejsca, w którym Bóg nie byłby obecny, również w naszych lękach.

I choć wielu z nas, świadomie lub nie, bardzo kocha lęk przed Bogiem, to jednak dla Boga nie jest to przeszkoda. On – jak z każdą słabością – świetnie sobie z tym radzi. Wykorzystuje do tego, byśmy Jego szukali, często po omacku, czasem aż do śmierci, ale wszystko to, co dla nas trudne, staje się wtedy drogą do Boga.

Bóg zawsze jest po stronie człowieka. Nie jest jeszcze jednym z wielu, których trzeba zadowolić, przekupić, dobrze przed Nim wypaść. Bóg jest skazany na to, by nas kochać. On nie potrafi inaczej i to jest nasza nadzieja. Bóg nie ma wyboru, tak jak my go mamy, zawsze możemy powiedzieć sobie i Jemu, że nasz sposób przeżywania wiary, oparty na naszych odczuciach, jest lepszy i ważniejszy. I to też jest dobra nowina, polegająca na wolności darmo danej.

Kiedy pojawia się lęk, nie możemy patrzeć na siebie i na to, co obecnie przeżywamy, ale mamy patrzeć na Boga, na tego, dla którego nie ma sytuacji bez wyjścia. Tylko patrzenie na Boga w takim momencie daje nam wolność i rozszerza horyzonty. Nagle okazuje się, że ja, tak bardzo spięty i skupiony na sobie, widzę inne możliwości, dzięki którym pozbywam się lęku.

Nie lękaj się

Biblia 365 razy powtarza na różne sposoby wezwanie: „Nie lękaj się”. Bóg doskonale wie, że człowiek często jest sparaliżowany lękiem, że lęk, wbrew temu, co deklarujemy, determinuje nasze decyzje. Dlatego właśnie Bóg chce zajmować się naszym lękiem, a nie oskarżać nas o to, że go odczuwamy.

To Zły próbuje nam wcisnąć kłamstwo, że musimy się lękać Boga i życia. Wykorzystuje nasze zranienia i słabości, by ten lęk podkręcać. Dlatego tak ważne jest słuchanie Boga, który z uporem powtarza każdemu z nas: NIE LĘKAJ SIĘ, JA JESTEM.

Za kogo Mnie uważacie?
Grzegorz Kramer SJ

urodzony w 1976 r. w Bytomiu – jezuita, pracował w duszpasterstwie powołań. Mieszka we Wrocławiu....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze