„Cymbał, co się po świecie przedyndał…”
fot. andrew buchanan / UNSPLASH.COM

„Cymbał, co się po świecie przedyndał…”

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 opinie
Wyczyść

Kiedy człowiek wychodzi poza opactwo, to na pewno nie traci czasu, chociaż niewątpliwie jest to jakieś rozproszenie zewnętrzne. Ale takie są koszty wliczone w wyjazd.

Anna Sosnowska: Właśnie wrócił ojciec z Ukrainy, gdzie prowadził rekolekcje dla sióstr. Ale przecież w czasie ojca pobytu kończyły się mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Wybrał się ojciec na mecz finałowy?

Leon Knabit OSB: Na meczu nie byłem, ale leciałem na Ukrainę dzień przed jego rozegraniem, więc w samolocie spotkałem wielu kibiców i dziennikarzy. Po drodze rozmawiałem z niezwykle sympatycznym Włochem. Ja wprawdzie po włosku mówię pięć słów, ale z nich udało mi się ułożyć najpierw trzy zdania, potem cztery, a potem jeszcze ułożyłem krótką piosenkę w tym języku. Wydukałem przy okazji trochę informacji o naszym klasztorze, na przykład taką, że jest jeszcze starszy ode mnie, bo założony w 1044 roku.

Gdy się Polak spotka z Włochem, to muszą w końcu w rozmowie zahaczyć o papieża.

Tak, on pytał o Jana Pawła II, więc opowiedziałem mu o naszej znajomości od 1957 roku, kiedy to papież był jeszcze taki semplice sacerdote [prosty ksiądz], tylko trochę mniej semplice, bo zdążył już zrobić doktorat. Potem spotkałem tego Włocha jeszcze raz, już w Kijowie. Na drugi dzień Ojciec Opat przysyła mi artykuł z „La Repubblica”, bardzo zresztą sympatyczny, napisany przez tego człowieka i opublikowany wieczorem jeszcze tego dnia, kiedy się spotkaliśmy. Nie miałem pojęcia, że on jest dziennikarzem. Napisał o papieżu – przyjacielu wszystkich ludzi – oraz o mnichu pogodnym i wesołym.

Udało się ojcu coś zwiedzić w Kijowie, czy od razu ruszył ojciec do sióstr?

Chciałem przynajmniej przejechać przez Kijów, odświętnie z okazji Euro 2012 przystrojony. Mijaliśmy Stadion Olimpijski – bardzo ładny, musieliśmy też oczywiście zajrzeć do katedry św. Aleksandra, bo to patron i mojej mamy, i mojego taty. Spotkaliśmy tam pana słusznej postawy w fioletowej koszuli i kamizelce, który okazał się arcybiskupem Pietrem Malczukiem. Oddaliśmy mu należny hołd, pocałowaliśmy się po rękach wzajemnie (śmiech), ja z szacunku, on dla żartu. Zaprosił nas na obiad, ale podziękowaliśmy, bo musieliśmy ruszać do sióstr do Żytomierza. Skończyło się na kawie.

Jak się ojcu jechało ukraińskimi drogami?

Autostrada Lwów-Kijów jest wspaniała, choć standard oceniłbym może nie na sto, ale na osiemdziesiąt procent. Sam Żytomierz to piękne miasto, pełne zieleni, mieszka tam ok. 300 tys. ludzi. Oczywiście przed jednym z rządowych budynków stoi pomnik Lenina. Klasztor sióstr został wybudowany, jak to w tradycji benedyktyńskiej zawsze bywa, na wzgórzu. Mieszka tam siedemnaście mniszek. Założenie jest takie, że one swoją działalność apostolską powinny prowadzić raczej na terenie klasztoru niż na zewnątrz. Więc ściągają do siebie ludzi, zapraszają prelegentów, zajmują się młodzieżą i rodzinami, a kaplica, atmosfera tego miejsca i modlitwa sióstr mają pomagać innym w odnajdowaniu sensu. Ci, którzy przychodzą do mniszek – nie ma ich tak wielu, na mszy św. było kilkadziesiąt osób – są gorliwi. Ponieważ na Ukrainie nie spotyka się u ludzi pobożności wynikającej z tradycji, bo ta została skutecznie stłamszona przez reżim komunistyczny, to łatwo tam zobaczyć, że nie da się na dłuższą metę żyć bez Absolutu, bez poczucia jakiegoś głębszego sensu. Tylko przez pewien czas można potrzeby duszy zakleić pieniędzmi, narkotykami, seksem, ale w końcu to nie wystarcza.

