Niech Pani jedzie do Sarowa

Niech Pani jedzie do Sarowa

Dziś, cztery dni po pogrzebie nieodżałowanego naszego wspólnego przyjaciela Zdzicha Nowickiego przesyłam to, o co On mnie bardzo prosił w ostatnich tygodniach swojego życia. Mianowicie, zależało Mu niezmiernie, aby w miesięczniku „W drodze” ukazał się choćby fragment dokumentu na temat prawosławnego Kościoła katakumbowego w Rosji lat 30. i 40. XX wieku, którym są wspomnienia Wiery Wasilewskiej, ciotki o. Aleksandra Mienia.

Wybrany przez niego fragment z przetłumaczonej przeze mnie w zeszłym roku książki, przekazałem Mu na Jego usilną prośbę mniej więcej dwa tygodnie przed Jego drugą operacją. Zdzich pragnął dopisać od siebie słowo wstępne i przyłożyć swoją rękę do redakcji stylistycznej fragmentu poświęconego pielgrzymce autorki wspomnień do Sarowa, który zasłynął tym, że działał tam jeden z największych świętych rosyjskiego prawosławia, prepodobny Serafim. Zdzisław bardzo chciał ten fragment — traktując go jako tekst wyjątkowy — opublikować w Waszym miesięczniku w całości i bez żadnych skrótów, mimo przekraczania przez niego rozmiarów artykułu. Niestety, nie starczyło już mu sił i sprawę dodania swojego słowa i ostatecznej redakcji odłożył na moment, kiedy mu sił przybędzie. Czuję się zobowiązany przez mojego Przyjaciela do przekazania niniejszego fragmentu.

Fragment wspomnień Wiery Jakowlewny Wasilewskiej pochodzi z książki Katakumby XX wieku (ros. Katakomby XX veka) wydanej przez Fundację im. Aleksandra Mienia w Moskwie w 2001 roku. Osią i centrum wspomnień zawartych w prezentowanej książce jest postać jednego z najwybitniejszych prawosławnych kapłanów ubiegłego stulecia, archimandryty Serafima Batiukowa, i prowadzonego przez niego w warunkach najpełniejszej konspiracji duszpasterstwa w podmoskiewskim Zagorsku, pod zamkniętą Ławrą Troice–Sergijewą. O. Serafim Batiukow był kapłanem znacznie wyprzedzającym swoje czasy. Można śmiało stwierdzić, że bez Batiukowa nie zaistniałby nigdy Mień ani żaden z rzeczywiście otwartych współczesnych kapłanów prawosławnych w Rosji.

Książka ukazuje między innymi drogę duchową autorki, Żydówki z całkowicie zlaicyzowanej moskiewskiej rodziny inteligenckiej, która w najstraszniejszym roku 1936 przyjęła chrzest udzielony przez Batiukowa. Perspektywa młodej Żydówki, poszukującej sensu i wartości w warunkach przedwojennego ZSRR, stopniowo się rozszerza, stając się spojrzeniem na chrześcijaństwo żyjące nadal, mimo dokonującej się jego totalitarnej zagłady.

Do dwóch najważniejszych i najpiękniejszych rozdziałów książki Wiery Wasilewskiej należą prezentowane tutaj wspomnienia z pielgrzymki odbytej w warunkach konspiracji do Sarowa, jednego z najważniejszych sanktuariów prawosławia. Monastery męski w Sarowie i żeński w pobliskim Diwiejewie, mimo zamknięcia i spustoszenia ich przez władze radzieckie, w przytaczanych wspomnieniach żyją nadal pod powierzchnią sowieckiego życia. Sarow i Diwiejewo to miejsca, w których na przełomie XVIII i XIX działał jeden z największych świętych prawosławia, ojciec Serafim Sarowski.

Wiera Wasilewska dotarła do Sarowa w lipcu 1939 lub 1940 roku już po przekształceniu go w łagier. Koncentrując się na ukazaniu tego, że Sarow nadal żyje utajonym życiem, nie chciała przekazywać wszystkich przerażających szczegółów. Po zamknięciu w 1927 roku Monasteru Sarowskiego władze bolszewickie przekazały jego budynki NKWD, która zorganizowała tu kolonię dla bezdomnych dzieci i młodzieży, tak zwanych bezprizorników. W budynkach monasteru urządzono stolarnię produkującą drewniane karoserie do ciężarówek GAZ, montowanych w pobliskim Niżnim Nowogrodzie. Zatrudniono w niej owe dzieci i młodzież, zmuszając do pracy ponad siły. W roku 1938 zamknięto kolonię, a w jej miejsce zorganizowano łagier dla młodocianych przestępców. Zaangażowano ich do przekształcenia stolarni w zakład mechaniczny określony kryptonimem Nr 550. Był to kompleks wojskowo–przemysłowy produkujący katiusze — pociski rakietowe.

Dalsze losy Sarowa ilustrują ogromną determinację imperium radzieckiego w walce ze źródłami życia duchowego. W 1943 roku utworzono tu pierwszy w ZSRR Instytut ds. Atomowych, któremu nadano kryptonim Laboratorium Przyborów Mierniczych Nr 2 AN ZSRR. Sarow uznany za zamkniętą strefę szczególnego znaczenia wraz z terenami leśnymi o powierzchni ponad 270 km 2 został otoczony drutami kolczastymi pod napięciem i wyłączony z obszaru administracyjnego Mordwińskiej ASSR. Na okres 48 lat miasteczko zniknęło z map i zostało wyłączone ze wszelkich danych statystycznych. Historyczna nazwa została usunięta, a na jej miejsce wprowadzono kryptonim Arzamas–16.

Nazwa została przywrócona w 1993 roku i miasto umieszczono znowu na mapach. Do dziś jednak dostęp do tego miasta możliwy jest jedynie na podstawie specjalnej przepustki, bo nadal otacza je najprawdziwszy kordon graniczny. Pierwszy raz udostępniono Sarow szerszej publiczności dopiero w 2003 roku, w związku z uroczystościami 100–lecia kanonizacji prepodobnego Serafima.

Paweł Przeciszewski

***

Przed chrztem nie wiedziałam prawie niczego o ruskich i rosyjskich świętych. Z imieniem Serafima Sarowskiego spotkałam się tylko dwukrotnie. Pierwszy raz opowiadał mi o nim wujek — pisarz, lekarz i „za pięć minut komunista”, jak mówił sam o sobie. Był wysłany wraz z innymi przedstawicielami prasy i medycyny, aby otworzyć relikwie, „zdemaskować je” itd. W taki sposób trafił do wielu świętych miejsc, wśród nich także do Sarowa. Tego, co wujek opowiadał o swoich wyjazdach, dziś nie pamiętam, ale i wtedy nie miałam wcale ochoty go słuchać.

