Co Kościół obchodzi moja wiara?

Co Kościół obchodzi moja wiara?

Preludium

Religia jest sprawą prywatną. Jaki interes ma Kościół w grzebaniu się w moim życiu duchowym?

Co rozumiesz przez słowo „religia”? Czy chodzi ci o jedną z religii świata, o których można przeczytać w książkach? Czy może masz na myśli jakąś inną, przez ciebie samego wynalezioną religię? Czy czujesz się zdolny wynaleźć jakąś całkiem nową religię? A może sformułowanie „sprawa prywatna” zawiera wyznanie, że nie masz żadnej religii i nikogo to nie obchodzi?

Czytam trochę o wielkich religiach ludzkości, żeby zobaczyć, czy któraś z nich byłaby dla mnie odpowiednia.

Czy nie zauważyłeś przy okazji, że żadna z nich dla jej wyznawców nie była i nie jest sprawą prywatną? Wszystkie mają publiczną, a nawet wręcz instytucjonalną stronę; zajrzyj tylko do tej czy innej synagogi w dzień szabatu albo w piątek do meczetu i przyjrzyj się sprawowanej tam liturgii. Wszystko jest w niej uregulowane w najdrobniejszych szczegółach. Nawiasem mówiąc, pomniejsze sekty często cierpią na przerost organizacyjny. W wielkich religiach świata wierni mają uczucie, że w odniesieniu do swego ostatecznego przeznaczenia (swego „zbawienia”, jak się mówi) ludzie są solidarni. „Nikt nie zbawia się sam”. Jeden jest odpowiedzialny za innych — zdaniem rosyjskiego poety, może nawet za wszystkich.

Czy modlisz się czasem?

Próbuję od czasu do czasu, ale…

Czy modlisz się wtedy tylko za siebie, czy myślisz przy tym także o innych? O twych przyjaciołach? O znajomych w trudnym położeniu? O wszystkich, którym jest ciężko, o których nikt poza tobą nie myśli?…

Masz rację, tak należałoby czynić. Kto jednak może być pewien tego, że ktoś go słucha?

Twoje pytanie potwierdza, że twoja „prywatna” religia kontrastuje z wielkimi religiami. W tych, które wierzą w Boga osobowego, ludzie modlą się w przekonaniu, że zostaną wysłuchani (nawet wtedy, gdy prosi się o niebuntowanie się przeciw niezmiennej woli Bożej). W tych, które nie wierzą w Boga osobowego, na przykład w buddyzmie, obecne jest głębokie współczucie z wszystkimi cierpiącymi stworzeniami. W ten sposób nikt nie chce być uwalniany od cierpienia tylko prywatnie. Może nawet rezygnuje ze swojej wolności od cierpienia, ażeby dopomóc innym w wyzwoleniu od poddawania się żądzom będącym źródłem cierpień.

Zajmowałem się trochę buddyzmem, w nim jednak znalazłem przede wszystkim drogę do własnego „ja”. W gruncie rzeczy nigdy nie jest się rzeczywiście sobą samym. Czy wobec tego nie należałoby najpierw odnaleźć siebie samego, dowiedzieć się, kim jestem, a dopiero potem zacząć się zajmować innymi? W przeciwnym razie narażamy się na wprowadzanie w błąd siebie samego i innych.

Czy nie jest właśnie na odwrót? Tak, że najpierw trzeba nawiązać poważne relacje z innymi, wiarygodne i wierne, ażeby uwolnić się od jałowego krążenia wokół siebie samego? Sensowne jest wtedy z pewnością także przyjrzenie się niekiedy w ciszy sobie samemu, by rozeznać kwestię czystości własnych najgłębszych intencji w odniesieniu do drugiego: czy jesteśmy uczciwi i bezinteresowni, czy też może w skrytości serca szukamy siebie samych. Pojawia się też pytanie, czy w takim badaniu siebie jestem zupełnie sam i czy docieram do sedna sprawy bez pomocy jakiegoś darowanego, pochodzącego z mego wnętrza lub z wysoka, światła. Nie mam teraz na myśli pomocy psychologa, którego jako człowiek normalny nie będę przywoływał, lecz myślę tu o świetle wewnętrznym, na które — nawet gdyby to było dla mnie bolesne — muszę się najpierw otworzyć i w które muszę się wpatrzeć.

Powiedziałeś, że próbujesz się modlić. W takiej godzinie badania siebie samego to, co mówiłem o świetle, znaczyłoby, że nie mamy tu do czynienia ze zwykłym monologiem, lecz że prowadzisz coś w rodzaju dialogu. Że zawiera się w tym prośba o pokazanie ci drogi, o jasność.

