Wstawaj, nie udawaj!

Wstawaj, nie udawaj!

Przed rokiem napisałem opowiadanie, którego akcja zahaczała o Fundację Pomocy Samotnej Matce. Myślałem, że takich fundacji jest w Polsce wiele i że problem, który tam przedstawiłem, jest dość typowy. Byłem bardzo zdziwiony, gdy pewnego dnia po opublikowaniu tekstu zadzwoniła do mnie pani Anna Stecka, prezes fundacji o takiej właśnie nazwie.

— Kto panu udzielał informacji o naszym zatargu z panem Stogą?
— Nikt, ja to wszystko wymyśliłem.
— To niemożliwe, przecież pan podał konkrety tej sprawy. To mogło nam zaszkodzić.

Nie wiedziałem, co począć. Przywykłem już do tego, że opisywanie rzeczywistości niekiedy może przynieść ból, kogoś zranić. Ale żeby raniło to, co się wymyśli?

Nie wierzę w przypadki, dlatego umówiłem się z panią Anną, żeby mi osobiście opowiedziała o dziele, które odkryłem w sposób niezamierzony. Podała mi adres. Miałem tam trafić bez problemu, gdyż przed poznańską siedzibą Fundacji dwa razy w tygodniu wije się niekończąca się kolejka kobiet stojących po paczki.

Fundacja

Fundację przytulili przed 13 laty ojcowie franciszkanie. Udostępnili jej kilka przyklasztornych pomieszczeń, jedynie w zamian za opłacenie zużytego tam prądu i gazu.

Przeciskam się przez tłum kobiet, dzieci. Kolejka z dworu wchodzi do budynku. Korytarz zastawiony paczkami jak w stanie wojennym. Trafiam do „gabinetu”, a raczej pokoiku, w którym urzęduje pani Anna. Rozmawia przez telefon. Czekam potulnie. Kilka osób stłoczonych w pomieszczeniu może dziesięciometrowym. Drzwi co chwilę się otwierają i bezustannie ktoś o coś pyta.

— Czy aby na pewno nie będę przeszkadzał? — upewniam się, widząc zabieganie pracowników Fundacji.
— Nie, nie… Tu jest praca na wariackich papierach, ale praca sensowna.
— I dawno pani żyje w takim szaleństwie?
— Właściwie na dobre od 23 lat. W 1978 roku biskup Tadeusz Etter na spotkaniu naszego duszpasterstwa rodzin zapytał: „Kto z was miał do czynienia z matką, która samotnie, bez męża, wychowuje dziecko? Taka rodzina to też wasze zadanie, a przede wszystkim jest nim obrona życia nienarodzonych”. Powstała wtedy Poznańska Grupa Obrony Życia.
— Czy to miało związek z wyborem polskiego Papieża?
— Chyba nie, już nie pamiętam. Faktem jest, że naśladowaliśmy ogłoszenie krakowskiego arcybiskupa: „Jesteś w ciąży, masz problemy, przyjdź, pomożemy”. Dwanaście lat później powstała Fundacja Pomocy Samotnej Matce. Jako konsekwencja…

Konsekwencja to słowo klucz dla pani Anny. Mówi, że konsekwencją obrony poczętego życia jest pomoc matce i dziecku. Nie wystarczy pomóc życiu zaistnieć, ale gdy to życie już się narodzi, trzeba przy nim trwać — codziennie patrzeć, czy nie jest głodne, czy ma się w co ubrać, za co kupić książki do szkoły.

Dla pani Anny wszystko jest jednością: życie przed urodzeniem i po nim. Także dziecko i matka. Nie może zrozumieć wyznawców teorii, że ratować należy przede wszystkim dziecko, bo jego matka jest już właściwie spisana na straty, nie jest w stanie dać dziecku żadnego wzorca. Nie widzi sensu odbierania dzieci z rodzin niepełnych i przekazywania ich do rodzin zastępczych. To w matce — jakakolwiek by ona była — bije źródło, bez którego dziecko nie może normalnie dojrzeć. „Nawet matka chora psychicznie potrafi swemu dziecku przekazać ciepło i miłość”.

* * *

Świat dzieli się na tych, którzy od nędzy uciekają, i na tych, którzy ją przygarniają. Pani Anna tworzy ten drugi świat. Dlaczego?

Mówi o sobie, że jest „oparta”. Nawróciła się w dwunastym roku życia. Matka była osobą wierzącą, ale zgorszoną księżmi. Ojciec — matematyk agnostyk.