Drugi raz spotkałam się z imieniem Serafima Sarowskiego kilka lat później, pracując w objazdowym punkcie Biblioteki Oświaty Politycznej.

W tym czasie wydawano dużo literatury antyreligijnej, której zadaniem, według zalecenia Nadieżdy Krupskiej, było „profanowanie świętych obrazów”. Kiedy do mojego punktu przysyłali takie książki, zwykle układałam je głęboko w szafie, a następnie niezauważalnie wkładałam je z powrotem do kolektora. Wśród tych książek rzuciła mi się w oczy jedna niewielka pozycja pod tytułem Serafim Sarowski. W niej sprawa była przedstawiona w taki sposób, że rząd carski, chcąc odwrócić uwagę mas ludowych od rewolucji, wymyślił nowego świętego. Nie wiedziałam wtedy niczego o prepodobnym Serafimie, nie byłam w stanie niczego przeciwstawić temu kłamstwu. Książka ta, jak i wszystkie do niej podobne, pozostawiła we mnie bardzo ciężkie odczucie jakby zatrucia się nią, a do tego jeszcze poczucie zdumienia.

Krótko po przyjęciu chrztu postanowiłam spędzić swój pierwszy urlop w lesie.

Batiuszka Serafim, błogosławiąc mnie przed odjazdem, powiedział: „Niech Pani odpoczywa na piersi Matki Boskiej”. Dał mi do czytania Latopis Diwiejewski i poradził, abym nie brała ze sobą żadnej literatury świeckiej, nawet poezji, bez której, jak mi się wydawało od dzieciństwa, nie mogę żyć i przyjmować przyrody. „Spacerując po lesie, zamiast wierszy niech Pani odmawia Gospodi pomiłuj 2. Początkowo wydawało mi się to trudne, ale prędko poczułam, że świat zaczyna się przede mną otwierać na nowo. Jednak dopiero wyjazd do Sarowa pokazał mi wyraźnie, o ile głębiej i pełniej modlitwa otwiera wobec człowieka piękno przyrody niż wszystkie czary ziemskiej sztuki.

Zamieszkałam w pochylonej od starości chatynce, w nieznanej mi wsi, na skraju wielkiego lasu.

W ciągu dwóch tygodni nie miałam innego zadania ani innego rozmówcy oprócz Latopisu Diwiejewskiego, którego nawet nie czytałam (czy można to nazywać czytaniem?), raczej stopniowo wchłaniałam go w siebie, razem z ciszą, szmerami i wonią otaczającego mnie lasu.

Nie wszystko w tej książce było dla mnie jednakowo dostępne i bliskie. Ale to, co obce i mało zrozumiałe, ustępowało na dalszy plan, w duszy zaś zostawał niezatarty i bliski sercu obraz prepodobnego Serafima i monasterów w Diwiejewie i w Sarowie.

Nie umiem dzisiaj przypomnieć sobie, czy pojawiła się we mnie wtedy myśl albo chęć pobytu w tych miejscach. Raczej nie, w takich przypadkach myśl zdąża za uczuciem, a chęci milczą.

Czy można chcieć czegokolwiek za siebie albo dla siebie, kiedy Pan chce za nas kierować naszym życiem Jemu jedynemu znanymi drogami…

Minęły dwa lata. Pojawiła się okazja spędzenia urlopu na Krymie, na wybrzeżu Morza Czarnego. Czekał już pokój przygotowany dla mnie, marzyłam o lazurowej przestrzeni morskiej, woni róż i gwiaździstych nocach południa. Pozostało jedynie pojechać do o. Serafima po błogosławieństwo. O. Serafim, wysłuchawszy mojego opowiadania o zamierzonym wyjeździe, oznajmił: „Nie, nie, to nie jest to, co Pani jest potrzebne. Krym Panią rozkojarzy, a Pani powinna się koncentrować. Niech Pani lepiej pojedzie do Sarowa…”.

Trudno mi przekazać wrażenie, jakie zrobiły na mnie te słowa! Jakie blade i mętne okazały się moje marzenia o Krymie!

Można marzyć o wyjeździe na Krym i prosić o błogosławieństwo na ten wyjazd, ale bez błogosławieństwa nie wolno nawet chcieć pojechać do Sarowa. Dopiero po otrzymaniu błogosławieństwa świadomość braków w mojej własnej samoocenie zamieniła się w poczucie spokojnej pewności, w którym własne „ja” jakby się rozpłynęło.

Na wszystkich, którzy byli w tym czasie u Batiuszki, słowa: „Niech Pani wyjeżdża do Sarowa”, zrobiły silne wrażenie, ale zareagowali na nie różny sposób.

Niektórzy zdumieli się: „Po co jechać do Sarowa teraz, kiedy tam wszystko spustoszono i nic nie zostało? Tak, warto było, aby Pani wcześniej go obejrzała, a teraz, co…” — mówili, wzdychając. Wypowiadali nawet myśl, że w obecnej sytuacji wyjazd do Sarowa jest nie tylko niecelowy, ale nawet niebezpieczny. Jedynie K. I. 3 spokojnie i prosto, jak zawsze, poprosiła mnie o przywiezienie jej wody z sarowskich źródeł. „Jeśli będzie Pani dane 4 pobyć u Prepodobnego” — zwróciła się do mnie. Te ostatnie słowa zapadły głęboko w moje serce i pomogły mi prawidłowo podejść do szykowanej podróży.

W domu oznajmiłam, że zmieniłam swoje zamiary i wyjeżdżam do Pustelni Sarowskiej. Tato nie zdziwił się, wiedząc o mojej miłości do lasu i ciszy. Powiedział mi: „Rób tak, jak ci będzie przyjemniej”. Brat zaś, z wrodzoną jemu subtelnością, zrozumiał głębiej cel mojego wyjazdu, próbując go sobie wyjaśnić w analogii do uczuć, których sam doświadczał podczas wchodzenia na szczyty gór Kaukazu, ponad linię wiecznych śniegów, gdzie wszystko to, co ziemskie, pozostaje daleko w tyle. „No cóż, wspinaj się na swój Elbrus”, powiedział mi. Jego empatia przyniosła mi wielką radość.

