Nerw święty. Rozmowy o liturgii
Chrzest w pierwszym rzędzie nie jest nastawiony na usunięcie grzechu pierworodnego, choć oczywiście tak się dzieje, ale na wszczepienie w mistyczne ciało Chrystusa i na jedyną w swoim rodzaju relację z Bogiem, która daje pełnię życia.
Nie da się ukryć, że z sakramentem chrztu mamy dziś poważny problem, i to nie dogmatyczny, ale praktyczny. Rzeczywiście, po latach niestrudzonej katechezy, na szczęście także w perspektywie ekumenicznej, w końcu daliśmy się przekonać, że chrzest to coś niezmiernie ważnego. A zatem, przynajmniej teoretycznie, także z innymi chrześcijanami powinno łączyć nas wiele, by posłużyć się zwrotem Pawła Apostoła: „Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest” (Ef 4,5). Problem w tym, że owemu „wszystko jedno” często, jeśli nie coraz częściej, towarzyszy lekceważące machnięcie ręką. Zostawiając na boku meandry dialogu ekumenicznego, warto zapytać: Co w praktyce oznacza to, że zostałem ochrzczony? Czy ma to jakieś przełożenie, mniej lub bardziej widoczne, na życie codzienne? Być może w sekularyzującym się społeczeństwie, czyli takim, któremu niepostrzeżenie znika z oczu sens życia chrześcijańskiego, nie wystarczy tylko wiedzieć, Co o chrzcie mają do powiedzenia bibliści lub teolodzy, choć, bez cienia wątpliwości, to wiedza ważna i każdemu potrzebna, by relacji z Bogiem nie sprowadzić do emocjonalności lub do sfery „ludzkiego wymysłu”. Na próżno też zachwycać się szlachetną i godną wszelkiej pochwały instytucją katechumenatu, próbując go nawet w jakiejś części reaktywować, gdyż w obecnym kontekście, jakże odmiennym od starożytnego, z pewnością nie będzie to propozycja dla wszystkich. Od już ochrzczonych trudno wymagać, by ponownie przywdziali pochrzcielną białą szatę, z której dawno wyrośli, lub by z antyczną surowością traktować ich jak katechumenów, przymykając oko na drobny fakt, że od dawna nimi nie są. Jak zatem sprawić, aby na poziomie praktycznym doniosłość chrztu nie pozostała pięknie brzmiącym frazesem, lecz odkryć go jako źródło zdolne przemienić chrześcijańską rzeczywistość?
Intelekt i cielesność
Zacznijmy od prostej, z pozoru banalnej obserwacji, mającej jednak daleko idące konsekwencje: jeśli chrzest naprawdę dotyka człowieka, to musi go dotykać w całości, angażując nie tylko duszę czy intelekt, lecz także cielesność. Chrzest bowiem, to nie tylko słowa, które należy wypowiedzieć, które warto pamiętać czy analizować, ale także konkretne, widzialne gesty, jak polanie lub zanurzenie w wodzie. Dlaczego to takie istotne? Bo już na starcie ustanawia schemat relacji z Bogiem, na który składają się zarówno słowa, jak i znaki, razem tworząc spójną całość. W tym między innymi była ukryta tajemnica skuteczności katechumenatu: mających przyjąć chrzest od samego początku empirycznie uczono, poprzez ściśle określone gesty, że nie istnieje chrześcijaństwo czysto intelektualne. Potrzebujemy przecież naszego ciała choćby po to, by dobrze się modlić! To z szacunku do ciała postrzeganego jako świątynia Ducha Świętego (por. 1 Kor 3,16; 6,19) chrześcijanie, nie lękając się śmierci fizycznej, chcieli mieć obok siebie relikwie świętych i groby bliskich, wewnątrz miast, a nie poza murami, co stanowiło istotną nowość. Nawet jeśli banalne wydaje się stwierdzenie, że ochrzczony powinien szanować cielesność, to jednak wcale nie brakuje tych, którzy chrześcijaństwo, czy religię w ogólności, sprowadzają do sfery czysto duchowej lub jednostkowej. Chrzest tymczasem – co dobitnie pokazuje sama ceremonia – zakłada obecność innych: został ochrzczony – podkreślmy zastosowaną tu stronę bierną – to znaczy otrzymał sakrament od kogoś innego, co więcej, dokonało się to w mniej lub bardziej uroczystym kontekście liturgicznym.
