Znajdując bratnią duszę w postmodernistycznej kulturze

Znajdując bratnią duszę w postmodernistycznej kulturze

Zadaniem katolika jest powiedzenie postmodernizmowi: „Ja wam głoszę to, co czcicie, nie znając”. Instynkty neopogan, podobnie jak instynkty starożytnych pogan, nie są całkowicie błędne.

Jedną z rzeczy najtrudniejszych do przekazania zatomizowanemu, a jednak wysoce jednorodnemu kultowi Jego Wysokości Niezależnego Ja, czyli Ameryce w trzecim tysiącleciu, jest myśl, że wiara katolicka jest niczym pozbawiona szwów tkanina lub gobelin, z którego nie można wyciągać poszczególnych nitek bez zniszczenia go. Katolik, który dąży do tego, by mówić o tej prawdzie, staje twarzą w twarz z niemal nieprzezwyciężalną trudnością. Nie sposób wyzwolić więźnia takiej kultury z żelaznego uścisku „wolności”, która upiera się przy tym, że świat nie jest ani starszy, ani szerszy, ani większy od mojego własnego Ja. Kultury, dodajmy, której monomaniakalne spojrzenie na religię sprowadza się do stwierdzenia: „Bierz z tego to, co ci się podoba”. Ortodoksyjni katolicy, poirytowani niepowodzeniem swoich usiłowań, by przebić się przez takie nastawienie, często wołają: „Ale Ojciec Święty mówi…” albo „Ale Kościół uczy…”. W odpowiedzi postmodernistyczny umysł (zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz Kościoła) przymyka łagodnie oczy na to, co postrzega jako autorytarne obłąkanie, i odpowiada: „Rozumiem, że potrzeba Kościoła mającego wszystkie odpowiedzi jest dla ciebie ważna na tym etapie twojego życia, ale ja z tego wyrosłem. Potrafię sobie radzić ze złożonością i wieloma odcieniami barw, które składają się na dojrzałą egzystencję we współczesnym świecie”.

Coś jest nie tak w tym podejściu. Dlaczego? G. K. Chesterton powiada:

Nie jest dobrze wyobrażać sobie, że ktoś może zmusić oponenta do przyznania się do błędu, udowadniając na podstawie swoich własnych zasad, a nie zasad oponenta, że ów się myli. Zgodnie z wielkim przykładem św. Tomasza obowiązuje zasada czy też zawsze powinna obowiązywać zasada, że albo nie powinniśmy w ogóle toczyć sporu z człowiekiem, albo musimy toczyć spór na jego własnym gruncie, a nie na naszym.

Czy się nam to podoba, czy nie, postmodernistyczna kultura stoi na radykalnie odmiennym gruncie niż katolicka ortodoksja. W porównaniu z wiarą ma ona całkowicie odmienny pogląd na to, co jest, a co nie jest autorytetem. Postmodernistyczna kultura przenika nie tylko świat, ale także Kościół. W interesie katolików, którzy mają nadzieję rozmawiać o integralności wiary, leży, aby się dowiedzieć, jaki grunt postmodernistyczna umysłowość uważa za solidny, aby zacząć rozmowę, a nie domagać się, by postmodernista zaczynał od naszych założeń. Podobnie jak św. Paweł, katolicki apologeta musi być wszystkim dla wszystkich po to, by zdobyć niektórych dla Chrystusa.

