Wenezuela to ma szczęście
fot. vamshi vangapally / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pierwszy List do Koryntian

0 opinie
Wyczyść

Lipiec i sierpień to dla dziennikarzy tak zwane trudne miesiące. Niektórzy z nich są uprzywilejowani: to ci, którzy akurat lenią się na urlopach (choć przecież nikt nie wypoczywa przez pełne dwa miesiące), ci, którzy znają się na rolnictwie i mogą coś napisać o ogórkach, ci, którzy specjalizują się w potworach żyjących w głębinach jezior, oraz ci, którzy śledzą perypetie celebrytów. W lipcu i sierpniu celebryci zazwyczaj też wyjeżdżają na urlopy, a wtedy można opublikować jakiś fajny fotoreportaż z jachtu albo zbadać, który aktor ma nową partnerkę i który piosenkarz pokłócił się z żoną.

Tak było w każdym razie do niedawna. Zarówno w prasie uchodzącej za poważną, jak i w tabloidach. W telewizyjnych programach informacyjnych i w kolorowych magazynach. Kłopot w tym, że we współczesnych mediach lipiec zaczyna się w styczniu i trwa przez okrąglutki rok.

Pal licho, gdy dotyczy to gazet i stacji, które i tak od lat skupiają się wyłącznie na ogórkach, potworach i celebrytach. Gdy jednak choroba dotyka mediów z wyższej półki, należy się zastanowić nad tym, co jest prawdziwą przyczyną dzisiejszego kryzysu dziennikarstwa.

Newsy o ogórkach nie są wcale najbardziej widocznym symptomem tej dolegliwości. Paradoksalnie, dostrzegamy ją dopiero wtedy, gdy np. w jakimś popularnym kanale telewizyjnym, uznawanym za nowoczesny i wpływowy, pojawi się… coś ciekawego. Podczas turnieju na kortach Wimbledonu w jednej z takich stacji obejrzałem bardzo ciekawy reportaż o historii londyńskich zawodów, z archiwalnymi zdjęciami, szczyptą statystyki, anegdotami o ścisłych przepisach dotyczących koloru strojów czy o tonach truskawek zjadanych przez kibiców. Trwało to może pięć minut, ale było smaczne, ciekawe, intrygujące. Gdybym był przybyszem z innej planety, zapewne musiałbym się przez chwilę zastanowić, skąd pomysł na reportaż o Wimbledonie, którym przez kilka ostatnich lat żaden redaktor owej stacji się nie zainteresował. Ale oczywiście wiedziałem, że kolegów z telewizji zmusiła do tego kroku Agnieszka Radwańska, która grała tak fantastycznie, że trzeba było coś z tym fantem zrobić.

Pomyślałem wówczas: a wcześniej, przepraszam, Wimbledon nie był ciekawy? Truskawki nie były ciekawe? Czy nie można było nakręcić równie zajmującego reportażu o turnieju im. Rolanda Garrosa? Czy o jakiejkolwiek innej, ważnej i atrakcyjnej medialnie imprezie sportowej, o której nad Wisłą pies z kulawą z nogą nie słyszał? Czy naprawdę Polka musi dojść do finału Wimbledonu, żeby coś się zmieniło?

Okazuje się, że właśnie te media, które nieustannie narzekają na nasze „narodowe kompleksy” i które stroją się w pióra „europejskości”, są najbardziej polonocentryczne w opisywaniu świata – i to w najgorszym znaczeniu tego słowa. Nie tkną się żadnego poważniejszego tematu, dopóki nie dogrzebią się w nim jakichś poloników.

Weźmy przykład pierwszy z brzegu: republikańskie prawybory w Stanach Zjednoczonych. Interesujące? Bez wątpienia. Można je sprzedać w atrakcyjny sposób? Na milion sposobów. Czy ktoś w ostatnich miesiącach widział jakiś materiał o republikańskich prawyborach w jakiejkolwiek polskiej telewizji? A dlaczego go nie było? Bo prawybory były interesujące tylko wtedy, gdy startował w nich były gubernator Minnesoty Tim Pawlenty, polityk polskiego pochodzenia. Od momentu, gdy wycofał się z wyścigu (a było to blisko rok temu), można się było z czystym sumieniem zająć dwugłowymi krowami i przez 24 godziny na dobę opowiadać o skutkach gradobicia na Rzeszowszczyźnie.

Dobra wiadomość jest taka, że jeszcze nic straconego. Jeśli Mitt Romney postawi na Pawlenty’ego jako swojego kandydata na wiceprezydenta (choć szanse są nikłe), wtedy amerykańska polityka triumfalnie powróci na ekrany polskich telewizorów, a dziennikarze rozjadą się po kraju, w poszukiwaniu ciotek i kuzynów byłego gubernatora. Jeśli zaś Pawlenty nie zostanie kandydatem na wiceprezydenta, o wyborach w Stanach Zjednoczonych usłyszymy zapewne na tydzień przed dniem głosowania. Dowiemy się wówczas… kogo ma zamiar poprzeć chicagowska Polonia.

Podobnych przykładów można by przytaczać bez liku. Nie wiem, co skłoniłoby polskie media elektroniczne, aby przyjrzały się napiętej sytuacji na granicy turecko-syryjskiej. Chyba tylko pospieszna ewakuacja polskich turystów z jakiegoś kurortu nieopodal Antalyi. A kiedy dowiemy się, co słychać we Włoszech pod rządami Maria Montiego? Kiedyś sprawa była prosta: gdy premierem był Silvio Berlusconi, przynajmniej można było pokazać parę zdjęć roznegliżowanych kurtyzan, a teraz? Trudno, trzeba chyba poczekać na bankructwo włoskiego Unicreditu, właściciela Pekao SA, czego oczywiście nikomu nie życzę. A czego może się dowiedzieć polski widz i czytelnik o współczesnych Niemczech? Że rządzi nimi twardą ręką Angela Merkel i że w piłkarskiej reprezentacji tego kraju grają Łukasz Podolski i Mirosław Klose. I to by było na tyle.

Jest za to jeden kraj, który za trzy miesiące na pewno trafi do serwisów informacyjnych polskich telewizji. Tym krajem jest Wenezuela. Dlaczego akurat Wenezuela? Bo głównym rywalem Hugo Cháveza w wyborach prezydenckich będzie niejaki Henrique Capriles Radonski. Czyli nasz chłopak.

Wenezuela to ma szczęście.

Wenezuela to ma szczęście
Marek Magierowski

urodzony 12 lutego 1971 r. w Bystrzycy Kłodzkiej – iberysta, absolwent hispanistyki na UAM, dziennikarz prasowy, polityk i dyplomata, ambasador RP w Izraelu (25.06.2018 - 07.11.2021), ambasador RP w Stanach Zjednoczonych (od 23.11.2021r.)....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze