Ewangelia według św. Jana
Moja kopalniana kariera ograniczyła się wprawdzie do krótkiego, bo miesięcznego zaledwie zatrudnienia w charakterze elektryka, jednak muszę przyznać, że był to okres, który mocno rozjaśnił mi rozumienie różnych zjawisk składających się na nieznośny urok realnego socjalizmu. A i dziś, po latach, parę epizodów zachowało co najmniej anegdotyczną użyteczność. Jedna z takich sytuacji przyszła mi ostatnio na myśl, więc ją opowiem.
Ze względu na gigantyczne nadzatrudnienie na powierzchni, roboty nie mieliśmy ani wiele, ani ciężkiej. Wyjątek stanowiły dni, kiedy trzeba było przewijać kable – z wielkich, drewnianych bębnów na wózki z mniejszymi bębnami, które mogły zmieścić się w szoli (kopalniana winda) i zjechać w dół. Robiło się to ręcznie – najpierw od bramy toczyło się kilkutonowy bęben do hali, potem suwnicą podnosiło się go i ustawiało na koziołkach. I następowało przewijanie – część ekipy kręciła wielkim bębnem, a część małym, tym na wózku. Wszystko ręcznie – bez żadnych korb, przekładni, zabezpieczeń. Na stażu było nas kilku młodych, głupich techników. W przerwie w kręceniu wymyśliliśmy, jak można by tę robotę usprawnić, montując przy bębnie na wózku małą przekładnię i korbę – dzięki temu robotę czterech ludzi mógłby bezpieczniej i mniejszym nakładem sił wykonać jeden człowiek. Poszliśmy z pomysłem do szefa. Spojrzał na nas z politowaniem, po którym zaraz poznaliśmy odmowę. Ale jeden z nas nieopatrznie zapytał „Dlaczego nie?”. Nie wiem, czy w spojrzeniu majstra było więcej politowania, czy znudzenia, w każdym razie wyjaśnienie ostudziło na dobre nasze racjonalizatorskie zapędy: „Bo na grubie chop musi się urobić” (gruba to kopalnia, a ostatnie słowo w oryginale było też na „u”, tylko znacznie dosadniejsze). To było uzasadnienie z kategorii ostatecznych, ucinające jakąkolwiek dalszą dyskusję.
Tamten system pełen był tego typu uzasadnień i zdaje się, że przyczyniały się one bardzo skutecznie do erozji jego wiarygodności. Bo lubimy przecież wiedzieć dlaczego i po co coś robimy – od tego zależy poczucie sensowności podejmowanych działań. I jeśli przez dłuższy czas takiego sensu nie potrafimy znaleźć, to skłonni jesteśmy w ogóle zaniechać działania. Albo – gdy to niemożliwe – kumulujemy frustrację gotową do eksplozji przy byle okazji.
Piszę o tym dlatego, że coraz częściej spotykam się z tym rodzajem frustracji wśród katolików. I nie chodzi mi o frustrację związaną z mało zadowalającą sytuacją zawodową, społeczną czy polityczną. Chodzi o frustrację kościelną, wynikającą – na ile jestem w stanie to ocenić – właśnie z niedoboru wyjaśnień i uzasadnień.
Nietrudno zauważyć, że katolicyzm – zarówno w warstwie rytualnej, jak i moralnej – akumulując przez wieki intuicje i doświadczenia pokoleń i kultur, stał się wielkim, złożonym systemem. Potocznie się mówi, że katolik ma „żyć po katolicku”, czyli w praktyce przestrzegać sporej liczby zasad i reguł. Część z nich nie potrzebuje pewnie szczególnego uzasadnienia, bo jest mocno intuicyjna, np. „nie kradnij”. Część – bo ma bezpośrednie uzasadnienie w nauczaniu Jezusa, jak choćby wezwanie do miłości wobec nieprzyjaciół. Jednak wiele – zwłaszcza tych, które odnoszą się do sytuacji wywoływanych przez wpływ technologii na nasze życie – zostało rozpoznanych i sformułowanych na poziomie Urzędu Nauczycielskiego Kościoła poprzez nieraz dość złożoną dedukcję z ogólniejszych zasad. I tu kwestia uzasadnień staje się kluczowa. Nie wystarczy bowiem, że „ludowi” w kościele „podamy do wierzenia” owe zasady. „Lud” chciałby bowiem rozumieć, dlaczego ma coś robić, a czegoś unikać. I nie jest to kwestia czczej ciekawości ani też nieufności wobec Magisterium, tylko zwykłej ludzkiej potrzeby rozumienia.
Niestety w dyskusjach toczących się ostatnio na ważne kościelne tematy brakuje uzasadniania: cierpliwego, od podstaw, zrozumiałego nie tylko dla zainicjowanych w teologicznym żargonie. I prowadzonego do skutku. Co gorsza – mam wrażenie – brakuje tego nie tylko wobec oponentów Kościoła, ale jeszcze bardziej wobec „szeregowych” wiernych. Zwrotnica nauczania w naszych kościołach ciągle stoi na kierunku „Co?”. Czym prędzej trzeba ją przestawić na kierunek „Dlaczego?”. Bo inaczej grozi nam perwersyjne, uniwersalne uzasadnienie w stylu wspomnianego majstra: „Bo w Kościele to trzeba się umęczyć”.
Oceń