Niech zalśni Jego blask

Niech zalśni Jego blask

Dzień pierwszy

Pomyślałem, że wybierzemy rzecz najprostszą, jaką możemy zrobić. To znaczy: będziemy dobitnie czytać i zwięźle rozważać — komentować — słowo Boże.

Wybrałem hymn z pierwszego rozdziału listu św. Pawła do Efezjan. Spróbujemy rozważyć trzy części tego hymnu — po kolei, tak zwyczajnie, jak według dawnej tradycji Kościoła komentuje się teksty biblijne.

Rozpoczniemy od pierwszej części tego hymnu.

Przypomnę tekst, który chcemy rozważać.

Błogosławiony Bóg i Ojciec naszego Pana Jezusa, Mesjasza,
który pobłogosławił nas wszelkim duchowym niebiańskim błogosławieństwem w Mesjaszu.
Skoro wybrał nas sobie w Nim przed założeniem świata,
żebyśmy wobec Niego byli święci i niewinni w miłości.
I według upodobania swojej woli
zechciał nas jako swoich dzieci w Jezusie Mesjaszu,
by zalśnił blask Jego dobroci, którą nas ogarnął w Umiłowanym.

Rozważymy jedynie trzy wybrane miejsca z tego tekstu.

Najpierw zatrzymamy się na słowach: „Błogosławiony, który nas pobłogosławił błogosławieństwem”.

Wszystko zaczyna się od dobrego słowa. Od eulogetos — „błogosławiony, dobrze mówimy o nim, dobrze go sławimy, błogo go sławimy”. I wszystko ma się dobrym słowem skończyć. Pojawia się słowo w pierwszym zdaniu trzy razy: błogosławiony — pobłogosławił — błogosławieństwo.

Zwróćmy uwagę — to dobre słowo odnosi się najpierw do nas. On najpierw nas pobłogosławił. Właśnie dlatego jest błogosławiony Bóg i Ojciec naszego Pana.

Boże błogosławieństwo, Boże dobre słowo, powołuje do istnienia wszystko, co jest — z nami, z każdym z nas z osobna — i powołuje do istnienia nasze dobre słowo, nasze błogosławieństwo. Najpierw do nas, potem przez nas z powrotem do Niego, zwraca się to dobre słowo, które możemy wypowiedzieć — gdziekolwiek je wypowiadamy i do kogokolwiek je wypowiadamy.

Błogosławieństwo, dobre słowo jest dla nas zadaniem. Święty Paweł napisał: „błogosławcie, nie złorzeczcie”. Złorzeczenia już jest dosyć, czasem bardzo ostrego, a czasem wprost zło–rzeczenia, złych, niepotrzebnych słów. Słów o rzeczach złych albo słów wynikających ze złości, albo słów, które nie sięgają dobra, nie są dosyć dobre. Powiedzcie coś dobrego, nie dajcie się zepchnąć w słowa złe, niepotrzebne albo głupie. Pozwólcie, żeby to błogosławieństwo, to dobre słowo, od którego wszystko się zaczyna, według którego zaczęło się nasze życie — rozlegało się także z każdego miejsca naszego życia, także z tego miejsca, do którego doszliśmy teraz razem.

To jest wiele bardzo prostych spraw i bardzo prostych zadań, bardzo potrzebnych nam samym. Każdemu, kto dobrze mówi, jest to potrzebne, bo to go ratuje i podnosi; tym, do których mówi, jest bardzo potrzebne i bardzo potrzebne nam wspólnie, społecznie. Potrzeba słów, które pomagają i podnoszą — chociaż nie udają, że wszystko jest w porządku i że wszystko jest dobrze. Dobre słowa nie muszą niczego udawać.

Jesteśmy do tych słów naprawdę zdolni, one są w samym rdzeniu naszego życia, w samym sercu naszego istnienia. Od nich wszystko się przecież zaczęło i dlatego w każdej chwili z naszego wnętrza mogą się wydobyć, jeśli tylko im nie przeszkodzimy. Jeśli tylko pozwolimy, żeby z nas wyszły. Jeśli tylko pozwolimy się przedrzeć przez to, co się na nie sypie, z takich czy innych okoliczności zewnętrznych, czy — jeszcze bardziej — z wewnętrznych okoliczności naszego życia.

Czytamy dalej w tym samym tekście: „Wybrał nas sobie w Nim, w Jezusie Mesjaszu, przed założeniem świata. I zechciał nas jako swoich dzieci” — możemy i tu dodać: „przed założeniem świata”.

On nas sobie wybrał — o tym warto wciąż na nowo myśleć, to warto wciąż na nowo stawiać sobie przed oczy, z tym szczególnym dodatkiem — przed założeniem świata. Świat przychodzi dopiero po nas. Świat — to wszystko, co się na niego składa, to wszystko, co nas otacza, włącznie z nami samymi, widzianymi zewnętrznie, takimi, jakimi się sobie nawzajem pokazujemy — przychodzi dopiero po tym wybraniu. I w ten sposób świat cały — taki, jaki jest, ze wszystkim, co się w nim mieści — staje się tylko słowem w rozmowie między Bogiem a nami — i między nami a Bogiem. Wszystko, co naprawdę jest, dzieje się w tej rozmowie. Jesteśmy przed tym wszystkim wybrani, to znaczy jesteśmy przed tym wszystkim.

Trudno to sobie wyobrazić. Widzimy to zwykle z innej perspektywy, z perspektywy naszego małego miejsca w tym świecie. Jednak jeśli chcemy poważnie traktować to słowo, które właśnie słyszymy: „Wybrał nas w Nim, w Jezusie, przed założeniem świata” — to tego musimy się nauczyć, nawet jeśli to prawie niewyobrażalne, myśleć w takiej perspektywie i widzieć siebie samych i świat w takim właśnie świetle.

Potrzebuję Boga, bardzo Go potrzebuję — to mi się w perspektywie mojej wiary wydaje zupełnie oczywiste. Czy Pan Bóg potrzebuje mnie? To już niezupełnie oczywiste. Pewnie jesteśmy skłonni myśleć o tym mniej więcej tak: „jakoś” mnie potrzebuje. Skoro mnie stworzył i skoro już jestem, to pewnie mnie potrzebuje. Może nawet da się powiedzieć, że bardzo mnie potrzebuje, albo nawet bardzo mnie kocha, ale to nie znaczy, że gdyby nie było mnie, świat byłby inny, że czegoś by w nim naprawdę zabrakło. Świat — tak się wydaje — byłby z grubsza taki sam, gdyby mnie nie było.