Czekało mnie spotkanie z kobietą imieniem Pola. Powinna mi ona dać list do Diwiejewa, do swojej znajomej, u której miałam się zatrzymać. Pola pracowała w jednym z dużych, nowo zbudowanych moskiewskich zakładów i mieszkała w hotelu robotniczym. Wybrałam się na poszukiwanie jej. Trzy dni błądziłam daremnie po tych zakładach — gigancie. Nie znalazłam Poli nigdzie.

Nieoczekiwanie dla mnie samej niepowodzenia te nie wzbudziły we mnie niepokoju i poczucia przykrości, jak to zwykle bywa w podobnych przypadkach, ale odwrotnie, zwiększyły pewność, że wszystko będzie tak jak należy i Pola się znajdzie, jeśli nie dzięki moim wysiłkom, to jakby cudem. Rzeczywiście, trzeciego dnia, wracając po całym dniu bezowocnych poszukiwań Poli, między długimi rzędami ceglanych fundamentów spotkałam dwie kobiety z innych zakładów. Zaczęłam rozmowę z nimi w drodze do tramwaju, opowiedziałam im o swoim niepowodzeniu i nieoczekiwanie odkryłam, że one znają Polę, a nawet mieszkają razem z nią w jednym hotelu robotniczym. Okazało się, że wskazano mi złe zakłady.

Kiedy wróciłam do domu, dowiedziałam się, że w czasie mojej nieobecności przysłano wiadomość o pomyłce, która zaszła. Nie miałam już zupełnie powodu do narzekania na zmarnowane trzy dni i mogłam jedynie dziękować Bogu za to zdarzenie.

Tego wieczora było już za późno, aby iść do Poli, więc wybrałam się do niej następnego dnia. W hotelu robotniczym wszyscy znali „ciocię Polę” i lubili ją. Na moje spotkanie wyszła młoda kobieta, silna i energiczna i, jak było widać, wesoła i towarzyska.

Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Przekazałam jej karteczkę, którą otrzymałam u Batiuszki. Nie pytając o nic, napisała króciutki liścik do Nastii i wręczyła go mi. Prosiła w nim, aby przekazać Nastii pozdrowienia i powiedziała, że wczoraj nie zastałabym jej, bo wyjeżdżała do swojej ihumenii 5. Rozmowa o ihumenii zupełnie nie harmonizowała z tym, co było dookoła, a i sama Pola w niczym nie przypominała mniszki. Jednak w jej zachowaniu było tyle szczerości i prostoty, że wszelka myśl o zachodzącym tu konflikcie albo maskowaniu się znikała. Rozstałyśmy się tak, jakbyśmy dawno już się znały. Gdy wracałam, zakłady z ich halami i hotelem robotniczym wydały mi się mniej obce.

Wszystko, co dotyczyło mojego wyjazdu do Sarowa, każdy szczegół, wszystkie drobne zdarzenia wydawały mi się wtedy, a nawet wydają się i dziś, gdy wspominam je, realizacją szczególnie głębokiego sensu, który jest zawsze obecny, ale który my, pogrążając się w chaosie, rzadko uświadamiamy sobie w mało istotnych — jak się nam wydaje — wydarzeniach życia upływającego obok.

Wsiadanie do pociągu idącego do Arzamasu było trudne. Brat, który obiecał odprowadzić mnie na dworzec, nie zdążył przyjechać na czas, a prawie w momencie odjazdu pociągu zobaczyłam tatę przez okno wagonu.

Po raz drugi w ciągu całego życia spotkaliśmy się wewnętrznie z tatą. Po raz pierwszy zdarzyło się to w skicie 6 Pustelni Optyńskiej (wtedy już był to dom wypoczynkowy) w cichy letni wieczór, pełny woni kwiatów, kiedy staruszek stróż cichym głosem mówił coś o powtórnym przyjściu Chrystusa. Trzeci raz zdarzyło się to dwa miesiące przed śmiercią taty, w dzień św. Mikołaja 7, kiedy tata leżał bez czucia w cudzym mieszkaniu, a ja obok niego czytałam akatyst do Swiatitela Mikołaja. Kiedy kończyłam modlitwę, tata ocknął się na moje słowa: „Ciebie podarował mi Swiatitiel Mikołaj”. Tato odpowiedział jasnym uśmiechem, a ja zrozumiałam, że słowa o. Serafima: „Przed śmiercią wszystko otworzy się przed nim” się wypełniły.

Marusia pożegnała się ze mną przez okno i poczułam, że jej dusza dąży do Sarowa razem ze mną.

Pociąg ruszył. Jechałam sama do nieznanego mi, wcześniej przez tak wielu odwiedzanego, a teraz prawie porzuconego zakątka Rosji, do prepodobnego Serafima po wodę żywą dla wszystkich, których kocham…

W zrujnowanym Sarowie

O świcie przyjechałam do Arzamasu i poszłam szukać okazji, aby się dostać do Diwiejewa. Przed wyjazdem radzono mi, aby nie pytać otaczających ludzi o Diwiejewo (aby nie wzbudzić żadnych zbędnych pytań i podejrzeń), tylko pytać o inną wieś leżącą w pobliżu (nie pamiętam teraz jej nazwy).

Okazało się, że autobus, o którym mi mówiono, nie kursuje codziennie i nikt nie mógł wytłumaczyć mi, w jaki sposób się dostać do celu mojej podróży. W taki sposób spędziłam w Arzamasie parę godzin na daremnych poszukiwaniach środka komunikacji, wewnętrznie przekonana, że i tym razem wszystko samo się ułoży.

Było już dość późno, kiedy zobaczyłam ciężarówkę, na którą ładowano beczki z benzyną. Z rozmowy zrozumiałam, że benzynę tę wiozą do stacji samochodowo–traktorowej znajdującej się w Diwiejewie. Poprosiłam robotników, aby wzięli mnie ze sobą.

Dzień był upalny, ciężarówka szybko niosła wśród kłębiącego się pyłu drogi. Ani drzewka, ani wiaterku… Beczki podskakiwały i pachniało benzyną.

Po drodze dosiadły się jeszcze dwie, trzy kobiety. Rozmawiały o pogodzie, o zbiorach. Do wieczora dojechaliśmy do Diwiejewa. Spodziewałam się zobaczyć las, ale tu, tak samo jak i po drodze, lasu nigdzie nie było.