Z tych pierwszych obserwacji możemy wydobyć już całkiem sporo. Po pierwsze, nie istnieje chrześcijaństwo czysto duchowe, lub może jeszcze dosadniej, nie istnieje chrześcijaństwo bezobjawowe, pozbawione materialnych znaków, które miałoby się dokonywać wyłącznie w relacji „Bóg – ja”. Do lamusa należy więc odłożyć pobożne stwierdzenia: Wystarczy, że się sam pomodlę, na przykład na łonie natury, bo tam namacalnie czuję bliskość Boga, albo sam sobie poczytam Pismo Święte. Nie deprecjonując modlitwy indywidualnej czy własnych poszukiwań, chrześcijanin nie może żyć bez innych chrześcijan, nie może żyć bez Kościoła. Bo kto stwierdził, kontynuując wcześniejszy przykład, że tych kilkadziesiąt ksiąg Biblii napisano pod natchnieniem Ducha Świętego, jeśli nie zgromadzony na modlitwie Kościół? Nikt przecież, zakładając nawet najszczersze pragnienia, nie może ochrzcić samego siebie, bez względu na to, ile wylałby na siebie wody. Potrzebujemy Kościoła i jego pośrednictwa, przy wszystkich jego instytucjonalnych słabościach i niedociągnięciach. Potrzebujemy liturgii, czyli modlącego się Kościoła, w czasie której jako pierwszy działa Bóg, ponieważ przynajmniej raz w życiu każdy z nas w taki sposób, w takim kontekście został zrodzony jako chrześcijanin. Odkryć zatem doniosłość własnego chrztu to odkryć, że na wiarę składają się zarówno mój intelekt, jak i cielesność, że liturgia, w której chcę uczestniczyć, to przestrzeń, w której działa sam Bóg, jakkolwiek górnolotnie by to brzmiało.
Dwa chrzty
Skoro jesteśmy przy temacie liturgii, warto wspomnieć, że w tradycji istniały dwie paralelne interpretacje chrztu. Pierwsza, która zwyciężyła w naszej przestrzeni kulturowej, z którą jesteśmy obyci i osłuchani, widzi chrzest przez pryzmat grobu, by powtórzyć urywek Listu do Rzymian:
Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca. Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie (Rz 6,3–5).
Zacytowany fragment warto przeczytać w szerszym kontekście choćby dlatego, że doskonale pokazuje, jak Paweł Apostoł mierzy się z problemem uwolnienia od grzechu, także pierworodnego, dzięki któremu człowiek staje się święty.
Druga tradycja traktowała chrzcielnicę jako łono Kościoła, co więcej, łono zapłodnione zbawczym działaniem Jezusa Chrystusa. Owocem tej mistycznie płodnej miłości są chrześcijanie, nowo narodzeni do królestwa Bożego. Tradycja, o której mowa, inspirowała się słowami Jezusa z nocnej rozmowy z Nikodemem:
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem. Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić. Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha (J 3,5–8).
Notabene w czasach soboru trydenckiego ta interpretacja powodowała tyle trudności, że trzeba było jasnej deklaracji: „Gdyby ktoś mówił, że prawdziwa i naturalna woda nie jest konieczna do udzielania chrztu, a więc że słowa Pana naszego, Jezusa Chrystusa: »Gdy się kto nie odrodzi z wody i z Ducha Świętego« dotyczą pewnej przenośni – anatema sit”. Obie tradycje doskonale zachowały się w najstarszych pokładach liturgii rzymskiej, tak w modlitwie, jak i w gestach, to znaczy wtedy, gdy błogosławi się wodę chrzcielną. Zdarza się, niestety, że z racji swojej długości modlitwa ta odmawiana jest niedbale lub, co gorsza, bywa w ogóle pomijana. Po przypomnieniu wydarzeń z historii zbawienia zapowiadających łaskę chrztu świętego wkłada się do chrzcielnicy – nie bez powodu w sposób obrazowy i nader dosadny – albo paschał (Wigilia Paschalna), albo rękę, mówiąc:
Wejrzyj na swój Kościół i racz mu otworzyć źródło chrztu świętego. Niechaj ta woda przez Ducha Świętego otrzyma łaskę Twojego Jednorodzonego Syna, aby człowiek, stworzony na Twoje podobieństwo i przez sakrament chrztu obmyty z wszelkich brudów grzechu, odrodził się z wody i z Ducha Świętego do nowego życia dziecka Bożego. Prosimy Cię, Panie, niech przez Twojego Syna zstąpi na tę wodę moc Ducha Świętego, aby wszyscy, przez chrzest pogrzebani razem z Chrystusem w śmierci, z Nim też powstali do nowego życia.