— Pani Anno, z czego ma się nawracać dwunastoletnie dziecko? Pani najwyżej odnalazła Boga — stwierdziłem.

— O nie, nawet takie dziecko ma swoje winy. Miałam dziewięć lat, gdy wybuchła wojna. Napatrzyłam się na okropności. Niemiec bił mojego ojca, rodzice stracili pracę. To wszystko sprawiło, że dojrzałam bardzo szybko. Musiałam znaleźć oparcie w tym świecie, który był dla mnie za trudny. Kiedy miałam 12 lat, przystąpiłam do I komunii. Sama. Nawet sukienkę i wianek musiałam sobie sama sprawić. Rodzice nie chodzili do kościoła. Na moją komunię też nie poszli, ale i nie przeszkadzali. Kiedy dostałam gorączki — pewnie z emocji — przed pierwszą spowiedzią, ojciec powiedział: „Idź się połóż, a jutro pójdziesz”. Do wiary przekonała mnie moja nauczycielka religii. Sama przeszła na katolicyzm z prawosławia. Miałam w gimnazjum wspaniałego księdza. Przezywany był przez nas: „Antoni boć przecie”. Był człowiekiem nieprawdopodobnej dobroci. Doskonale wiedział, która z nas ma dziurawe buty, która nie ma śniadania. Ja mu na lekcji udowadniałam kiedyś, dlaczego Pan Bóg jest niedobry, a on podciągnął jak zawsze nosem i powiedział: „Natomiast, boć przecie bądźże uspokojona”.

I to dorastającej Ani widocznie wystarczyło. Kiedy była młodą dziewczyną, ojciec powiedział, że zazdrości jej wiary.

Na co dzień nie rozstaje się z biedą i brewiarzem. Jeśli nie ma jej w Fundacji, to wiadomo, że jest na Mszy. Oficjalnie nie wiadomo, gdzie jest. Znika.

* * *

Jej życie wyznacza Ewangelia o poszukującym pasterzu:

— Może bym już kilka razy się poddała, może bym miała wątpliwości, gdyby nie to, że Pan Jezus zostawił 99 owieczek i poszedł szukać jednej zaginionej. Nie mogę pojąć, że chrześcijanie o tym zapominają. Kiedyś chciałyśmy zorganizować festyn dla samotnych matek i od pewnego działacza katolickiego usłyszałam pytanie: „Czy można w majowe święto urządzać festyn dla samotnych matek? Święto matki to święto dla matek prawdziwych, dla matek w rodzinie”. W społeczeństwie pokutuje przekonanie, że matka samotna to ta niezbyt mądra dziewczyna, która nie umiała żyć, dała się zaciągnąć do łóżka i została panną z dzieckiem, taką gorszą matką. A te moje matki… pewnie są różne. Często posługują się „łaciną pozaliturgiczną”, ale ich miłość do swych dzieci jest nieraz nieprawdopodobna, bronią ich jak lwice. Czasem ocierają się o świętość. Dwójce rodziców przecież nieraz ciężko wychować dziecko. A ona musi pokonać swoją samotność, w większości biedę, przeciwności losu, zagubienie. Kochają swoje dzieci, choć nie potrafią im zapewnić dostatniego i spokojnego życia. Choć nieraz je biją i na nie krzyczą. W pewnym momencie zostały same i nie potrafią sobie poradzić. Niekiedy ich całą winą jest to, że zostały opuszczone albo że uciekły z sytuacji nie do zniesienia.

Pani Anna nie może się pogodzić z brakiem wyobraźni miłosierdzia u części „sprawiedliwych i porządnych katolików”. Syn pani Anny — Adam — także zaangażowany w Fundację, opowiada mi o oporach, z jakimi spotyka się nieraz wśród działaczy katolickich.

— „Dlaczego zajmujecie się tymi samotnymi matkami, podczas gdy tyle dobrych rodzin nie otrzymuje od nikogo pomocy? Postawmy na zdrowe katolickie rodziny, a te marginesy same znikną”. Tylko widzi pan, często jest tak, że z tych niepełnych rodzin wyrastają wspaniałe jednostki, i na odwrót, z tzw. porządnych rodzin — egoiści i ludzie zdemoralizowani.

* * *

Pani Anna protestuje, gdy utożsamiam ją z Fundacją.