Samochód się zatrzymał. Wszyscy znajdujący się w nim rozeszli się do swoich spraw. Znalazłam się na kamienistym placu maleńkiej, ale pełnej życia osady. Okna domów były otwarte. Były to zabudowania monasterskie, w których mieściły się teraz biuro i zarząd sowchozu. Wielu ludzi, którzy widocznie zjechali się do pracy z różnych miejsc, krzątało się dookoła.

W świetle gasnącego letniego dnia tym ostrzej wyróżniały się sylwety zamkniętych budynków cerkwi i czasowni 8. Podeszłam do jednej z kobiet i poprosiłam, aby wskazała mi, gdzie mieszka Nastia. Okazało się, że wystarczy tylko przejść przez plac. Nie bez tremy podeszłam do domu i zostawiwszy rzeczy u furtki, przekazałam Nastii, która wyszła naprzeciw, list od Poliny. Przeczytawszy, Nastia zaproponowała mi rozlokowanie się w szopie albo pozostanie w izbie razem z nią i dziećmi. Wybrałam izbę.

Nastia od trzeciego roku życia wychowywała się w sierocińcu Diwiejewskiego Monasteru, później wyszła za mąż. Jej mąż pracował w Gorkim 9, a ona mieszkała tutaj z dwiema maleńkimi córeczkami i dwiema białymi kozami.

Starsza dziewczynka Mania biegała całe dni po polach, a maleńka Tonia raczkowała po całym domu, a nocą spała w kołysce zawieszonej u sufitu. Spałam na podłodze. Jakoś mi się udawało przyzwoicie posłać czyste prześcieradła i powłoczki na wierzchu rozłożonych dla mnie kożuchów. Nastia nie miała w domu żadnej pościeli. Spała razem z Manią zawsze na podłodze, na starym, niepokrytym niczym materacu, który w dzień był wynoszony do sadu, a na noc rozścielany w izbie.

Maleńka Tonia nie miała żadnej odzieży, jeśli nie liczyć jednej, jedynej pieluszki na wszystkie przypadki życia.

Dzieci szybko przywykły do mnie. Niańczyłam Tonię wieczorami, dopóki matka zaganiała kozy, a Mania chodziła ze mną na bazar.

Z żywnością w tamtym roku było trudno, nawet nie zawsze można było dostać chleba. Żywiłyśmy się z Nastią razem i dzieliłyśmy między siebie wszystko, co miałyśmy.

Nastia od razu mi się spodobała. Była opanowana i milcząca, ale jej milczenie nie było ciężkie. Nie skarżyła się na nic, ale umiała krytycznie odnosić się do przeszłości i teraźniejszości, a w sprawach dotyczących duchowości wykazywała wielką ostrożność i delikatność.

Dopiero przed samym odjazdem odczułam, jak tej prostej kobiecie drogi był monaster, w którym wyrosła.

Nastia opowiadała mi o cerkwiach, czasowniach, cmentarzach, o kanale prepodobnego Serafima, strumyczkach i źródłach. Zaczęłam chodzić po Diwiejewie i prędko zauważyłam, że miasteczko żyje podwójnym życiem. Na powierzchni — mrowisko, nowo przybyli ludzie ze swoimi troskami i pracą, a w głębi tli się życie monastyru i żyje pobożne wspomnienie przeszłości.

W czasowniach płonęły niegasnące lampady 10, na cmentarzach czuło się czyjąś troskliwą rękę, a przechodnie, szczególnie chłopi z oddalonych wsi, żegnali się przed obrazami, które zachowały się na frontonach zamkniętych świątyń.

Nie widziałam nigdy takiego znaku krzyża, jak w Diwiejewie i w Sarowie. Każdy, kto podchodził z wiarą do tych miejsc, czuł, że on modli się nie tylko własną modlitwą, ale osłania go modlitwa prepodobnego Serafima.

Niewątpliwie najbardziej cudowne były w Diwiejewie źródła podziemne. Po zamknięciu monastyru starannie zasypano je ziemią, aby wyplenić z ludu wspomnienie ich błogosławionej siły, ale to nie pomagało: to tam, to tu woda źródlana znowu przebijała się na powierzchnię ziemi. Początkowo dziwiło mnie, gdy widziałam, że ktoś z przechodzących, pochylając się do ziemi, czegoś uważnie wypatruje i przysłuchuje się czemuś. Podchodząc bliżej, słyszałam szept pełen zachwytu: „Źródełko się odkryło!”. Źródełko znowu zasypali, a ono znowu się odkrywało — żywy symbol niegasnącej miłości Bożej do pragnącej wiary ludzkości.

Niektóre ze źródeł cieszyły się szczególną miłością, nazywano je imionami tego, kto je odnalazł albo kto ich strzegł.

Minęło 10 dni, a mnie nie udało się jeszcze trafić do Sarowa. Nastia bardzo się martwiła o mnie i próbowała wszelkich sposobów, aby znaleźć dla mnie przewodnika. Bez niego nie można było tam iść, nie znając bowiem drogi, łatwo było zabłądzić w lesie, a i w samym Sarowie trudno teraz cokolwiek odszukać tym, którzy nie bywali tam wcześniej. Miejscowi mieszkańcy zaczęli już krzywo patrzeć na mnie, ponieważ było dla nich niezrozumiałe, kim jestem i co tu robię. Przedstawiciele obu grup diwiejewskiej ludności zaczęli odnosić się do mnie podejrzliwie.

Kiedyś wieczorem, gdy siedziałam na wzgórzu i robiłam wypisy z księgi Symeona Nowego Teologa, kilka robotnic sowchozu podeszło do mnie i z wyrzutem w głosie zapytało: „Mąkę spisujesz?”. Po czym zmiękły, przysiadły się do mnie i jedna z nich poprosiła, abym napisała jej, pod dyktando, list do narzeczonego, który ją zostawił.

Innym razem w południe usiadłam, aby odpocząć nad rzeką. Podeszła do mnie niezwyczajnie ubrana młoda kobieta o subtelnej i pięknej twarzy. Była to jedna z tych mniszek, które po zamknięciu monastyru nie odeszły „do świata”, ale zostały, aby żyć samotnie w Słobodce w położeniu półżebraczek.

„Co ty tu, służebnico Boża 11, robisz” — surowo zapytała. „Odpoczywam” — odpowiedziałam. Spojrzawszy na mnie, powiedziała uspokajająco: „Odpoczywaj z Bogiem”, i odeszła.

