Zdzich

Spotykaliśmy się przez lata – zawsze były to spotkania ważne, zawsze polskie, zawsze chrześcijańskie… Teraz, gdy myślę o Zdzichu jako Przyjacielu już „po tamtej stronie”, przed oczyma stają mi słowa i obrazy z tych spotkań. Jeszcze nie potrafię tego usystematyzować.

Mikołaj II — no cóż, rzeczywiście car nieudacznik, którego sumienie niejedno obciąża. Ale świętość jest łaską, jest szczególną łaską dla tych, którzy potrzebują lekarza. A jego cierpienie…? On rzeczywiście wycierpiał wiele. W losie jego najbliższej rodziny jest wiele po ludzku niepojętego, nawet śmierć. Przemku, nie wiem, czy wiesz, ale pierwszego cara z rodu Romanowych koronowano w Ipatijewskim Monastyrze. Michaił miał wtedy 16 lat. Mikołaja i jego rodzinę wymordowano w piwnicach domu, którego właściciel niepojętym zrządzeniem Opatrzności nosił nazwisko Ipatijew. Ich zamordowano w „Ipatijewskom domie”. Ten pierwszy monastyr i ten ostatni dom noszą to samo imię. Przemku, bez metafizyki rosyjskiej tragedii nam nie pojąć.

Wiem, że to nie rozwieje Twoich wątpliwości, więc na koniec tylko jedno: Mikołaj nie był tyranem na wzór swojego ojca. Nie miał do tego wystarczającej siły woli, był po ludzku za miękki. Gdyby był tyranem, nie byłoby żadnej rewolucji, przynajmniej za jego panowania. Wtedy posyłano na zsyłki najstraszniejszych bandytów i terrorystów, z tych zsyłek nie uciekali tylko najbardziej nieporadni nieudacznicy i ci, którym akurat było tam wygodnie. Uljanow na zsyłce zamawiał dla siebie coraz to nowe strzelby do polowań, niemało alkoholu dobrej jakości, książki. Tam pisał teksty szkalujące Rosję carską i planował „poprawę warunków na zsyłkach”. Jak je poprawił — wiemy.

Przemku, poczekaj na mój większy tekst o kanonizacji rodziny carskiej. On również będzie kontrowersyjny. Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że ta kanonizacja to dowód tęsknoty za carem i samodzierżawiem. Gdyby tak było, wygrzebaliby jakiegoś prawdziwego dzierżymordę, nie zaś Mikołaja — nieudacznika. Z perspektywy politycznej i zwyczajnie ludzkiej to był bardzo kiepski car, miernota. Za to dobry ojciec, dobry i kochający mąż, i co najważniejsze: wierzący, prawdziwie wierzący człowiek.

To fragment listu Zdzicha Nowickiego, który dostałem 16 września 2000 roku. Zdzich szykował się już intensywnie do objęcia ambasady w Kazachstanie, a przed wyjazdem nagrywał wraz z Krzysztofem Żurowskim kilka audycji telewizyjnych do cyklu „Słowo na niedzielę”. Jedna z nich, o świętości, nawiązywała do kanonizacji zamordowanej przez bolszewików carskiej rodziny. Zdzich był rewelacyjnym korespondentem — odpowiadał na listy szybko i ciekawie, wprowadzał nowe, fascynujące wątki, wyjaśniał, tworzył. Korespondowaliśmy intensywnie od czasu, gdy obaj założyliśmy sobie pocztę elektroniczną. Odtąd, niezależnie od tego, gdzie Zdzich przebywał — w Polsce, Rosji, na Ukrainie czy w Kazachstanie, toczyła się między nami bujna, inspirująca dyskusja. Bywało, że listy wymienialiśmy kilka razy dziennie… Nazbierało się tego w moim komputerze kilkaset stron, tylko tyle, bo z powodu awarii komputera w 1999 roku wszystkie wcześniejsze przepadły…

Spotykaliśmy się przez lata — zawsze były to spotkania ważne, zawsze polskie, zawsze chrześcijańskie… Teraz, gdy myślę o Zdzichu jako Przyjacielu już „po tamtej stronie”, przed oczyma stają mi słowa i obrazy z tych spotkań. Jeszcze nie potrafię tego usystematyzować.

Piła

To było w roku 1980 na bazie solidarnościowych przemian. Spontaniczny, oddolny ruch spowodował, że w wielu miastach i miasteczkach Polski jak grzyby po deszczu wyrastały Kluby Inteligencji Katolickiej. Każdy był samodzielny, każdy działał na własną odpowiedzialność. Razem utworzyły porozumienie klubów, nawiązały do ruchu „Znak”, za swoje sztandarowe pismo uznały „Tygodnik Powszechny”. Patrząc z dystansu, zobaczyć można wyraźnie główną ideę tych poczynań: chcemy razem po polsku myśleć o naszym chrześcijaństwie, chcemy razem po chrześcijańsku myśleć o Polsce. Chcemy, by z tego myślenia wynikało działanie, chcemy, by wielki ruch „Solidarność”, który właśnie przemienia Polskę, był mądrze oparty na wartościach, które czerpiemy od tysiąclecia z Ewangelii.