Rzeczywiście, może to zmierza w tym kierunku. Wobec tego nie rozumiem, czy nie jest to jakaś szarlataneria albo sztuczki z czasów mojej babki. Kto wie, czy w ostatecznym rozrachunku, zakładając szczerość, nie jest się naprawdę samemu.

Gdybyś był naprawdę sam, wtedy byłbyś poza wszelką religią (będącą sprawą prywatną lub nie). Także poza buddyzmem, który ma dokładnie określoną drogę prowadzącą do zbawienia, surowe ćwiczenia i reguły zachowania, w którym są klasztory i posłuszeństwo opatowi oraz wyznawanie swych wykroczeń. Byłbyś wtedy ateistą, dla którego religia nie jest sprawą prywatną, lecz w ogóle nie istnieje — istnieje co najwyżej jako nader niebezpieczne wyobcowanie człowieka i oszustwo księży. Wtedy musiałbyś jednak wyzbyć się wszelkich niespokojnych pytań o istnienie Boga lub Absolutu (zakładając możliwość tego) i poprzestać na codzienności (nie stając się jednak filistrem) albo wyłączną treścią tej „religii” uczynić politykę i przekształcanie struktur społeczeństwa… Pozostawałoby jednak tylko pytanie, dlaczego ci za kurtyną ciągle jeszcze się nie uporali z religią. Im bardziej się ją zwalcza, tym więcej głów jej odrasta. Zupełnie jak w wypadku węża, z którym walczył Herkules.

Ateizm absolutnie nie jest dla mnie rozwiązaniem. W rzeczywistości potrzebny byłby mi ktoś, kto się naprawdę zna na rzeczy i mógłby mi pomóc.

Nie ty jeden masz takie problemy. Każdemu jest potrzebny Ktoś. Widzisz więc, że religia nie jest sprawą prywatną.

Przede wszystkim jednak nie powinna ona być taką okropną bezosobową maszyną, którą zwykle napuszczają na człowieka Kościoły, w których wszystko jest już z góry zaprogramowane jak w komputerze, a z ofiary robi się jedno z kółek całego mechanizmu. Przecież to jest całkowita odwrotność rzeczywistej religii. Ona jest przecież tym, co w człowieku najbardziej osobiste. To kościelne przedsiębiorstwo wydaje mi się po prostu profanacją.

Mam dla ciebie propozycję. Czy tym Kimś, kto ci pomaga na drodze do zrozumienia, nie mógłby być Ten, kto był przed wszystkimi chrześcijańskimi Kościołami i ich „mechanizmami” (a w pewnym sensie także przed islamem z jego surowymi, mechanicznymi formami modlitwy i przepisami życia)? Ten, kto — w odróżnieniu od Buddy i pozostałych założycieli religii — podawał się za „drogę, prawdę, życie” i światło, za pochodzące od Boga Słowo, i odpowiednio do tego postępował? Nikomu jeszcze nie przyszło do głowy nazwać Go oszustem. Wiesz, że Jego słowa i przykazania są wspaniałe i przystępne i że w dziejach świata nie mają sobie podobnych. Czy kiedyś o tym poważnie pomyślałeś?

Niejeden już raz próbowano mnie na siłę nakarmić tą strawą. Dlatego omijam to wszystko z daleka! Każda wieża kościelna reklamuje ten towar — to najpewniejszy sposób obrzydzenia go człowiekowi.

Czy te uniki nie są znakiem niedojrzałości albo wręcz tchórzostwa? Czy nie powinieneś chociaż raz zająć się tym bez resentymentów? Zamiast próbować czegoś odgrzewanego, może nawet już drugi raz, zająć się pierwotnym fenomenem, do którego, rzecz dziwna, każdy ma dostęp? Uwaga jednak! Ten fenomen jest dzisiaj tak samo niebezpieczny i napastliwy, jak wtedy, gdy się walczy bez osłon z przeciwnikiem też ich pozbawionym.

Gdybyś spróbował, odkryłbyś coś. Mogłoby się zdarzyć, że na twoją nieporadną modlitwę, o której mniemasz, że nie wiesz, czy ktoś jej słucha i czy na nią odpowiada, nagle otrzymałbyś wspaniałą odpowiedź — może czasem z książki, która leży otwarta przed tobą, ale jednocześnie dochodziłaby ona z twego najgłębszego wnętrza, z miejsca, co do którego wątpisz, czy w ogóle jest tam jakieś słowo.

W drodze, wiele miesięcy później

Założyliśmy w kilku kółko biblijne…

No i jak? Rozjaśnia ci to coś?

