Kościelne igraszki

Dzwony uruchamiane są elektrycznie i dzwonią same o zaprogramowanych porach, a komunię świętą przyjmuje się nie przy balaskach nakrytych obrusem, ale na stojąco. Wierni przesuwają się jeden za drugim – w kolejkach, jak po hamburgery.

W latach mojego dzieciństwa na święta kościelne czekało się z utęsknieniem. Każde z nich było w tamtym czasie obrośnięte ludową obrzędowością, dlatego nikt nas nie musiał zaganiać do kościoła — sami szliśmy. Z ochotą!

Odpusty z licznymi straganami i obowiązkowe czerwone lizaki. Msze ze świecami (Matki Boskiej Gromnicznej i roraty). Nabożeństwa z kadzidłami (majowe), z pękami polnych kwiatów i ziół (Matki Boskiej Zielnej), ze święconką (Wielka Sobota), ze strzelaniem na wiwat (rezurekcja) — to były nasze wielkie atrakcje sezonu.

Ze szczególną niecierpliwością czekało się na święto Matki Boskiej Gromnicznej — wtedy odbywały się zawody o to, kto doniesie zapaloną świecę do domu. Chłopacy się ścigali, kto pierwszy, ale nie wolno było szaleć, bo ten, kto w podmuchu wiatru lub przeciągu stracił poświęcony płomień, zostawał na kilka tygodni patałachem.

Do dziś pamiętam kolegę, który nas co roku kasował, bo miał wujka zakonnika i ten dostarczał mu największe gromnice, jakie świat widział — metr wysokości i grube jak męskie ramię. To był bolesny szpikulec wbity w nasze ambitne serca — kilka kilogramów żółciutkiego wosku i porządny pleciony knot, kontra skromniutkie świeczki ze zwykłej bladej parafiny. Gasły przy byle zefirku, a kiedy padał deszcz albo mokry śnieg, nie mieliśmy najmniejszych szans. Ale za to nam kapało po rękach (prawdziwy wosk nie kapie) i potem się mogliśmy przechwalać, kto więcej bólu wytrzymał dla Bozi. Zdejmowaliśmy z rąk parafinowe „skórki” i oglądaliśmy pod światło swoje linie papilarne. Czy którakolwiek z dzisiejszych gier komputerowych gwarantuje podobne atrakcje?

Pamiętam też zawody pośród młodszych ministrantów o to, kto jednym ruchem ręki wywinie obrusik wiszący przy balaskach. Dawniej, jeszcze na początku lat 80. XX wieku, komunię świętą się przyjmowało, klęcząc przy barierce przed ołtarzem — tzw. balaskach — zasłanej białym obrusem. Obrusik trzeba było tak sprytnie szarpnąć, żeby nienagannie przykrył wierzch barierki na całej jej długości i żeby nie trzeba było nigdzie poprawiać. To była nie lada sztuka! Zrobić to jednym ruchem potrafiło tylko kilku z nas. A była zasada, że jeśli potrafisz sobie dać radę z obrusikiem, to wolno ci w nagrodę obsługiwać kościelne dzwony — a o to wszyscy walczyli, bo dzwonienie na mszę lub na Anioł Pański było największą atrakcją ze wszystkich.

* * *

Na przywilej dzwonnika trzeba było pracować solidnie i długo — nasz ksiądz chciał być pewien, że ministrant będzie obowiązkowy i punktualny. Sztuczka z obrusem stanowiła dobry tego sprawdzian — wymagała wielu prób, a ćwiczyć wolno było wyłącznie w czasie mszy świętej. — Obrus komunijny to nie zabawka — mówił ksiądz. Musieliśmy więc odsłużyć wiele mszy, zanim się człowiek wytrenował.

Żeby trochę skrócić ten okres, organizowaliśmy tajne komplety — przy długim korycie w oborze. Mimo to nie wszystkim starczało cierpliwości albo manualnego talentu, dlatego kiedyś za prawo jednorazowego „nielegalnego” uruchomienia dzwonu dałem koledze kilkanaście moich najlepszych kapsli! Wtedy grywało się w „kapstle” — kawałkiem ukruszonej cegły rysowaliśmy na chodniku krętą trasę, a potem pstrykaliśmy tymi „kapstlami”, kto pierwszy do mety. Były wypełnione woskiem lub smołą i miały ponaklejane „koszulki” — wycięte z papierka flagi różnych państw, czasami z dopisanym nazwiskiem konkretnego kolarza.