Prezesem KIK w Pile został Zdzich Nowicki, to wtedy się poznaliśmy. Uczestniczyliśmy w burzliwych i głębokich dyskusjach o Polsce, współtworzyliśmy razem „Solidarność” jako ludzie ze środowiska katolickiego. Stan wojenny tego nie zmienił — co prawda, kluby zostały zawieszone, znaczna część działaczy internowana, ale grupy ludzi związanych z klubami działalności nie zaprzestały. Zdzich organizował przy kościele księży Salezjanów w Pile — był wtedy mocno związany z ks. Stanisławem Styrną — spotkania, na które przychodziły tłumy. Miałem zaszczyt być zapraszany, widziałem, jak tworzyło się w dyskusjach i spotkaniach społeczeństwo obywatelskie, które tak wyraziście dało o sobie znać w 1989 roku.

Zielonka

Pod Warszawą, w Zielonce mieszka wspaniała rodzina. Teresa i Piotr Kapelowie mają dwóch synów, Wojtka i Jasia, oraz trzy córki: Olę, Kasię i Marysię. Otóż chrzestnym Oli został Zdzich, Kasi ja, a najmłodszą, Marysię powierzono chrzestnej trosce Marcina Nawrota. Teresa i Piotr to wspaniali przyjaciele, a zarazem reprezentują znakomite środowisko ludzi, którym świat wokół nie jest obojętny, którzy chcą go zmieniać stanowczo, choć delikatnie. Dzięki Kapelom staliśmy się ze Zdzichem poniekąd rodziną — dla mnie było to zawsze bardzo ważne. Tym bardziej, że dla całego tego środowiska rodzina i rodzinność to sprawy pierwszoplanowe. Także dla Zdzicha, człowieka na wskroś rodzinnego, zarówno w szacunku dla własnych antenatów, jak i w bardzo serdecznych relacjach z własnymi najbliższymi (większość listów z Ałmaty wysyłanych do mnie podpisywał: Mirka i Zdzich…), jak wreszcie w specyficznym, bardzo rodzinnym i przyjacielskim odniesieniu do wszystkich osób, z którymi się kontaktował.

Warszawa

Nie mogło być inaczej: w przełomowym 1989 roku Zdzich nie mógł pozostać na uboczu: z listy Solidarności kandydował do Senatu RP i wygrał bez problemu. Co podkreślam, bo przecież Piła okazała się jedynym miastem w Polsce, w którym nie przeszła w całości lista sfotografowana z Lechem Wałęsą. Zdzich cieszył się w Pile i w ówczesnym województwie pilskim ogromnym autorytetem. W Senacie nie należał do postaci tuzinkowych: z wykształcenia ekonomista, z praktyki finansista, podjął współpracę z Leszkiem Balcerowiczem i w Senacie był sprawozdawcą ustaw reformujących polskie finanse. Czas senacki ujawnił także fascynację Zdzicha sprawami wschodnimi i ogromną wiedzę o nich. Prosto z Senatu Zdzich trafił na swoją pierwszą placówkę dyplomatyczną — do Sankt Petersburga, gdzie został konsulem generalnym.

Sankt Petersburg

Odwiedziłem Zdzicha w Sankt Petersburgu w ostatnich miesiącach jego pracy w tym mieście. Z żalem żegnał się ze środowiskiem, któremu poświęcił ponad cztery lata trudnej pracy. Pierwszy konsul Niepodległej, pierwszy w Sankt Petersburgu, nie Leningradzie… Pokazywał mi to miasto z wielkim zafascynowaniem, chciałoby się powiedzieć z miłością, choć jak nikt znał jego ciemne strony. Pamiętam, jak chodził nerwowo po podwórku konsulatu, gdy trochę spóźniony wracałem ze spaceru po Newskim Prospekcie. Opowiadał mi potem, iloma polskimi ofiarami bandyckich napadów musi się zajmować jako konsul.