Coś jakby… Razem czytamy jakiś fragment, następnie każdy z nas opowiada, co mu w związku z nim przychodzi do głowy. Co on mu mówi albo czego nie mówi. Zadziwiające niekiedy, co ten lub ów odkrywa. Bo odkrywa coś takiego, na co sam nigdy bym nie wpadł.

A kiedy indziej nie znajduje się nic lub niewiele tylko?

Właśnie tak. Poza tym często dochodzi do napięć, bo nie możemy się zgodzić co do sensu. Każdy szuka w innym kierunku. Każdy przedstawia własny pogląd, a sam tekst głucho milczy.

Świetnie powiedziane. Nie dajecie mówić tekstowi, wiecie lepiej sami.

Tekst nie mówi przy tym raz tak, raz siak. Tekst jest nieubłaganie jednoznaczny.

Może ktoś powinien na nas zagwizdać i pokazać nam właściwą drogę.

Ktoś taki musiałby być dobrze w tym zorientowany, bo to wcale nie są takie proste rzeczy. Są ludzie, teologowie, którzy ukończyli studia biblijne i wtedy im się zdaje, że wszystko lepiej rozumieją niż prosty człowiek, który trafi na taki tekst. Tacy ludzie mogą niekiedy być pożyteczni. Wam jednak potrzebni są inni. Musielibyście mieć kogoś, kto ma jedno i drugie: wiedzę zaczerpniętą z książek i taką, która się rodzi z wewnętrznego słuchania. Są tacy.

Chciałbym ci coś tu wyjaśnić. Widzisz, Jezus z Nazaretu sam nic nie napisał — no, raz jeden pisał na piasku, kiedy chciał rozgrzeszyć cudzołożnicę. (Mógł więc pisać, ale nie chciał). O pisanie zatroszczono się później, a ci, którzy pisali, mieli jedno i drugie: kompetencję zewnętrzną (starannie zebrali przekazane słowa i czyny Jezusa) i wewnętrzne zrozumienie, prawego ducha. Czuje się to, czytając, nieprawdaż? Potrafili oddać każde słowo w jego pierwotnym, niezrównanym brzmieniu.

Czy możemy mieć pewność, że nieświadomie czy nawet świadomie, nie zmieniali od czasu do czasu tego pierwotnego sensu, odpowiednio do swych potrzeb? Po co zresztą całe to zamieszanie wśród egzegetów?

Mamy wyraźne stwierdzenie autorów, którzy mówią, że za życia Jezusa uczniowie nie zrozumieli, jak należy, Jego słów i czynów, że pojęli je dopiero później, kiedy Jezus po swym pogrzebie znowu się im ukazał jako żyjący. Światło Wielkanocy, na którym oparła się wiara chrześcijańska, rozjaśniło im to, co przedtem było dla nich ciemne, i podsunęło im też odpowiednie słowa, tak by mogli wyjaśnić, co się wydarzyło, także tym, którzy przy tym nie byli. Możemy więc powiedzieć, że mógł być i rzeczywiście był taki przekaz słów Jezusa. Zakłada to trzy rzeczy. Społeczność, która była tym zainteresowana, w której ustne i spisane tradycje o Jezusie były przechowywane. Następnie wymagana kompetencja i misja, polecenie sformułowania tych rzeczy zgodnie z wiarą tej społeczności. Wreszcie, wewnętrzne zrozumienie, uczestnictwo w Duchu Jezusa, w Duchu Świętym. Widzisz zatem, że w twym samotnym spotkaniu ze słowem, a także w waszym wspólnym jego omawianiu, obecne jest nie tylko słowo, ale także Kościół, w którym żyje jedno i drugie: misja i udział w Duchu Świętym. Dlatego słusznie mówi się, że Biblia zawierająca słowa i czyny Chrystusa jest własnością Kościoła; w jego łonie powstała i w nim będzie rozumiana. Nigdzie nie można znaleźć słowa Bożego od niego odłączonego.

Tylko w którym Kościele? Jest ich przecież wiele.

Powiedzmy na razie tak całkiem neutralnie: w Kościele, w którym znajdują się obok siebie w stanie równowagi elementy jego początków: żywa tradycja (przekaz), prawowita misja (urząd) i Duch Święty. Otóż przez powoływanie się na Pismo wszystkie Kościoły karmią się i żyją tymi pierwotnymi elementami. Sam jednak postaw sobie pytanie, gdzie dzisiaj można je znaleźć jako żywe i w stanie równowagi.