— Ja sama tu nic nie znaczę. Tu, w centrum pracuje prawie dwadzieścia osób, a mamy jeszcze hotel dla kobiet na Botanicznej i dom Samotnej Matki w Wiktorowie.
— Dobrze, ale pani jest spiritus movens tego wszystkiego.
— Nieprawda. Tych spiritusów jest więcej. To wszystko jest możliwe dlatego, że tych wariatów, którzy tu przychodzą, rezygnując ze swego życia, jest więcej. Nie mogę się nadziwić, że młode dziewczyny, po studiach albo w ich trakcie, tak bardzo ta praca wciąga. Ja na rzęsach stanę, żeby je zatrudnić. Ale na razie nie mam na to środków. Wszystko się rozbija o brak pieniędzy. Rząd nie chce już słyszeć, że jest jeszcze jedna grupa społeczna wymagająca pomocy. W Kościele właściwie mówi się tylko o Caritasie. Naszą szansą jest integracja z podobnymi placówkami w całej Polsce. Usiłujemy tworzyć wspólną platformę, parasol. Z takimi liliputami jak my nikt nie będzie rozmawiał w Unii, ale z parasolem tak.

Róża

Siedzę w „buciarni” z panią Ewą, która zgłosiła się dziś do fundacji po kartkę na paczki. Jeśli zostanie jej przyznana, dwa razy w tygodniu będzie mogła otrzymać żywność. Każda osoba zgłaszająca się do Fundacji musi przejść wywiad — stan cywilny, zatrudnienie, bezrobocie, przedział dochodów, liczba dzieci, warunki mieszkaniowe. „Sprawdzamy nie po to, żeby sprawdzać, ale żeby lepiej pomóc” — powiedziała mi pani socjolog.

Skąd pani Ewa dowiedziała się o Fundacji? Od dwóch lat z pomocy Fundacji korzysta jej córka Ola, która jest 20–letnią panną z dwuletnim dzieckiem. Bieda — i to wszelaka — jest niestety najczęściej dziedziczna.

Pani Ewa zgodziła się porozmawiać ze mną o swoim domu–niedomu, który nazywa gehenną.

— Od czterech lat jestem na rencie. Dwanaście lat pracowałam w kuchni.

Wysiadły mi łokcie i kręgosłup. Mam dwie córki i syna. Młodszą córkę chłopak zostawił, gdy się dowiedział, że jest w ciąży. Starsza mieszka z narzeczonym. Syna przygarnął majster do hotelu dla uczniów. Jest na przysposobieniu do zawodu. Cieszę się, że nie patrzą na to wszystko. Mieszkam z mężem, ale staram się o mieszkanie zastępcze.

— A co się stało?
— Mąż mnie często bije. Ostatnio tak mnie bił i dusił, że przez dwa dni leżałam bez przytomności.
— Dlaczego?
— Jest agresywny. Jest właściwie agresywny wobec wszystkich, ale szczególnie lubi mnie poniżać przy ludziach. W marcu wniosłam sprawę rozwodową. Dwadzieścia trzy lata przebaczałam, ale teraz już nie mam żadnej nadziei.

On twierdzi, że mnie nadal kocha, tylko robi mi to na złość. Lubi mówić, że jestem dziwką, żeby mnie zdenerwować. „Nie chciałem ci tego powiedzieć, ale mi to sprawia satysfakcję”. To jest choroba alkoholowa. On ma obsesję, że mogę go zdradzać. Lekarz mi tłumaczył, że to jest częste u alkoholików. Alkohol sprawia, że są niewydolni seksualnie i w ten sposób się bronią.

— Próbowała pani namówić go, aby się leczył?
— Tak, chodziłam z nim na program AA, ale jak zobaczyłam, że to nic nie daje, przestałam. Dwa razy przebaczałam mu, gdy wracał z więzienia. Nie ma tygodnia, żeby policja nie zabrała go na Izbę Wytrzeźwień. Uważa, że go odwożą, żeby się ze mną p… Mówi to też wprost policji. To wszystko jest nie do wytrzymania… Jedzie autobus i momentalnie mam ssanie w żołądku, czy zaraz będzie awantura. Moi rodzice nie chcieli, żebyśmy się rozstali, ale gdy mnie zobaczyli podłączoną do aparatury po tym ostatnim pobiciu, to stwierdzili, że nie mam innego wyjścia. Oni są bardzo religijni i uważają, że jeśli się brało ślub przed Bogiem, to należy pomóc drugiej osobie…
— A teściowie?
— Oni mówią, że to ja jestem winna tego, że on pije.

