Komunia święta i ucho sługi arcykapłana

Komunia święta i ucho sługi arcykapłana

Polskim problemem nie jest nieokiełznana szkodliwa kreatywność, ale bylejakość, beztroska, wygodnictwo i… brak rewerencji.

Historia ta miała swój początek już dość dawno, podczas mszy świętej dobre parę lat temu. Otóż nie bez zdziwienia stwierdziłam, że wśród kilku osób w wielkomiejskiej świątyni jest też znana mi z Waszyngtonu Hanna K., siostra Miriam ze zgromadzenia Sióstr Misji Medycznej (o której można by jeszcze powiedzieć: konwertytka z judaizmu, doktor ginekologii, wysłanniczka z upoważnienia Watykanu na Światową Konferencję w sprawie Kobiet w Pekinie). Uklękła i wyciągnęła dłonie, ale komunii św. w ten sposób nie pozwolono jej przyjąć.

Że profanacja? Że nie taki u nas zwyczaj? Przepis o komunii dla obcokrajowców od dawna już obowiązywał. Trudno stwierdzić, co kierowało kapłanem. Brak zaufania do jej religijnej dojrzałości, sprzeciw wobec nie–naszego zwyczaju, czy jedno i drugie? Hanna, jak z pewnością wielu przyjezdnych i turystów, w wymowny sposób została pouczona, że nie ma przyzwolenia na taki proceder i że przymus wobec niej zastosowany czyniony jest dla jej dobra i dla dobra Kościoła. Być może chodziło o obronę polskich owieczek przed zgubnymi zachodnimi wpływami, choć, pamiętajmy, była to poranna msza święta w tygodniu i oprócz nas było zaledwie kilka osób.

Upłynęło parę lat i ja podjęłam w tym samym miejscu tę samą próbę. Czasy już były nieco inne. Episkopat kilka miesięcy wcześniej wydał odpowiednie rozporządzenie i dopuścił możliwość diecezjalnych rozwiązań. Muszę wyznać, że miałam wątpliwości. Po co się wychylać i działać w sprawie, która dla mnie nie była pierwszorzędnej wagi? Nie przeszkadza mi przecież przyjmowanie komunii do ust. Komunię na rękę uważam za formę alternatywną, dla mnie akurat teraz już bardziej autentyczną. Doświadczenie wynikające z pełnienia funkcji nadzwyczajnego szafarza Eucharystii przybliżyło mnie do problemu. Muszę zaraz pokornie wyznać wobec zagorzałych przeciwników wszelkich takich „nowinek”, że nie straciłam poczucia własnej nicości oraz grzeszności i nie mam najmniejszego zamiaru „poniżać Pana Jezusa”.

W Polsce staram się czasem przemóc i nie wyróżniać. Robię to trochę wbrew sumieniu. Czyż jest dobrym argumentem działanie z myślą o (wątpliwym) komforcie otoczenia wynikającym z mojego konformizmu? Tym razem czułam jednak jakiś przymus wewnętrzny. Sytuacja bowiem wydawała się absurdalna. Turyści z zagranicy bywają w Polsce raczej krótko. Z reguły nie znają polskiego. Może mają więcej pokory niż ci, którzy im na mszy posługują? Co mają zrobić? Mogą jedynie wyjechać z Polski z poczuciem, że kościoły są u nas wprawdzie pełne, ale jakby gubi się poczucie wspólnotowego przeżywania mszy świętych, brakuje chrześcijańskiego ducha…

Od razu powiem, że zostałam potraktowana tak samo. Uklękłam, wyciągnęłam dłonie, hostię włożono mi do ust. Z kościoła wyszłam roztrzęsiona, nie mogłam się skupić i modlić.

Rozmowy ze znajomymi, duchownymi i świeckimi, których pytałam o radę, pozwoliły mi ustalić plan działania. Ważny był fakt, że chodziło o księdza odpowiedzialnego za formację seminaryjną. Najpierw więc rozmowa z proboszczem. Chęć zrozumienia, co kieruje ludźmi, którzy myślą inaczej. Nie porozumiemy się przecież, jeśli nie wejdziemy w konkretny dialog. Proboszcz, zagadnięty w zakrystii po mszy św. dnia następnego, poświęcił kilka chwil na rozmowę ze mną. Nie zdradził, co sam na ten temat uważa, ale stwierdził, że to sprawa między sumieniem owego kapłana a moim. Odrzuciliśmy możliwość, że bronił Ciała Pańskiego przed profanacją. Wydawało się, że raczej działał według litery prawa. Może podejrzewał, że nie jestem jeszcze dostatecznie przygotowana? Na koniec ksiądz proboszcz poradził to, co było wiadome. Następną instancją jest kuria metropolitalna.