Któregoś dnia Zdzich zawiózł nas w miejsce szczególne: Lewaszowo, mała wioska u granic miasta, niedaleko Instytutu Fizyki Jądrowej (o ile dobrze pamiętam nazwę tej nowoczesnej instytucji) kryła w niewielkim lasku tragiczną tajemnicę. W czasach gorbaczowoskiej głasnosti odkryto, że tam właśnie grzebano przez lata ofiary NKWD i KGB zamordowane przez bolszewicką, komunistyczną bezpiekę. Do drzew pineskami przyczepione były odręcznie napisane przez ludzi kartki z informacjami o pochowanych tutaj bliskich. Często były to dwie informacje: z jednej wynikało, że przez lata rodzina wierzyła, że ich bliski żyje, że tylko nie ma prawa do korespondencji, że kiedyś wróci. Potem, gdzieś w latach 60. lub 70. XX wieku otrzymywali zdawkową informację, że w jakimś łagrze na końcu świata zmarł z powodu choroby. I wiadomość ostatnia, już w latach Gorbaczowa: tamta informacja była fałszywa, naprawdę krewny został zamordowany krótko po aresztowaniu i pogrzebany właśnie tutaj… Wędrowaliśmy wśród drzew, a Zdzich opowiadał, jakie rany czasy sowieckie pozostawiły w społeczeństwie rosyjskim. Ten system zniszczył ludzi, zniszczył mentalność, zniszczył przestrzeń wielkiego kraju. Zniszczył tak głęboko, że tylko wielkiemu boskiemu miłosierdziu zawdzięczamy, że nasz świat jeszcze istnieje. — To cud — mówił z powagą Zdzich. Wówczas jeszcze nie wiedział, że kolejną jego placówką dyplomatyczną będzie ukraiński Charków, a głównym zadaniem właśnie cmentarz, cmentarz pomordowanych w Charkowie Polaków.

Charków

Piatichatki, Sałtowka, Klub Charkowski — to trzy obrazki ze spotkania ze Zdzichem w Charkowie. Piatichatki to cmentarz Polaków pomordowanych przez NKWD w czasie wojny. Trzecia, obok Miednoje i Katynia, wielka polska nekropolia. Utkwiła mi w pamięci rozmowa, którą odbyliśmy na cmentarzu. Byłem poruszony tym, co zobaczyłem, cmentarz był jeszcze w trakcie urządzania, władze ukraińskie (!) robiły masę trudności, przed wejściem stał mały pomniczek, na którym było więcej niedopowiedzeń niż treści. Wszystko to skłoniło mnie do podniesienia problemu narodowej odpowiedzialności: oto Niemcy jednak tę odpowiedzialność przyjmują, przepraszają za Holokaust i obozy koncentracyjne, natomiast Rosjanie o odpowiedzialności za zbrodnie komunistyczne milczą. Zdzicha ogromnie wzburzyła intuicja tego sformułowania: — To nie Rosjanie jako naród odpowiadają za tamte zbrodnie, byli zresztą najliczniejszą grupą narodową wśród ofiar komunizmu, do dziś w największym stopniu ponoszą konsekwencje tamtych lat i tamtych zbrodni. Nie szukaj przyczyn w cechach narodowych — szukaj w obłędnej ideologii, szukaj w działaniach zbrodniarzy odwołujących się do najniższych ludzkich instynktów.

Bardzo chciałbym dokończyć tę przerwaną niegdyś rozmowę…

Sałtowka to peryferyjna dzielnica Charkowa, stare chatki przemieszane z koszmarnymi blokowiskami, kozy pasące się w rowach i na trawnikach i parafia katolicka prowadzona przez polskich i słowackich Misjonarzy św. Wincentego à Paulo. I tłumek dzieciaków, podopiecznych parafii, dla których zupa podarowana przez księży mogła być jedynym ciepłym posiłkiem tego dnia. Dla Zdzicha to miejsce było wyzwaniem — szukał wszelkich możliwych sposobów, by je wspomóc, widział tu wielką, polską rolę. Nie jesteśmy bogaci, by dać dużo pieniędzy dla tutejszych biednych. Nie brak ich zresztą i u nas — kto nastarczy całej biedzie? Ale Polska przysyła tu to, co ma najcenniejszego: wspaniałych polskich księży i świeckich, którzy niosą ze sobą nadzieję i uczą sztuki samodzielnego radzenia sobie ze światem. To niełatwe dla tutejszych homo sovieticus, to praca na dziesiątki lat, ale praca najsensowniejsza w świecie. Martwił się Zdzich tylko tym, że polski Kościół dał na Wschód swoich najlepszych synów, a potem — niestety — w dużej mierze pozostawił ich samych…