Gdyby mnie zabrakło, nic by się nie stało.

Naprawdę?

Wybrał nas w Nim przed założeniem świata.

Czy naprawdę nic by się nie stało, gdyby nas zabrakło? To ostatnie zdanie — gdyby mnie zabrakło, nic by się nie stało — jest prawdziwe. Jednak zupełnie inaczej niż w takim zwykłym powiedzeniu, inaczej niż tak, jak je teraz wypowiedziałem.

Nic — by się nie stało. Nic — by nie było, nic — by nie istniało!, gdyby mnie zabrakło.

To nie jest pycha czy megalomania, kiedy tak mówię, to jest coś, co wydobywam z tego prostego słowa, które jest do mnie skierowane po to, żebym wiedział, kim jestem i o co w tym wszystkim ze mną chodzi.

„Przed założeniem świata zechciał nas jako swoich dzieci”. Bardziej niż tego wszystkiego, po to, żeby to wszystko miało sens. Ten świat został założony ze względu na każdego człowieka, ze względu na mnie, ze względu na każdą chwilę mojego życia.

Naprawdę chodzi o każdą chwilę naszego życia, rzeczywiście o wszystkie chwile, także te, co do których nie jesteśmy pewni, czy Panu Bogu mogło o nie chodzić. Naprawdę o wszystkie — o te, o których gotowi jesteśmy mówić dobrze i chwalić za nie Boga, ale też o te inne: świat jest także ze względu na te chwile naszego życia, które nam się nie podobają; ze względu na te, o których nie wiemy, co myśleć; także ze względu na te chwile, które w naszej głupocie czy ograniczoności zmarnowaliśmy albo — jeszcze możemy zmarnować. Także ze względu na te chwile wybrał nas przed założeniem świata. Oczywiście — możemy różne chwile naszego życia zmarnować (wiele już zapewne zmarnowaliśmy), wiele możemy zmarnować, ale nie musimy. Niczego nie musimy zmarnować ani tego, co nam się podoba, ani tego, co się nam nie podoba. Nie musimy, bo wszystko to jest przedmiotem rozmowy między nami a Bogiem, takiej, w której On uczestniczy jako Bóg. To znaczy — także jako Ten, który przychodzi nam na ratunek.

Kiedy postępujemy dobrze, przychodzi nam na ratunek, żeby nasze dobro mogło zaistnieć. I kiedy robimy głupstwa z danym nam czasem, z danymi nam możliwościami — tym bardziej przychodzi nam na ratunek.

I dalej czytam, dlaczego tak jest. Dlatego, żeby „zalśnił blask Jego dobroci”.

To znaczy On sam, żeby zabłysnął On sam, Bóg. Blask Jego dobroci, chwała Boga — to jest najpierw On sam, Bóg sam, jaki jest. Kiedy to tak zostaje powiedziane, jak w tych słowach listu do Efezjan, to musimy zobaczyć, że przecież nie chodzi o to, żeby zabłysnął tylko Bóg sam, Bóg samotny, Bóg w swojej boskiej odrębności czy samotności, inności. Chodzi o to, by zalśnił blask Jego dobroci, On sam z nami, nie bez nas. Z nami i ze wszystkim, co składa się na nasze życie.

Znane i często powtarzane zdanie św. Ireneusza z Lyonu: „Chwałą Boga jest żyjący człowiek”, trzeba rozumieć gruntownie i do końca konsekwentnie. To wszystko jest chwałą Boga. On sam się ukazuje przez to, co się zdarza w naszym życiu. Nie inaczej. Nie ma Boga, który pokazuje się tylko sobie samemu i z sobą samym rozmawia.

To jest równocześnie sąd nad nami i nad pewnym sposobem patrzenia na siebie, na własne życie, na zależne od nas okoliczności i na okoliczności od nas niezależne, na nasze przeżycia z samymi sobą, z innymi, z tym, co nas otacza.

To jest bardzo głęboki i mocny sąd nad tym, co zazwyczaj sądzimy o swoich sprawach, o sobie samych i o tym, co nas otacza. To, co się dzieje — to, jak ja to wszystko odbieram — to, jak przeżywam to, co się zdarza, chwila po chwili, dzień po dniu, to zazwyczaj składa się na mój sąd o moim życiu. Na moje zadowolenie albo niezadowolenie — z siebie samego, z własnego życia. Na to, czy powiem sobie „dobrze jest”, czy — częściej może — „nie tak, to wszystko nie tak”.

Trudno uniknąć takiego spojrzenia, takiego sposobu sądzenia, takiego sposobu oceniania i odbierania własnego życia, ale — tak naprawdę — zupełnie nie o to chodzi. Nie chodzi o to, abyśmy to my byli z siebie zadowoleni, ale też nie chodzi o to, byśmy byli z siebie niezadowoleni. To nie jest dobra droga. To są wprawdzie słowa łatwe — zadowolenie, niezadowolenie, dobrze jest, niedobrze jest. To są słowa poręczne, ale równocześnie trochę zbyt tępe. Takie słowa, które zamykają drogę, a nie otwierają. Za łatwo zatrzymują naszą uwagę na tym, co się nam zdaje o tym, co z nami jest, i nie pozwalają patrzeć dalej, i nie pozwalają usłyszeć dobrego słowa Bożego sądu o tym wszystkim. Tymczasem to słowo rozlega się i chce nam przyjść na ratunek niezależnie od tego, czy jesteśmy z siebie zadowoleni, czy nie.

Potrzebujemy ratunku także wtedy, kiedy nam się wydaje, że już jesteśmy z siebie całkiem zadowoleni. Może zwłaszcza wtedy.

Słowo Boga — które nas powołało i które nas powołuje do istnienia — nie tylko jest słowem powołującym, wzbogacającym, rozwijającym człowieka, ale zawsze, w każdej chwili, kiedykolwiek się w naszym życiu rozlega, jest też słowem spieszącym na ratunek. Im jaśniej, im głębiej, im pełniej, im mocniej rozlega się takie słowo, tym bardziej jesteśmy zbawieni, tym bardziej nasze życie jest uratowane.

