Chrystofobia

Fenomen polegający na usunięciu chrześcijaństwa z tekstów konstytucyjnych Unii Europejskiej nazwę chrystofobią. To rodzaj oporu biorącego się nie z zasadniczych racji konstytucyjnych, lecz raczej z przeszkód typu socjologicznego, psychologicznego, emocjonalnego.

Istnieje wiele przyczyn, które ze zmienną intensywnością oddziaływały na różne grupy społeczne, w szczególności zaś na opiniotwórcze elity. Milczenie na temat religii jest między innymi winą chrześcijaństwa, a konkretnie samej wspólnoty wierzących. Część tej winy wiąże się także z Holokaustem. Po dość tendencyjnym dziele Hochhutha Namiestnik z 1963 roku1 modne stało się swego rodzaju polowanie na czarownice skierowane przeciwko Watykanowi i Kościołowi katolickiemu. Psuło ono reputację, a czasem zniesławiało Kościół, który — choć oczywiście nie bez skazy — został tuż po wojnie sprawiedliwie i przychylnie oceniony przez tych, którzy przeżyli. Niemniej pewne postawy, które kler — zarówno protestancki, jak i katolicki — przyjmował podczas wojny, dzisiaj głęboko oburzają chrześcijan (za co im chwała) i hamują wszelkie próby utorowania sobie drogi, jeśli chodzi o mniejszości religijne.

Chrześcijańskie poczucie winy jest związane nie tylko z Holokaustem. Ze względu na naszą zwiększoną dziś wrażliwość na sprawy tolerancji wobec innych w historii Zachodu odnajdujemy wiele momentów, które wydają się odpychające i wprawiają w zakłopotanie. W mediach, w literaturze i w polityce istnieje całe pokolenie maîtres ŕ penser, dzisiejszych pięćdziesięcio–, sześćdziesięciolatków (pokolenie polityków stojących obecnie u władzy, od Strawa po Fischera i innych), którzy ukształtowali swój światopogląd i przeżyli swój „bunt” w opozycji wobec klasycznego Zachodu, wobec nadużyć kapitalizmu, imperializmu i innych „izmów”. Łączą oni ze sobą — nie całkiem bezzasadnie — pojęcia kultury zachodniej i chrześcijaństwa. Niektórzy pojmują Kościół i samo chrześcijaństwo jako integralną część świata, z którym walczyli, co wywołuje w nich prawdziwą wrogość. Inni zaś co najmniej kojarzą Kościół i chrześcijaństwo z taką wizją świata. Nie budzi to wprawdzie ich wrogości, jest jednak przyczyną zakłopotania, a w każdym razie zniechęca do jakiegokolwiek zaangażowania.

Niechęć do chrześcijaństwa ma także przyczyny ideologiczno–psychologiczne. Dla wielu osób z pewnego pokolenia upadek komunizmu był egzystencjalnym rozczarowaniem, upokarzającą klęską, która doprowadziła ich, wierzących w ową obietnicę wyzwolenia, do głębokiego wewnętrznego rozdarcia. Mają zatem zrozumiały resentyment wobec tych, którzy wydają się „wrogami”, wobec postawy, którą można postrzegać jako swego rodzaju chrześcijański triumfalizm („a nie mówiliśmy?”); a także, całkowicie podświadomie — wobec papieża: nie tylko dlatego, że instytucjonalnie reprezentuje system wartości, który — jak się wydaje — wyszedł zwycięsko z owego ideologicznego konfliktu, ale także z powodu roli, którą odegrał w upadku imperium sowieckiego.

Jest to poza tym zwykła działalność polityczna, w ścisłym tego słowa znaczeniu, związana z partiami i wyborami. W latach 50. dla wielu polityków chrześcijaństwo w niewielkiej mierze było doświadczeniem duchowym: wiara chrześcijańska przekładała się w istocie na wierność partiom politycznym, takim jak Demokracja Chrześcijańska we Włoszech czy podobne do niej w innych krajach europejskich. Cała energia i niemal cały sens religijności wyczerpywały się w opozycji wobec komunizmu, w dążeniu do zebrania głosów przez „pokrewne” partie. Pokoleniu, które przeżyło ten okres, trudno dziś całkowicie zmienić postawę. Dla wielu Kościół i chrześcijanie są jedynie swego rodzaju siłą polityczną, która za pośrednictwem ewangelicznego słownictwa dąży do zdobycia władzy. W opozycji antyreligijnej mamy często do czynienia z gniewem, który rodzi się właśnie z przekonania, że instytucje kościelne i sami wierzący są kryptopolitykami.