I może teraz widzisz wyraźniej niż przedtem, w jak niewielkim stopniu religia jest sprawą prywatną. Jeśli przyjmiesz słowa Jezusa, tym samym natrafisz już na społeczność, i to na społeczność zarówno zorganizowaną w formie urzędu, jak i ożywianą przez Ducha, i trudno ci będzie — w praktyce jest to wręcz niemożliwe — wyrwać słowo z tego kontekstu i pozostać z nim sam tylko. Jezusa nie można znaleźć poza Kościołem, gdzieś za nim czy nad nim.

Nieco dalej

Przemyśleliśmy to, co nam powiedziałeś, i poszliśmy nieco dalej. Znaleźliśmy kogoś, kto nam dopomaga w zrozumieniu Biblii. Nie wszystko wie już naprzód; pozwala nam mówić, a następnie razem z nami doszukuje się sensu. Widzi jednak więcej powiązań niż my.

W ten sposób znalazłeś dobry model Kościoła jako „pośrednika zbawienia”. Jak powiedziałem, dał on wam Pismo, w którym wy sami spotykacie się ze słowem Boga. Następnie pomaga wam w jego zrozumieniu. Nie zamierza was indoktrynować jako wszystko już z góry wiedzący, lecz przemierza z wami tę samą drogę. Ma jednak swe własne światło, którym został obdarzony, i z jego pomocą zbiera wszystko to, co sami znaleźliście, tak że w świetle Kościoła rozpoznajecie też swe własne myśli, ale i coś więcej jeszcze.

Przekonaliśmy się też, że same dyskusje nie wystarczą. Teraz także razem się modlimy. W ten sposób, że — tak jak przedtem —– najpierw czytamy jakiś tekst, potem trwamy w ciszy, pozwalając słowom tekstu działać na nas, i modlimy się o właściwe jego zrozumienie. O to także, żebyśmy mogli sobie wzajemnie pomóc w dalszym zgłębianiu prawdy.

To piękne i na pewno owocne. Kto wam poddał taką myśl?

Sami doszliśmy do tego, a ksiądz, który jest najczęściej z nami, dodawał nam otuchy, a także wskazywał, jak się do tego zabrać. Cieszę się, że jest z nami, bo bez niego z pewnością zeszlibyśmy na błędne drogi. Niektórym zdaje się nagle, że otrzymali szczególne światło Ducha, i z całym przekonaniem się wypowiadają na jakiś temat. Kiedy jednak uważniej przyjrzeć się temu w świetle dziennym, okazuje się, że błądzą i odchodzą od tematu. Pokazuje nam to później ksiądz.

Podczas jednej z naszych poprzednich rozmów padło już słowo „urząd”. Powiedzieliśmy wtedy, że zawiera się ono w słowach Chrystusa, tak jak ono do nas przychodzi. Teraz może już jaśniej widzisz, jaką rolę może ono odgrywać, kiedy używa się go w sensie, jaki nadał mu Chrystus. Wiesz, że On sam wyraźnie przekazał swym uczniom funkcje urzędowe, że pierwszy Kościół uznał je bezdyskusyjnie, a potem Kościół przekazywał je przez całe wieki. Teraz także ty z tego korzystasz.

Dobrą stroną naszych spotkań jest to, że ten człowiek nie próbuje nas pozyskać dla żadnego z wielkich Kościołów. W naszej grupie panuje całkowite zaufanie, jesteśmy wzajemnie na siebie otwarci — właśnie dlatego że razem się modlimy — i przez to stajemy się wspólnotą, co uważamy za najprawdziwszą istotę Kościoła. „Gdzie dwóch lub trzech zgromadzi się w moje imię, tam Ja jestem wśród nich” — te słowa przemyśleliśmy ponownie i oto, do czego doszliśmy: my jesteśmy tymi „dwoma lub trzema”, a Jezus jest wśród nas, i w ten sposób jesteśmy także Kościołem — takim, jaki On miał przypuszczalnie na myśli. Także pierwsza wspólnota stanowiła „jedno serce i jedną duszę”. Jak można jednak powiedzieć coś takiego o wielkim zorganizowanym Kościele, w którym ludzie są wzajemnie na siebie zamknięci, w którym podczas liturgii nie zna się swego sąsiada w ławce, w którym duchowy klimat jest zimny i nieprzyjazny?

Cieszę się, że udało się wam stworzyć autentyczną żywą komórkę życia kościelnego. Takie komórki są dziś bardziej potrzebne niż kiedykolwiek wcześniej. Duch Boży wezwał was z najróżniejszych stron i powołał do wlewania świeżego życia w wielki organizm. Chyba jednak rozumiecie, że te żywe komórki nie mogą być zamknięte jedna na drugą, że Jezus Chrystus nie miał zamiaru zakładać tysiąca Kościółków, lecz tylko jeden, z samej swej istoty niepodzielny.