Sporządziłam brudnopis listu. Nie spieszyło mi się jednak ze złożeniem zażalenia, problem nie cieszył. Przed zaniesieniem listu postanowiłam spróbować raz jeszcze. Znów pojawiłam się na odprawianej przez owego księdza mszy świętej, którą od pamiętnego momentu skrzętnie omijałam, wybierając inne godziny. Znów uklękłam i wyciągnęłam dłonie. I oto ksiądz udzielił mi komunii na rękę. Boże, dzięki Ci, dzięki! Z radością wrzuciłam projekt listu do komputerowego kosza.

Opowiastka ta wzbudzała zainteresowanie moich przyjaciół i znajomych. Na spotkaniu dyskusyjnej grupy kobiet Veraicon, zgodnie z jej statutową zasadą różnorodności, objawiły się różne podejścia. Podczas gdy dla jednych komunia na rękę stała się iście Pierwszą Komunią, bardzo osobistą, bardzo świadomą i bardzo głęboką, innym kojarzyła się z zamachem rozplenionego profanum na zagrożone sacrum. Opowiedziałam tę historyjkę także pokrótce w czasie organizowanej przez „Znak” dyskusji do majowego numeru „Kościół na manowcach?”. Inna świecka uczestniczka rozmowy wystąpiła wtedy z uwagą, że aby coś w Kościele zmienić, trzeba jak widać działania i stanowczości. W odpowiedzi zabrał głos ksiądz, który nie mając nic przeciwko komunii św. na rękę, stwierdził jednak, iż wymusić na kapłanach niczego nie można. Kościołowi potrzeba dojrzałości.

Tu, wydaje mi się, tkwi sedno sprawy. Trudno jest dziś szafować przymusem. Wiedzą to chyba lepiej od (może przyzwyczajonych do instytucjonalnego posłuchu?) hierarchów borykający się z wychowaniem młodych rodzice, wiedzą też katecheci, kapłani pracujący w parafiach. Świat staje się bardzo niesforny.

Świat ceni sobie wolność. Zgoda, myli ją ze swobodą. Ale jest też prawdziwa dojrzała wolność i do niej powinniśmy aspirować. Uczyć się takiej wolności. Katolik nie chce już być pilnowany, traktowany jak małoletni. Nakazy i zakazy nie wystarczą. Pojawia się możliwość wyboru. Chcemy zrozumieć, dlaczego ma być tak, a nie inaczej. Świecki szeregowy wierny jest, owszem, dzieckiem Bożym, ale coraz bardziej ma świadomość, że dziećmi Bożymi są też ci, którzy do tej pory zawsze i we wszystkim za niego decydowali.

Zasada wolności sumienia w Kościele nie miała łatwej drogi. Proszę mi pozwolić na dygresję. Niewiele ponad sto lat temu w listopadzie 1903 roku w Watykanie na sesji komisji do spraw beatyfikacji debatowano o cnotach Joanny d’Arc. Advocatus diaboli miał pełne ręce roboty. Papież Pius X, także już zaliczony w poczet świętych, poprosił o modlitwy w intencji światła w tej sprawie. Był to zwrot zwyczajowy, ale wydaje się, że przypadek Joanny uznał on za bardziej od innych skomplikowany. Najpoważniejszy był zarzut, że ponieważ Joanna nie szukała autorytetu Kościoła w kwestii swoich „głosów”, nie pasuje do kanonów świętości. Rzeczywiście, Joanna, cechująca się wprawdzie ogromną wiarą, przywiązaniem do modlitwy i sakramentów, w swojej szczególnej i niezwykłej misji nie odwoływała się do władz kościelnych. Kierowała się bowiem własnym sumieniem. Fakt, że nigdy nie występowała z żadną krytyką Kościoła, nie przeciwstawiała się żadnej prawdzie Magisterium, nie uchronił jej przed okrutną śmiercią.