Dlaczego to takie istotne?
Chrzest nie jest nastawiony przede wszystkim na usunięcie grzechu pierworodnego, choć oczywiście tak się dzieje, ale na wszczepienie w mistyczne ciało Chrystusa i na jedyną w swoim rodzaju relację z Bogiem, która daje pełnię życia. Odkryć doniosłość własnego chrztu to nie tyle stwierdzić, że nie mam grzechu pierworodnego, jak gdyby celem egzystencji chrześcijańskiej miała być „doskonała bezgrzeszność”, ale to coś znaczenie więcej! To nie traktowanie Boga czy Kościoła w sposób funkcjonalny, jak skrzynki intencji albo funduszu inwestycyjnego, dzięki któremu mogę wypracować nieśmiertelność. To odkrycie chrześcijańskiej dignitas – godności, która oznacza nie tyle, że stałem się „dygnitarzem kościelnym”, lepszym od nieochrzczonych, apologetycznie broniącym eklezjalnych struktur, ile, zgodnie ze starożytną etymologią słowa, że mam absolutnie wszystko i zostałem wyposażony w taki sposób, by wygrać walkę z Szatanem. Nie lekceważąc wroga, nie muszę się już bać lub nerwowo doszukiwać grzechów tam, gdzie ich nie ma. Mogę doświadczać miłosiernego wzroku Ojca, który pomimo grzechu pozostaje wierny swojej miłości, nie stając się równocześnie klepiącym po plecach kumplem, z banalnym tekstem: „Nic się nie stało”.
W ten sposób dotarliśmy do momentu centralnego, w którym, by odkryć prawdziwe znaczenie chrztu, trzeba uznać, że liczę się nie tylko ja, wraz z duszą i ciałem, nie tylko inni i Kościół, od których mogę otrzymać sakrament, i to zanim rozpocznę jakąkolwiek inną aktywność. Jest coś bardziej fundamentalnego. To wspólnota imienia z Ojcem, Synem i Duchem Świętym, wspólnota, która pozwala zamieszkać razem z Nim i w Nim, jak małżonka, która rozpoczyna w chwili ślubu wspólnotę nazwiska ze swoim mężem. Nad każdym chrześcijaninem zostało wypowiedziane imię: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. A zatem przez chrzest imię każdego chrześcijanina zostaje sakramentalnie włączone w imię Boga, w Jego niezniszczalne życie, ma szansę stać się Jego atrybutem, jak gdyby Jego własnym imieniem, i to w mocniejszy sposób niż starotestamentalni patriarchowie Abraham, Izaak i Jakub. Oznacza to prawdziwą rewolucję: jak Syn par excellence jest imieniem Ojca, podobnie każdy ochrzczony, ze wszystkimi konsekwencjami tego stwierdzenia, jest przeznaczony do bycia synem, do zamieszkania w domu Ojca.