* * *

Starszy ministrant wprowadził mnie dyskretnie do wieży kościoła. Powietrze pachniało tu tajemniczo, stęchłymi cegłami i kurzem. Potem on wyglądał przez szparę w drzwiach, czy nie idzie pan kościelny, a ja pierwszy raz w życiu, przejęty jak nie wiem co, ciągnąłem za sznur.Najpierw ja dzwon w dół, a następnie dzwon podciągał mnie do nieba… Ja go w dół… On mnie do niebaaa… W dół… I jaaaa…

Nigdy, na żadnej huśtawce nie byłem tak szczęśliwy, jak na tym starym konopnym sznurze, mimo że dźwięk dzwonu ogłuszył mnie boleśnie na wiele godzin. Starszy ministrant oczywiście „zapomniał” wspomnieć o wacie do uszu. Oni zawsze za pierwszym razem „zapominali”, a potem każdy już sam pamiętał.

* * *

Dzisiaj tego wszystkiego już nie ma. Dzwony uruchamiane są elektrycznie i dzwonią same o zaprogramowanych porach, a komunię świętą przyjmuje się nie przy balaskach nakrytych obrusem, ale na stojąco. Wierni przesuwają się jeden za drugim — w kolejkach, jak po hamburgery.

A przecież apostołowie przy tym pierwszym stole w wieczerniku siedzieli obok siebie, nie stali jeden za drugim. Pan Jezus zaś, kiedy ustanawiał komunię, powiedział: jedzcie i PIJCIE…

Dlaczego pijamy tylko od wielkiego święta? Dlaczego ksiądz obdziela nas tylko Ciałem, a odmawia Krwi Pańskiej? W odpowiedzi na to pytanie usłyszałem kiedyś, że ksiądz nie ma trzech rąk, więc nie ma w czym trzymać drugiego kielicha.

W wielu Kościołach protestanckich jakoś tę techniczną kwestię rozwiązano, a i w naszym Kościele coraz częściej podaje się opłatek nie do ust, ale do rąk. Możliwe jest więc, by wierni sami brali opłatek w palce, a następnie zamaczali go w drugim kielichu. Można też cofnąć się do czasów pierwszych chrześcijan, którzy rwali prawdziwy chleb i nie tylko symbolicznie, ale całkiem zwyczajnie popijali go kilkoma łykami wina. Można wreszcie zmodyfikować samo naczynie, z którym ksiądz podchodzi do wiernych i zrobić w nim dwie komory. Można do większego, na opłatki wstawić mniejsze, na wino. Wszystko można — wystarczy tylko chcieć.

* * *

Ludowa obrzędowość powiązana ze świętami kościelnymi w Polsce zanika. Mamy jeszcze święconkę, mamy palemki, ale coraz tego mniej. Odczuwam to jako stratę czegoś cennego, pięknego.

Jan Paweł II w czasie ostatniej pielgrzymki do Meksyku z radością przyjmował różne nieliturgiczne zachowania tamtejszego ludu, który po swojemu starał się uczcić Boga. W Meksyku Bogu się śpiewa i gra, tańczy się przed Nim, jak biblijny król Dawid, ściele się Mu dywany z prawdziwych kwiatów, pierwociny wszystkich plonów składa w darze na ręce Jego kapłanów… Człowiek dobrze wyedukowany, nowoczesny Europejczyk, może się bardzo wiele nauczyć o tym, jak chwalić Pana, obserwując, jak to robią niepiśmienni Indianie w Meksyku. Ilekroć tam jestem, zachwycam się ich pobożnością. Śpiewam i tańczę wraz z nimi. A potem bardzo mi tego brakuje w naszych, dużo chłodniejszych, kościołach.

Kościelne igraszki
Wojciech Cejrowski

urodzony 27 czerwca 1964 r. w Elblągu – polski dziennikarz, prezenter telewizyjny, fotograf, podróżnik, autor książek i publikacji prasowych, poszukiwacz ginących plemion Amazonii, osobowość telewizyjna, dziennikarz radiowy, artysta kabaretowy, pisarz i publicysta, satyryk,...