Kilka tygodni później Pius X uznał Joannę za godną beatyfikacji po ponad czterystu siedemdziesięciu latach od jej śmierci na stosie z wyroku biskupa Cauchon. Sprawa św. Joanny d’Arc jest momentem ważkim w historii Kościoła, jest bowiem bardzo praktycznym uznaniem prymatu chrześcijańskiego sumienia.

Mówię o tym, bo nie jestem pewna, czy w dyskusji o komunii na rękę nie tracimy z oczu spraw bardziej istotnych, zatrzymując się na peryferyjnych. Zaliczyłabym tu kwestię wolności sumienia (w odpowiedzi na argument braku rewerencji czy wręcz profanacji, której nigdy nie będziemy mogli wykluczyć, bo człowiek jest przemyślny, hostię z ust umiał wyjmować…, niejeden raz upadała na ziemię, choć przyjmowana była do ust) czy problem zbyt akcentowanego podziału na dwie kategorie ludzi Kościoła, a co za tym idzie, szkodliwego w nadmiarze rozdźwięku między sacrum i profanum. Należę do tych, którzy zamiast potępienia profanum chcieliby je przepoić wartościami sacrum…

Zapoznałam się z bogatą literaturą dotyczącą przedmiotu sporu. I na Zachodzie zdarzają się w kwestii komunii na rękę głosy potępienia z kręgów integrystycznych, nietolerujących zmian posoborowych, więc zadałam sobie trud i zestawiłam teksty. W Polsce przeważa nuta emocjonalna.

Zdarza się, że przeciwnicy komunii św. na rękę konstruują dziwny związek przyczynowo–skutkowy. Wyprowadzając z tej formy wszelkie zło na Zachodzie, nie dostrzegają, że — zgodnie z ich logiką — dotychczasowy obyczaj komunii do ust nie przyniósł w Polsce budujących efektów. W kolejnych zdaniach grzmią, że w Polsce szerzy się świętokradztwo, brak dojrzałości religijnej, w wyniku czego konieczny jest — ich zdaniem — bojkot i nieposłuszeństwo wobec zalecenia hierarchii w omawianej kwestii. Czy właśnie ów Zachód, który słyszy przecież o wysokich wskaźnikach korupcji we wszystkich dziedzinach polskiego życia, o pijaństwie, kłótliwości w życiu publicznym i prywatnym, nie mógłby powiedzieć: w Polsce komunia do ust, a patrzcie, czy od nas lepsi…

Czy wszystko u nas w porządku w kwestii samej mszy świętej? Na stronie internetowej Komisji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Episkopatu Polski znajdujemy listę nadużyć liturgicznych w Polsce. Ponad pięć bitych stron poważnych i powszechnych uchybień! Tropi je ks. dr Zdzisław Janiec. Wyraźnie widać, że polskim problemem nie jest nieokiełznana szkodliwa kreatywność (przed czym, głównie Zachód, przestrzegał Jan Paweł II), ale bylejakość, beztroska, wygodnictwo i właśnie… brak rewerencji.

Tak, w mojej arcyświątyni, a nie w amerykańskiej parafii, można by wytknąć tych uchybień wiele! Brak najkrótszej nawet homilii, brak procesji z darami, nagminne korzystanie z hostii uprzednio konsekrowanych. Ksiądz Janiec wylicza:

Jak szczytem udziału wiernych w liturgii eucharystycznej jest komunia święta, tak szczytem ich udziału w liturgii słowa ma być modlitwa powszechna, stąd prezbiter nie może wiernym tego odebrać, tym bardziej, że postrzegamy, jak wierni sobie ją cenią. (…) Czas zbierania na tacę nie może przedłużać się aż do komunii świętej. (…) Celebrans nie powinien przerywać udzielania komunii świętej, zostawiać je komuś innemu, a sam — nie licząc się z udziałem wiernych — kończyć mszę świętą. (…) Spostrzega się brak proporcji trwania poszczególnych części mszy świętej, zwłaszcza skracanie liturgii ofiary (wybiera się najczęściej drugą modlitwę eucharystyczną) na rzecz przedłużania homilii i ogłoszeń.