Bóg, Ten, który rozkazał ciemnościom, by zajaśniały światłem, zabłysnął w naszych sercach, żeby olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Chrystusa (2 Kor 4,6), żeby zalśnił blask Jego dobroci.

Adwent to dobry czas, żeby o tym myśleć i żeby to właśnie przeżywać, także z powodu nocy — także z powodu zwyczajów adwentowych.

Jest zwyczaj odprawiania Mszy św. roratniej bardzo wcześnie rano, w ciemności i ze światłami w rękach. Ten zwyczaj zewnętrznie przypomina noc paschalną. I wewnętrznie rzeczywiście do niej nawiązuje. To jest to samo. W tej tępocie czy ciemności własnego sądu o tym, co jest, o własnym życiu, o nas samych, o tym, co warto, czego nie warto, co jest dobre, a co nie, dostajemy światło, które ma nam pokazać więcej, głębiej i bardziej. Nie nasze własne światło. Blask Jego dobroci. Na wyciągnięcie ręki, tuż przy nas.

Do tego właśnie, do tego światła, które każdy dostaje do ręki, które każdy ma w sobie i ma tylko zobaczyć, że ono jest — nie musi się obawiać, czy czasem nie został go pozbawiony — do tego odnoszą się najmocniejsze słowa Jezusa z Ewangelii, słowa Jezusa, który mówi do Ojca: „Wszystko moje jest Twoje, a Twoje jest Moje i w nich ukazało się całe moje piękno (cały mój blask, moja chwała)” (J 17,10). Znaki wiary, przez którą to się dokonuje, nie są tylko czymś, co Pan Bóg sprawia w naszym życiu, ale raczej jest tak, że całość naszego życia, każda chwila, cokolwiek o niej sądzimy, cokolwiek nam się wydaje — mądrze lub głupio — może być opisana tym jednym słowem — wiara, światło, chwała Boga, która rozbłyska, jeśli tylko tego światła nie wypędzamy z tej czy każdej innej chwili naszego życia.

Dobrze mówmy o Bogu, który dobrze o nas powiedział. I wzbogacił nas całym swoim dobrym słowem.

Dzień drugi

To w Nim zostaliśmy wykupieni przez Jego krew,
uwolnieni od występków szczodrą mocą Jego dobroci,
której obfitość wylał na nas z całą mądrością i rozmysłem,
dając nam poznać tajemnicę swojej woli
według swojego upodobania:
żeby w Nim dać nam udział w pełni czasów,
tak żeby w Mesjaszu jako głowie zjednoczyć wszystko:
to, co na niebie, i to, co na ziemi,
— w Nim, w którym zostaliśmy odnalezieni i przeznaczeni
według zamysłu Tego, który sprawia wszystko według swego postanowienia.

Ten fragment skomentujemy podobnie jak poprzedni, zatrzymując się nad trzema kluczowymi miejscami. Zaczniemy od tego, co słyszymy na końcu: „w Nim (…) zostaliśmy odnalezieni i przeznaczeni” — a wcześniej czytamy: „wykupieni przez Jego krew, uwolnieni od występków szczodrą mocą Jego dobroci, (…) żeby w Nim dać nam udział w pełni czasów, tak żeby w Mesjaszu jako głowie zjednoczyć wszystko: to, co na niebie, i to, co na ziemi”. To są słowa wyzwolenia i ratunku i w takiej właśnie perspektywie je rozważymy.

Nim (…) zostaliśmy odnalezieni i przeznaczeni.

Odnalezieni i przeznaczeni (dosłownie: wylosowani, wybrani losem, wynalezieni). To może nie jest słowo zupełnie zaskakujące, ale też niezupełnie oczywiste — nie z pierwszego planu. Częściej niż o tym, że zostaliśmy odnalezieni, że Pan Bóg nas sobie znalazł i wybrał, mówimy i słyszymy o ludzkim szukaniu i znajdowaniu (a także o wybieraniu) Boga. Wiele pięknych rzeczy można usłyszeć i przeczytać o ludzkim szukaniu Boga. O niepokoju i nadziejach, z którymi ludzie o wrażliwych sercach przebiegają świat, przebiegają niebo i ziemię, nie zatrzymując się na żadnej granicy, widząc wiele, poznając wiele i znajdując wiele, a wciąż jeszcze nie znajdując tego, czego szukają. To poszukiwanie jest potrzebne. I wszystko jest dobrze, póki człowiekowi o coś chodzi, póki czegoś pragnie i czegoś szuka. Kiedy już o nic nie chodzi, kiedy ktoś tak się pogubi, że sam już niczego nie szuka, wtedy jest marnie — czasem tak marnie, że nawet nie ma o czym mówić. Od tych, którzy już nie szukają, od tych, którzy się pogubili i dlatego to raczej ich trzeba szukać, takich pięknych rzeczy nie usłyszymy. Tak się może wydawać, że to ci, którzy szukają Boga, są piękni. Ci, których On musi szukać i znajdować, jak zbłąkane owce, niekoniecznie…

Tymczasem to słowo, które teraz komentujemy, pokazuje co innego: naprawdę nie my szukamy i nie my znajdujemy, ale już jesteśmy odnalezieni i wybrani losem jak z korca maku — i dlatego piękni. Przy całym szacunku dla poszukujących i spragnionych, dla tego wszystkiego, o co ludziom chodzi, dla nieobojętności wobec własnego i cudzego życia, dla tęsknoty i poszukiwania Boga, trzeba widzieć najpierw to: że całe nasze szukanie rodzi się stąd, iż już jesteśmy odnalezieni i przeznaczeni do dobra, którego później mniej lub bardziej chętnie i wytrwale szukamy. Najpierw, zanim sami zaczniemy czegokolwiek szukać.

Także wtedy, kiedy już nawet nie mam siły szukać, kiedy już sam nie mogę sobie dać rady z tym, co właściwie miałoby być, kiedy tak się pogubiłem, że już nic nie mogę, Bóg, który mnie sobie wybrał i znalazł, jest i jest Bogiem dla mnie tak właśnie pogubionego, bezwładnego i bezradnego wobec siebie samego, wobec mojego świata i wobec innych. Ile razy się zgubiłem, tyle razy też przez Niego zostałem znaleziony. Ile razy się zgubię, tyle razy zostanę znaleziony. Albo jeszcze mocniej: zanim się zgubiłem, już zostałem znaleziony. Nie tylko znaleziony, ale także przeznaczony według zamysłu Tego, który sprawia wszystko według swego postanowienia — to znaczy znaleziony po to, żebym w całym moim pogubieniu mógł mieć dobrą przyszłość.

