Spowiedź bez końca. O grzechu, pokucie i nowym życiu
Spolaryzowane jest nasze społeczeństwo i podzielony jest także nasz Kościół. Linie podziału biegnące między katolikami najczęściej mają charakter polityczny, zdarzają się też takie, które dotyczą kwestii moralnych; najrzadziej różnicują nas dogmaty wiary.
Bywa, że rozbieżności są naprawdę głębokie, a wizje rzeczywistości nie do pogodzenia. Często jednak się okazuje, że postrzeganie spraw przez zantagonizowanych ze sobą wiernych Kościoła nie jest tak bardzo od siebie dalekie. Nie przeszkadza im to jednak zajadle ze sobą polemizować, obrzucać się inwektywami czy nawet wykluczać się nawzajem z Kościoła – z jednej strony liberałowie, z drugiej tradycjonaliści. Jedni oskarżani są o zeświecczenie i lekceważenie Magisterium, drudzy o dogmatyzm i niedostrzeganie człowieka w przepisach prawa.
Nadziwić się nie mogę, skąd się to bierze; że ludzie, którzy wierzą w podobny sposób, nie mogą się wzajemnie ścierpieć. Dlaczego co jakiś czas pojawia się temat, który ich dzieli i rozpala dyskusję do czerwoności?
Mój znajomy zdiagnozował niedawno opisane powyżej sprzeczności jako różnice charakterologiczne. Według niego są tacy, którzy przede wszystkim akcentują rolę ideału i do niego przykładają każdą realną sytuację. Jeśli rzeczywistość nie dorasta do idealnego wzorca, krytykują ją, wytykając wszelkie odstępstwa czy niedociągnięcia. W ich wypowiedziach jest więcej ostrości, mają bowiem w sobie złość na ludzki grzech, niezgodę na człowiecze słabości. Swoją misję widzą w przypominaniu o tym, jak powinno być, w nieustannym dążeniu do doskonałości, zmuszaniu do przekraczania wszelkich odstępstw od ideału. Na drugim skrzydle sytuują się ludzie, którzy pamiętając o ideale, zgadzają się na to, że nigdy go na ziemi nie osiągniemy. Cieszą się zatem tym dobrem, które w człowieku można znaleźć, mniej przejmując się brakami czy tym, że ludzie grzeszyli, grzeszą i będą grzeszyć. W ten sposób dochodzą czasem do takiej łagodności względem człowieka, że rozmywają granice między tym co dobre i złe, co jest prawdą, a co fałszem. Jednym słowem, jest to podział na tych, którzy widzą szklankę do połowy pustą, i tych, dla których jest ona do połowy pełna. Tyle że w kościelnych dyskursach optymiści i pesymiści – zależnie od tematu – zamieniają się pozycjami.
Krótko po tym, jak mój znajomy przedstawił mi swój charakterologiczny podział dyskutantów, przybyłem do jednego z naszych klasztorów. I cóż ujrzałem? Jedni bracia deklarują większe przywiązanie do wielowiekowej tradycji, surowego stylu życia zakonnego i uporządkowanej działalności duszpasterskiej; drudzy zaś akcentują duchową ekspresję, duszpasterską kreatywność i żywiołową liturgię. Pierwsi w swoich kazaniach oczekują od wiernych sumiennego spełniania wszelkich zasad i ostro piętnują grzeszników; drudzy zakładają, że człowiek, który trafia pod ich duszpasterską opiekę, ma prawo wielu rzeczy nie wiedzieć, ma prawo stopniowo się rozwijać, a co się z tym wiąże, potrzebuje czasu na poznanie i przyjęcie różnych norm i zwyczajów. Słuchałem moich braci, wiedząc, że w tym, co istotne, nie ma między nimi różnic, ale byłem bezradny wobec odmiennego spojrzenia na rzeczywistość i bolałem, że wzajemna nieufność obu stron uniemożliwia współpracę.
Zdaję sobie sprawę, jak trudno jest owe napięcia łagodzić. Dostrzegam w nich jednak element od zawsze obecny w naszym zakonie. Z jednej strony, dominikańskie przepowiadanie ma być doktrynalne i pozostawać wierne Magisterium Kościoła, z drugiej zaś, pójście na krańce świata, do różnych „Albigensów” i „Kumanów”, wymaga sporej dozy kreatywnej elastyczności. Geniusz naszego Ojca – św. Dominika polegał na tym, że doskonale wyczuwał, w czym ma być nieustępliwy, a w czym absolutnie nowatorski. Współczesny świat również wymaga od dominikanów otwartości w myśleniu i działaniu: jednoczesnej obecności obu stylów w podejściu do rzeczywistości. Tylko jak ich przekonać, żeby tworzyli wspólnoty, w których różnorodność będzie bogactwem, a nie źródłem podziałów? By każdy z braci św. Dominika potrafił zrezygnować z tego, co drugorzędne, a zawalczyć o to, co istotne?
Oceń