* * *

— Kiedy byłam w szpitalu po tym pobiciu, to trafiłam na psychoterapię wyciszającą. Mamy na przykład takie ćwiczenia, że ta pani psycholog każe nam się zamienić w róże. Mamy się rozluźnić i zapomnieć o wszystkich problemach dnia codziennego. To mi bardzo pomaga. Zanim trafiłam na te zajęcia, byłam taka zamknięta. Wstydziłam się swojego życia. A przecież w ogóle jestem osobą bardzo otwartą. Lubię się bawić. Lubię chodzić na dyskoteki. Byłam dwa razy w życiu na dyskotece. To znaczy, teraz już po tym pobiciu nie chodzę. Ale wybieram się na urodziny do mojej kuzynki.

* * *

— Jak do tego wszystkiego doszło? Czy przed ślubem nic nie wskazywało, jakim człowiekiem może się okazać pani mąż?
— Był wspaniałym człowiekiem. W domu robił wszystko, łącznie z tym, że prał. Zepsuło się wtedy, gdy dostał mieszkanie i mieszkał w nim sam, bo była taka zasada, że musiał mieszkać sam, żeby dostać mieszkanie.

Co myślę o mojej przyszłości? Mam 41 lat. Dla mnie jedynym celem jest spokój dla dzieci, to jest podstawa, żeby córka miała swój kąt do odrabiania lekcji. Żeby był prąd w domu, żeby mogła się uczyć po południu. Teraz nie może, bo już od paru miesięcy mamy odcięty. Ja jestem schorowana, chodzę do lekarza, ale dam sobie radę. To jest ból, że nosiłam moje dzieci 9 miesięcy pod sercem i teraz im nie mogę zapewnić godziwego życia.

Jak gdzieś zobaczę wolne mieszkanie, to się wprowadzę na dziko…

Rozmawiałem z kilkoma kobietami, których los jest podobny do losu pani Ewy. Walka o alimenty, choroba dziecka, brak środków na lekarstwa, na bilety autobusowe, żeby pojechać cokolwiek załatwić, odcięty prąd. Nagle uzmysławiam sobie, że jest inny świat, w którym nie wystarczy nadusić na przycisk, żeby zapaliło się światło. W którym jedyną szansą jest zamieszkanie na dziko…

Jaką więc człowiek musi mieć wiarę, siłę, optymizm, a może desperację, żeby pośród tej nędzy zamienić się w różę?

Te baby panią oszukują

Pani Anna wierzy, że wszystko, co robi, wypływa z Ewangelii. Jako dziecko tak pokochała Kościół, że nie wyobraża sobie, aby mogła działać poza nim. Może to wpływ księdza Antoniego, który wiedział o dziurach w butach swoich uczniów? Pani Anna zaczytuje się ostatnio dokumentem Ojca Świętego Ecclesia in Europa i ma pewność, że poszła dobrą drogą, że Kościół nie istnieje bez świadectwa miłosierdzia wobec słabych i zepchniętych na margines. Bezustannie doświadcza pomocy od księży. Szczególnie wzruszył ją ksiądz, który zorganizował zbiórkę pieniędzy na dzieci z niepełnych rodzin przez dzieci pierwszokomunijne. Miało to swój wielki wymiar symboliczny. Jednak ksiądz i Kościół ją czasem „zabolą”. Pamięta, że kiedyś referowała biskupowi jakiś ważny problem Fundacji, a on jej odpowiedział, że najpierw musi wysłuchać w tej sprawie swoich księży. „Jak to? A czy my nie jesteśmy świeckimi księdza biskupa?”. Ale tylko tak pomyślała. Nie powiedziała tego na głos. Przypomniała sobie, że jej ulubiony błogosławiony Edmund Bojanowski też miał kłopoty z kurią. Pojechała więc do niego na grób się pomodlić. Stała się jednak rzecz dziwna. Kiedy klęknęła przed relikwiami, nie mogła wypowiedzieć słów Ojcze nasz. I wtedy włączył się do sprawy jej anioł stróż: „Widzisz, gdyby to był ktoś inny, dawno byś mu wybaczyła, ale że biskup…”. Argumentacja pomogła.

Uważa, że jednym z podstawowych zadań księży powinno być budzenie wyobraźni miłosierdzia wśród parafian. Część społeczeństwa nie ma bladego pojęcia, co to znaczy być samotną matką. Nieraz nawet święci kapłani nie mają pojęcia, co przeżywają samotne kobiety. Pewnego razu szukała u jednego z nich wsparcia i usłyszała: „Przecież te baby panią oszukują”. Odpowiedziała mu, że przejrzała dokładnie hasło „miłosierdzie” w Ewangelii i nigdzie nie znalazła nakazu, aby sprawdzać. Ksiądz się oburzył i prawie by ją wyrzucił: „Pani mi zarzuca, że ja nie znam Ewangelii?!”.