To nie jest tania litość nade mną ani coś w rodzaju polisy ubezpieczeniowej na wypadek mojego pogubienia. To jest zasada, która od początku do końca opisuje moje życie. Jak długo tu jestem i jak długo mam jakąkolwiek przyszłość, nic w moim życiu nie jest nieodwracalnie zamknięte, ostatecznie minione, zgubione i skończone. Nie jestem zgubiony, ale znaleziony. Sam mogę być wobec siebie i wobec mojego życia bezsilny, mogę mieć poczucie, że wiele stało się w nim już nieodwołalnie — że stały się w ten sposób rzeczy, których nigdy być nie powinno, i że teraz już nie potrafię się od nich uwolnić. Mogę dojść do przekonania, że jestem grzesznikiem i że nie potrafię przestać nim być. To z pewnością mogę o sobie pomyśleć. Nie mogę jednak takiego przekonania o sobie i takiego sposobu życia nazwać upragnionym i nie mogę go pokochać. Nie muszę też przy nim zostać. Zostałem znaleziony właśnie dlatego, żebym nie musiał zostać w takim marnym stanie i zgrzytać zębami nad zmarnowanym życiem. Nawet więcej. W Nim — to znaczy w Jezusie — jesteśmy nie tylko raz na zawsze odnalezieni, ale

wykupieni przez Jego krew, uwolnieni od występków szczodrą mocą Jego dobroci.

To znaczy odnalezieni z uwzględnieniem całego nieszczęścia, które na siebie sami sprowadziliśmy i jeszcze możemy sprowadzić. Potraktujmy te słowa jako okazję do zastanowienia się przez chwilę nad tym nieszczęściem, nad tym, co nam się pogubiło, w czym się pogubiliśmy i z czego zostaliśmy odnalezieni i wybrani, od czego zostaliśmy uwolnieni i z czego wykupieni…

Pierwsza odpowiedź wiary na to pytanie brzmi właśnie: „od naszego marnego sposobu życia, który mamy po przodkach” (1 P 1,18) — inaczej mówiąc, od tego marnego sposobu życia, który jest wspólnym dziełem nas, ludzi, od samego początku naszej historii. Odnosi się to zarówno do tego pierwszego nieszczęścia człowieka, które zamyka mu drogę do pełni życia: grzechu pierworodnego, jak i do wszystkich jego skutków: naszych własnych złych wyborów i wszystkich głupstw, które wciąż na nowo robimy z naszym życiem.

Co to naprawdę jest? Co z nami właściwie jest? Sobór w konstytucji O ludzkiej radości i nadziei, smutku i trwodze przedstawia to tak:

Człowiek, stworzony przez Boga w stanie sprawiedliwości, za podpuszczeniem Złego już na początku historii nadużył swej wolności, przeciwstawiając się Bogu i pragnąc osiągnąć cel swój poza Nim. Poznawszy Boga, nie oddali Mu czci jako Bogu, lecz zaćmione zostało ich bezrozumne serce i służyli raczej stworzeniu niż Stworzycielowi. To, co wiemy dzięki Bożemu Objawieniu, zgodne jest z doświadczeniem. Człowiek bowiem, wglądając w swoje serce, dostrzega, że jest skłonny także do złego i pogrążony w wielorakim złu, które nie może pochodzić od dobrego Stwórcy. Wzbraniając się często uznać Boga za swój początek, burzy należny stosunek do swego celu ostatecznego, a także całe swoje uporządkowane nastawienie czy to w stosunku do siebie samego, czy do innych ludzi i wszystkich rzeczy stworzonych.

Dlatego (…) jest wewnętrznie rozdarty. Z tego też powodu całe życie ludzi, czy to jednostkowe, czy zbiorowe, przedstawia się jako walka, i to walka dramatyczna między dobrem i złem, między światłem i ciemnością. Co więcej, człowiek odkrywa, że jest niezdolny zwalczać skutecznie o własnych siłach napaści zła, tak że każdy czuje się jakby skrępowany łańcuchami. Ale sam Pan przyszedł, aby człowieka uwolnić i umocnić, odnawiając go wewnętrznie i wyrzucając precz „księcia tego świata” (J 12,31), który trzymał człowieka w niewoli grzechu. Grzech pomniejsza człowieka, odwodząc go od osiągnięcia jego własnej pełni. W świetle tego Objawienia znajduje swoje ostateczne wyjaśnienie zarazem wzniosłe powołanie, jak i głęboka nędza, których człowiek doświadcza (KDK 13).

To właśnie pomieszanie w naszym doświadczeniu „wzniosłego powołania” z „głęboką nędzą” składa się na „marny sposób życia”, od którego zostaliśmy „wykupieni przez Jego krew, uwolnieni od występków szczodrą mocą Jego dobroci”.

Wykupieni i uwolnieni — co to znaczy?

W popularnym myśleniu chrześcijańskim utrwaliło się przekonanie, że chodzi tu o zmianę w swojej istocie moralną — ludzki świat naznaczony zawinioną przez nas niesprawiedliwością, sprzeniewierzeniem się Bogu (grzechem), zostaje pojednany z Bogiem w tym sensie, że śmierć krzyżowa Jezusa usuwa przyczynę Bożego gniewu („czyni zadość” za grzechy) i przywraca utraconą przyjaźń Boga z ludźmi. Takie przekonanie nie jest fałszywe, ale jest niebezpiecznie zawężone i jednostronne.

Nasze odkupienie dokonane w Jezusie właśnie dlatego jest wyzwoleniem od marnego sposobu życia i prawdziwym naszym pojednaniem z samymi sobą, z ludźmi i z Bogiem, że nie jest jedynie rozwiązaniem pewnego konfliktu (między nami a Bogiem) natury moralnej i zewnętrznym przywróceniem naruszonego przez ludzi Bożego porządku i sprawiedliwości, ale prawdziwym wewnętrznym naprawieniem człowieka — to znaczy: ujawnieniem w każdym z nas tego porządku świata, który objawił się w Jezusie, Synu Bożym, skoro w Nim raz na zawsze pokonany został ludzki grzech i śmierć.