Postmodernistyczna kultura nie uznaje tego, co uważa za „stary paradygmat”. Obejmuje to stare autorytety, które czasami same ustawiają się w szyku bojowym przeciwko Kościołowi. Postmodernizm nie uznaje, jak to czynili nasi dziadowie, niekwestionowanego autorytetu nauki i marszu postępu, który przez poprzednie pokolenia „ludzi myślących postępowo” często był używany jako taran przeciwko „katolickiemu zabobonowi”. Postmodernistyczna kultura wątpi w nieskończone możliwości zmieniania wszystkiego na lepsze przez państwo. Jednak nabierając wątpliwości w tych wszystkich kwestiach, do których Kościół sam zawsze odnosił się z rezerwą, postmodernistyczna kultura nie uznała (jeszcze) w Kościele przyjaciela. Raczej przyjęła slogan zniechęconych karłów z powieści C. S. Lewisa Ostatnia bitwa. Kiedy wspomniane karły odkryły, że szympans Krętacz ich okłamuje, stworzywszy fałszywego Aslana, by zniewolić Narnię (tak jak nauka, państwo i zwariowane religie obiecywały tysiącletnie królestwo, a dały nam bombę atomową, Hitlera i Jima Jonesa), karły nie powróciły do prawdziwego Aslana. Zdecydowały się natomiast przyjąć jedno proste wyznanie wiary: „Daliśmy się nabrać raz i nie damy się nabrać raz jeszcze! Karły tylko dla karłów”.

Postmodernizm nie uznaje autorytetu żadnego Magisterium — czy to naukowego, politycznego, czy religijnego. Tak jak nie obchodzi go ani odrobinę to, co stara gwardia mówi na temat postępu, historii lub dobra Ameryki, tak nie obchodzi go ani odrobinę to, co Papież albo Magisterium mówią na temat integralnej jedności wiary katolickiej. Nie widzi on wiary — włączając w to wiarę katolicką — jako wspólnoty, ale jako zbiór subiektywnych wrażeń duchowych oddzielonych jedno od drugiego. Jego odpowiedzią na wszelakie postulaty uznania powszechnie obowiązującego objawienia jest stwierdzenie: „To prawdziwe dla ciebie, ale niekoniecznie dla mnie”. Stąd wspólnota katolicka — podobnie jak wszystkie starożytne tradycje religijne — jest postrzegana jako rodzaj supermarketu czy centrum handlowego. Przychodzi się tutaj, by wybrać sobie modlitwę albo sakrament, albo ikonę, albo wysoce cenioną „wartość”, albo pogląd. Oczywiście nie przywiązuje się wagi do poglądu, że trzeba kupić wszystko, co jest w sklepie.

W ciągu kilku stuleci mentalność, której postmodernizm jest apoteozą, a nie źródłem, skończyła się przywiązaniem tylko do najbardziej luźnych strzępów wiary chrześcijańskiej w naszej postprotestanckiej kulturze. Tak jak reformatorzy pozbyli się tej części katolickich dogmatów, które budziły ich niesmak, tak samo ich coraz bardziej zeświecczeni spadkobiercy pozbyli się tych części protestantyzmu, następnie teizmu, a następnie zachodniej kultury, które budziły ich niesmak. Nie oznaczało to zwrotu ku masowemu ateizmowi. Jak zauważył również Chesterton, kiedy ludzie przestają wierzyć w Boga, to nie jest tak, że w nic nie wierzą, ale wierzą w cokolwiek, dlatego wszędzie spotykamy „duchowość” typu ABC (Anything But Christianity — „cokolwiek, byle nie chrześcijaństwo”). Mnożą się boginie i bożki, kryształy i amulety, wywoływanie duchów, minione życia i wewnętrzne istoty. Ulubionym motywem takiego neopogańskiego ujęcia duchowości jest pogląd, że ziemia jest święta, że natura znajduje się w kruchej równowadze i że istoty ludzkie kompletnie zniszczyły tę równowagę przez brudną materialistyczną cywilizację konsumpcyjną, która wyrywa, cokolwiek nam się podoba, z ekosfery, konsumuje to jak ogromną liczbę Big Maców, a w podzięce wyrzuca z siebie co minutę w powietrze i do wody tony nieulegającej biodegradacji mazi. Istotnie, pogląd, że ziemia znajduje się w kruchej równowadze, jest istnym dogmatem postmodernistycznego światopoglądu.