Był ojciec już w tylu różnych miejscach, a z tego, co wiem, to jeszcze nie koniec ojca wojaży po świecie. Co daje takie podróżowanie?

Przede wszystkim dla mnie te podróże nie są czymś koniecznym, bo nie wstąpiłem do opactwa w Tyńcu po to, żeby jeździć, ale po to, żeby „wojować pod regułą i opatem”. Każdy z mnichów jest przypisany do konkretnego klasztoru, czyli ja nie jestem mnichem w ogóle, ale jestem mnichem Benedyktyńskiego Opactwa Świętych Apostołów Piotra i Pawła. To przełożony, patrząc na potrzeby klasztoru i potrzeby Kościoła, wyznacza proporcje między pracami apostolskimi w opactwie, a pracami apostolskimi w kraju i za granicą.

Albo pracami apostolskimi w innym opactwie. Ojciec przecież „porzucił” na jakiś czas Tyniec i mieszkał w Lubiniu.

Zostałem posłany do tamtejszego klasztoru na dziesięć lat. W dodatku miałem tam być przełożonym. Kiedy to usłyszałem, powiedziałem: „Przecież ja się nie nadaję na przełożonego”. Opat mi na to: „A ja to się nadaję?”. Co więc miałem mu odpowiedzieć w takiej sytuacji? Że się nie nadaje? (śmiech). Po siedmiu latach przestałem tam być przełożonym, ale jeszcze trzy lata byłem proboszczem. Potem wróciłem do Tyńca na moje stare śmieci, żeby spokojnie umrzeć, bo miałem przecież już 60 lat, więc człowiek myślał, że to schyłek.

Chyba niewiele ojcu wyszło z tych planów?

No tak, dopiero wtedy się zaczęło! – pisanie książek, programy w telewizji i cała ta tak zwana popularność ojca Leona.

Wróćmy jeszcze do podróżowania. Mówi ojciec, że nie jest ono czymś koniecznym. Ale pewnie może być pożyteczne?

Jest takie powiedzonko pochodzące z języka angielskiego: „Cymbał, co się po świecie przedyndał, nad cymbałem góruje, który nie podróżuje”.

Bardzo ciekawe jest oczywiście poznawanie ludzi. Można się wtedy zmierzyć ze stereotypami czy przypomnieć sobie, że Pan Bóg stoi ponad prawem kanonicznym. Weźmy taką Ukrainę. Niekiedy dla dobra tych ludzi, wczuwając się w Pana Jezusa, któremu żal było tłumu, odpuszcza się pewne rzeczy związane z kościelną dyscypliną. Robi się to tylko dlatego, żeby człowieka utrzymać przy wierze. Człowieka wielu spraw nieświadomego, który czegoś mógł nie wiedzieć, więc nie ma w tym jego winy. Na przykład kobieta żyjąca od czterdziestu lat bez ślubu z mężczyzną, który tego ślubu nie chce za żadne skarby świata, pragnie przystępować do komunii świętej. Takie sytuacje uczą szerszego spojrzenia na rzeczywistość.

Pewnie dopiero po śmierci zobaczę, co tak naprawdę dały mi moje podróże i spotkania z ludźmi. Może moje „ja” wykwitło właśnie z tych doświadczeń? Kiedy nie wyjeżdżałem, nie byłem taki dojrzały, jak jestem dzisiaj.