„Wykupieni przez Jego krew, uwolnieni od występków szczodrą mocą Jego dobroci” — to są dwie strony tego samego dzieła: krew i śmierć Jezusa i szczodra moc Bożej dobroci. Obie dotykają samej istoty mojego nieszczęścia — grzechu i marnego życia.

Kiedy wchodzę w nieszczęście grzechu, jest tak, jakbym mówił: „dla mnie Bóg umarł; teraz chodzi tylko o mnie samego i o moją sprawę” („Bóg umarł”, bo nie do Niego się odnoszę: bo moją przyszłość zwracam nie ku Niemu, ale ku czemuś, co Nim nie jest — jakby Go w ogóle nie było). Słowa te oczywiście nie muszą zostać wypowiedziane wprost i wyraźnie, chodzi tu raczej o sedno postawy człowieka sprzeciwiającego się Bogu. Niezwykłość tajemnicy odkupienia polega na tym, że te same słowa możemy powtórzyć jako słowa Boga o nas: „Tak jest, ja, Bóg, umarłem dla ciebie; teraz naprawdę chodzi tylko o ciebie i o twoją sprawę — umarłem dla ciebie i właśnie dlatego jestem dla ciebie bardziej niż kiedykolwiek przedtem”.

To jest miejsce, na którym pokazuje się wiele i wszystko rozstrzyga. To jest miejsce, na którym tajemnica naszej nieprawości i grzechu spotyka się z drogami, którymi przychodzi ratunek.

Jakie to są drogi? Czasem może się wydawać, że najważniejszą z nich jest ta, na której mamy krok po kroku wyrzekać się samych siebie i wszystkiego, co chcielibyśmy sobie zatrzymać — że dopiero za taką cenę zostaniemy uratowani. Czy jest tak naprawdę? Czy rzeczywiście muszę powiedzieć „nie” samemu sobie, żeby się uratować? Czy jeśli nie porzucę siebie samego, zostanę porzucony? Siebie marnego i swoje marne życie — z pewnością tak, ale siebie, jakim jestem z Bożego wyboru — z pewnością nie. W to właśnie wierzę. Muszę podkreślić to słowo: wierzę. Wierzę, że nie muszę siebie porzucić, ale właśnie znaleźć — tak jak nie zostałem porzucony, tylko znaleziony.

Ludzkie „nie” wobec siebie i własnego życia nie jest drogą wiary, ponieważ nie jest drogą. Jest raczej bezdrożem. Nasza wiara błądzi po bezdrożach nie tylko wtedy, kiedy ktoś, wiedząc o tym lub nie, ma sprawę tylko i wyłącznie sam ze sobą. (Tak bywa — czasem z powodu duchowego ubóstwa, a czasem przeciwnie z powodu takiego bogactwa, takiego skupienia się na własnych duchowych skarbach i przeżyciach, że już nic poza nimi nie widać). Nasza wiara błądzi jednak po bezdrożach jeszcze bardziej wtedy, kiedy komuś się wydaje, że nie może już chcieć siebie i swojego życia.

Właśnie po to zostaliśmy wykupieni przez Jego krew, uwolnieni od występków szczodrą mocą Jego dobroci, żebyśmy się nie bali chcieć naszego życia. I jeszcze więcej: nie tylko własnego życia, ale wszystkiego na niebie i na ziemi, wszystkiego w ogóle, co Błogosławiony, Bóg i Ojciec naszego Pana Jezusa, chce razem z nami mieć w Nim. To wszystko stało się przecież po to,

żeby w Nim dać nam udział w pełni czasów, tak żeby w Mesjaszu jako głowie zjednoczyć wszystko: to, co na niebie, i to, co na ziemi.

Pojednanie i zjednoczenie wszystkiego na niebie i na ziemi zaczyna się wtedy, kiedy przez Bożą dobroć okazuję się zdolny chcieć siebie, kochać samego siebie, kochać drugiego jak siebie samego i kochać Boga ze wszystkich swoich sił. Sam nie jestem do tego zdolny. Jest wprost przeciwnie: im bardziej chcę takiego dobra jako ja sam, im silniej przeżywam to, co się ze mną dzieje, moje (choćby najlepsze) decyzje, moje (choćby najsłuszniejsze) wybory i moje odmowy jako moje własne, im bardziej jestem przekonany o swoim życiu, że ono jest tylko moje własne i nikomu nic do tego — tym trudniej będzie mi naprawdę pojednać się z sobą samym i pokochać własne życie. Mam wtedy bowiem tylko dwa wyjścia: albo wymagać od siebie samego tego, co powinno być, albo zrezygnować i powiedzieć sobie mniej lub bardziej wyraźnie, że to, czego powinienem od siebie wymagać, jest niemożliwe. Być może powinno być inaczej — ale nigdy nie będzie. W jednym i drugim wypadku skutkiem jest cierpienie zadawane sobie samemu i innym. W jednym i drugim wypadku nie mogę naprawdę kochać siebie samego — i rzeczywiście nie kocham siebie, raczej nienawidzę siebie, bo zdany jestem na siebie samego i tym bardziej czuję swoją słabość.

Bożą odpowiedzią, która pokonuje ludzką samotność i zdanie się na samego siebie, jest dlatego dana raz na zawsze każdemu z nas możliwość pojednania się z samym sobą — przyjęcia (pokochania) własnego życia, jakim razem z nami chce go Bóg. Jest to zarazem możliwość przyjęcia do własnego świata i życia każdego innego człowieka. Istotę tego daru można wyrazić tylko z perspektywy osobistej obdarowanego: mogę pokochać swoje życie z tym wszystkim, co do niego należy, i z tymi wszystkimi, którzy do niego należą, tylko wtedy i tylko dlatego, że razem ze mną przyjmuje je i kocha Bóg, który w Jezusie Chrystusie „ukochał mnie i samego siebie wydał za mnie” (Ga 2,20). To zatem jest miejsce, na którym jest nam rzeczywiście dana jedność i wspólnota i na którym jest ona niezniszczalna. Nic nie może jej zniszczyć — także nasza śmierć.