Wreszcie nadszedł długo oczekiwany dzień. Nastia znalazła dla mnie przewodniczkę. Była to stara monachinia 12, która przeżyła w monasterze ponad 50 lat. Zwracano się do niej Matrena Fiodorowna. Była wysoka, nieco zgarbiona ze starości, a jej głowa trzęsła się lekko. Na plecy narzuciła czarną chustę, a w rękach trzymała duży kij.

Umówiłyśmy się, że przyjdzie do nas następnego ranka, gdy tylko się rozwidni, i wybierzemy się do Sarowa. Kiedy tylko niebo rozjaśniły poranne zorze, Matrena Fiodorowna zapukała w nasze okno. Nikt nie powiedział ani słowa. Wszystkie przeżegnałyśmy się i wybrałyśmy się w drogę. Wokół rozpościerały się pola. Byłyśmy same. Droga rozwidlała się, wlokła i wabiła w dal.

W mojej duszy, jak odgłos dalekiego, zostawionego poza sobą świata, dźwięczały słowa poety:

Obok ślepego starca iść tam, dokąd nie idzie nikt. (Rainer Maria Rilke)

W pierwszej z mijanych wsi przyłączyła się do nas jeszcze jedna towarzyszka podróży. Była to miejscowa chłopka, której córka pracowała w fabryce w Sarowie. Szła do córki, a Matrena Fiodorowna umówiła się z nią w sprawie noclegu.

Nowa towarzyszka podróży okazała się bardzo gadatliwa. Nawiązała ożywioną dyskusję z Matreną Fiodorowną. Szłam z tylu i przysłuchiwałam się temu, co mówiły. Czegóż tam nie było: i spustoszenie monasteru, i współczesne cierpienia za wiarę, i nieskończenie wiele przypadków cudownych wybawień i ocaleń, i okrutne kary dla tych, którzy sprofanowali świątynie, i wszelakie sny, wizje i przepowiadanie przyszłości. Człowiek tak niedoświadczony, jak ja, nie był w stanie zorientować się, gdzie się kończy obszar prawdy, a zaczyna się fantazja i folklor.

Twórczość ludowa nie zawsze ściśle rozgranicza jedno i drugie. Czasem opowiadania te przypominały żywoty świętych, a kiedy indziej bajki ludowe albo Metamorfozy Owidiusza.

W miarę zbliżania się do Sarowa moje towarzyszki podróży milkły. Zza lasu wyłoniły się kopuły, a wkrótce i cały Sarowski Monaster stanął przed nami taki, jaki nieraz widywaliśmy na obrazkach.

Dzień chylił się ku wieczorowi i jak najprędzej trzeba było znaleźć nocleg. Ogromne sobory były puste, ale zabudowa mieszkalna była gęsto zasiedlona. Napisy informowały, że znajdujemy się w granicach Mordwińskiej ASRR 13.

Można było spotkać piękne kobiety — Mordwinki w strojach ludowych, ale najwięcej było młodzieży ściąganej z różnych miejsc do pracy i nauki w FZU 14. Mieszkała w internatach. Było ciasno, brudno i głośno.

Córka naszej towarzyszki podróży mieszkała w jednym z pokoików internatu. Była to jeszcze całkiem młoda kobieta. Miała trzyletnią córkę, której ojciec ukrył się nie wiadomo gdzie. Przeszkadzała ona matce, a matka i babka nie ukrywały tego, że dziecko było dla nich ciężarem i życzyły mu śmierci.

Położyłyśmy się na podłodze maleńkiego pokoiku i zmęczone wędrowaniem szybko zasnęłyśmy. Za oknem długo nie milkły krzyki i śmiech. Kiedy się obudziłam, było już jasno. Matrena Fiodorowna się modliła.

Miałyśmy pójść do źródła dopiero o 10 rano, dlatego też zostało mi jeszcze dużo czasu, aby zwiedzić okolicę.

Kiedy wyszłam na dwór, osada jeszcze spała. W rzece Sarowce odbijały się nadbrzeżne zarośla. Wśród panującej ciszy wspaniale prezentował się monaster. Czuło się, że chociaż minęły czasy jego świetności, choć nie ma już mnichów ani świętych ikon, to łaska Boża nie porzuciła tych ścian i prepodobny Serafim dalej służy Bogu w niebiosach.

Czegoś podobnego doświadczałam wcześniej, jeszcze przed chrztem, w Pustelni Optyńskiej, mimo że nie zdawałam sobie wtedy z tego sprawy. Ślady modlitwy i heroicznych czynów ducha utrwalają się i pozostają w otaczającej przyrodzie tak wyraźnie, że odebranie ich wydaje się możliwe za pomocą naszych zmysłów i uczuć.

Większość świątyń była zabita na głucho, ale w pewnym wielkim soborze drzwi okazały się na pół otwarte. Bardzo chciałam tam wstąpić i popatrzeć, czy nie zachowało się malarstwo albo napisy na ścianach. Ciężkie drzwi ustępowały z trudem. Zajrzałam do środka. W soborze było pusto, freski na ścianach zostały zamazane, część nawy porosła trawą. Szybko się zorientowałam, że nie jestem sama. Przede mną stała krowa i przyglądała się mi swoimi wielkimi, okrągłymi oczami. Czy dostała się ona do soboru przypadkowo, odłączywszy się od stada, czy też specjalnie zostawiono ją tu na noc? Widać było jednak, że czuła się nie najlepiej, bo żałośnie ryczała. Nie zdecydowałam się szerzej otworzyć drzwi w obawie, że wypuszczę krowę i tym samym przyczynię się do szkody jej właścicieli, a na siebie sprowadzę nieprzyjemności, więc szybko odeszłam.

Wziąwszy ze sobą naczynie na wodę ze źródeł sarowskich, wyruszyłyśmy w dalszą drogę. Matrena Fiodorowna wzięła ze sobą akatyst do prepodobnego Serafima. Mimo że była z nami nasza gadatliwa towarzyszka podróży, szłyśmy w milczeniu. Każda z nas czuła, że w tym lesie nie należy mówić, a można się tylko modlić.

Nie było tu nawet tego podwójnego życia, które obserwowało się w osadach Diwiejewa i Sarowa. Tu królował prepodobny Serafim. Każdy, kto wchodził do tego lasu, przychodził do Prepodobnego. Ludzie mówili, funkcjonowali i poruszali się tu inaczej niż w innych miejscach. Bali się tu coś naruszyć albo czemuś przeszkodzić.