Rzeczywistość, w której się obraca, nie jest prosta. Kobiety, które do niej przychodzą, rzeczywiście czasem kręcą i kłamią. Ale czy to coś zmienia, czy jak ktoś „plącze się w zeznaniach”, to nie jest głodny — on i jego dziecko? Bieda broni się na różne sposoby.

Krzywda i wina, które obserwuje codziennie, są zwykle skomplikowane. Niełatwo odpowiedzieć na pytanie, dlaczego rozpadają się rodziny. W większości przypadków źródłem nieszczęść jest alkohol, ale dlaczego ludzie po niego sięgają?

— Dziś szczególnie niszczy rodziny bezrobocie. Mężczyzna często nie wytrzymuje poczucia, że nie potrafi zapewnić rodzinie materialnych warunków do życia. Jeśli jego frustracja spotka się z narzekaniem żony, to często staje się agresywny, sięga po alkohol. Oczywiście nic nie usprawiedliwia przemocy i agresji, ale czasem by do niej nie doszło, gdyby wcześniej kobieta nie drażniła swego męża. Najciężej jest tam, gdzie nędza materialna splata się z nędzą duchową.

— Proszę powiedzieć, co się zmieniło przez te wszystkie lata, jeśli chodzi o sytuację samotnych matek?

— Dzisiaj znacznie mniejszy procent samotnych matek stanowią panny. Po prostu dziewczyny nauczyły się, jak unikać ciąży. Natomiast więcej jest rozwódek i kobiet w separacji. Znacznie trudniej jest nauczyć się, jak unikać rozpadu małżeństwa. Młodzi ludzie padają ofiarami infantylnych i nieprawdziwych broszurek na temat tego, czym jest seks. Właściwie, nie tyle broszurek, bo je przecież niewielu czyta, ale tej całej atmosfery stwarzanej przez media. Nikt tym ludziom nie mówi, na czym polega budowanie małżeństwa. Nikt im nie mówi, że małżeństwo buduje się przede wszystkim przez odpowiedzialne rodzicielstwo.

Panny wśród podopiecznych naszej Fundacji stanowią 30%. Wdowy 9. Rozwiedzione 39%, a formalnie zamężne 22. Oficjalnie pomagamy matkom samotnym, ale przecież jest wiele samotnych kobiet, mimo że ich małżeństwo na papierze jeszcze trwa. Nie może odmawiać kobiecie pomocy tylko dlatego, że jej mąż nadal ją nachodzi od czasu do czasu.

Ojcostwo z wyrachowania

Dobra nowina o poczęciu się dziecka często bywa przyczyną ucieczki ojca. Powtarzają się relacje „Zostawił mnie, gdy dowiedział się, że jestem w ciąży”. Przypadek Arlety też się do nich zalicza, aczkolwiek ma swoją specyfikę. Arleta urodziła Julitę, która zmarła po trzech miesiącach. Prawdopodobnie z winy lekarza, który nie osłuchał dziecka i nie rozpoznał ropnego zapalenia oskrzeli. Arleta jest sama. To znaczy ma dwójkę cudownych malców, ale wychowuje ich samotnie. Marek, jej „partner” (to słowo używane bardzo często przez podopieczne Fundacji), „pojawia się” w jej życiu. Arleta mówi, że ma wielkie serce. Kiedy dowiedział się o śmierci Julity, płakał. Przedtem nie chciał jednak uznać swego ojcostwa. Teraz chciałby zostać ojcem Julitki. Doskonale był poinformowany, ile należy się z ZUS–u na pochówek dziecka. Chce pomóc Arlecie w uzyskaniu odszkodowania za śmierć Julitki, ale Arleta już nie chce jego pomocy. „Grosza nie dostanie. Te pieniądze wpłacę na konto i to będzie kapitał dla moich dzieci”.

Zadziwiające, jakiej wartości nabiera Julitka po swej śmierci.

— Arleta to wspaniała kobieta. Bałyśmy się na początku, że po śmierci dziecka może nie wytrzymać. Dostała pisma z sądu, w których wyczytała, że będzie badana jej wina za śmierć dziecka. Zupełnie nie rozumiała tego prawniczego żargonu — pytała, co to jest śmierć przedmiotowa — i była przerażona. Prosiła każdego, żeby jej potwierdzał, że nie będzie pociągnięta do odpowiedzialności za śmierć dziecka.

Dokąd można uciec?

Kobiety potrafią latami trwać w związku krzywdzącym. Być bite, wyzywane, poniżane. Tylko dlatego, że nie potrafią sobie wyobrazić, że można się przeciwstawić i uciec.