To prowadzi nas z powrotem do problemu przekazania integralności i logicznego powiązania wiary katolickiej w kategoriach, które postmoderniści są w stanie usłyszeć. Koncept „natury w równowadze” bowiem jest doskonałym symbolem i następstwem tego, co katolicy próbują wyrazić, gdyż to, co nadprzyrodzone, również trwa w równowadze.

Nadprzyrodzona wiara katolicka, podobnie jak świat naturalny, jest skomplikowaną pajęczyną prawdy, miłości i władzy, która tak samo zależy od utrzymania równowagi, jak bagienne tereny na wybrzeżu Puget Sound. Usuń „wyświechtaną starą doktrynę” z nadprzyrodzonego ekosystemu, którym jest wiara katolicka, a wynik będzie podobny do usunięcia wyniszczonego starego lasu deszczowego z równikowych regionów ziemi: katastrofalne zmiany i cała seria nieprzewidzianych skutków ubocznych.

Łatwo to dostrzec na przykładzie podobnych prób czynionych w przeszłości przez obecnie zdyskredytowane ruchy, które dążyły do przeciwstawienia się światopoglądowi katolickiemu w imię postępu. Scjentyzm (wiara z XIX i początków XX wieku, że „nauka to wszystko zrozumie i zapanuje nad tym”) wyjął jedną nitkę ze splotu objawienia — tę nazywaną „prawem naturalnym i poznawalnością stworzenia” — i wywnioskował, że ponieważ wszechświat działa według praw naturalnych, to nie istnieje potrzeba nadprzyrodzonego Prawodawcy. Na podstawie tego jednowymiarowego założenia zauważono, że nadprzyrodzone dusze trudno zbadać naukowo, ale rodzaje ras, grupy językowe i tożsamości etniczne można opisać na podstawie niezbitych danych. Dzięki temu wywnioskowano, w imię nauki, że niektóre grupy są podludźmi, a inne to Übermenschen. „Podludzie” zostali spaleni w piecach Auschwitz. Nauka, rzecz dobra, została wyjęta ze splotu katolickiej prawdy i stała się rzeczą złą.

Inni znowu wyrwali z ekosystemu wiary katolickiej pojęcie sprawiedliwości dla biednych i triumfu skromnego człowieka („Rozprasza wyniosłych sercem, a wywyższa uniżonych”). Jednak wezwanie do wybaczenia i ufności, że Bóg zaprowadzi sprawiedliwość, oraz do tego, by odrzucić zazdrość i gwałt, były mniej malowniczymi częściami tego samego teologicznego ekosystemu i zostały odrzucone przez tworzących awangardę historii. I tak Marks, Lenin, Stalin, Mao, Pol Pot i inni powybierali to, co było „prawdziwe dla nich”, i stworzyli piekła za życia na ziemi, które zabiły i zniszczyły życie setek milionów ludzi. Domaganie się sprawiedliwości ekonomicznej, rzecz dobra, zostało wyjęte ze splotu i stało się rzeczą złą.

Jeszcze inni wzięli pewne katolickie prawdy o prawie do własności prywatnej i do samostanowienia i przeciwstawili te pojęcia wszystkim innym, o których uczy wiara: sprawiedliwości, hojności i trosce o biednych. W ten sposób stworzyli lekkomyślnie hedonistyczne społeczeństwo, którego celem jest gromadzenie bogactw i dążenie do przyjemności, niezależnie od tego, jak wielu niewygodnych starych ludzi i jak wiele niemowląt umrze, i niezależnie od tego, jak wielu robotników imigrantów lub jak wiele dzieci haruje za kilka groszy dziennie w zakładach wyzyskujących tanią siłę roboczą. Dobrobyt materialny, rzecz dobra, został wyjęty ze splotu wiary katolickiej i stał się rzeczą złą. Gwałt zadawany środowisku, integralności kultur Trzeciego Świata i zdrowemu rozsądkowi krajów wysoko rozwiniętych jest oczywisty, szczególnie dla postmodernistycznej umysłowości.