Pan Bóg nie przestaje kochać mojego życia i nie przestaje kochać go ze mną także wtedy, kiedy przychodzi moja śmierć. Jeśli w śmierci razem z Bogiem kocham moje życie całe i takie, jakie ono jest, odnajduję je na nowo; odnajduję moje umarłe życie, także moje umarłe ciało. To jest moje życie i moje ciało, i wszystko moje, i wszyscy moi. To ja żyję, mimo że umarłem — i nie żyję sam, ale żyję z tym wszystkim, co jest moje, i z tymi wszystkimi, którzy są moi. To jest moje zmartwychwstanie ku życiu i życie wieczne, możliwe dlatego, że Bóg w Jezusie Chrystusie „samego siebie wydał za nas” (Tyt 2,14). On nie mówi o przyszłości, o czymś, co dopiero ma być, ale o tym, co jest: „Czy nie wiecie, że my wszyscy zanurzeni w Mesjasza Jezusa, zanurzeni jesteśmy w Jego śmierć. (…) Umarliśmy (…). A kto umarł, jest wolny od grzechu”.

Dzień trzeci

W hymnie z listu do Efezjan trzykrotnie powraca to samo słowo, słowo pragnienia — słowo tęsknoty — słowo życzenia: „by zalśnił Jego blask”. Za każdym razem w związku z nami, z tym, co teraz składa się na nasze życie. W ostatniej, trzeciej części tego hymnu słowa te odzywają się najmocniej: „Jesteśmy tu, by zalśnił Jego blask”. My jesteśmy tu, by zalśnił Jego blask. To jest odpowiedź na pytanie, po co tu jesteśmy. Chcemy teraz tę właśnie odpowiedź rozważyć.

My, którzy złożyliśmy nadzieję w Mesjaszu,
Jesteśmy tu, by zalśnił Jego blask,
dzięki Niemu i wy usłyszeliście słowo prawdy,
dobrą wieść o waszym zbawieniu,
i uwierzywszy, otrzymaliście pieczęć świętego ducha tej wieści,
który jest rękojmią naszego dziedzictwa,
że oto wykupił nas dla siebie na własność,
by zalśnił Jego blask.

Spojrzymy na ten tekst nieco inaczej niż w poprzednich dwu rozważaniach. Skupimy uwagę na tym, co już otrzymaliśmy:słowo prawdy, dobrą wieść o naszym zbawieniu (…), pieczęć świętego ducha tej wieści (…), rękojmię naszego dziedzictwa, że oto wykupił nas dla siebie na własność”. Spróbujemy objaśnić i rozważyć, czym są te dary i jak są teraz dla nas dostępne — tak, żebyśmy na końcu mogli ze spokojnym przekonaniem powtórzyć te kluczowe słowa: „Jesteśmy tu, by zalśnił Jego blask”, i wiedzieć, co mówimy (albo przynajmniej wiedzieć to chociaż trochę lepiej).

Usłyszeliście słowo prawdy, dobrą wieść o waszym zbawieniu i uwierzywszy, otrzymaliście pieczęć świętego ducha tej wieści, że oto wykupił nas dla siebie na własność, by zalśnił Jego blask.

Czym jest „słowo prawdy” i „dobra wieść o naszym zbawieniu”, nietrudno zrozumieć. To wiemy. Ale co to znaczy „pieczęć świętego ducha tej wieści, że oto wykupił nas dla siebie na własność”? O czym mowa? Co właściwie się stało? Czego możemy się teraz spodziewać jako wybrani i uratowani, wykupieni i opieczętowani — jako ludzie wciąż na nowo zaskakiwani tym, że Bóg pragnie nas bardziej niż my sami siebie? Odpowiedź brzmi: możemy się spodziewać, „czego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć” (1 Kor 2,9). Tam, gdzie to powiedziano, znajdujemy jeszcze więcej. Paweł, apostoł Jezusa, mówi Koryntianom i nam wszystkim: „My wam to głosimy” — to właśnie niewidziane, niesłyszane, nieposiadane,co przygotował Bóg dla tych, którzy Go miłują”.

Mamy więc przed sobą wszystko, co można znaleźć i rozważyć, wszystko w ogóle, co zostało nam dane. Już przecież nie może być więcej niż to, co swoim przygotował Bóg. Możemy jednak wobec tego wszystkiego się poczuć prawdziwie bezradni. Mamy wszystko przed sobą, a niewiele albo nic nie mamy dla siebie; mamy na pewno, ale wciąż jeszcze nie bardzo wiemy, co właściwie mamy. Powiem to jeszcze prościej i całkiem naiwnie: jak można mówić o czymś, czego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć? Cała nadzieja w tym, że to jest prawdziwe pytanie i że prawdziwe pytania nie zostają bez odpowiedzi. Jeśli zaś wciąż jeszcze nie znamy odpowiedzi, to dlatego że wciąż jeszcze nie dostrzegliśmy czegoś, co ją współtworzy, że jeszcze czegoś brakuje, że jeszcze coś ważnego się nam wymyka. Czego zatem brakuje, żebyśmy mogli spróbować odpowiedzieć na nasze pytanie? Odpowiem znowu prosto i naiwnie. Nas! Nas samych! Odpowiedzi na pytanie o tę naszą przyszłość, którą teraz chce dla nas być Bóg w Jezusie, nie może być tak długo, jak długo chcemy, żeby ona przyszła do nas i żeby dała się nam poznać od zewnątrz — to znaczy żeby pojawiła się dla nas, ale bez nas. Tymczasem tutaj nie chodzi tylko o to, co dla nas przygotował Bóg. Chodzi także i najpierw o tych, którzy Go miłują — to znaczy o nas. Właśnie dlatego słyszymy o sobie: „usłyszeliście słowo prawdy, dobrą wieść o waszym zbawieniu i uwierzywszy, otrzymaliście pieczęć świętego ducha tej wieści”. Jesteśmy wybrani, odnalezieni, uratowani i przeznaczeni nie „tak w ogóle” i nie do jakiegoś nieokreślonego dobra (przyszłego anielskiego świata), ale do tego, które teraz bez nas nie powstanie. Raz jeszcze zatem: o czym mowa? O co teraz chodzi?

Można te słowa skomentować i objaśnić na wiele sposobów. Spróbujmy odnieść je do tego, co stanowi samo serce, źródło i równocześnie widzialny znak naszej wspólnoty: do tajemnicy chrztu i eucharystii, którą wolno nam razem sprawować. To właśnie w tych sakramentalnych znakach usłyszeliśmy i słyszymy słowo prawdy, dobrą nowinę o naszym zbawieniu, otrzymaliśmy i otrzymujemy „pieczęć świętego ducha tej wieści”, przez którą jesteśmy Bożą własnością.