— A mają dokąd? — pytam pana Adama.
— Tak, trzeba zabrać dziecko i zgłosić się do punktu Interwencji Kryzysowej. Botaniczna 2. Przemoc jest przestępstwem i jako taka jest ścigana przez policję i prokuratora.
— I pan zapewni takiej kobiecie dach nad głową? — pytam pana Adama.
— Tak, od zaraz. Mamy hotel na Botanicznej 2, w którym jest 20 miejsc dla matek z dziećmi. Mamy dom w podpoznańskim Wiktorowie dla pięćdziesięciu osób. Oczywiście nie są to domy docelowe, ale ośrodki. Mamy też możliwości ulokowania kobiet jeszcze w innych miejscach. Staramy się, żeby dostęp męża, partnera agresora był niemożliwy albo ograniczony.

* * *

Dziełem Fundacji jest też Dom Samotnej Matki w Kiekrzu koło Poznania. Zbudowano go na terenie należącym do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Jest on przeznaczony dla kobiet w ciąży i z małymi dziećmi. Jest to dzieło Fundacji. Uznano jednak, że lepiej będzie, gdy domem zajmie się zgromadzenie, które może zapewnić kobietom stałą opiekę. Wolontariat, aczkolwiek ma wielkie zalety, ma też i wady. Część osób odchodzi, wypalona i zmęczona. W wolontariacie jest coś takiego, jak falowanie entuzjazmu.

Czy ojciec może być samotną matką?

— Dlaczego wy się nazywacie Fundacją Pomocy Samotnej Matce? A co z samotnymi ojcami?

— Rzeczywiście nazwa w pewnym sensie nie jest do końca adekwatna. Może najwłaściwszą nazwą byłaby Fundacja Pomocy Niepełnej Rodzinie. Może. Z drugiej strony ta nazwa chyba najbardziej przemawia do wyobraźni społeczeństwa. Są oczywiście także samotni ojcowie, jest ich jednak znacznie mniej. W Wielkopolsce na sto rodzin przypada około 15, w których matka wychowuje samotnie dziecko. Natomiast liczba ojców wychowujących samotnie dzieci wynosi niecałe 2%. Pomagamy oczywiście także ojcom, ale oni po pomoc zgłaszają się bardzo rzadko. W naszej Fundacji jest zarejestrowanych około 1300 rodzin korzystających z pomocy. W tej liczbie ojcowie stanowią nikły odsetek. Ojcowie, jeśli już, to zgłaszają się raczej po pomoc wychowawczą. Pomagamy na przykład ojcu czterech córek, który jest wdowcem. Swoją ciężką pracą zapewnia im w miarę dostatnie życie, ale trudno już mu przekazać pewne sprawy dziewczynom. Pomagamy mu w ramach programu „Starszy brat. Starsza siostra”. Program ten działa fantastycznie od prawie stu lat w Stanach Zjednoczonych. U nas został wprowadzony w połowie lat 90. Takie organizacje, jak nasza, wyszukują przyjaciela, opiekuna dzieciom z rodzin niepełnych albo dysfunkcyjnych. Zwykle jest tak, że dziecko z rodziny niepełnej ma 7–12 lat, a jego „starszy brat” czy „siostra” ma lat 18–24. Dzięki tym więziom dzieci z rodzin niepełnych otrzymują wzorzec, którego nie może im przekazać samotny rodzic.

I z tego piekła można uciec

— Baba — powitał malec panią Annę. Za nim do „gabinetu” weszła młoda kobieta.
— O widzi pan, to jest Dawidek, nasz zbój, którego bardzo lubimy. Dawidkowi urodził się teraz braciszek. Kasiu, czy zgodzisz się, że opowiem panu twoją historię? — pyta pani prezes.
— Pewnie.
— Kasia była trzy lata w agencji. Wyciągnął ją stamtąd jej obecny partner. Poznała go na stancji, gdzie zaprowadzała Dawidka. On miał swoje dziecko. Kasia miała Dawidka, a teraz urodził im się Damianek, a więc mają trójkę.
— Czy to jest możliwe wyjść z tej branży? — pytam matkę Dawidka.
— Tak… bez problemu…
— A jak się tam pani znalazła? Dziecko nie było przeszkodą?

Kobieta kręci głową.