Tak, to jest już dla nas jasne. I gdybyśmy się natknęli na inne takie żywe grupy, nie mielibyśmy nic przeciwko temu, żeby nawiązać z nimi kontakt, prawdopodobnie też, żeby się czegoś od nich nauczyć i uznać za swoje.

Tak postępując, czynilibyście siebie samych sędziami i wyrokowalibyście, co jest, a co nie jest żywotne i zasługujące na przyjęcie. Jakie jest wasze stanowisko wobec przypowieści o Łazarzu pod drzwiami? Wobec słów Jezusa mówiącego, że na sądzie istotne będzie to, czy ktoś pamiętał o zapomnianych: ubogich, chorych, uwięzionych, cierpiących niedostatek?…

Rozumiemy i to także, że musimy mieć jakieś pole oddziaływania. Postanowiliśmy, że każdy z nas będzie się troszczył o kilku samotnych starych ludzi w sąsiedztwie. Nawiązaliśmy też kontakty z pewną żyjącą w nędzy parafią w Ameryce Łacińskiej, której chcemy pomagać.

To wspaniale! Wybaczcie jednak, że mimo to postawię wam pytanie: czy to wszystko nie jest ciągle jeszcze tylko poszerzeniem waszej dobrej woli, waszych wyobrażeń tego, czym powinien być prawdziwy Kościół? A zatem pewnego rodzaju wysublimowanym snobizmem, który nie zadowala się tym, co jako Kościół przychodzi do was z obszaru historii i jest tą właśnie postacią, w której tradycja i urząd, a także Duch Święty, pochodzi z rzeczywistego, uprzednio istniejącego Kościoła założonego przez Chrystusa? Nawiązujecie łączność ze wszystkimi możliwymi grupami i misjami, tylko nie z tym, co bezpośrednio koło was jest jawiącym się w dziejach Kościołem. Zastanówcie się tylko, czy postawa pokory, „ostatnie miejsce”, którego Chrystus zawsze się domaga, nie polega na tym właśnie, żeby kiedyś rzeczywiście pochylić się i wejść przez wąską (dla was) bramę. Porozmawiajcie na ten temat z księdzem, który was prowadzi. Czy praktykowana w waszej grupie forma pobożności nie jest jeszcze ciągle waszą „prywatną sprawą”?

Przy rzeczy

Gorzka była pigułka, którą nam zaaplikowałeś w naszej ostatniej rozmowie. Wszystko to jednak omówiliśmy z naszym duszpasterzem, który sam przecież należy do Kościoła (do tej pory myśleliśmy: przez niego, który należy przecież do niego i do nas, jesteśmy dostatecznie powiązani z tą wielką, nieprzytulną instytucją). Nie musi być przecież wszystko, do ostatniego szczegółu, zorganizowane.

W praktyce jesteście jednak ciągle prywatnym klubem, który jest zbyt dobry, żeby uczestniczyć we wspólnej liturgii z całym ludem Kościoła, w którym jest oczywiście masa faryzeuszy i duchowych oportunistów — porównywalnych z celnikami i grzesznikami albo nawet z faryzeuszami z Ewangelii.

Te olbrzymie tradycyjne budowle są tak zimne! Czy nie należą one już do przeszłości? To jakieś fałszywe tony…

Czy nie moglibyście przynajmniej założyć, że z pewnością ludzie tamtych czasów, wznosząc je, często chcieli naprawdę oddawać cześć Bogu? Poza tym dzisiaj projektuje się już inne, skromniejsze budowle. Chcemy być bliżej siebie, żeby lepiej słyszeć słowo Boże, głębiej uczestniczyć w Tajemnicy. Któż wie, jak będziemy budowali jutro — jeśli w ogóle będziemy budowali.

I jeszcze ta obowiązująca każdego tygodnia ceremonia, która w ogóle nie pozostawia miejsca na osobistą modlitwę!

Wiesz przecież jednak, że twoje chrześcijaństwo zawdzięczasz Kościołowi, że wspólna modlitwa — za siebie wzajemnie i za wszystkich — ma większą rangę niż modlitwa czysto prywatna. W Ojcze nasz nie pojawia się ani razu „ja”, zawsze jest „my”.

Potrzebna mi jest przestrzeń wolności z Bogiem — „izdebka” z Kazania na Górze — w której chciałbym pozostawać sam na sam z Bogiem. Odczuwam coraz pilniejszą tego potrzebę.

Nikt ci nie odbiera tej wolności. Dlaczego jednak te słowa „samotny” i „wspólny” tak przeciwstawiać sobie czy wręcz uważać je za sprzeczne ze sobą? Jedno potrzebuje drugiego.