To, co nie jest oczywiste, dopóki jakiś katolik tego nie wskaże, to fakt, że postmoderniści, którzy to potępiają, czynią dokładnie to samo. Któż bardziej zachowuje się jak archetyp tej samej cywilizacji konsumpcyjnej, którą tak potępiają, jeśli nie postmodernista wyrywający kawałki i skrawki z wiary katolickiej i odrzucający te części, które wydają mu się bezużyteczne albo niezrozumiałe.

Weźmy naukę o Trójcy. Wielu postmodernistów, nawet w Kościele, pałających pragnieniem „autentycznego spotkania ze Świętością” mówi o niej jak o swego rodzaju wytężonym wysiłku, by wcisnąć Boga do szufladki antycznych kategorii filozoficznych. „Ojciec i Syn, i Duch Święty?”. Ech! Jakież to patriarchalne! Musimy śmiało wyzwolić się z tej zużytej, starej ortodoksji i stworzyć nowe i postępowe paradygmaty duchowości. Pewna grupa, nazwana Wezwanie do Czynu, napisała nowe wyznanie wiary, które obfituje w poetyckie ogólniki, ale brak mu takich określeń opisujących Jezusa, jak: „Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego, współistotny Ojcu”.

Wynik: szukający autentycznego spotkania ze Świętością otrzymują Jezusa, który roztapia się w Miły Ideał, zamiast Boga wcielonego, ukrzyżowanego i zmartwychwstałego dla nas. Parę lat później otrzymują wiadomość w miesięcznym biuletynie WDC, że bezimienni, anonimowi ludzie z Ludowego Komitetu na Rzecz Mowy Mądrości uchwalili rezolucję uznającą Jezusa za „przestarzałego” i za „symbol słabo nadający się, by stanowić pożytek dla Ludu Bożego”, podczas gdy komitet dąży do tego, by „poszerzyć” swoją platformę, by „uznać” tych, którzy wciąż z jakiegoś powodu czują „dyskomfort” w związku z przetrwaniem tego Zera z Nazaretu nawet jako jungowskiego archetypu. Kilka lat później Jezus nie jest już niczym, ponieważ nikt już nie uczęszcza na zgromadzenia Wezwania do Czynu. Poza tym, cóż takiego tam otrzymywali, czego by nie dostawali w środę wieczorem na zamkniętych zebraniach grupy Dorosłe Dzieci Narkomanów na Odwyku Popierają Jerry’ego Browna?

Jednym słowem, bardzo miłe wyznanie wiary (w odróżnieniu od nicejskiego wyznania wiary) jest… niczego sobie. W porównaniu z płonącą miłością w mistycznej poezji św. Jana od Krzyża albo żarliwymi głębiami adoracji inspirowanymi katolickim obrazem Róży Mistycznej u Dantego czy uniesieniami św. Teresy z Avili — taka uprzejmość jest jak swego rodzaju religijna kuracja metadonem. Prawdziwe spotkanie ze Świętym, na które wyruszyliśmy śmiało, pozbywając się starej podstawowej doktryny trynitarnej wraz z całym jej drażniącym i trudnym językiem, doprowadziło do czegoś tak mdłego jak kleik. W przypadku ekosystemu wiary katolickiej ta próba oswojenia Trójcy Świętej, próba sprawienia, by Miłość, która stworzyła świat, stała się bezpieczna, jest jak umieszczenie Disneylandu w Wielkim Kanionie albo owinięcie gór Grand Tetons w celofan. Przyjęcie bardzo miłego wyznania wiary nie jest ani śmiałe, ani zuchwałe. Jest tak nieśmiałe jak Dilbert w swoim boksie. Okrada nas z szokującego i przemieniającego życie podstawowego dobra znajdującego się w istocie rzeczy: dobra przedstawionego w całej swojej szokującej jaskrawości tylko przez nicejskie wyznanie wiary.