Nie tylko „usłyszeliśmy”, ale „słyszymy”, nie tylko „otrzymaliśmy”, ale „otrzymujemy”. Nasz chrzest przecież tylko w pewnym (bardzo niemądrze zacieśnionym) sensie jest wydarzeniem dokonanym — na początku naszego życia. Eucharystia podobnie, tylko w niezbyt mądrze zacieśnionym sensie jest szczególną czynnością Kościoła, w której uczestniczymy w pewnej wybranej godzinie. W istocie, jak każdy sakrament — znak zbawienia, jest rzeczywistością, która w tej wybranej godzinie ujawnia się dla nas, a odkąd się ujawniła, trwa w postaci naszych możliwości, do odkrycia w każdej innej godzinie naszego życia. Że nasze życie jest naznaczone „pieczęcią świętego ducha” dobrej nowiny o naszym zbawieniu i że jesteśmy własnością Tego, który nas sobie wybrał, to przecież musi znaczyć coś więcej niż tylko tyle, że jesteśmy ochrzczeni i dopuszczeni do udziału w eucharystii i że ma to pewne moralne konsekwencje.

Kiedy mówimy o „pieczęci ducha” albo wprost o „pieczęci Ducha Świętego”, którą otrzymaliśmy, brzmi to dość abstrakcyjnie i sprawia wrażenie, że chodzi o tajemniczą rzecz, która nam się kiedyś dzięki Bogu przydarzyła, bardzo ważną, zupełnie zasadniczą dla naszego życia, ale zarazem taką, z której na teraz, na dziś, na co dzień, widzialnie pozostało dość niewiele — właśnie owe moralne konsekwencje: kilka dość łatwych do opisania zobowiązań, które stanowią codzienny wyraz naszego związku z Bogiem: modlitwa, udział we Mszy świętej, post, moralne reguły życia, co do których potrzeby w zasadzie panuje zgoda (chociaż nie powszechna), natomiast co do tego, czy i jak dadzą się one konsekwentnie i powszechnie stosować, praktycznej zgody nie ma.

Tymczasem słowa o „pieczęci świętego ducha tej wieści” mówią coś innego: coś o wiele prostszego i równocześnie o wiele bardziej radykalnego. Boży wybór i Boży ratunek obejmuje każdą chwilę naszego życia, taką, jaka ona realnie i konkretnie jest i jaką z Bożą pomocą możemy ją teraz uczynić.

Nasz chrzest (jako widzialny znak obmycia i zanurzenia w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego), podobnie jak każde nasze zgromadzenie się, by słuchać dobrej nowiny i łamać dla siebie nawzajem chleb, ujawnia związek między wybraniem Jezusa a naszym własnym wybraniem. Jest to zarazem obecność, ujawnienie i uzewnętrznienie w nas całego tego porządku rzeczy, który objawia się w narodzeniu, życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa.

Kiedy Jezus każe nas zanurzyć w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego; kiedy myje swoim uczniom nogi i łamie chleb, i poleca czynić „to” na swoją pamiątkę — czyli postępować tak jak On, mamy rozumieć, że chodzi o wszystko, co jest w Nim. Chodzi nie tylko o symboliczne gesty dokonane podczas Ostatniej Wieczerzy, które miałyby być teraz rytualnie powtarzane, ale o cały sens Jego życia: gotowość oddania siebie „za wielu” w posłuszeństwie woli Ojca. Taka właśnie gotowość napisała historię Jego życia, śmierci i zmartwychwstania, a teraz ma napisać historię naszego życia, naszej śmierci i naszego zmartwychwstania.

Liturgia, którą sprawujemy, liturgia widzialna, jest dla nas czytelnym znakiem, dzięki któremu w jednym geście możemy zobaczyć związek tego, co nasze, z tym, co Jego: tego, co jest z niskości, i tego, co jest z wysoka (por. J 8,23–24), dzieła Nauczyciela i dzieła uczniów. Oznacza to jednak, że ten widzialny znak nie powinien być oddzielany (ani tym bardziej izolowany) od całej reszty działania każdego „opatrzonego pieczęcią świętego ducha dobrej nowiny” i „wykupionego na własność”, przez Tego, do którego ta pieczęć należy. Gdybyśmy ten najważniejszy i niezwykły znak skutecznie oddzielili od całej reszty tzw. zwykłego życia, jego sens zostałby zatarty.

To wydaje się jasne. Dziwność sytuacji polega na tym, że w imię porządku liturgii (i po części także w imię zwykłego porządku życia) wciąż na nowo próbujemy takiego oddzielenia — na szczęście nieskutecznie. Dzieje się to najczęściej z dwu zupełnie różnych przyczyn. Obie jednak mają źródło w niezrozumieniu, z czym naprawdę mamy do czynienia. Z jednej strony więc eucharystię oddziela się od wszystkiego, co dzieje się poza nią, w imię świętości sakramentu: ponieważ chodzi o dotykalną obecność Boga samego, którą trzeba chronić przed wszystkim, co jest jej niegodne: przed każdym nieuprawnionym albo nie dość czystym dotknięciem. Z drugiej strony na pozór przeciwnie, a w gruncie rzeczy bardzo podobnie: pojawia się opór przed robieniem z życia liturgii, przed (zbytnią) „sakralizacją” całej reszty tzw. zwyczajnego życia.

Może więc rzeczywiście: niech liturgia będzie chwilą wyjątkową, inną i uroczystą, w którą wchodzimy na moment, żeby odetchnąć Bożą wzniosłością, a potem wyjść? I może rzeczywiście lepiej nie przenośmy „liturgicznego stylu”, jaki jest dzisiaj, na bieg zwykłych codziennych spraw? Byłoby to pewnie nieznośne, gdybyśmy na co dzień mieli przemawiać do siebie tak i tak się wobec siebie nawzajem zachowywać, jak się zachowujemy wobec Boga i siebie w liturgii. Zupełnie tak samo, jak byłoby to nieznośne, gdybyśmy podczas liturgii zachowywali się tak, jak się zachowujemy wszędzie indziej.