To tylko parę wyjątków. W omawianej przez nas kwestii ksiądz Janiec stwierdza:

Nie ma jednolitej postawy przy przyjmowaniu komunii świętej, w każdej parafii jest inaczej. Przeważa postawa stojąca, a wielu klęka. Komunia święta w postawie stojącej i na rękę domaga się katechezy mistagogicznej.

Wielkie, rzecz można, święte oburzenie w Polsce wzbudza zjawisko „bratania się z Chrystusem”, którego komunia święta przyjmowana na rękę ma być haniebnym przejawem — a przecież dojrzałość to także przyjęcie paradoksalnej tajemnicy, że chociaż Chrystus jest przede wszystkim Bogiem, jest także Bratem i Przyjacielem. To nikt inny, a On sam nas do tego upoważnił.

W polskim klimacie emocji (mogłoby się wydawać, że właśnie w wynoszonej na piedestał emocjonalności radzi byśmy widzieć markowy produkt na eksport) bardzo silny wydaje mi się wątek, który — ośmielona przez Ireneusza Cieślika, autora terminu „teologia świętej ręki kapłańskiej” — nazwałabym „teologią obrony świętości”. My, Polacy, mamy chyba szczególnie wyrobiony (i pielęgnowany) instynkt defensywny. Nie chcę bynajmniej powiedzieć, że nie trzeba bronić przekonań. Nam się jednak wydaje, że musimy się bronić ciągle i zawsze, że jesteśmy nieustannie atakowani. Jeśli nawet nie atakuje nas wróg spoza naszych szeregów — często chodzi o spisek — to „swój” gniazdo kala. Jak zatem można nie bronić Kościoła, przed tym, co arbitralnie uznamy za szkodliwe? A obrona Boga to przecież święty obowiązek.

— Obrona Boga przed człowiekiem to reakcja nie tak znowu oczywista — usłyszałam kiedyś we wspaniałym kazaniu u dominikanów, zaraz dodam, niezwiązanym z zagadnieniem, o którym właśnie mówimy. Przypomniałam sobie, że Pan Jezus wyraźnie upomniał nawet „chcącego dobrze” Piotra, który z mieczem rzucił się na sługę arcykapłana. Obcięcie ucha wspominają wszystkie cztery Ewangelie, w Janowej (J 18,10) sługa wymieniony jest nawet z imienia, a Łukasz (Łk 22,49) pisze, że Jezus owego Malchosa uzdrowił. Czy chodzi tylko o wybór drogi non–violence? Czy może o lepsze ukazanie psychicznej sylwetki Piotra, chwiejnego zapaleńca, który teraz unosi się w obronie, a za parę godzin zaprze się Jezusa? A może wart podkreślenia jest fakt, że Jezus, zawsze hojny i miłosierny, uzdrawia, przywraca zdrowie, integralność. Nie chce — nawet pośrednio — być sprawcą czyjegokolwiek nieszczęścia. Nie chce takiej obrony.

I na koniec przytoczę, co m.in. napisałam w ankiecie „Więzi” na temat tego, jak mamy świadczyć o naszej wierze przed światem:

Sytuacja religijnej jednorodności i monopolu sprzyja, niestety, nader często klimatowi małostkowości i braku szerszej wizji, duchowej duchocie. Podczas gdy kłócimy się między sobą o drobiazg, na przykład o komunię na rękę, świat eksperymentuje z odejściem od Boga, którego przestał potrzebować. To jest prawdziwy dramat, a nie kanoniczne szczegóły.

Żadna postawa ciała nie zmniejszy dystansu między świętością Pana a niegodnością człowieka. Miejmy świadomość tego kolejnego paradoksu — ludzkiej małości a zarazem godności — i nie dawajmy światu okazji do zgorszenia, używając w naszych kłótniach Ciała Chrystusowego jako zakładnika.

Komunia święta i ucho sługi arcykapłana
Joanna Petry Mroczkowska

dr nauk humanistycznych, tłumaczka, eseistka, krytyk literacki. W związku z pobytem w Stanach Zjednoczonych zajmuje się w ostatnich latach głównie tematyką dotyczącą kultury amerykańskiej oraz chrześcijańskiego feminizmu....