Dowiedziałam się, że myśliwi do tej pory nie zabijają niedźwiedzi w tych lasach, aby uczcić pamięć niedźwiedzia, którego prepodobny Serafim karmił własnymi rękami.

Na rozstaju przy drodze do źródła stał krzyż. Dawniej znajdował się na nim Ukrzyżowany. Teraz Jego figura została wywieziona i rozbita, a drzewo krzyża złamano w wielu miejscach.

Ci, którzy bywali tu wcześniej, pamiętają monaster w jego poprzednim, kwitnącym stanie i uważają, że teraz w Sarowie nie ma już niczego, być może, widząc złamany krzyż, doświadczyliby jedynie smutku albo oburzenia i nie podzieliliby ze mną moich uczuć!

Porzucony i połamany krzyż w tym napełnionym łaską lesie czynił, jak mi się wydawało, mękę Zbawiciela znacznie bliższą i bardziej odczuwalną niż artystycznie wykonane i strzeżone ukrzyżowania znajdujące się w bogatych i wspaniałych świątyniach. W drewnianych szczątkach odczuwało się „błogosławione drzewo, na nim był przecież ukrzyżowany Chrystus, Król i Pan”. On, ukrzyżowany i broczący krwią, zwyciężył świat!

Tak wypowiedziała się miłość Boża do ludzkości. A czy święte miejsca zbezczeszczone i zrujnowane nie stają się przez to dla nas jeszcze świętsze i droższe, przypominając o zbawczej męce Pana Jezusa Chrystusa? Stąd z krzyża zstępuje miłość, która przebacza i błogosławi wszystkim! Zebrałam kawałeczki drzewa, które odłamało się od krzyża i wzięłam je ze sobą.

Im bliżej dochodziłyśmy do głównych źródeł, tym więcej było ludzi. Wielu z nich przypuszczalnie przeszło pieszo dziesiątki wiorst, niektórzy prowadzili z sobą dzieci. Szli pojedynczo w skupieniu, bojaźliwie, starając się być niezauważeni. W każdym sercu tlił się jednoczący wszystkich ognik wiary w podarowaną ugodnikowi Bożemu łaskę zbawienia.

Każdy z przechodzących zatrzymywał się w tym miejscu, gdzie znajdował się kamień, przy którym przez wiele dni i nocy modlił się prepodobny Serafim. Próbowano zniszczyć ten kamień, wysadzano go w powietrze, rozbijano na drobne części, ale jego odłamki znajdowały się wszędzie wokół. Widziałam dzieci i dorosłych, którzy wyszukiwali najmniejsze odłamki kamienia w trawie. Studnie były zburzone, ale spod ziemi biła krynica czystej źródlanej wody.

Matrena Fiodorowna ze słowami modlitwy oblała mnie i siebie samą cudowną świeżą wodą i zaproponowała mi, abym przeczytała na głos akatyst do prepodobnego Serafima. W innej sytuacji by mnie to zmieszało, ale tutaj wszystko, co subiektywne, zniknęło, straciło znaczenie. Pustelnia Sarowska wieści trudy i świętość prepodobnego Serafima, jej zarośla i lasy napełnił aromatem swojej modlitwy. W tej obiektywności świata duchowego toną wszystkie pytania teorii poznania. Sam Bóg, Stworzyciel świata tego — kryterium prawdy. On Sam — Droga, Prawda i Życie. Tam, gdzie kamienie i źródła wód wypełnione są łaską Ducha Świętego, zaciera się granica między materialnym i duchowym.

U źródła pożegnałyśmy naszą towarzyszkę podróży. Poszła do domu, a my z Matreną Fiodorowną wyruszyłyśmy w dalszą drogę. Las stawał się coraz gęstszy, a ludzi było coraz mniej. Gdyby nie Matrena Fiodorowna, nie wiedziałabym, dokąd iść. Ale ona znała wszystkie zakątki Lasu Sarowskiego. Jakiego dziwnego uczucia doświadcza człowiek w tym lesie, kiedy on coraz ciaśniej i ciaśniej obstępuje cię ze wszystkich stron. Nie wierzy się już prawie, że to jeszcze nadal nasza ziemia, do takiego stopnia zlewa się ona z niebem i przenika się z nim. A oto polanka, na której Prepodobny karmił niedźwiedzia, a to pieczara, w której ukrywał się podczas swojego życia pustelniczego.

Matrena Fiodorowna zaproponowała mi, abym wzięła na pamiątkę garstkę ziemi z pieczary. Podchodzimy do groty i nieoczekiwanie słyszymy ludzki głos. Z pieczary wyszedł młodzieniec w wieku 16–17 lat i obrzuciwszy mnie spojrzeniem, zapytał: „Zapewne z Moskwy?”. „Z Moskwy” — potwierdziłam, a on w połowie pytająco, a w połowie twierdząco dodał: „Moskwa nie zapomina o prepodobnym Serafimie?!”.

Potem zaczął mówić o marności i próżności wszystkiego, co ziemskie. „Oto i carowie — mówił — pysznili się swoim majestatem, a co z nich pozostało?”. Młodzieniec zaproponował nam, abyśmy poszły razem z nim. Niedaleko, w samej gęstwinie lasu zobaczyłyśmy brzózkę. Na brzózce był krzyż, a pod krzyżem — obrazek prepodobnego Serafima. Na dole, w krzakach poruszała się jeszcze jakaś istota ludzka. Kto to był, nie od razu można było rozpoznać. Dopiero przyjrzawszy się, zobaczyliśmy, że był to mnich, cały ubrany w czerń, niewidomy albo prawe niewidomy, ale w takim stopniu zarośnięty włosami, że jego twarzy prawie nie było widać. Poprosili nas, abyśmy usiadły i gospodarze rozpoczęli z nami rozmowę. Okazało się, że latem i zimą mieszkają w lesie. O miejscu ich pobytu wiedzą jedynie bardzo nieliczni. Rodzice młodzieńca mieszkali w jednej z pobliskich wiosek, pracowali w kołchozie. On sam uczył się w szkole, ale odchodząc od świata, porzucił rodzinny dom i ukrywając się, zamieszkał w lesie, razem z niewidomym mnichem. Od czasu do czasu powracał „do świata”, aby zdobyć to, co jest niezbędne do życia, i znowu odchodził w las.