Jednak chrześcijanie ciągle napotykają mnóstwo sytuacji, w których Kościół jako Urząd Nauczycielski naucza ich nie wiedzieć jakich dogmatów, ustawia ich, a jako Urząd Pasterski dyryguje nimi jak owcami czy rekrutami! Jak się słyszy, dzisiaj czyni to bardziej niż dawniej, bo przedtem ludzie mogli na mszy się modlić, dzisiaj natomiast muszą na rozkaz płynący z głośnika wstawać, siadać, przyklękać, znowu wstawać. Ładne „zbawcze pośrednictwo”, nie ma co!

Nie przejmuj się tak bardzo stroną zewnętrzną. To, co przesadne, zostanie skorygowane. Dzisiaj wielu świeckich tęskni za modlitwą i medytacją, bardziej nawet niż niektórzy duchowni tkwiący po uszy w socjologii i grupowym dynamizmie.

Spójrzmy nieco głębiej. Od kogo pierwszy Kościół otrzymał urząd i Ducha? Według jego świadectwa, bezpośrednio od Jezusa. A po co to otrzymał? Ażeby móc zapewnić pewny dostęp tym, którzy szukają kontaktu z początkami, z Jezusem Chrystusem.

Weźmy najpierw urząd, w jego obydwu głównych „kapłańskich” funkcjach: władza sprawowania Eucharystii i odpuszczania grzechów. Czy odważyłbyś się sam lub razem ze swymi przyjaciółmi zasiąść do stołu, czytać Biblię, a potem mniemać, że chleb, który ze sobą dzielicie, jest rzeczywiście „ciałem Chrystusa, które zostało za nas wydane”? Być może, „czujecie się” bardzo bliscy sobie, wyobrażacie sobie, że On jest wśród was obecny, i On rzeczywiście może być obecny, ale chleb jest wtedy w najlepszym przypadku symbolem Jego duchowej obecności. Nikt z was nie odważyłby się uczynić tego, co czynią w Kościele upoważnieni do tego na mocy swego urzędu: rozdzielać wiernym nie chleb, lecz święte Ciało Chrystusa.

W wypadku drugiej funkcji widać to może jeszcze wyraźniej. Gdy przychodzi do ciebie kolega i otwiera przed tobą swe serce, ponieważ w swym przekonaniu uczynił coś złego, wtedy — jeśli obydwaj jesteście chrześcijanami — możesz mu przypomnieć o miłosierdziu Bożym, które przebacza nawet ciężkie winy, jak ukazuje to przypowieść o synu marnotrawnym. Z pewnością jednak nie przyjdzie ci do głowy powiedzieć mu: „Odpuszczam ci twoje grzechy”. Jak mógłbyś się ważyć na coś takiego? Nie należysz przecież do tych, którym dano obietnicę: „Komu odpuścicie grzechy na ziemi, będą im odpuszczone w niebie”.

Widzisz, że obydwu tych rzeczy wierny nie może sobie wziąć sam i mogą mu one tylko zostać dane? I nie przez kogokolwiek, lecz przez tego, którego na początku Jezus upoważnił do tego. A dlaczego? Po to, by wierny miał pewność, że otrzymuje bezpośrednio Jego właśnie dar.

Tylko czy rzeczywiście potrzebne jest ta droga okrężna, czy nie można Boga znajdywać także samemu?

Przypomnij sobie, co ustaliliśmy wcześniej: ten, kto w Kościele prowadzi nas jako piastujący urząd, towarzyszy pozostałym, po to, by ich doprowadzać do bezpośredniego spotkania z Bogiem. Jest to tak prawdziwe, że chrześcijanin wie: już w momencie gdy szczerze żałuję za swą winę, Bóg mi ją przebacza. Ta bezpośredniość rzeczywiście istnieje, jest dostępna dla każdego, jednak w obrębie wspólnoty chrześcijańskiej, w której zawsze znajdują się tradycja, urząd i wspólny Duch, i to dopiero pozwala nam, w całkowitej osobistej wolności, znajdywać dostęp do Boga i do Chrystusa. Kościelne pośrednictwo i osobista bezpośredniość w relacji z Bogiem są nierozłącznie ze sobą związane. Są tak samo nierozłączne, jak w życiu każdego człowieka bycie sobą samym i wspólnota.

Dziecko nigdy nie uzyskałoby do samoświadomości, gdyby nie uśmiech matki pozwalający mu zrozumieć, że bezpieczne jest przy drugiej istocie. Sobą stajemy się tylko w Ty i My.