Któregoś wieczoru Zdzich zaprosił mnie na spotkanie Klubu Charkowskiego. Odbyło się ono w pomieszczeniach konsulatu, wzięła w nim udział śmietanka charkowskiej inteligencji. Byli dziennikarze, naukowcy, lekarze, nauczyciele, urzędnicy. O osiągnięciach niektórych spośród nich Zdzich opowiadał z ogromną fascynacją. Potrafił im zresztą przekazać swój wielki szacunek dla ich pracy i dokonań. Czuli to i dlatego się garnęli do niego. Rozmawiano o sprawach charkowskich, o mieście, jego perspektywach i możliwościach, o potrzebach i trudnościach w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego na wschodzie Ukrainy. Widać było, że wszyscy z szacunkiem i ochotą przyjmowali Zdzichową propozycję tworzenia „Trzeciego Sektora”. Klub Charkowski to miejsce elitarne, jego uczestnicy mają tworzyć i tworzą inne grupy, stowarzyszenia, działają w swoich środowiskach. To się działo, czy dzieje się nadal? Nie wiem…

Ałmaty

Do Kazachstanu leciałem 11 września 2001 roku. Na lotnisku w Ałmaty (tak Zdzich zawsze wymawiał, Ałma–Ata to jego zdaniem rusycyzm) oczekiwał mnie Zdzich, polski ambasador, z przerażającymi wieściami o terrorystycznym ataku na WTC i Pentagon.

— Przemek, wojna w powietrzu, szczęście, żeście dolecieli!

Wówczas rzeczywiście tak to wyglądało, zwłaszcza z perspektywy ambasady, która musi być przygotowana na najgorsze. Ujrzałem wówczas ambasadę w pełnej gorączce pracy i ambasadora znajdującego w tym ukropie czas na spotkania z biskupami i księżmi jadącymi na spotkanie z Janem Pawłem II, ułatwiającego Krzysztofowi Żurowskiemu zbieranie materiału do filmów dokumentalnych o Kazachstanie, wprowadzającego mnie do Żeńskiego Instytutu Pedagogicznego, bym mógł wraz z Marcinem Kowalskim przekazywać nauczycielkom i studentkom polskie doświadczenia edukacyjne. I jeszcze te długie nocne rozmowy rozpalające ciekawość dalekim Wschodem…

Któregoś wieczoru Zdzich wyciągnął z szafy zbiór kazachskich i kirgiskich (był polskim ambasadorem także na Kirgizję) nakryć głowy. Opowieści przy każdym z nich pokazały, jak wielką wiedzę posiadł o społeczeństwie, do którego przyjechał. A był wówczas na placówce niespełna rok… Wielka wiedza i ogromny szacunek do egzotycznych dla nas ludów i obyczajów. Między kapeluszami znalazła się także żydowska jarmułka — Zdzich odłożył ją na bok. Właśnie szykował się do wizyty w ambasadzie Izraela — jako jeden z nielicznych obcokrajowców miał wspólnie z Żydami obchodzić Żydowski Nowy Rok. W dalekim Kazachstanie polski ambasador budował dobre relacje polsko–żydowskie. Potem we trójkę — polski ambasador, przedstawiciel ambasady izraelskiej oraz polski nauczyciel — udzielaliśmy wywiadu kazachskiej telewizji. Otwierały się nowe drzwi…

Władze Instytutu Pedagogicznego zaprosiły nas do jurty na kazachski poczęstunek. Zdzich jako honorowy gość musiał rozdzielać honorową potrawę: ugotowany w rosole barani łeb. Do każdego ofiarowywanego kęsa musiał być stosowny komentarz. Panie dostały policzki — by je całowano, Marcin ucho (schował pod liść sałaty), by uważnie słuchał, ja (jako rzekomy orator) dostałem język — sobie Zdzich zostawił oko, by zawsze uważnie patrzeć na świat i ludzi. Patrzeć i rozumieć…

Dąbrówka

Ostatnie spotkanie było pewnie najtrudniejsze. Zdzich i Mirka zamieszkali w Dąbrówce pod Poznaniem. Ładne miejsce, akurat stosowne do zebrania, do uporządkowania ogromnego dorobku pracy na Wschodzie. Zawsze z ogromnym zaciekawieniem patrzałem na wielkie pudła książek, wycinków, notatek. Zdzich poruszał się w tym bogactwie jak ryba w wodzie.

Poprawiałem się w fotelu, z ciekawością czekając na kolejne „listy ze Wschodu”, dostawałem je wcześniej niż redakcja „W drodze”. Przyszedł inny list — rak, jeden z najcięższych, niepozostawiający nadziei na długie życie. Zdzich był świeżo po operacji, bardzo zmęczony i bardzo cierpiący. Miał nadzieję na zdrowie, ale równocześnie miał głębokie zaufanie do Pana. — Jeśli pora na mnie, bym szedł do domu Ojca, jestem gotów… Był gotów, to się czuło w każdym słowie.

Zdzich
Przemysław Fenrych

urodzony 6 stycznia 1951 r. w Poznaniu – absolwent historii UAM, nauczyciel i dziennikarz, bibliotekarz, redaktor i pracownik organizacji pozarządowych, zastępca dyrektora szczecińskiego Centrum Szkoleniowego Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej....