Wielkanocny Pan

Wielkanocny Pan

Czy chusta z Manoppello jest najcenniejszą relikwią chrześcijaństwa, płótnem pogrzebowym Chrystusa, zaginioną Weroniką (vera ikon)? To pytanie zadawałem sobie po lekturze książki Boskie Oblicze niemieckiego watykanisty Paula Badde oraz po spotkaniu z autorem, który wydał mi się człowiekiem nader rzeczowym i wiarygodnym. Postanowiłem wyruszyć w góry Abruzji i na własne oczy zobaczyć zagadkowy wizerunek, żeby odpowiedzieć sobie na swe wątpliwości. Przed wyjazdem zdążyłem jeszcze zapoznać się z pracami wybitnych syndonologów (badaczy całunu turyńskiego), niemieckiego jezuity o. Heinricha Pfeiffera i austriackiego redemptorysty o. Andreasa Rescha, którzy opowiadali się za autentycznością chusty z Manoppello.

Badde, Pfeiffer i Resch to przedstawiciele germańskiej szkoły realizmu. Żaden z nich nie jest mistycyzującym typem „widzącego”. W swych książkach piszą głównie o faktach, a te układają się w następującą historię: płótno pogrzebowe Jezusa, znane w historii jako chusta Weroniki, z Jerozolimy, poprzez Edessę, Kamulię i Konstantynopol, trafiło do Rzymu, skąd czterysta lat temu w tajemniczych okolicznościach zostało wykradzione i odnalazło się dopiero teraz w klasztorze Kapucynów w małej górskiej wiosce, w której znajduje się od kilku wieków.

Osobą, która najlepiej zna płótno, jest niemiecka trapistka siostra Blandina Paschalis Schlömer. Codziennie przez kilka godzin przed ołtarzem kapucyńskiej świątyni kontempluje utrwalone na tkaninie oblicze. Kiedy odwiedzam zakonnicę w jej pustelni, przez dwie godziny pokazuje mi na swym komputerze suprapozycje męskich wizerunków z całunu turyńskiego i z chusty z Manoppello. Wszystkie szczegóły anatomiczne obu twarzy zgadzają się ze sobą co do milimetra. Identyczne jest nawet umiejscowienie odbitych na nich ran – jedyna różnica polega na tym, że na całunie są one otwarte i krwawiące, na chuście zaś zasklepione i zabliźnione. Zakonnica używa programu komputerowego, który Scotland Yard wykorzystuje do identyfikowania tożsamości osób. Wynik porównania nie pozostawia wątpliwości: twarz odbita na obu płótnach należy do tego samego mężczyzny.

Rewelacje przynosi też rozmowa z przeorem kapucynów, o. Carminem Cucinellim, który potwierdza, że badania mikroskopowe naukowców z uniwersytetów w Bari i Padwie nie wykazały na manoppelliańskiej chuście żadnych śladów farby. Byłoby to zresztą niemożliwe, gdyż właściwości bisioru, z którego wykonana jest tkanina, są takie, że fizycznie nie jest możliwe namalowanie na niej czegokolwiek.

Spoglądam na wizerunek męskiej twarzy, przy którego powstaniu nie użyto farby i który nie miał prawa zaistnieć, bo taka jest struktura materiału, na którym widnieje. Zaczynam rozumieć, co mieli na myśli starożytni, gdy używali określenia acheiropoietos – „nie ludzką ręką namalowany”.  Pierwsze wrażenie wielu osób (także tych, które były wówczas ze mną) to rozczarowanie: przecież to nie jest ta twarz… Tak jakby dalekie echo ewangelicznego rozczarowania: „a myśmy się spodziewali…”. Skutek zderzenia naszych wyobrażeń o Jezusie z rzeczywistością.

Im dłużej wpatruję się w tę twarz, tym bardziej się ona zmienia. Raz wygląda jak obraz, innym razem jak fotografia, to znów jak hologram. Nie daje się uchwycić i ogarnąć jednym spojrzeniem. Jest inna za każdym razem w zależności od kąta spojrzenia czy padającego światła. Kiedy wrota kościoła zostają otwarte i na ołtarz pada światło słoneczne, chusta robi się nagle przezroczysta, a wizerunek znika.

To oblicze zaprasza do kontemplacji. Jest niezwykle łagodne, delikatne i nienarzucające się. Wszystkie intencje i prośby, z którymi przyjechałem w to miejsce, nagle okazują się nieważne i opadają ze mnie. Jest tylko jedno: pragnienie bycia razem, sycenia się tą twarzą, cieszenia się jej obecnością. To oblicze tak wciąga, że ma się poczucie nawiązywania relacji z żywą osobą.  Przez dwie godziny klęczę w pustym kościele, z bliska, niemal twarzą w twarz, wpatrując się w oblicze, które zarazem wpatruje się we mnie – niesamowite są te oczy, które jak żywe spoglądają na mnie z wyrazem zrozumienia i czułości – i mam wrażenie, że ten, który spogląda na mnie, zna mnie bardzo dobrze. Nie trzeba więc niczego tłumaczyć, wystarczy trwać.

Paul Badde opowiadał mi, że ogarniały go dreszcze na samą myśl, że może do woli kontemplować wizerunek, przed który niegdyś dopuszczano jedynie cesarza Bizancjum, i to tylko raz w roku. Przyznaję, że też byłem przejęty, gdy uświadamiałem sobie, że mogłem wpatrywać się w płótno, które leżało z Chrystusem przez trzy dni w grobie i które utrwaliło ślad Jego zmartwychwstania. Mogłem powtórzyć to samo, co kardynał Joachim Meisner, który rok wcześniej padł w tym miejscu na kolana i powiedział: „Dziś spotkałem Wielkanocnego Pana”. Wiele bowiem widziałem obrazów Jezusa, ale tylko o tym mogę powiedzieć, że było to spotkanie.

Wielkanocny Pan
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów. W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...