Inny aspekt, który należy brać pod uwagę, to głęboko zakorzeniona i instynktowna wrogość między prawicą i lewicą. Na tej arenie chodzi nie tyle o wrażliwość czy poprawność konstytucyjną lub szacunek dla innych, ile o zwykłe współzawodnictwo wyborcze. Najbardziej znaczący podział w tym kontekście przebiega między systemami politycznymi nawykłymi do negocjacji a systemami opartymi na współzawodnictwie, w którym zwycięzca bierze wszystko. W krajach niestosujących metod negocjacyjnych opór przeciwko religii i chrześcijańskiej symbolice konstytucyjnej jest odruchem politycznym, należącym do normalnego stylu rządzenia: chrześcijaństwo, kojarzone zazwyczaj z prawicą (choć chrześcijanie częściej mają poglądy raczej lewicowe), postrzegane jest niemal jako rywal polityczny, któremu należy się przeciwstawić.

Bardziej interesująca — w tej psychologicznej i socjologicznej fenomenologii chrystofobii — jest postawa przyjmowana wobec Kościoła przez wszystkich, którzy ze zróżnicowanym zaangażowaniem — większym, mniejszym albo wręcz żadnym — postępują zgodnie z obecnym nauczaniem chrześcijańskim. Zastanówcie się nad następującym paradoksem. W epoce naznaczonej kultem sław — w której takie postacie jak Madonna (zdaniem niektórych potrafi śpiewać) czy David Beckham (zdaniem niektórych potrafi kopać piłkę) przyciągają do parków i na stadiony tysiące widzów, o czym żaden polityk nie mógłby nawet pomarzyć — Papież sytuuje się na zupełnie innym poziomie. Przyciąga dosłownie miliony ludzi (choć w tym wypadku nie chodzi z pewnością o widowiska rozrywkowe). Mimo tej popularności jego nauka często jest źródłem ogromnej wrogości. Najbardziej kontrowersyjne zagadnienia to: aborcja, kapłaństwo kobiet, homoseksualizm, antykoncepcja (w epoce AIDS) itd. Wszystko to w oczach niektórych wiernych, tych zaangażowanych, stanowi „zdradę” II Soboru Watykańskiego, a uczucia ich potrafią być bardzo silne. Ci mniej zaangażowani twierdzą natomiast (nie zawsze wiarygodnie, moim zdaniem), że linia przyjęta w nauczaniu papieża jest właśnie przyczyną ich braku zaangażowania. Dla tych zaś, którzy nie są w ogóle zaangażowani, stanowisko Papieża staje się nierzadko przedmiotem wrogości, a nawet obrazy i jest postrzegane jako reakcyjna, konserwatywna i tradycjonalistyczna siła społeczna. Nie chcę w tej chwili wchodzić w istotę podobnej argumentacji, lecz jedynie odnotować zjawisko przedstawiające znaczący aspekt postaw przyjmowanych wobec Kościoła we współczesnej Europie.

Nie można zaprzeczyć, że Kościół — pojmowany nawet tylko jako instytucja, niezależnie od jego roli strażnika chrześcijańskiego Magisterium — zajmował w przeszłości stanowisko, na przykład wobec modernizmu i innych jeszcze zjawisk, zupełnie inne niż obecnie. Także ta przeszłość staje się elementem chrystofobii. W europejskiej Bildung, we włoskim liceo czy francuskim lycée, podobnie jak w niemieckim Gymnasium przyjęto rodzaj społeczno–kulturowej przesłanki zakotwiczonej w dziedzictwie rewolucji francuskiej; podobnie w zbiorowej świadomości bardzo silnie zakorzenione jest przeświadczenie, że społeczny i naukowy postęp dokonał się nie tylko za sprawą tej przesłanki, ale jest wręcz zdobyczą uzyskaną dzięki przeciwstawieniu się Kościołowi. Także wielu wierzących przyswoiło sobie tę ideę i żyje z poczuciem sprzeczności swej wiary ze świadomością historyczno–kulturową: to wewnętrzne pęknięcie jest jednym z najbardziej symptomatycznych aspektów modernizmu i postmodernizmu. Powoduje ono niekiedy niechęć wobec samej religii, wobec wszelkich religii postrzeganych jako reakcyjne i nieliberalne z definicji. Proszę sobie wyobrazić, że pewne znane wydawnictwo, któremu przedstawiłem wstęp do książki Chrześcijańska Europa w związku z ewentualną jej publikacją, odrzuciło moją propozycję bez zwrócenia się nawet o przedstawienie całego eseju, stwierdzając „z całą szczerością”, że „projekt ten sytuuje się bardzo daleko od polityczno–wydawniczej orientacji naszego wydawnictwa”. Res ipsa loquitur. Na szczęście są jeszcze inni, bardziej oświeceni wydawcy. Należałoby tu jednak dodać, że także korzystanie z symboliki chrześcijańskiej jest często równie automatyczne, nieprzemyślane i bierze się z takiego samego, ale odwrotnego odruchu politycznego, będącego częścią życia publicznego. Mogę sobie wyobrazić wydawnictwa, mające inną orientację polityczno–wydawniczą, które tak samo odrzuciłyby, nie czytając w całości, projekt książki zatytułowanej Socjalistyczna Europa.