Wizyty w różnych miejscach to także doświadczanie innego niż nasz Kościoła. Czuje się ojciec w Kościele ukraińskim, angielskim, włoskim jak u siebie?

Właśnie ostatnio się egzaminowałem pod tym kątem i tak rzeczywiście jest. Gdyby przełożeni kazali mi zostać na przykład u sióstr na Ukrainie czy w Londynie, gdzie teraz mieszka masa Polaków, to bym został.

Jednak w czasie wizyt, które trwają kilka czy kilkanaście dni, zawsze towarzyszy mi świadomość, że ta moja obecność tutaj jest chwilowa, a moim domem, niezmiennie, pozostaje Tyniec. Tu mam swoje miejsce w chórze, refektarzu, w swojej celi z widokiem na Babią Górę – gdy otworzę okno, to 50 km zieleni rozciąga się przede mną.

I nie rozmyśla ojciec, że gdzieś może byłoby fajniej, ciekawiej?

Nie, nie ma we mnie takich żalów. Lubię wyjeżdżać, ale lubię i wracać. To jest ważne, bo ma się wtedy więcej pogody ducha. Niektórzy mnisi narzekają: znów kłopot, pakować się trzeba, pewnie upał będzie, na granicy może nie być spokojnie. A we mnie jest radość wielka z możliwości zobaczenia różnych miejsc i przyjrzenia się tamtejszym ludziom. Jednak te wszystkie podróże nie osłabiły mojej miłości do Tyńca.

Propozycje wyjazdu, zaproszenia przychodzą bezpośrednio do ojca, czy najpierw trafiają do opata?

Zasadniczo przechodzą przez ręce Ojca Opata. Chyba że ktoś się nie zna na tych naszych benedyktyńskich procedurach i przysyła maila do mnie, to ja go wtedy od razu przekazuję przełożonemu i proszę o jego opinię. To ma i taką zaletę, że opat wszystko zapisuje w swoim grafiku, więc od razu widzi, czy wyjazd w danym terminie jest możliwy. Bo ja daru bilokacji jeszcze nie mam.

Wszystko się jeszcze może zdarzyć, ojcze!

No tak, jeśli byłem w Żytomierzu, mając 82 lata, to rzeczywiście wszystko się jeszcze może zdarzyć.

Bywa tak, że ojcu bardzo na jakimś wyjeździe zależy, więc prosi ojciec opata o pozwolenie?

Rzadko. Zresztą ja bym z radością posiedział pół roku w klasztorze. Uporządkowałbym wtedy archiwalia, zdjęcia i inne materiały do kroniki, ponieważ wiem, jaki to kłopot, kiedy mnich umrze i nie zostawi po sobie uporządkowanej schedy. A ja mam sporo tych rzeczy. Kiedyś o. Paweł Szczaniecki, historyk, powiedział mi: „Pamiętaj, że świstek, który dziś chcesz wyrzucić, za rok może już być coś warty”.

Wszystko ojciec zbiera? Listy, notatki?

Mam bardzo dużo zdjęć, a wielu z nich jeszcze nie opisałem, co należałoby zrobić, póki pamięć nie zawodzi. Jak człowiek siedzi na jednym miejscu 54 lata, to dzisiejszych dziadków pamięta jako dzieci. Zresztą pewnie ze sto z tych znajomych osób leży już na cmentarzu, a ja wciąż żyję.

Które z odwiedzanych miejsc zrobiło na ojcu największe wrażenie, wywołało największe przeżycie?

Chyba jednak Rzym.

Kiedy był tam ojciec po raz pierwszy?

W 1980 roku, ale wcześniej bywałem tam często we śnie.

Zwiedzał ojciec Rzym we śnie?!