Domownicy Boga
Po raz kolejny zapytajmy, jak te wzniosłe stwierdzenia przełożyć na życie codzienne? Być domownikiem Boga znaczy tyle, co nie musieć zarabiać na Jego miłość, to być dziedzicem nastawionym na słowo Ojca, nie aktywistą liczącym na własną skuteczność, to nie musieć wypełniać na siłę drobiazgowych przepisów religijnych, aby zadowolić patrzącego na ręce pracodawcę. Nie brakuje podręcznikowych chrześcijan, dla których wiara, zamiast dawać wyzwolenie i wewnętrzną wolność, staje się uciemiężeniem i początkiem zniewolenia. Być domownikiem Boga to mieć w Jego bliskości swobodę dziecka, „śmiały przystęp do Ojca” (parresia; Ef 3,12), to chcieć, a nie musieć przebywać w Jego obecności. Czy oznacza to, że znikają wszelkie pytania i wątpliwości? Przeciwnie. Skoro zbliżamy się do światłości – „Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia” (J 8,12) – nie powinno nas dziwić, że widzimy więcej, choć nie od razu wszystko rozumiemy. Po wejściu do mrocznego pomieszczenia z początku rozpoznaje się wyłącznie kontury; z czasem, gdy otworzy się okna i wpuści więcej światła, obraz staje się wyraźniejszy. Widać więcej, także i brudu. Oczywiście, można posprzątać, ale by naprawdę czuć się u siebie, trzeba zaaranżować przestrzeń na nowo. Podobnie w odkrywaniu wielkości chrztu konieczny jest dialog wiary, która jest pytaniem i odpowiadaniem. Nie wystarczy pójść do spowiedzi, aby wypowiedzieć grzechy i usłyszeć rozgrzeszenie, niczym do „wróżki” wyposażonej we „władzę odpuszczania grzechów”, by zetrzeć kurz i przypadkiem nie poprzestawiać niczego. Potrzebne są pytania i odpowiedzi, które na nowo zaaranżują przestrzeń chrześcijańskiego życia, czasem brutalnie dotykając jego fundamentów. Nie można w nieskończoność odkurzać kojca z zabawkami dla dzieci, utwierdzając się w przekonaniu, że dla czterdziestolatka to najlepsze miejsce, dające sentymentalne wspomnienia i poczucie bezpieczeństwa. Będąc domownikami Boga, potrzebujemy wzrostu w wierze, a ten dokonuje się między innymi przez otwartość na zmiany.
Znów warto sięgnąć do sprawdzonej instytucji starożytnego katechumenatu, w której formuła udzielania sakramentu miała kształt dialogu, czyli inny niż dzisiaj, kiedy wypowiadane są słowa „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Przez wiele wieków stojącemu w sadzawce katechumenowi zadawano pytania: „Czy wierzysz w Boga Ojca Wszechmogącego?”; dalej analogiczne pytania dotyczące Syna i Ducha. Zanurzenie w wodzie następowało tylko po udzieleniu pozytywnej odpowiedzi na każde z nich. Forma sakramentu, której obecnie używamy w momencie odnowienia naszego chrztu, niedwuznacznie sugeruje, że wiara jest wezwaniem i przyjmowaniem tego, co jest dawane, aranżowaniem przestrzeni na różnych etapach życia. Jest czas, gdy wystarczają nam odpowiedzi egzystencjalne, lecz nie zawsze tak będzie. Nie należy się bać wątpliwości, jak gdyby były one wstydliwym obnażeniem niewiary. „Niewiara Tomasza pomogła nam bardziej uwierzyć niż wiara pozostałych uczniów” (św. Grzegorz Wielki). Wiara jest cierpliwym, wymagającym odpowiedzi i czasu, przyjmowaniem, aranżowaniem chrześcijańskiej przestrzeni życia, wchodzeniem we wspólnotę imienia Ojca, Syna i Ducha także dzięki trudnym pytaniom.
Jak więc odkryć wielkość własnego chrztu? Jak żyć nim na co dzień? Po pierwsze, trzeba zwrócić uwagę, w jaki sposób patrzymy na siebie. Nie redukujmy swego chrześcijaństwa tylko do intelektu lub tylko do ciała: nie istnieje ochrzczony, który byłby wierzący niepraktykujący albo, co gorsza, praktykujący niewierzący. Do dialogu w wierze naprawdę potrzebujemy cielesności i intelektu. Nie traktujmy wiary jak kawy instant, dającej kopa tylko na chwilę, lecz cierpliwie szukajmy odpowiedzi adekwatnych do naszego stanu i wieku. W chwili kryzysu nie bójmy się zaufać Kościołowi! To on, zbawczą mocą Chrystusa, dał nam chrzest, przez który zostaliśmy wyposażeni we wszystko, co potrzebne w chrześcijańskiej codzienności. W końcu przez chrzest zostaliśmy konsekrowani, weszliśmy we wspólnotę imienia z Ojcem, Synem i Duchem Świętym, by w Nim i z Nim zamieszkać… na zawsze.
Oceń