Wszystko to brzmi pięknie i wydaje się bardzo głębokie. Kiedy jednak zestawię z tym wszystkie te policyjne regulacje w Kościele… Dla osobistej wolności pozostaje chyba niewiele miejsca.

Zatrzymajmy się chwilę przy sprawie wolności. Oczywiście, nie w jej trywialnym pojmowaniu robienia, co chcemy, lecz w tym znaczeniu, w jakim rozumie wolność każda poważna religia: mieć zdolność czynienia tego, co „powinienem”, tego, czego się domaga moje autentyczne „ja”, czego wreszcie oczekuje ode mnie Bóg. Dla chrześcijanina wolność, to wstępowanie w ślady Chrystusa na Jego drodze.

Każdy przecież, kto świadomie chce być chrześcijaninem i przyjąć chrzest, tym samym przyrzeka, że będzie szedł drogą Chrystusa (kto został ochrzczony jako dziecko, musi się zdecydować na tę drogę jako człowiek dojrzały). Każdy człowiek jest z natury egoistą, leniem i ulega różnorakim żądzom, więc jest też rzeczą oczywistą, że korzystając tylko z własnych sił, nie potrafi tego zrobić. Zatem trzeba mu pomóc, i to nie tylko raz czy dwa razy, ale ciągle mu tę pomoc okazywać. On zaś musi okazywać gotowość przyjmowania tej pomocy, ażeby podołać wszystkiemu, co przyrzekł, to jest temu, czego (jeśli jest szczery)głębi duszy chce, czego jednak w rzeczywistości — sam musi to uczciwie przyznać — nie chce. Ażeby czynić to, co zgodne z jego głębszą wolą opartą na wierze, nawet wbrew swej powierzchownej (egoistycznej) woli.

I tu właśnie konieczne jest pośrednictwo Kościoła, z wszystkimi jego z pozoru zewnętrznymi przepisami. Są one jakby podpórką, na której wspiera się, rosnąc, każde zasadzone pojedyncze drzewo owocowe, ażeby mogło przynosić owoce, których nie mogłoby rodzić, gdyby pełzało po ziemi. Pomyśl na przykład o roku kościelnym: Kościół przypomina ci (normalnie byś o tym zapomniał), że Chrystus cierpiał za nas, że umarł w Wielki Piątek i że jest rzeczą stosowną przez jakiś okres pokuty przygotować się do tego dnia śmierci i do następującej po nim wielkanocnej radości. Kościół przypomina ci (sam chętniej wybrałbyś się wtedy na wycieczkę) o trwaniu w to dziękczynne święto przy ojcowskiej dobroci Boga. Kościół przypomina ci, że Bóg wieki temu dał już pewne elementarne przykazania, zgodnie z którymi, kto chce żyć w przymierzu z Nim, „musi być święty, jak On jest święty”. Dziesięć przykazań (niektóre z nich chętnie byś uznał za nazbyt wymagające lub przestarzałe), to minimum wymagań stawianych temu, kto w swym postępowaniu chce iść śladami Chrystusa.

Idź drogą zasad Kościoła, a przekonasz się: wszystkie one przypominają ci o tym, czego w swym stosunku do Chrystusa ty sam właściwie chcesz.

Przemyślę to sobie razem z moimi przyjaciółmi. W tej chwili tak to jednak rozumiem: wszystko sprowadza się do poważnego traktowania swej relacji do Chrystusa; wtedy zgodnie z tym, co mówisz, kościelne pośrednictwo wydaje się oczywistą konsekwencją.

Tak. I jeśli ktoś się na to zdecyduje, zrozumie też, że Kościół i ja to nie są dwie różne rzeczy. Ja sam jestem Kościołem, w takim stopniu, w jakim rozwijam się w jego duchu, który jest Duchem danym mu przez Chrystusa.

Jeden ze swych listów Paweł kończy tymi słowami: „zresztą, bracia, radujcie się, dążcie do doskonałości, przyjmujcie upomnienia (w oryginale: ermutigt euch – przyp. tłum.), bądźcie jednomyślni, pokój zachowujcie, a Bóg miłości i pokoju będzie z wami” (2 Kor 13,11).

Słowa oddane tu jako „przyjmujcie upomnienia”, można by też przetłumaczyć: „pokrzepiajcie się” (tak Biblia Tysiąclecia — przyp. tłum.) albo „pocieszajcie się”. Chodzi tu o osobistą wymianę, przy czym raz jeszcze okazuje się, że również w Kościele nikt nie zamyka się na działce swej prywatnej religii, lecz — z zachowaniem zawsze nieodzownej tu dyskrecji — każdy pozostaje otwarty na pouczenia pozostałych, które niekiedy mogą być także przywołaniem do porządku.

