Rowerek

Opowiadał mi frater Adalbertus:

„Czyż nie jest często tak, że deklaracje i zapewnienia nie oznaczają obecności, lecz właśnie jej brak? Czy w życiu nie bywa tak jak w socjalistycznej telewizji, w której w wiadomościach pokazywano robotników pracujących w fabryce, ale efektów tej pracy próżno było szukać na sklepowych półkach? Czyż nie bywa tak, że słowa zastąpić mają rzeczywistość? Nie wszystkich jednak można łatwo omamić magicznym zaklęciem.

Odwiedziłem kiedyś znajomych w redakcji pewnego katolickiego czasopisma. Była piękna słoneczna pogoda, więc kiedy przyszła pora na lunch, wyszedłem z moim przyjacielem redaktorem do pobliskiego parku. Było uroczo, słońce igrało wśród gałęzi. Usiedliśmy, by porozmawiać. Park był pełen ludzi, także matek z małymi dziećmi. Jeden z maluchów próbował jeździć na małym trzykołowym rowerku akurat obok naszej ławki. Nie potrafił jednak pedałować i tylko raz po raz pochylał się, przybierając pozycję kolarza, i wykrzykiwał:

– Mamo! Pędzę na rowerze! Jestem kolarzem! Mamo, zobacz! Pędzę na rowerze!

Mój przyjaciel miał natomiast bardzo poważny problem. Jako redaktor katolickiego czasopisma miał oczywiście obowiązek obrony Prawd Wiary przed laickimi atakami, jednak argumentacja bywała czasem tak przekonująca, że on sam zaczynał mieć wątpliwości. Radziłem mu, by spróbował przede wszystkim sam siebie przekonać, bo istotnie moralnie dwuznaczne byłoby, gdyby sam wątpił w głoszone przez siebie prawdy. Doradzałem, by wyszukiwał wszelkie możliwe dowody potwierdzające Prawdy Wiary, a omijał z daleka wszystko, co mogłoby je podważać. Tymczasem na ławeczce koło nas usiadł – zapytawszy uprzednio grzecznie o pozwolenie – lekko zasapany mężczyzna, który właśnie zsiadł z roweru. Miał dość niekonwencjonalny wygląd, długie włosy związane z tyłu głowy w wielką kitę, ale najśmieszniejsze były nogawki, które – najwyraźniej by uchronić je od ocierania się o łańcuch – spięte zostały u dołu zielonymi klamerkami. Siedział chwilę przy nas, podczas gdy byliśmy zajęci rozmową. Nagle głośno powiedział:

– Miejmy nadzieję, że ten chłopiec nie uwierzy, iż na tym polega jazda na rowerze.

Przerwawszy naszą rozmowę, spojrzeliśmy na niego zaskoczeni. Cóż za absurdalna sugestia! Zapytałem go:

– Dlaczego wygłaszasz tak absurdalne uwagi?

– Jak to dlaczego? Gdyby on w to uwierzył, to by się nigdy nie nauczył naprawdę jeździć na rowerze!

– Ale czy rzeczywiście sądzisz, że ten chłopiec może sobie coś takiego wmówić?

– Nigdy nie wiadomo – odparł rowerzysta. – Jak powiadają, innym można wmówić wiele, ale sobie samemu można wmówić wszystko. Samoindoktrynacja to niebezpieczna trucizna.

– Samoindoktrynacja? Ten chłopiec na rowerku miałby stosować samoindoktrynację? – zaczynałem podejrzewać, że nasz sąsiad z ławeczki tak naprawdę pije do nas. Widocznie słyszał naszą rozmowę. Zapytałem go:

– Czyżbyś uważał może, że przekonywanie siebie samego do Prawd Wiary jest niebezpieczną trucizną?

– Oczywiście, że tak uważam – odparł bez ceregieli. – Wiara jest rzeczywistością widoczną bez żadnych deklaracji, a Prawda obroni się sama bez manipulacji przy bazie danych. Indoktrynacja, również samoindoktrynacja, potrzebna jest tylko do obrony nieprawdy.

– Manipulacja przy bazie danych? Co masz na myśli?

– Udowadnianie na siłę istniejącego wcześniej poglądu. Pogląd jest uogólnieniem pochodzącym z posiadanego zasobu informacji, prawda? To jest normalne rozumowanie: najpierw jest zasób informacji, czyli baza danych, następnie w wyniku wnioskowania powstaje pogląd. W przypadku prawidłowego rozumowania zmiana zasobu informacji może zmienić oparty na tych informacjach pogląd. Szukanie informacji na poparcie poglądu istniejącego z góry tak się ma do prawdziwego rozumowania, jak zabawa tego chłopca do jazdy na rowerze. Taka praktyka służyć może jedynie zaciemnianiu rzeczywistości.

– A co ma zrobić redaktor katolickiego czasopisma… – wtrącił mój przyjaciel, ale nie skończył, bo rowerzysta wpadł mu w słowo:

– Musi przede wszystkim pamiętać, że wiara nie jest jakością intelektualną ani teorią naukową, lecz umiejętnością słuchania Świętego Wiatru. Ktokolwiek uwierzy, że wiara jest teorią naukową możliwą do udowodnienia, ten nigdy nie usłyszy Świętego Wiatru. Przekonywanie samego siebie, że się jest wierzącym, nie tylko nic nie pomoże, ale właśnie zaszkodzi.

To powiedziawszy, rowerzysta wstał, podszedł do roweru i dodał:

– Na mnie już czas. Bardzo mi było miło.

– Czy mógłbym wiedzieć, z kim miałem przyjemność? – spytał mój przyjaciel.

Rowerzysta wyjął z kieszeni wizytówkę, podał mu ją i odjechał. Na wizytówce było napisane: „Szuszwol ze Swarzyndza, wędrowny hermeneutyk”.

Wiatr szumiał wśród liści, co było nagle słychać między innymi dlatego, że chłopiec na rowerku przestał wznosić swe dumne okrzyki. Najwyraźniej już nauczył się pedałować, bo ze skupioną miną jeździł wokoło parku. Nie wykrzykiwał już, że pędzi, bo i po co? Wszyscy przecież i tak widzieli, że jeździ na rowerze”.

Rowerek
Włodzimierz Fenrych

urodzony 10 maja 1955 r. w Poznaniu – absolwent historii sztuki na UAM w Poznaniu, obieżyświat, publikował w „Czasie Kultury”, „Spotkaniach” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor cyklu felietonów pt....