— Nie znam dziewczyny w agencji, która by nie miała dziecka. Poszłam do agencji po urodzeniu Dawidka. Mój zakład pracy rozwiązali. Nie miałam dokąd iść. Państwo nie interesuje się tym, z czego mamy żyć. Chciałam, żeby moje dziecko miało wszystko.
— I miało?
— Tak. Codziennie dostawałam połowę moich zarobków. Starczało. Ale Zbyszek mnie wyciągnął, bo nie mógł ścierpieć, że sypiam z nim, a potem idę do innych. Ja wcale nie chciałam się stamtąd wyrwać.
— I potrafiła pani zapomnieć o tym miejscu?
— Bez problemu, nie ma mowy, żebym tam wróciła.
— Ale czy ten okres w pani jakoś tkwi?
— W ogóle. Z dziewczynami się już nie widuję, chociaż mieszkam niedaleko agencji. Tamta praca nie ma dla mnie żadnego znaczenia.
— Jak rodzina patrzyła na pani życie?
— Matka przestała ze mną rozmawiać. Ona jest bardzo kościelna.
— A pani chodzi do kościoła?
— Nie, dla mnie Boga nie ma…

Widzę, że te słowa zabolały panią Annę.

 — Jest, Kasiu, jest… tylko myśmy Go odrzucili.

Kasia lekko wzrusza ramionami. Jest czy Go nie ma — sprawia wrażenie, że jest to jej obojętne.

— Pani partner ma pracę? — pytam.
— Czasami.
— A gdzie mieszkacie?
— Na razie weszliśmy na dziko.
— Żebyście przetrzymali do listopada, to już was nie wyrzucą, na zimę nie mogą — mówi z troską pani Anna. — Przyszłaś po jedzonko? — pyta, a raczej stwierdza. Dziewczyna kiwa głową.

Kasia ma jeszcze brata. Upośledzonego. Podobno matka tak skoncentrowała się na nim, że zapomniała o córce. To była jej pierwsza rana. Może dlatego tak pokierowała swoim życiem. Zaczęła dorosłe, kiedy była jeszcze właściwie dzieckiem. Dziś ma już bardzo gorzką wiedzę o życiu. Jeśli o to chodzi, jest bardzo dojrzała, ale w wielu punktach pozostała dzieckiem. Potrafi jednego dnia przyjść i oznajmić, że jeśli „nie weźmiecie moich dzieci, to ja nie wiem, co sobie zrobię”. Nazajutrz może nie pamiętać, że o czymś podobnym myślała. Nie wiadomo, jak potoczą się jej losy. Mieszka na dziko. Pracy nie ma. Ale ma trójkę dzieci, które kocha, i wyrwała się z piekła, w którym, jak twierdzi, niczego jej nie brakowało.

Anioł stróż

„Gdyby 50% energii, którą ludzie wykorzystują na rujnowanie sobie życia, wykorzystali na jego budowanie” — powtarza pani Anna i kiwa głową. Dwadzieścia parę lat wysłuchiwania i patrzenia na ludzką biedę — zawinioną i niezawinioną. Trzeba mieć misję, wiarę i profesjonalizm, żeby to wytrzymać. Na samym wzruszeniu i emocjach daleko by się nie zajechało. Trzeba umieć wyszukiwać w społeczeństwie odruchy serca, pokłady dobra. Czasami obraz tych poszukiwań przypomina urobek w bieda–szybach. Wydaje się, że już nie sposób wykrzesać odrobiny zrozumienia dla tych, którym życie się połamało. Wszystkim jest coraz ciężej, więc i ciężej o pomoc. O dziwo, jest jednak grono sponsorów, którzy dają równo od lat. Tyle, ile mogą. Mniej, ale dają. Dają nie dlatego, że coś sobie odpiszą albo wyczyszczą magazyny. Dają, bo są ludzie, których czynienie dobra wciąga. W pewnym momencie otworzyli drzwi ludziom z Fundacji, którzy kołatali do nich nieraz przez wiele tygodni, byli wypędzani drzwiami, a wracali oknami. Żebractwo czy też zabieganie o sponsorów nie jest najprzyjemniejszym zajęciem. Trzeba mieć silne poczucie celu, żeby to robić. Tym celem jest nakarmienie, przyodzianie, przygarnięcie tych, których inni odepchnęli. Ile to razy członkowie Fundacji, kwestując na swoich podopiecznych, usłyszeli: „I co, znowu zbieracie te k…?”.