Czy znaczy to, że jeśli Kościół mnie krytykuje, to również mnie wolno go krytykować?

To sformułowanie jest nie do końca fair. Nie Kościół cię krytykuje, lecz w obrębie wspólnoty Kościoła jakiś brat czy siostra w Chrystusie. Krytyka ta nie byłaby oczywiście kościelna, gdyby nie odbywała się w duchu miłości i w klimacie wzajemnego zaufania.

W takim razie rzeczywiście jest tak, że ktoś, kto należy do Kościoła, ma prawo do jego krytykowania?

Tak, ma takie prawo pod warunkiem, że się z nim utożsamia. Jeśli nie przemawia z zewnątrz, lecz jako w nim będący uczestniczy we wszystkich jego sprawach, nawet jeśli niekiedy musi (mając prawdopodobnie rację) wyrazić krytyczną postawę. W tej samej mierze, w jakiej krytykuje, musi się także poczuwać do solidarności. Możesz tu powołać się na słowa Pawła: „Gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki” (1 Kor 12,26). W Ciele Chrystusa nie ma między członkami wzajemnej Schadenfreude ani faryzeizmu; krytykujący nie może się czuć lepiej niż pozostali jego członkowie, jak „tamten celnik”.

Bądźmy jednak uczciwi, nie może też być fałszywej garbatej pokory. Są rzeczy, które muszą się zmienić i nazywając je po imieniu, spełniam tylko swój obowiązek i wcale z tego tytułu nie czuję się lepszy.

Są takie. Trzeba tu jednak pamiętać o jeszcze jednym czynniku: osobie czy grupie, wobec której formułuję swoje oskarżenia. Jeśli jest we mnie nie duch prywaty, lecz duch wspólnoty kościelnej, wtedy z moim oskarżeniem pójdę tam, gdzie istnieje nadzieja zaradzenia danemu niedociągnięciu.

Jeśli twoja matka nałoży kapelusz, który całkowicie wyszedł z mody, wtedy nie będziesz go ironicznie pokazywał przechodniom na ruchliwej ulicy, lecz — jeśli to rzeczywiście potrzebne i sensowne — powiesz matce w cztery oczy: „Słuchaj, mamo, czy nie kupiłabyś sobie nowego kapelusza? W tym trochę zwracasz na siebie uwagę”.

Starożytni chrześcijanie zawsze nazywali Kościół swą matką. Śmieszne, prawda? Skąd się wziął ten zwyczaj? Otóż ze świadomości otrzymywania od niej wszystkiego: chrztu i pozostałych sakramentów, słowa Bożego i ciągle nowych wskazówek. I zawsze Kościół był starszy i mądrzejszy od nich. Był przed nimi, nigdy też z niego się nie „wyrasta”. Dojrzałość można osiągnąć tylko w nim, a dokonuje się to przez coraz głębsze nasiąkanie jego sposobem myślenia. To zaś nigdy się nie kończy. Gdyby ktoś przeciwstawiał się Kościołowi jako dojrzały, byłoby to oczywistym znakiem jego duchowej niedojrzałości.

Obrazu matki nie powinniśmy już może używać tak bez zastanowienia. Sama treść jednak jest ciągle aktualna. Im głębiej naszym życiem wnikamy w sprawę Jezusa i angażujemy się w nią, tym głębszą zyskujemy świadomość tego, jak wiele zawdzięczamy Jemu samemu i Kościołowi, bez odłączania jednego od drugiego: Głowa i Ciało, Oblubieniec i Oblubienica stanowią jedno.

Na koniec powiedzmy tak: religia osobista jest przeciwieństwem religii prywatnej. Im bardziej staje się ona osobista, tym bardziej jest otwarta na wspólnotę. Harmonizuje to z najgłębszą tajemnicą Boga: Syn, Ojciec i Duch Święty są w jedności Boga niewymiennymi „Osobami”, są nimi jednak jedynie dzięki odwiecznej wymianie wzajemnej miłości.

przeł. o. Wiesław Szymona OP
 

Tekst jest fragmentem książki Hansa Ursa von Balthasara Odpowiedź wiary, która niebawem ukaże się nakładem Wydawnictwa W drodze.

Co Kościół obchodzi moja wiara?
Hans Urs von Balthasar

(ur. 12 sierpnia 1905 r. w Lucernie w Szwajcarii – zm. 26 czerwca 1988 r. w Bazylei, Szwajcaria) – jezuita, teolog szwajcarski, mianowany kardynałem przez Jana Pawła II, sługa Boży Kościoła katolickiego. Jeden z najwybitniejszych teologów XX wieku, współzało...