Niewidomy mnich zaczął z ciekawością wypytywać o Moskwę i życie moskiewskie, tak jak o coś dalekiego i nieco strasznego. Rozmowa z niewidomym mnichem, jego ponury, prawie wrogi stosunek do współczesności zmieszały mnie. I dopiero przylgnąwszy do krzyża i obrazu prepodobnego Serafima na brzózce, z nową siłą poczułam, że prepodobny Serafim, który już w młodości ukochał Chrystusa, a spotkawszy rozbójnika, zwrócił się do niego słowami: „Radość moja”, osłania i ocala swoją płomienną miłością od wszelkiej wrogości i złości ludzkiej — i stało się mi znowu lekko i spokojnie w sercu.

Młodzieniec uprzejmie odprowadził nas i popatrzywszy uważnie na mnie, powiedział: „Niech Pani spogląda na życie prościej i żyje w prostocie”. A kiedy już odchodziłam, krzyknął za mną: „I niech Pani nie zapomina prepodobnego Serafima!”.

Jeszcze jedną noc spędziłyśmy w Sarowie i wyruszyłyśmy w drogę powrotną. Tym razem zatrzymywałyśmy się w każdej wsi. Matrena Fiodorowna zachodziła do znanych jej domostw. Nigdy wcześniej nie byłam świadkiem czegoś podobnego. Trudno byłoby powiedzieć, że to żebraczka prosi o zmiłowanie czy mający władzę zbiera daninę od swoich poddanych. Jej dawali nie z łaski, ale jako zobowiązanie, nie dla niej, a dla Boga, wobec tego dla siebie, aby zbawić swoją duszę i wyprosić pomyślność swojego domu.

A ona zbierała ze świadomością swojego prawa do swojej doli w pracach. Ona przecież modliła się za nich!

Do wieczora wyszłyśmy na pola. Trwały żniwa. Widząc, że idziemy z Sarowa, niektórzy z pracujących wypytywali nas o stan źródeł, inni dzielili się wspomnieniami. Jedna z kobiet na minutę zatrzymała się z sierpem w dłoni i zamyśliwszy się, powiedziała: „Łaska jest wszędzie, byłaby tylko wiara”. Kiedy doszłyśmy do Diwiejewa, było już późno. Nastia czekała na nas. Była w świetnym nastroju. Z pewnym zażenowaniem wyjęła ze skrzyni obraz męczennicy Wiery i dała mi go. „Kiedy zamykali monaster, wzięłam go stamtąd i ukryłam, a teraz niech Pani weźmie go sobie na pamiątkę. To Pani święta, niech Pani powiesi ją gdzieś w kąciku”.

Potem odnalazła jeszcze parę obrazów przedstawiających Sarowską Obitel 15 i poszczególne momenty z życia prepodobnego Serafima i również podarowała mi je. Matrena Fiodorowna przenocowała u nas i odeszła rankiem, obiecując dać mi kawałek kamienia, przy którym modlił się prepodobny Serafim, jeśli zajdę do niej do Słobodki.

Po dwóch dniach wybrałam się do Matreny Fiodorowny. Było upalne popołudnie i bezchmurne niebo. Musiałam przejść tylko przez niewielką łąkę i wąwóz.

Chatynka, w której żyła Matrena Fiodorowna, wydawała się całkowicie niezdatna do zamieszkania. Miejscowi kołchoźnicy oddali ją do dyspozycji Matreny Fiodorowny i innej staruszki monachini, która mieszkała razem z nią. Ktoś podarował im kozę i parę kur. W taki sposób żyły. Druga monachinia była całkiem niedołężna i ledwie się poruszała. W domu wszystko było stare i nie było prawie żadnych sprzętów. Matrena Fiodorowna pozwoliła mi obejrzeć zachowane przez nią księgi klasztorne, a na pożegnanie podarowała obiecany kamyczek.

Kiedy wyszłam na dwór, zaczęło wiać. Pomyślałam, że nadciąga burza i muszę prędzej dobiec do domu. Nie zdążyłam jednak nawet przebiec przez drogę, kiedy nieznajoma kobieta krzyknęła do mnie: „Niech Pani prędko wraca”. Nie zrozumiałam, o co chodzi, ale postanowiłam być posłuszna.

Ledwie zdążyłam wejść do domu Matreny Fiodorowny, a pociemniało wokół tak, że nie można było odróżnić otaczających przedmiotów. Niebo zrobiło się ciemnożółte i trudno było oddychać. Nie mogę powiedzieć, czy trwało to długo, ale na moment wydało się, że zgasło światło dnia. „Jak bezchmurnie i spokojnie było wszędzie dookoła jeszcze parę minut temu” — pomyślałam. „Tak będzie w dzień sądu ostatecznego” — powiedziała Matrena Fiodorowna, odpowiadając słowami na moje myśli.

Silny poryw wiatru omal nie zniósł starej chatynki i zaczął podać grad. Obie monachinie szeptały modlitwy i drżącymi rękami stawiały między oknami filiżanki ze świętą wodą. Kiedy rozjaśniło się, okazało się, że wszystkie szyby w oknach chatynki zostały rozbite w drobny mak. W osadzie ludzie zbierali rozbite szkło i kiwając głowami, mówili: „Zupełnie jak po bombardowaniu!” .

Bardzo chciałam zostać w Diwiejewie do 1 sierpnia (dzień pamięci prepodobnego Serafima, według nowego stylu), ale przedstawiciele miejscowej władzy zaczęli interesować się, po co i do kogo przyjechałam, gdzie pracuję itd. Nie chciałam ściągnąć kłopotów na głowę Nastii i postanowiłam przyśpieszyć swój wyjazd. Pragnęłam jeszcze przed wyjazdem zobaczyć obraz Matki Boskiej Kazańskiej, bardzo czczony przez ludność miejscową, który znajdował się w odległości około kilometra od Diwiejewa.

Wieczorem, w przeddzień odjazdu, poszłam sama we wskazanym mi kierunku. Słońce zachodziło. Na drodze było cicho i pusto. W polu, daleko od wszelakich sadyb, stał jeszcze krzepki drewniany dom. Był on zamknięty, ale przez okno było dobrze widać, co się dzieje wewnątrz. Była w nim niezwykła czystość i cisza. Nie było tam niczego oprócz wielkiej, cudownej ikony Matki Boskiej Kazańskiej. Otaczały ją kwiaty polne. Płonęły lampady. W czasie wszystkich burz, które zaszły w monasterze, obraz ten pozostał nietknięty.

Zamknięto świątynie, milczą dzwony, ale Żarliwa Orędowniczka 16 niezmiennie wylewa swoją bezgraniczną miłość i łaskę na cały cierpiący świat…

Na niebie dopalała się zorza wieczorna. Ciemniało. Cicho szumiał strumień.