* * *

— Pani Anno, jak pani wytrzymuje to tyle lat? Nie wypaliła się pani jeszcze?
— Cała tajemnica polega na tym, że jak się zmęczę, to padam. Rano wstaję i mówię: „Panie Boże, przecież Ty widzisz, że ja już nie mogę”. Ale mam anioła stróża, takiego gałgana, który żga mnie i mówi: „Wstawaj, nie udawaj”. I wstaję.
— Tylko dlatego, że ten gałgan żga?
— Bo mam jeszcze trochę poczucia humoru. Nie ma dnia, żebym się tu nie uśmiechnęła. Kiedy się widzi, jak te niektóre matki odbijają się od dna, to warto się męczyć. Czasem najlepszym dla mnie sygnałem jest to, że kobieta przestaje przychodzić. Bo gdzieś zdobyła pracę, bo dziecko skończyło szkołę.
— Przeżywa pani tu nieraz zmartwychwstania całej rodziny?
— Nieczęsto, ale zdarzają się. Pamiętam kobietę, która miała męża pijaka. Była w ciąży z piątym dzieckiem, wziął ją po pijanemu. Powiedziała mi, że je urodzi, ale ja mam załatwić adopcję. Ona już tego dziecka nie da rady wychować. Tak jest najczęściej, kobiety mówią, że urodzą, ale mamy załatwić adopcję. Po urodzeniu dostałam list, że za nic nie odda swej pięknej córeczki, bo mąż twierdzi, że ma „leguralne” rysy. Przyprowadziła ją potem do mnie. Pytam, co z mężem, a ona, że przestał pić, bo kocha swoją córkę. A na pierwszej wizycie widziałam na jej szyi pręgi po biciu, aż popękane do krwi.

Takie sytuacje są niestety rzadkie. Zwykle droga prowadzi do wyniszczenia. Wieloletnie kłótnie i małżeńska agresja kończą się wypędzeniem albo ucieczką. Są gdzieś granice wytrzymałości. Chociaż nieraz te granice są bardzo dalekie. Agresor potrafi latami krzywdzić swą ofiarę. Wytwarza się coś w rodzaju uzależnienia ofiary od krzywdziciela. Nie wyobraża sobie bez niego życia. Najczęściej uzależniona od swego prześladowcy jest żona alkoholika.

Zdarzają się przypadki uzależnień na przykład córki od matki. Bardzo się cieszymy, bo ostatnio udało nam pomóc dorosłej kobiecie, która była we władzy swej despotycznej matki. Spośród trójki dzieci tylko ona jedna uległa matce. Tę słabość matka wykorzystywała w sposób zwielokrotniony. Każdy drobiazg w jej życiu musiał uzyskać aprobatę matki. Prawie pięćdziesięcioletnia córka się na to godziła. Nie starczało jej wyobraźni, że można inaczej. I dopiero kontakt z psychologiem Fundacji sprawił, że postanowiła się zbuntować. Kobieta uczestniczy w grupach wsparcia. Zobaczyła, że nie jest sama ze swoimi problemami. Zaczęła też zapraszać do domu swe koleżanki, które za nic miały władzę despotycznej matki. Jej władza uleciała jak bańka mydlana. Problem leżał w tym, że kobieta nie wyobrażała sobie, że można się przeciwstawić.

Wzajemny wpływ uczestniczek grup wsparcia jest wspaniały, psycholog ingeruje tylko wówczas, gdy postrzeganie rzeczywistości przez uczestniczki jest wyraźnie zdeformowane.

To jest cudowne, jak te kobiety sobie pomagają. Organizują sobie czas. To jedna, to druga przypilnuje dzieci. Mają trochę czasu, choćby po to, żeby szukać pracy, żeby zadbać o swoją kobiecość. Wzajemnie się czeszą, ubierają.

Jest to niezwykle piękne, że podopieczni Fundacji zgłaszają się nie tylko po pomoc żywnościową. Wielu spośród nich przychodzi, bo chcą zmienić swoje życie. I wierzą w to. Człowiek zwykle nie chce się zmienić. Prawdziwa zmiana jest niesłychanie bolesna, bo jaki jestem, taki jestem, jakie jest moje życie, takie jest, ale to jest jedyne, co posiadam. Wyrzec się tego? Trzeba podjąć ryzyko zbudowania siebie i swego świata na nowo. Znajdują tu pomoc prawników, psychologów, lekarzy. Mówiąc najkrócej, przychodzą tu po lekarstwo na samotność.

* * *

Udało się dotrwać do zimy. W zimie nie wyrzucą z zajętego na dziko mieszkania. Teraz byle do wiosny, gdy będzie cieplej i będzie można zamieszkać gdziekolwiek. Wiosną łatwiej znaleźć jakąś stajenkę. Da się żyć, choćby prąd odcięli. Wiosną łatwiej przemienić się w różę.

Wstawaj, nie udawaj!
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...