Tak! Przecież miałem dostęp do zdjęć, w prawie każdym włoskim filmie Rzym też był pokazywany, więc śniło mi się, że chodzę po nim i oglądam te wszystkie miejsca. Kiedy już naprawdę tam pojechałem, to miałem wrażenie, że to nie jest moja pierwsza wizyta.

Co było dla ojca najbardziej uderzające?

Bazylika św. Piotra oraz, oczywiście, spotkania z papieżem. Dwa razy odprawiałem u niego w kaplicy mszę świętą, co jest dla mnie religijnym szczytem świata. Raz msza była po polsku, a raz po niemiecku, co się wiązało dla mnie z wielkim przeżyciem. Najpierw ks. Dziwisz mnie zapytał, czy radzę sobie z niemieckim. Odpowiedziałem, że o tyle o ile: czytam, rozumiem, mogę powiedzieć to i owo. Dla starszego człowieka język niemiecki to mowa prześladowców, mowa rugania Polaków. Pamięta się takie zwroty jak „verfluchte Polen!”, czy „Polen raus!”, a teraz w tym samym języku mieliśmy chwalić Pana Boga. Podobne przeżycia miałem na Ukrainie, gdzie ta historia niechęci ukraińsko-polskiej jest nadal bardzo żywa.

Opowiada ojciec o Rzymie. Czy to on jest taką mekką katolików, do której trzeba przynajmniej raz w życiu pojechać?

Na pewno, ale i Ziemia Święta – nawet dla tych, którzy mówią, że przecież Pan Jezus jest wszędzie, więc w każdym miejscu można się pomodlić i doznać objawienia, żaden grób Pański nie jest do tego potrzebny. To nam się tylko tak wydaje.

Ojciec był w Ziemi Świętej?

Nie byłem. Z czyśćca będę oglądał – jak dobrze pójdzie, a jak pójdzie bardzo dobrze, to z nieba (śmiech).

Kiedy się stoi nad jeziorem Genezaret, to słońce pada przecież na nas pod takim samym kątem, pod jakim padało na Jezusa, i depczemy kamienie, po których być może On sam chodził. Przecież to na tej ziemi Bóg stał się człowiekiem, zetknął się z nami. To tutaj mają swoje źródło wszystkie nasze z Nim spotkania, które są pochodną tego, że Słowo stało się ciałem.

Co ojciec myśli o innych, często bardzo lokalnych, duchowych stolicach?

Chyba każdy ma takie ważne dla siebie miejsce, swoje duchowe Westerplatte. Może być na przykład tak, że ktoś szaleje za Częstochową. Ja takich miejsc szczególnych nie miałem, a teraz jest to z pewnością Tyniec ze swoją historią i tradycją. I wielki plus, że jest on na miejscu, do którego się wraca, a nie do którego trzeba pojechać.

Które miejsca są dla ojca teraz ważne? Poza Rzymem oczywiście.

Na pewno Asyż i Częstochowa. Ale lubię też chodzić po katedrze wawelskiej, podumać, pozaglądać w twarze śpiących królów. Stoi tam tron biskupi, na którym jeszcze kard. Sapieha zasiadł, a potem Wojtyła – najpierw jako biskup, później jako papież. Zwolennicy różnych newage’owych teorii mówią o czakramach, ale w miejscach szczególnego kultu faktycznie można poczuć energię, która się bierze głównie z modlitwy. Przecież to Pan Bóg sobie wybrał, że Jego kult będzie sprawowany właśnie tu, a nie gdzie indziej, i przez wieki dziesiątki milionów ludzi spotykały się tu z Bogiem wewnątrz swojej duszy. Po takiej modlitwie w danym miejscu zostaje energia skruchy, radości, dziękczynienia.

Pewnie dla wielu ludzi taką oazą jest też Tyniec. Macie w wakacje więcej gości?