Albo zwróćmy uwagę na naukę o grzechu. Postmoderniści rzadko płacą za to, stojąc w kolejce w Amerykańskim Religijnym Centrum Handlowym. Mówienie o grzechu obniża samoocenę. Znacznie lepiej jest mówić do Boga, który „nas afirmuje”, a najlepiej w ogóle zaprzeczyć istnieniu grzechu.

Jednakże dzieje się wtedy rzecz paskudna. Mordują Polly Klaas, a jej zabójca przewrotnie nazywa opłakującego ją ojca osobą molestującą nieletnich. Jak wytłumaczyć coś, co wygląda w dużej mierze jak grzech?

To przez społeczeństwo. Albo „brak porozumienia”. Albo nawet „wstyd” wywołany przez „purytańskiego” rodzica, który wierzył w takie rzeczy jak… grzech. I co my teraz zrobimy ze złowrogim złem które wygląda dokładnie tak jak grzech ale oczywiście niczym takim nie jest? Cóż, jeszcze bardziej potwierdzamy nasz ludzki potencjał, budując większe więzienia, ustanawiając surowsze prawa, zamykając aspołeczny element i wyrzucając klucz. W końcu nie jest czyjąś winą, że uczynił zło. Jeśli nie wybrał go czynnie i grzesznie, to nie może go także odwybrać. Jeśli nie może wybrać inaczej, to możemy równie dobrze pozamykać złych ludzi.

Na tym się nie kończy. Skoro jesteśmy częścią społeczeństwa, to jest to również do pewnego stopnia nasza wina, że sprawy wyglądają tak, jak wyglądają. Tyle tylko, że to nie jest oczywiście nasza wina, my bowiem również nie grzeszymy. Jednak cierpimy na poczucie winy z tego powodu — poczucie winy, które objawia się w takich nagłówkach, jak: Czy zabiliśmy Kurta Cobaina?. Wynik: usunięcie grzechu z półek Amerykańskiego Religijnego Centrum Handlowego daje nam całą winę i zero pokoju, który wynika z katolickiego światopoglądu. Dalej czujemy się winni, nawet rozciągamy nasze poczucie winy na to, nad czym nie mamy żadnej władzy, jak śmierć Kurta Cobaina. Jednak nie mamy komu wyznać grzechu i nie mamy nic do wyznania, jeśli go popełniliśmy, gdyż, oczywiście, nie grzeszymy.

I znowu toksyny odkładają się w duchowym ekosystemie, ponieważ postanowiliśmy być mądrzejsi od Boga i „poprawić” projekt nadprzyrodzonej natury, tak jak magnaci przemysłowi dookoła jeziora Erie poprawili ten mały ekosystem aż do praktycznej zagłady.

„Ale — jak mówi postmodernistyczny umysł — wiara katolicka jest taka skomplikowana! Religia powinna być prosta. Jezus przyszedł na świat z prostym przesłaniem miłości, a Kościół katolicki przyozdobił je wyznaniami wiary i sakramentami, i rzeczami, których nikt nie potrzebuje”.

W odpowiedzi ponownie musimy budować na jednym z najgłębszych przekonań postmodernistycznej umysłowości — bardzo ważnej cnocie zdrowia. Postmodernistyczna umysłowość uznaje, że jedzenie czerwonego mięsa, wchłanianie sterty substancji chemicznych i wysiadywanie przed telewizorem jest złe. Postmodernistyczna kultura wydaje ogromną sumę pieniędzy na witaminy, kosmetyki, „zabiegi”, programy aerobiku i tym podobne, upewniając się, że Świątynia Jego Wysokości Niezależnego Ja jest utrzymana w szczytowej formie. Postmoderniści uznają, że odrobina dymu papierosowego wydmuchiwanego przez osoby postronne może mieć poważny wpływ na niepalących. I wiedzą, że to, co dzieje się w czyimś mózgu albo trzustce, może mieć przemożny wpływ na całość czyjegoś istnienia. Jednak powtarzając w odniesieniu do splotu katolickiej wiary swoją mantrę: „To powinno być proste”, nie uświadamiają sobie, że jest to dokładnie tak, jak mówienie, że zdrowie jest proste. Według G. K. Chestertona:

Jest to dokładnie tak, jakby ktoś miał powiedzieć o nauce medycyny: nie proszę o nic, tylko o zdrowie. Cóż może być prostszego od pięknego daru zdrowia? Dlaczego po prostu nie cieszymy się na zawsze blaskiem młodości i świeżą radością bycia zwinnym!? Po co studiować nieciekawą i ponurą naukę anatomii i fizjologii, po co pytać o umiejscowienie mało znanych organów w ludzkim ciele? Po co pedantycznie rozróżniać pomiędzy tym, co jest określane jako trucizna, a tym, co jest określane jako antidotum, kiedy cieszenie się zdrowiem jest takie proste? Po co martwić się ze ścisłą dokładnością o liczbę kropli laudanum albo siłę dawki chloralu, kiedy tak miło jest być zdrowym?

Jednym słowem, wyrywanie nici ze splotu wiary katolickiej nie tylko jest podobne do wyniszczenia całych gatunków z ekologicznego splotu lasu deszczowego, ale jest jak wyrywanie doskonale zdrowej trzustki z doskonale zdrowego ciała — Ciała Chrystusa.

Aczkolwiek nie zawsze tak być musi. Jak zauważyliśmy, postmodernizm jest zdolny pojąć ideę „żywego systemu”. Dotychczas używał tej zdolności po to, by uchwycić ideę ciała jako złożonego, wzajemnie zależnego systemu. Podobnie pokazał, że jest w stanie docenić ideę Ziemi jako ogromnego organizmu. Istotnie, nawet próbował uduchowić Ziemię, traktując ją jako rodzaj bogini Gai — potężne, nieznane bóstwo, któremu postmodernizm chwilami, zdaje się, ma ochotę oddawać religijną cześć.

Zadaniem katolika jest powiedzenie postmodernizmowi: „Ja wam głoszę to, co czcicie, nie znając”. Instynkty neopogan, podobnie jak instynkty starożytnych pogan, nie są całkowicie i kompletnie błędne. Istnieje coś sakramentalnego i coś wzajemnie zależnego w przypadku stworzenia (jak zawsze nauczał Kościół). Zostaliśmy tanio sprzedani przez „stare autorytety” (Kościół ostrzegał, że to zrobią). Mentalność konsumpcyjna jest głęboko destrukcyjna i faktycznie pochłania ziemię. Rozwiązaniem nie jest rozszerzenie mentalności konsumpcyjnej, tak by pochłonęła nawet niebiosa. Odpowiedzią jest raczej przyjęcie całości niebios i ziemi w Ciele Tego, który jest Pierworodnym wobec stworzenia, i ponowne nauczenie się pełni Jego objawienia, które scala niebiosa i ziemię. „Zechciał bowiem [Bóg], aby w Nim zamieszkała cała Pełnia i aby przez Niego znów pojednać wszystko z sobą: przez Niego — i to, co na ziemi, i to, co w niebiosach, wprowadziwszy pokój przez krew Jego krzyża” (Kol 1,19–20).

tłum. Jan J. Franczak

Znajdując bratnią duszę w postmodernistycznej kulturze
Mark P. Shea

urodzony 5 sierpnia 1958 r. w Everett, Waszyngton – amerykański katolicki pisarz i rekolekcjonista, prowadzi programy telewizyjne i radiowe, redaktor portalu Catholic Exchange, współpracownik Instytutu św. Katarzyny ze Sienny w Kolorado....