Wracałam do Moskwy z uczuciem radości. W zrujnowanych i spustoszonych świętych miejscach znalazłam świętość niezniszczoną, ogarniającą wszystko, promieniejącą niebiańską czystością i triumfującą!  Dzień, w którym przyjechałam z Sarowa do Batiuszki, był dla niego świętem. Nie widziałam go nigdy w tak radosnym ożywieniu. „Tonieczka, popatrz, córeczka to Twoja jakaś przyjechała, prawdziwa Sarowska” — wezwał on Tonię, a potem jeszcze, zwracając się do Toni, Batiuszka mówił: „Tonieczka, ty pomyśl, ty tylko pomyśl… Wieroczka w Sarowie!”.

Batiuszka radował się tym, że ma w końcu po tylu latach żywe pozdrowienia z drogich jego sercu świętych miejsc i może się dowiedzieć, co tam teraz pozostało i w jakim stanie znajduje się wszystko to, co dla niego jest tak dobrze znajome i bliskie, wreszcie tym, że po tylu latach udało mu się wyprawić tam kogoś ze swoich duchownych dzieci i tym, że byłam to właśnie ja.

Batiuszka wypytywał o wszystko. Znał on tam każdy kącik, znał osobiście wielu ludzi, kiedyś bowiem ich spowiadał. Batiuszka prosił, abym mu na spowiedzi opowiedziała tylko wewnętrzną stronę mojego wyjazdu, a wszystko, co dotyczyło faktów zewnętrznych, miałam opowiedzieć potem przy wszystkich.

Kiedy opowiedziałam Batiuszce o tym, że pozostało we mnie z mojego wyjazdu odczucie, że nie tylko odwiedziłam Pustelnię Sarowską, ale byłam u prepodobnego Serafima, odpowiedział mi: „Tak to rzeczywiście jest w samej rzeczy”.

Kiedy wyszliśmy do wspólnego pokoju, pokazałam podarunki, które mi dali w Diwiejewie: obraz męczennicy Wiery z Diwiejewskiego Monasteru, duże obrazy z wyobrażeniem Sarowskiej Obiteli, ukazanie się Matki Boskiej prepodobnemu Serafimowi i inne.

„Pani wyjazd nie był zwyczajny”, kilkukrotnie powtórzył Batiuszka.

„Batiuszka, Wieroczka pokazała te obrazki swojemu bratu”, powiedziała Tonia.

„A jakże — powiedział Batiuszka — tak być powinno, bardzo dobrze, że pokazała”.

1 Tytuł podrozdziału we wspomnieniach Wasilewskiej wprowadzony przez redakcję wydania rosyjskiego. 
2 Odpowiednik Kyrie eleison — Panie, zmiłuj się. 
3 Ksenia Iwanowna Gripanowa jako mniszka siostra Susanna — (przyp. red. wyd. ros.). 
4 w oryginale słowo Ihumenia — przełożona klasztoru. 
6 Skita — pustelnia wraz z kaplicą. 
7 Dzień św. Mikołaja według kalendarza juliańskiego wypada 19 grudnia. 
8 Czasownia — cerkiewka, niewielka budowla zbliżona do kaplicy, bez ołtarza. 
9 Historyczna i dzisiejsza nazwa tego miasta to Niżnyj Nowgorod, pol. Nowogród Niżny. 
10 Lampki oliwne.
11 Raba Bożyja (cerkiewnosłowiański). 
12 Monachinia znaczy to samo, co mniszka, ale głębiej wyraża szacunek. W oryginale często oba określenia stosowane są zamiennie, dlatego przyjąłem w tłumaczeniu, że młode siostry będę nazywać po prostu mniszkami, natomiast starsze, zarówno wiekiem, jak i pozycją w hierarchii, monachiniami. Stan mniszy, mylony powszechnie na Zachodzie z zakonnym, jest znacznie starszą formą życia konsekrowanego opartego na regule niż zakonny, a poza tym zakony właściwe są tylko dla zachodniego chrześcijaństwa, określanie mnichów i mniszek mianem zakonników i zakonnic stanowi poważny błąd. Mnisi zachodni: benedyktyni i cystersi z wieloma ich odgałęzieniami nie są zakonnikami. Nie są nimi także kanonicy regularni posługujący się regułą mniszą św. Augustyna. Tryb życia mnichów wschodnich określają dwie podstawowe reguły: św. Bazylego Wielkiego i św. Piotra Studyty. Są one zawsze uzupełniane przez duchową tradycję i szczegółowy ustaw każdego monasteru. Tradycja i szczegółowy ustaw określają też zadania każdego z monastyrów. Duchowość monasterska, przy tożsamości metody życia mniszego, określonej przez ogólną regułę, jest ogromnie zróżnicowana. Obraz każdej wspólnoty mniszej (obiteli) stanowi odzwierciedlenie celów stawianych przez założyciela, najczęściej uznanego za prepodobnego, odbicie jego duchowości i odpowiedź na znaki czasu. Dzięki temu różnorodność tradycji duchowości życia konsekrowanego na Wschodzie nie jest uboższa niż na Zachodzie, gdzie występuje wiele bardzo różnych zakonów (przyp. tłum.). 
13 Mordwińska Autonomiczna Republika Radziecka, jeden z podmiotów Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Mordwini to jeden z ludów ugrofińskich, zamieszkałych wzdłuż środkowej Wołgi, prawosławny (choć przetrwało tam też ludowe pogaństwo). Opisywana mobilizacja młodzieży sowieckiej stanowiła typowy przykład polityki rozbijania mniejszości narodowych na ich własnym terytorium. Spowodowało to praktycznie całkowite zaniknięcie odrębności językowej Mordwinów.
14 Przyzakładowe Szkoły Zawodowe — przyp. red. wyd. ros. 
15 Obitel’ cerk. słow. — monaster, wspólnota monastyczna, a także zespół jej zabudowań, a również jej budynki. 
16 Cerk. słow. Zastupnica Userdnaja.

Niech Pani jedzie do Sarowa
Wiera Wasilewska

Wiera Jakowlewna Wasilewska, V.Ya. Vasilevskaya, Żydówka z całkowicie zlaicyzowanej moskiewskiej rodziny inteligenckiej, która w najstraszniejszym roku 1936 przyjęła chrzest udzielony przez Batiukowa, autorka książki Katakumby XX wieku (ros. Kat...