Nasz dom, jeśli nawet nie jest pełny gości, to jest obficie nawiedzany. Prowadzimy rekolekcje dla małżeństw w kryzysie, kursy ikebany, rekolekcje z postem św. Hildegardy, rekolekcje z Bachem, Chopinem, Mozartem – nasz Ojciec Opat, który jest muzykiem, łączy to z Regułą św. Benedykta. I wiele innych. Tyniec wciąż kipi.

Mnichom nie przeszkadza to, że tylu ludzi ciągle się tu kręci?

Wystarczy, że wejdę za klauzurę, do swojej celi, i już jest cicho, spokojnie, jak pięćset lat temu. Tyle tylko, że leży telefon komórkowy i stoi komputer. Ten wielki tłum mnie nie obchodzi. Chyba że grupa prosi o jakieś słowo, to zejdę, zrobię swoje i wracam do siebie.

Ale kiedy ojciec wyjeżdża, to nie ma możliwości schowania się za klauzurą, a przecież mnich jest zobowiązany do pewnych praktyk duchowych. Co wtedy?

Kiedy człowiek wychodzi poza opactwo, to na pewno nie traci czasu, chociaż niewątpliwie jest to jakieś rozproszenie zewnętrzne. Ale takie są koszty wliczone w wyjazd. Trzeba zawsze znaleźć czas na modlitwę wewnętrzną, różaniec czy czytanie duchowne, żeby zachować mnisi styl życia, a z drugiej strony trzeba się też w pewien sposób podporządkować grupie. Mnisi, którzy pielgrzymowali czy nawracali, nie mieli czasu na regularną modlitwę, nie mieli chóru, dopóki nie dokończyli swojego dzieła apostolskiego. Potem zakładali klasztor albo do klasztoru wracali i wtedy pędzili życie osiadłe.

A gdyby ojca życie tak się potoczyło, że przez te 54 tynieckie lata nie opuszczałby ojciec klasztoru, to byłby ojciec o coś uboższy?

Jeśli byłbym blisko Pana Boga, to nie. Bo we wszystkim celem jest Pan Bóg, a cała reszta to tylko dodatek. Jeśli mamy obraz wart 10 mln dolarów, to złota rama albo jej brak są właściwie dla obrazu bez znaczenia. Mała Terenia, doktor Kościoła, nie opuściła klasztoru ani razu, ale gdybyśmy powiedzieli, że przez to coś straciła, to byłby to śmiech na sali. Jednemu mnichowi nawet napisano na grobie, że przez całe życie nie opuścił klasztoru. Nie było po prostu takiej konieczności. Jednak on nie był przez to wcale gorszy od innych mnichów. A z kolei kameduła o. Piotr Rostworowski już jako dziadek został wysłany do Kolumbii, żeby tam założyć fundację. Będąc w moim wieku, musiał się zacząć uczyć hiszpańskiego. Mówił, że przygotowanie 10-minutowej konferencji zajmowało mu trzy dni, bo wszystko musiał sprawdzać w słowniku i podręczniku do gramatyki. I jak tu się uczyć języka w klasztorze, w którym się milczy? (śmiech)

Więc ja kapituluję bezwarunkowo wobec tego, co Pan Bóg wymyślił.

„Cymbał, co się po świecie przedyndał…”
Leon Knabit OSB

urodzony 26 grudnia 1929 r. w Bielsku Podlaskim – właśc. Stefan Knabit, polski benedyktyn, przeor opactwa w Tyńcu (2001-2002), prezenter telewizyjny, publicysta, ceniony rekolekcjonista, autor, w 2011 r. zdobył tytuł Blogera Roku w kategorii blogi profesjonalne....

„Cymbał, co się po świecie przedyndał…”
Anna Sosnowska

urodzona w 1979 r. – absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie Współpracowała z kanałem Religia.tv, gdzie prowadziła programy „Kulturoskop” oraz „Motywacja...

Produkt dodany do koszyka

Polecane przez W drodze