Jednak czy rzeczywiście tak? Czy to znaczy, że dobrze jest, jak jest, i że musi zostać tak, jak jest? Dwa światy: my na chwilę w jednym (świętym, ale trochę nieswoim), a przez większość czasu w drugim (niezbyt świętym, ale swojskim). I więź między nimi polegająca na tym, że to, czego się o sobie dowiadujemy w tym pierwszym, mamy „wcielać w życie” w tym drugim? Z trudnym do usunięcia poczuciem, że udaje się to raczej słabo?

Sprawa nie jest prosta — z pewnością nie byłoby niczym dobrym próbować zatrzeć granicę między liturgią (taką, jaka ona jest dzisiaj) a tzw. zwyczajnym i codziennym życiem (takim, jakie ono zazwyczaj dzisiaj jest). Było dość takich, którzy próbowali (czasem w jednym, czasem drugim kierunku), i zazwyczaj kończyło się to żałośnie.

Tylko czy taki stan rzeczy jest dla nas usprawiedliwieniem? Czy nie jest raczej surowym sądem nad nami i tym, jak zrozumieliśmy (albo raczej: jak nie zrozumieliśmy), do czego właściwie zostaliśmy wybrani, uratowani i przeznaczeni? Czy nasze największe zadanie — jako ludzi wybranych, uratowanych i powołanych do tego, żeby za naszą sprawą wszędzie zalśnił blask Tego, który nas sobie wybrał — nie polega właśnie na tym, żeby te dwa światy naprawdę połączyć — i to w nas samych — tak, żebyśmy to my byli ogniwem między nimi: żebyśmy w jednym i drugim byli tacy sami, żebyśmy byli tym samym w jednym i drugim: żebyśmy się nie zmieniali, przechodząc z jednego do drugiego, żebyśmy się nie zmieniali w tym, czym jesteśmy, o co nam chodzi, za co ponosimy odpowiedzialność, także wtedy, kiedy z natury rzeczy zmieniają się zewnętrzne formy naszego zachowania (są bardziej albo mniej „liturgiczne”)?

Oczywiście więc nie chodzi o pomniejszanie albo lekceważenie liturgii sprawowanej w Kościele, bo ona jest naszą największą świętością, ani też nie chodzi o fałszywą i sztuczną sakralizację codzienności. Chodzi o zrozumienie, że ta świętość, którą wolno nam sprawować, nie zamyka się ani w miejscu i czasie sprawowania, ani w postaciach chleba i wina, ani w słowach i rytach liturgii, ale sięga o wiele dalej: sięga wszędzie tam, gdzie ktoś staje się i jest uczniem — to znaczy uczy się od Jezusa i naśladuje Go. W naszym życiu jako życiu uczniów i naśladowców Jezusa, naznaczonych raz na zawsze jak pieczęcią tym, co stało się w Jego życiu i śmierci, nie ma niczego, co by nie mogło w ten sposób stać się sakramentem zbawienia. Naśladowanie (czynienie „tego” na pamiątkę Jezusa) dotyczy naprawdę całości i każdej możliwej chwili tego życia. Ma w nim być naśladowana najpierw wewnętrzna postawa Jezusa, kochająca i służebna — to ona ma być naszym życiem. Najpierw zanurzamy się w tym Źródle, a potem wciąż na nowo żywimy się tym, czym Jezus jest — Nim samym, który daje się mi jako chleb/Ciało i wino/Krew. Oczywiście nie wolno poprzestać tylko na postawie wewnętrznej. Chodzi — powtórzmy — o naśladowanie Go w całym życiowym działaniu — takim, jakie teraz nam przystoi.

Tak, ale to właśnie wydaje się wielu niemożliwe. Doskonałe naśladowanie Jezusa jest niemożliwe — tak się przynajmniej wydaje — ze względu na to, co jest za nami (nasze odziedziczone po przodkach marne postępowanie i nasz osobisty grzech), i na to, co jest z nami teraz i pewnie będzie też w przyszłości (nasza wciąż na nowo wbrew najlepszym postanowieniom ujawniająca się słabość).

Jednak przecież zostaliśmy uratowani, i to uratowani tak, żebyśmy o naszych zadaniach nie bali się myśleć z uwzględnieniem całej naszej słabości: Bóg Syn w Jezusie Mesjaszu zgodził się być nie tylko człowiekiem mądrym, opanowanym, wytrwałym, zawsze na miejscu, człowiekiem, który w każdej chwili wie, co zrobić, i robi to, co zrobić powinien; nie tylko człowiekiem sprawnym, błyskotliwym, świadomym siebie samego i własnych możliwości, praw i obowiązków; nie tylko człowiekiem, który potrafi prostym słowem i pięknym czynem podnieść i porwać wielu; nie tylko człowiekiem pełnym poświęcenia i radości, łagodnym i gotowym do pomocy, cierpliwym i wiernym, ale także i ostatecznie człowiekiem bezsilnym wobec siebie samego i wobec innych — ponieważ biorąc nasz grzech prawdziwie na siebie, zgodził się być człowiekiem obarczonym grzechem i w końcu człowiekiem umarłym. W ten sposób przyjął i wziął na siebie zarazem wzniosłe powołanie, jak i głęboką nędzę, których człowiek doświadcza (słowa z konstytucji O ludzkiej radości i nadziei, smutku i trwodze, które przytoczyłem powyżej). Właśnie dlatego nie musimy się martwić, czy się w ogóle nadajemy do tego dzieła, do którego jesteśmy wybrani i przeznaczeni: do tego, żebyśmy tak byli wszędzie, gdzie jesteśmy, „żeby zalśnił Jego blask”. Oczywiście, że się nadajemy. Ten, który nas do takiego dzieła wybrał, powie nam też, co robić dzień po dniu i godzina po godzinie — i to powie nam tak, żebyśmy i my mogli sobie to nawzajem mówić i pokazywać.

My, którzy złożyliśmy nadzieję w Mesjaszu, jesteśmy tu, by zalśnił Jego blask.

Niech zalśni Jego blask
Tomasz Węcławski

urodzony 20 listopada 1952 r. w Poznaniu – Tomasz Polak, do 30 kwietnia 2008 Tomasz Węcławski, były ksiądz, studiował w Poznaniu i Rzymie, polski teolog specjalizujący się w teologii dogmatycznej i fundamentalnej, profesor zwyczajny Uniwersytetu im. Adama Mi...