Urlop w… klasztorze

Urlop w… klasztorze

I znów, jak każdego roku, ten sam trudny dylemat. Dokąd pojechać na urlop? Jakimi kryteriami się kierować, podejmując tak kluczową dla naszego życia fizycznego, psychicznego i duchowego decyzję? Wszak nie od dziś wiemy, że to, jak spędzimy wakacje, może mieć wpływ na to, jak będą nam się układać kolejne miesiące roku. Urlop to rzecz poważna. Czy zatem bawić się w lokalnego patriotę, zgodnie z nową polityką rządu IV RP, i wybrać polskie, zimne morze? Czy postawić na wysiłek i rzucić się na spacery po polskich, rzecz jasna, a nie słowackich Tatrach? A może iść na całość i pokazać, że jesteśmy kosmopolitami, którzy jadą nad ciepłe Morze Śródziemne? W końcu, czyż nie tam spotykają się prawdziwi Europejczycy? Nie, to chyba zły pomysł, by polityka decydowała o naszych wakacjach. Krzyczmy zatem głośno: polityce nic do naszych urlopów.

Wszystko więc mówi, że wybór miejsca, w którym człowiek chciałby miło spędzić wakacyjny czas, nie jest tym samym, co wypicie zimnego piwa w upalny dzień. Już więc w przedsionku urlopowej krzątaniny jesteśmy skonfundowani. I przekonujemy się, że sami nic tu nie wskóramy. Dokąd więc udać się po radę? Idziemy po pomoc do swego wiernego druha, którym jest Internet. „Profesor Googel”, czyli nasza klasyczna wyszukiwarka, już czeka w pełni gotowości. Wpisujemy odpowiednie hasło. OK, niech będzie, Grecja. Potem tylko jeszcze przycisk Enter, i już wszystko jasne. Czyżby? Zamiast doznać olśnienia na widok tego, co pojawiło się na ekranie, rozczarowanie. Wyszukiwarka okazała się nazbyt hojna, pokazując kilka tysięcy ofert.

„Nie, to nie ma sensu”, stwierdzamy szybko. Poza tym chcielibyśmy też poprosić, spoglądając sprzedającemu prosto w oczy, by nam coś o wybranym kurorcie opowiedział. Wiadomo, Polak, człek nieufny, więc żegna się ozięble z komputerem, by udać się do biura turystycznego. Katalog, który miła i uśmiechnięta pani kładzie przed nami na stole, wygląda okazale. Szybko więc przemyka nam przez głowę myśl, jacy to okazaliśmy się sprytni, że jednak przyszliśmy do biura. Po chwili przekonujemy się, że i katalog zawiera tyle ofert, iż po przeczytaniu trzeciej mówimy: „Dość”. Jesteśmy bliscy rozpaczy. Wracamy do domu zdegustowani. Obrażeni na świat. Wkurzeni tym bardziej, że właśnie zadzwonił znajomy, pytając, dokąd w końcu jedziemy na wakacje. Najchętniej zostalibyśmy więc w domu, zamknęli drzwi na cztery spusty, wyłączyli telefon i telewizor, przez okno wyrzucili komputer. Krótko mówiąc – zamienili dom w klasztorną celę. Tyle tylko, że to niemożliwe, nie po to wszystko to kupowaliśmy, by teraz wyrzucać na śmietnik. Siedzenie z kolei przed wyłączonym telewizorem albo nieodebranie telefonu komórkowego to jednak pokusy nie na nasze siły. I nagle jest – olśnienie, czy wręcz „palec Boży”. A może na urlop do klasztoru? Ponoć, jak donosi prasa, to coraz modniejsze miejsca wakacyjnego wypoczynku. Miejsca, w których cisza jest ważniejsza niż pełen żołądek i dobre samopoczucie. Niestety, większość klasztorów otworzyła swe bramy dla technicznych „cudów”. Ale na szczęście są i takie, jak choćby klasztor kamedułów w Krakowie czy benedyktynów w Tyńcu, gdzie nadal człowiek może sprawdzić, jak smakuje razowy chleb z wodą, drewniana prycza albo pobudka o czwartej rano. Przede wszystkim jednak może doświadczyć, jak smakuje cisza, która – dla pracoholików czy ludzi aktywnych i mobilnych – może się okazać trudniejsza do zniesienia niż nieudana transakcja biznesowa.

Świat konsumpcji, nieograniczonej mobilności, błyskawicznej informacji czy rozrywki, który budujemy każdego dnia i w którym aktywnie uczestniczymy, staje się powoli nie do zniesienia. Sęk w tym, że klasztornych cel, do których coraz częściej chcemy przed tym światem uciekać, jest ograniczona liczba. Może więc łatwiej zacząć zmieniać otaczającą rzeczywistość, skoro życie w niej staje się nieznośne?

Klasztor kamedułów na Bielanach oferuje program, który niejednego by przeraził. Pobudka 3:45, śniadanie o siódmej, później praca w ogrodzie, kolacja o godzinie 17. Modlitwa nie jest obowiązkowa. Taki rozkład zajęć oraz całkowite odcięcie od świata może powodować, że pobyt tam będzie testem, próbą zdyscyplinowania samego siebie. Mnisi oferują swoim gościom wypoczynek w surowych warunkach. W pokoju przygotowanym dla turystów jest wąskie drewniane łóżko, podłoga z desek, mały stolik i krzesło. Żadnej telewizji, komputerów czy radia.

Pobyt w klasztorze jest opłacany „co łaska”, mimo że potrzeby mnichów są duże, a zabytkowe klasztory aż proszą się o remont, mnisi nie mają żadnego cennika.

Przeor klasztoru w Tyńcu o. Bernard Sawiecki podkreśla, że tradycja przyjmowania wędrowców do klasztorów liczy już kilkaset lat. – To nic nowego, od wielu wieków ludzie przychodzili do klasztorów, każdy klasztor ma dom dla gości.

Mimo spartańskich warunków trudno o miejsce w spokojnych celach. Kameduli zaczęli nawet robić rezerwacje. Do urlopu za murami przyciąga nie tylko egzotyka tego miejsca, ale też sami bracia, od których, według turystów, bije niespotykany nigdzie indziej spokój. To dobre miejsce nie tylko, by odpocząć, ale też by nad sobą się zastanowić, znaleźć odpowiedź na pytania, nad którymi nie mamy zwykle czasu pomyśleć.

Urlop w… klasztorze
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...