Jest wreszcie aspekt prywatny, osobisty. Nie można nie zauważyć — w całej Europie, od jej krańca do krańca, w całym zachodnim świecie chrześcijańskim — pewnej generation gap; oto wobec przewagi płytko przeżywanych praktyk religijnych i pustych kościołów grupą, która najbardziej przeciwstawia się tej tendencji, jest młodzież. Wydaje się, że chrześcijaństwo jest dziś dla niej prawdziwą „rewolucją” — wyzwaniem, które pociąga, właśnie dlatego, że jest „wymagające”, niełatwe, pod prąd. Wielu młodych ludzi przyjmuje dziś chrześcijańskie przesłanie z tym samym radykalnym i „walczącym” nastawieniem, z jakim pokolenie ich rodziców kontestowało wszelkie autorytety i instytucje, in primis Kościół. Natomiast wpływowi maîtres ŕ penser z pokolenia, o którym była mowa wcześniej, dzisiejsi pięćdziesięcio– i sześćdziesięciolatkowie nie biorą udziału w tym religijnym odrodzeniu. Część chrystofobii tego pokolenia — potwierdzają to moje rozmowy z przyjaciółmi, którzy urodzili się jako chrześcijanie, później zaś odeszli od wiary — jest z pewnością następstwem osobistego doświadczenia religijnego z lat młodości. Nie ma to nic wspólnego z ideologią. Kościół lat 50. i 60. był — w osobistym doświadczeniu wielu osób — silnie klerykalny, silnie zinstytucjonalizowany i silnie autorytarny. Był jak szkoła, jak rodzice; kojarzył się z niezrozumiałymi obowiązkami, przymusem ciągłego spowiadania się z „czynów nieczystych” i z innymi podobnymi rzeczami. Każdy chciał się od tego jak najszybciej uwolnić. W filmach tej epoki ksiądz i biskup przedstawiani są często jako świetnie przystosowani członkowie estabilishmentu, z którym należało walczyć albo z którego należało drwić. Wierzę, że to doświadczenie można uogólnić, choć naturalnie ze świadomością licznych wyjątków. Jego konsekwencją jest pewna doza resentymentu i niechęci. Istnieje jednak także konsekwencja o wiele głębsza: utrata zainteresowania. Wielokrotnie musiałem wysłuchiwać przyjaciół, niepraktykujących katolików, którzy w nieskończoność powtarzali: „ja ci zaraz powiem prawdę o Kościele”; albo: „o chrześcijaństwie wiem wszystko”. Wszystko jednak, co wiedzieli, to jedynie okruchy z dzieciństwa, nieprzyjemne wspomnienia, to, co pozostało im po bierzmowaniu i lekcjach religii. Często wiedzieli niewiele albo zgoła nic o ostatnich dwudziestu pięciu latach życia Kościoła. To znaczące, że wiedza na temat aktualnego nauczania Kościoła wydawała się im mniej ważna niż orientacja w sprawach dotyczących ich formacji jako osób wykształconych. Niektórzy z nich zabierali się do czytania ostatniej książki Derridy, Fukuyamy czy Eco (lub przynajmniej jej recenzji); ale nawet przez myśl im nie przeszło, by przeczytać ostatnią encyklikę papieża. Europa chrześcijańska? Dlaczego? Jesteśmy może przeciw antykoncepcji? A to nie o to chodzi?

Chrystofobia
Joseph H. H. Weiler

urodzony 2 września 1951 r. w Johannesburgu, RPA – Joseph Halevi Horowitz Weiler, amerykański ortodoksyjny Żyd, profesor prawa, były członek komisji prawnej Parlamentu Europejskiego, od 2001 roku dyrektor Global Law School w Nowym Jorku, specjalista w dziedzinie prawa konsty...